Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Tłumaczenia "Władcy Pierścieni"

Jak wiele różnic...

Artykuł ten tłumaczom dedykuję. Wszystkim, obojętnie, czy pracę ich uważam za śmieszną czy genialną;

Jeśli powiem, że tłumaczenie to niełatwy kawałek chleba, nie będę odkrywczym Kolumbem ani Einsteinem. Bo to doskonale wie każdy.
Aby przeczytać książkę w innym niż nasz języku i zrozumieć ją wystarczy dosyć dobra jego znajomość, cierpliwość i... dobry słownik. Jednak gdy mamy dokładnie, zdanie po zdaniu zapisać po polsku choćby stronę, pojawia się już pewien problem. Jakiego dokładnie słowa użyć? Jaka kolejność zdania? Krępuje nas cały czas świadomość, że nie jesteśmy nawet autorami tekstu; mamy tylko go przepisać. A to, że w innym języku, wielu obchodzić nie będzie. Niestety. Tylko ten, kto sam próbował przetłumaczyć dłuższy fragment i nie wstydzić się go potem przed ludzkością, może pojąć, jak trudnym zajęciem jest tłumaczenie. Tłumacz musi doskonale znać oba języki, musi mieć zdolności pisarskie, wiele cierpliwości w poprawianiu swej pracy i... coś więcej.
Jeszcze gorzej jest, gdy przed sobą ma książkę, która okrzyknięta została najchętniej czytaną w całym XX wieku, gdyż pojawia się dla tłumacza nowa, wyższa poprzeczka, ma bowiem świadomość tego, że jego praca będzie bacznie obserwowana przez krytykę i zapalonych czytelników. Nie może sobie pozwolić na nieścisłości bądź zbyt wielką ingerencję w oryginalny tekst - wtedy nazwany zostanie heretykiem, a jego tłumaczenie spocznie w dziale "wyprzedaż".
Mówię, rzecz jasna, o przekładzie "Władcy Pierścieni". W artykule tym postaram się być obiektywny, ale jestem dziwnie spokojny, że mi się nie uda. Ale cóż, spróbować trzeba.
Sądzę, że większość z faktów, jakie przytoczę poniżej, będzie większości z Was znana, jednak ze zwykłego poczucia przyzwoitości napomknę nieco więcej o całej sprawie.

Pierwszą tłumaczką 'Władcy' na język polski była pani Maria Skibniewska w wydawnictwie "Czytelnik". Część pierwsza trylogii ukazała się w roku 1961, dalsze w roku następnym. W tłumaczeniu swoim (moim dosyć skromnym zdaniem) udało jej się utrzymać epicki, baśniowy klimat towarzyszący wszystkim książkom Mistrza. Jej tłumaczenie przez -bagatela- trzydzieści pięć lat było w Polsce jedynym, a to chyba już coś oznacza - nikt nie próbował przeskoczyć poprzeczki, którą samodzielnie zawiesiła. Słowa przez nią przetłumaczone zadomowiły się już na stałe w naszym 'tolkienowskim' języku i często zdarza się, że posługujemy się nimi nawet tego nie zauważając. Było dopracowane właściwie od początku, choć pewne nieścisłości się zdarzały. W końcu powiedziane jest: Nobody's perfect.
 
Poniekąd słusznie, pojawił się pogląd, że jedno tłumaczenie to jednak za mało. Jako następca pani Skibniewskiej objawił się Jerzy Łoziński i wykonał dla wydawnictwa "Zysk i S-ka" własne tłumaczenie. Jednak, gdy w roku pańskim 1996 pojawiła się część pierwsza, "Bractwo Pierścienia", tłumaczenie jego zostało (bez szczególnych, a raczej żadnych) ceregieli obśmiane. Zmienił większość nazw, jakie tylko potrafił zrozumieć i w ten sposób biedny Bilbo Baggins stał się Bilbem Bagoszem a nieświadomi zagrożenia krasnoludowie stali się... krzatami. Krytyka, jaka spadła na broniącego się cały czas Łozińskiego, zmusiła wydawców do skorygowania nieco tekstu i wypuszczenia wydania poprawionego. Choć, jak ludzie powiadają, Łoziński nadal upiera się, że pierwsza wersja była najlepsza. Pokój jego duszy.
W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że być może część zarzutów moich względem p. Łozińskiego jest już nieaktualna, ale jednak jego tłumaczenie nadal -nawet w starej (pierwotnej) wersji- można znaleźć w księgarniach i Empikach, a już na pewno w bibliotekach i domowych zbiorach.

Ostatnio zaś pojawiło się jeszcze jedno tłumaczenie, już znaczenie poważniejsze, państwa Marii i Cezarego Frąców. Nie zdążyłem się na razie przyjrzeć mu dokładniej, ale o ile wiem, jest bardzo przyjemne w czytaniu. Choć wieść niesie, że nie wnosi wiele nowatorstwa.

Teraz, gdy już ustaliliśmy kilka faktów, pozwolę sobie przytoczyć fragment poematu elfów, fragment znany wszystkim tolkienowcom. Kolejne wersje kolejnych tłumaczy.
W hołdzie jednak Mistrzowi, który pewno przewraca się w grobie, zacznę od oryginału. A więc....

