Tłumaczenia "Władcy Pierścieni"
Jak wiele różnic...
Artykuł ten tłumaczom dedykuję. Wszystkim, obojętnie, czy pracę ich uważam za śmieszną czy genialną;
Jeśli powiem, że tłumaczenie to niełatwy kawałek chleba, nie będę odkrywczym Kolumbem ani Einsteinem. Bo to doskonale wie każdy.
Aby przeczytać książkę w innym niż nasz języku i zrozumieć ją wystarczy dosyć dobra jego znajomość, cierpliwość i... dobry słownik. Jednak gdy mamy dokładnie, zdanie po zdaniu zapisać po polsku choćby stronę, pojawia się już pewien problem. Jakiego dokładnie słowa użyć? Jaka kolejność zdania? Krępuje nas cały czas świadomość, że nie jesteśmy nawet autorami tekstu; mamy tylko go przepisać. A to, że w innym języku, wielu obchodzić nie będzie. Niestety. Tylko ten, kto sam próbował przetłumaczyć dłuższy fragment i nie wstydzić się go potem przed ludzkością, może pojąć, jak trudnym zajęciem jest tłumaczenie. Tłumacz musi doskonale znać oba języki, musi mieć zdolności pisarskie, wiele cierpliwości w poprawianiu swej pracy i... coś więcej.
Jeszcze gorzej jest, gdy przed sobą ma książkę, która okrzyknięta została najchętniej czytaną w całym XX wieku, gdyż pojawia się dla tłumacza nowa, wyższa poprzeczka, ma bowiem świadomość tego, że jego praca będzie bacznie obserwowana przez krytykę i zapalonych czytelników. Nie może sobie pozwolić na nieścisłości bądź zbyt wielką ingerencję w oryginalny tekst - wtedy nazwany zostanie heretykiem, a jego tłumaczenie spocznie w dziale "wyprzedaż".
Mówię, rzecz jasna, o przekładzie "Władcy Pierścieni". W artykule tym postaram się być obiektywny, ale jestem dziwnie spokojny, że mi się nie uda. Ale cóż, spróbować trzeba.
Sądzę, że większość z faktów, jakie przytoczę poniżej, będzie większości z Was znana, jednak ze zwykłego poczucia przyzwoitości napomknę nieco więcej o całej sprawie.
Pierwszą tłumaczką 'Władcy' na język polski była pani Maria Skibniewska w wydawnictwie "Czytelnik". Część pierwsza trylogii ukazała się w roku 1961, dalsze w roku następnym. W tłumaczeniu swoim (moim dosyć skromnym zdaniem) udało jej się utrzymać epicki, baśniowy klimat towarzyszący wszystkim książkom Mistrza. Jej tłumaczenie przez -bagatela- trzydzieści pięć lat było w Polsce jedynym, a to chyba już coś oznacza - nikt nie próbował przeskoczyć poprzeczki, którą samodzielnie zawiesiła. Słowa przez nią przetłumaczone zadomowiły się już na stałe w naszym 'tolkienowskim' języku i często zdarza się, że posługujemy się nimi nawet tego nie zauważając. Było dopracowane właściwie od początku, choć pewne nieścisłości się zdarzały. W końcu powiedziane jest: Nobody's perfect.
Poniekąd słusznie, pojawił się pogląd, że jedno tłumaczenie to jednak za mało. Jako następca pani Skibniewskiej objawił się Jerzy Łoziński i wykonał dla wydawnictwa "Zysk i S-ka" własne tłumaczenie. Jednak, gdy w roku pańskim 1996 pojawiła się część pierwsza, "Bractwo Pierścienia", tłumaczenie jego zostało (bez szczególnych, a raczej żadnych) ceregieli obśmiane. Zmienił większość nazw, jakie tylko potrafił zrozumieć i w ten sposób biedny Bilbo Baggins stał się Bilbem Bagoszem a nieświadomi zagrożenia krasnoludowie stali się... krzatami. Krytyka, jaka spadła na broniącego się cały czas Łozińskiego, zmusiła wydawców do skorygowania nieco tekstu i wypuszczenia wydania poprawionego. Choć, jak ludzie powiadają, Łoziński nadal upiera się, że pierwsza wersja była najlepsza. Pokój jego duszy.
W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że być może część zarzutów moich względem p. Łozińskiego jest już nieaktualna, ale jednak jego tłumaczenie nadal -nawet w starej (pierwotnej) wersji- można znaleźć w księgarniach i Empikach, a już na pewno w bibliotekach i domowych zbiorach.
Ostatnio zaś pojawiło się jeszcze jedno tłumaczenie, już znaczenie poważniejsze, państwa Marii i Cezarego Frąców. Nie zdążyłem się na razie przyjrzeć mu dokładniej, ale o ile wiem, jest bardzo przyjemne w czytaniu. Choć wieść niesie, że nie wnosi wiele nowatorstwa.
Teraz, gdy już ustaliliśmy kilka faktów, pozwolę sobie przytoczyć fragment poematu elfów, fragment znany wszystkim tolkienowcom. Kolejne wersje kolejnych tłumaczy.
W hołdzie jednak Mistrzowi, który pewno przewraca się w grobie, zacznę od oryginału. A więc....
Three Rings for the Elven-kings under the sky,
Seven for Dwarf Lords in their halls of stone,
Nine for the Mortal Men doomed to die,
One Ring for the Dark Lord on his dark throne
In the land of Mordor, where the Shadows lie.
One Ring to rule them all, One Ring to find them,
One Ring to bring them all and in the darkness bind them
In the land of Mordor, where the Shadows lie.
Paradoksalnie, fragment ten jest napisany prostym językiem, a wywołuje najwięcej kontrowersji. Zacznę przekłady polskie może chronologicznie, od pani Skibniewskiej i najpopularniejszej wersji:
Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Czarnego Władcy na jego mrocznym tronie
W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.
Jest to przekład dosyć dokładny w stosunku do oryginału. Przyczepić się mogę i robię to zawsze do "krasnali". Ale w całej trylogii "krasnal" nie zdarza się więcej ani razu, zawsze mamy krasnoluda, w związku z tym może pani Marii chodziło tylko o budowę wiersza. Na szczęście...
Następny w kolejności (do golenia) jest Jerzy Łoziński, u którego mamy dwie wersje; pierwsza zamieszczona w pierwszych wydaniach, popełniona przez samego Łozińskiego, druga, przetłumaczona nie przez samego winowajcę (a miałem być obiektywny...) i zamieszczona w wydaniu, w którym powróciło wiele znanych nam z tłumaczenia Skibniewskiej nazw. Łatwizna jest wszędzie. Ale...
Trzy Pierścienie elfowym władcom szlachetnego miana,
Siedem krzatów monarchom w kamiennych sal koronie,
Dziewięć ludzkim istotom, którym śmierć pisana,
Jeden dla Władcy Ciemności, co trwa na mrocznym tronie
W Mordorze, moc którego zwycięży, nie chciana.
Ten Jedyny, by rządzić wszystkimi, Ten Jedyny, by wszystkie odnaleźć,
Ten Jedyny, by zebrać je wszystkie i w ciemności zespolić więzami
W Mordorze, moc którego zwycięży, nie chciana.
Dla elfich władców pod niebem jasnym Trzy są Pierścienie,
Dla krasnoludzkich podziemnych królów Pierścieni Siedem,
Dziewięć dla ludzi - tych ostatecznym śmierć przeznaczeniem,
Dla Władcy mroku na czarnym tronie jest Pierścień Jeden
W Krainie Mordor, gdzie wiecznej nocy zaległy cienie.
Pierścień Jedyny, by władać wszystkimi, czarem je opętać,
Pierścień jedyny, by wszystkie zgromadzić i w ciemnościach spętać
W Krainie Mordor, gdzie wiecznej nocy zaległy cienie.
Zarówno pierwszy, jak i drugi zmieniają już odrobinkę tekst właściwy; nie ma w nim mowy o "trwaniu" na mrocznym tronie, nie ma nic o nocy, niechcianym Mordorze którego moc jakoby zwycięży ani o "szlachetnym mianie" elfów. Nie mówiąc już o "opętywaniu" pierścieni przez Jedyny, bo to przecież one opętywały właścicieli...
Ale dość o tym, państwo Frącowie niecierpliwą się w kolejce.
Trzy pierścienie dla królów elfickich pod niebem jasnym,
Siedem dla krasnoludzkich władców we dworach kamiennych.
Dziewięć dla ludzi, którym śmierć jest sądzona,
Jeden - Czarnemu Władcy na czarnym tronie
W Mordorze, ziemi, gdzie Ciemność zaległa.
Jeden, by nimi władać, Jeden, by je odnaleźć.
Jeden, by je zgromadzić i wszystkie skrępować
W Mordorze, ziemi, gdzie Ciemność zaległa
Jak widać, jest to przekład dosyć konsekwentny, choć in my humble opinion daleko mu jeszcze do pierwszej wersji. Niemniej nie razi już żadnymi krzatami ani innymi, nie najwyższego lotu, pomysłami. Na wieki wieków.
Teraz jeszcze pora na kilka słów o samych tłumaczeniach. Nie wiem, czy jest sens oferować, że będę obiektywny, bo z tego chyba nic nie wyjdzie... Ale kciuki trzymać możecie i nawet o to proszę.
Maria Skibniewska, jak już wspomniałem, nie ingerowała w nazwy własne. Bilbo Baggins to Bilbo Baggins, Gandalf to Gandalf, Denethor to Denethor. Spolszczyła jednak fonetycznie część nazw - Shelob stała się Szelobą, Celeborn - Kelebornem. Nazwami nam przystępnymi stał się również Wichrowy Czub i Góry Mgliste - to dla przykładu. Z niezrozumiałych jednak względów opuściła wszelkie znaczki nad literami, których w oryginale jest mnóstwo... a jednak. Spolszczyła imiona żeńskie, jak Galadriela czy Arwena (u Tolkiena Galadriel i Arwen) ale uważam to za słuszne - w naszym języku rodzaj żeński ma końcówkę -a, w angielskim nie ma żadnego tej maści wymogu. Dodam tylko, że gdyby nie to, Arwen mógłby z powodzeniem być rycerzem Gondoru, a Aragorn jego ciepłą, domową żoną... Dzięki spolszczeniu wątpliwości nie ma. Na wieki.
Jerzy Łoziński - tu już nieco gorzej. Z nieznanych powodów krasnoludy zostały mianowane krzatami. Nie wiem czemu, ale krzat bardziej kojarzy mi się ze Zgredkiem albo płynem do naczyń, a nie walecznym Gloinem z (przekonującym) atrybutem w postaci topora. Nazwiska hobbitów zostały... no, powiedzmy: przetłumaczone. Kilka przykładów podam za chwilę, teraz jeszcze powiem, że wyrzucił precz część końcówek -th (Osgiliath, Minas Tirith) czy może raczej wyrzucił końcowe -h. Moim zdaniem nie jest to właściwe, gdyż nie są to nazwy czysto angielskie, w związku z czym Osgiliat, Minas Tirit czy Eleberet ciekawiej i bardziej tajemniczo i wzniośle brzmi jako Osgiliath, Minas Tirith czy też Elberet. Za to Arwena ochrzczona została fonetycznie: Aruen. Nie skomentuję... Et in terra pax Łozińskus bonae voluntatis.
Nowe wydanie poprawiło kilka powyższych form na normalne. Wzięte z tłumaczenia pani Skibniewskiej... Jednak mało kto już kupuje nowych "Tolkienów" w tłumaczeniu Łozińskiego, kto już miał kupić, to kupił... i się przekonał. Drugiego wydania raczej nie kupi.
O tłumaczeniu państwa Frąców wiele nie powiem, zostawię to innym bądź też odłożę na kiedy indziej. Nie mam możliwości zapoznać się z nim dokładniej - nie moja to wina. Nadmienię tylko tyle, że nie ma w nim prawie wcale zmian nazw własnych, co jest i dobre, i złe jednocześnie. Co kto lubi...
A teraz, obiecana tabelka - bitwa na gołe pięści między mr Łoziński a mrs Skibniewska - mam wrażenie, że i tak wiem, kto ma rację. Pośmiać się zawsze przecież można.
M. Skibniewska J. Łoziński
Obieżyświat Łazik (to taki robot radziecki)
Baggins Bagosz (od "bag" - bagaż, torba")
Dziadunio Gamgee Starzyk Gaduła
Shire Włość ("shire" dodawane jest do nazw regionów i hrabstw)
Rivendell Tajar
Hollin Swent
Lothlorien (Lorien) Latoloria
Elfy Wysokiego Rodu Elfy Godne
Brandybuck Gorzaleń ("brandy" - gorzałka)
krasnolud krzat
Arwena Aruen (fonetycznie z angielskiego)
Szeloba Pajęczyca
Gollum Gullum
Samwise Półmędrek
Underhill Podgórny
Mroczna Puszcza Sępna Puszcza
Meriadok Radostek
Smeagol Samduł
Rzeka Entów Entyna
Złota Jagoda Złotanka
Drużyna Pierścienia Bractwo Pierścienia (ang. "Fellowship" ma znaczenie "koleżeństwo", "towarzystwo", ale do "bractwa" sporo mu brakuje...)
Pozwolę sobie jeszcze dodać, że Balroga jeszcze nikt nie nazwał (Bogu dzięki) Grozikiem z Przedwiecza... Dreszcze mnie przechodzą na samą myśl, co by się wydarzyło, gdyby pan Łoziński wziął się za tłumaczenie Silmarillionu... brrr... Obecnie robią to za niego inni.
Oczywiście Tolkien napisał nie tylko Władcę. Maria Skibniewska przetłumaczyła tylko trylogię, "Hobbita" i "Silmarillion", pozostałe książki są tłumaczone przez inne osoby - nie ma wśród nich Łozińskiego. Na wspomnienie zasługuje chyba przede wszystkim Radosław Kot, autor przekładu "Niedokończonych Opowieści" i "Księgi Zaginionych Opowieści". Nawiązuje on do przekładu Skibniewskiej i właściwie nie mam do niego żadnych zastrzeżeń, choć zawsze powtarzałem, że jego język jest nieco toporny i nie ma w sobie tyle baśniowości, co ona. Ale cóż - czyż każdy z nas nie mówi innym językiem?
Kończąc już definitywnie te rozmyślania, przytoczę tylko fragment (bo tylko fragmentem dysponuję) listu J.R.R. Tolkiena.
"Przykro mi, że [...] nie odpowiedziałem na list pani Skibniewskiej. [...] Nie jestem w stanie sporządzić dla niej szczegółowych wskazówek. [...] Powinna kierować się ogólna zasadą, żeby jak najmniej tłumaczyć czy zmieniać nazwy. Jak sama zauważa, jest to angielska książka i jej angielskość nie powinna ulec zatarciu. [...] Moim zdaniem nazwiska osób powinny zostać nietknięte. Wolałbym także nie ruszać nazw miejscowych, łącznie z Shire. Sądzę, że najwłaściwszym wyjściem byłoby dołączenie na końcu książki listy nazw mających jakieś znaczenie po angielsku z wyjaśnieniami po polsku."
W ten sposób postąpił (i dzięki mu za to) pan Andrzej Polkowski - zamiast nazwać Harry'ego Harrym Garncarzem albo Harrym Włóczykijem zamieścił mały słowniczek. Niestety, nie wszyscy tłumacze wpadają na ten bardzo dobry pomysł.
Mam nadzieję, że cały ten artykuł skłoni do odrobiny refleksji o tym, czym jest dobry przekład. Bo niewątpliwie niejeden się jeszcze w przyszłości pojawi tłumacz rzucający się w toń "Władcy". Nawet sam mam na to ochotę, gdy tylko podszlifuję jeszcze odrobinę swój angielski. Pojawią się tłumaczenia lepsze i gorsze, bardziej się nam podobające lub mniej, ale chyba najważniejsze jest zachować granicę między gustem, a zwykłym ośmieszeniem. Nie tylko siebie - bo, niestety, zły tłumacz łatwo zniechęcić może do lektury dobrej książki...
Anchriscus
14.02.2004, 19:00
Myślodsiewnia
Narobiłeś się i chwała ci za to.popierram w 100% artykół pod spodem>
15.02.2004, 21:18Świetny artykuł! Ja osobiście czytałam tłumaczenie pani Skibniewskiej i chwała Bogu, bo widzę, że Łoziński się nie popisał tłumeczeniem... PS:Więcej takich artykułów :)
15.02.2004, 15:05Kiedy prosiłam rodziców żeby mi kupili Władcę Pierścieni to prosiłam ich, że jak mają kupić tłumaczenie Łozińskiego to lepiej niech wcale nie kupują :D. Ale mam Skibiniewską - to moim zdaniem jedyne najlepiej oddające atmosferę tej książki tłumaczenie. A takie gafy przy tłumaczeniach nie zdarzały się tylko w WP: Osobiście pierwsze trzy tomy "Diuny", które czytałam były dość stare. Występowała tam nazwa "Fremeni" (od "free" i "man", chyba każdy wie co to znaczy). To samo określenie występowało w oryginale. Potem zabrałam się za nowsze wydanie książki "Bóg Cesarz Diuny" i nadziałam się tam na nazwę "Wolanie". Mi osobiście bardziej pasowałą pierwsza wersja. A jak już mówię o Diunie: może by się pojawił tutaj jakiś o niej artykuł, jak było już "Solaris"?
15.02.2004, 12:08No to gratulacje Valaraukar :) Ps. Zawsze musisz sobie wymyślić taki trudny pseudonim :P ?
15.02.2004, 10:27MHm... Co do Anchriscusa, to jest on już historią, odszedł do niepamięci, Fraszko. Teraz ten, który niegdyś się zwał Anchriscusem, zwie się Valaraukarem :D Tylko ten artykuł pisałem rok temu prawie, stąd postanowiłem go dodać pod starym nickiem (tak samo "Zarzuty")
15.02.2004, 10:17NIGDY NIE ROZUMIAŁEM JAKI ON MIAŁ CEL BY W TEN SPOSÓB TŁUMACZYĆ. to efekt jego radosnej twórczości, nic więcej, nielubie Łoźińskiego///....
14.02.2004, 23:49Artykuł baaaardzo mi się podoba!! Oby takich więcej o władcy... Ja sam mam niestety tłumaczenie Łozińskiego, na szczęście (w nieszczęściu) to drugie, trochę lepsze... Przeczytałem je jako pierwsze. Ale się uśmiałem jak zobaczyłem porównania tych nazw z pierwszego tłumaczenia Łozińskiego!! Samdum? Radostek? Gullum? Półmędrek? Czy Łoziński jest, za przeproszeniem, poyebany???? :D
14.02.2004, 22:47Świetny artykuł, ale chciałabym sprostować pewną nieścisłość, osobiście posiadam tłumaczenie Hobbita i Silmarillionu Marii Skibniewskiej w myśl zasady posiadania jedynego-słusznego-tłumaczeniu dzieł mistrza Tolkiena. Radzę pogrzebać, a na pewno autor się do nich dokopie i mam nadzieję, że napisze o nich równie ciekawy artykuł (mówię tu bez ironii, naprawdę mi się podoba :)
14.02.2004, 22:35Rzeczywiście jest to artykuł solidny i przyjemny w czytaniu. I chociaż zgadzam się z zarzutami pod adresem p. Łozińskiego to jednak nie zmienia to faktu, że właśnie jego tłumaczenie przeczytałam jako pierwsze. Nie miałam wówczas pojęcia o innych tłumaczeniach( w sumie to moi rodzice kupili mi w prezencie). I po prostu jestem do takiego przekładu przywiązana, mimo jego wszelkich wad.
14.02.2004, 20:38Po przeczytaniu stwierdzam, że jest to świetny artykuł :D Wcześniej Cie tu nie widziałam...ktoś Ty ?! :) pozdro
14.02.2004, 19:33