Three Rings for the Elven-kings under the sky,
Seven for Dwarf Lords in their halls of stone,
Nine for the Mortal Men doomed to die,
One Ring for the Dark Lord on his dark throne
In the land of Mordor, where the Shadows lie.
One Ring to rule them all, One Ring to find them,
One Ring to bring them all and in the darkness bind them
In the land of Mordor, where the Shadows lie.

Paradoksalnie, fragment ten jest napisany prostym językiem, a wywołuje najwięcej kontrowersji. Zacznę przekłady polskie może chronologicznie, od pani Skibniewskiej i najpopularniejszej wersji:

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Czarnego Władcy na jego mrocznym tronie
W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.

Jest to przekład dosyć dokładny w stosunku do oryginału. Przyczepić się mogę i robię to zawsze do "krasnali". Ale w całej trylogii "krasnal" nie zdarza się więcej ani razu, zawsze mamy krasnoluda, w związku z tym może pani Marii chodziło tylko o budowę wiersza. Na szczęście...

Następny w kolejności (do golenia) jest Jerzy Łoziński, u którego mamy dwie wersje; pierwsza zamieszczona w pierwszych wydaniach, popełniona przez samego Łozińskiego, druga, przetłumaczona nie przez samego winowajcę (a miałem być obiektywny...) i zamieszczona w wydaniu, w którym powróciło wiele znanych nam z tłumaczenia Skibniewskiej nazw. Łatwizna jest wszędzie. Ale...

Trzy Pierścienie elfowym władcom szlachetnego miana,
Siedem krzatów monarchom w kamiennych sal koronie,
Dziewięć ludzkim istotom, którym śmierć pisana,
Jeden dla Władcy Ciemności, co trwa na mrocznym tronie
W Mordorze, moc którego zwycięży, nie chciana.
Ten Jedyny, by rządzić wszystkimi, Ten Jedyny, by wszystkie odnaleźć,
Ten Jedyny, by zebrać je wszystkie i w ciemności zespolić więzami
W Mordorze, moc którego zwycięży, nie chciana.

Dla elfich władców pod niebem jasnym Trzy są Pierścienie,
Dla krasnoludzkich podziemnych królów Pierścieni Siedem,
Dziewięć dla ludzi - tych ostatecznym śmierć przeznaczeniem,
Dla Władcy mroku na czarnym tronie jest Pierścień Jeden
W Krainie Mordor, gdzie wiecznej nocy zaległy cienie.
Pierścień Jedyny, by władać wszystkimi, czarem je opętać,
Pierścień jedyny, by wszystkie zgromadzić i w ciemnościach spętać
W Krainie Mordor, gdzie wiecznej nocy zaległy cienie.

Zarówno pierwszy, jak i drugi zmieniają już odrobinkę tekst właściwy; nie ma w nim mowy o "trwaniu" na mrocznym tronie, nie ma nic o nocy, niechcianym Mordorze którego moc jakoby zwycięży ani o "szlachetnym mianie" elfów. Nie mówiąc już o "opętywaniu" pierścieni przez Jedyny, bo to przecież one opętywały właścicieli...
Ale dość o tym, państwo Frącowie niecierpliwą się w kolejce.

Trzy pierścienie dla królów elfickich pod niebem jasnym,
Siedem dla krasnoludzkich władców we dworach kamiennych.
Dziewięć dla ludzi, którym śmierć jest sądzona,
Jeden - Czarnemu Władcy na czarnym tronie
W Mordorze, ziemi, gdzie Ciemność zaległa.
Jeden, by nimi władać, Jeden, by je odnaleźć.
Jeden, by je zgromadzić i wszystkie skrępować
W Mordorze, ziemi, gdzie Ciemność zaległa

Jak widać, jest to przekład dosyć konsekwentny, choć in my humble opinion daleko mu jeszcze do pierwszej wersji. Niemniej nie razi już żadnymi krzatami ani innymi, nie najwyższego lotu, pomysłami. Na wieki wieków.

Teraz jeszcze pora na kilka słów o samych tłumaczeniach. Nie wiem, czy jest sens oferować, że będę obiektywny, bo z tego chyba nic nie wyjdzie... Ale kciuki trzymać możecie i nawet o to proszę.

Maria Skibniewska, jak już wspomniałem, nie ingerowała w nazwy własne. Bilbo Baggins to Bilbo Baggins, Gandalf to Gandalf, Denethor to Denethor. Spolszczyła jednak fonetycznie część nazw - Shelob stała się Szelobą, Celeborn - Kelebornem. Nazwami nam przystępnymi stał się również Wichrowy Czub i Góry Mgliste - to dla przykładu. Z niezrozumiałych jednak względów opuściła wszelkie znaczki nad literami, których w oryginale jest mnóstwo... a jednak. Spolszczyła imiona żeńskie, jak Galadriela czy Arwena (u Tolkiena Galadriel i Arwen) ale uważam to za słuszne - w naszym języku rodzaj żeński ma końcówkę -a, w angielskim nie ma żadnego tej maści wymogu. Dodam tylko, że gdyby nie to, Arwen mógłby z powodzeniem być rycerzem Gondoru, a Aragorn jego ciepłą, domową żoną... Dzięki spolszczeniu wątpliwości nie ma. Na wieki.
 
Jerzy Łoziński - tu już nieco gorzej. Z nieznanych powodów krasnoludy zostały mianowane krzatami. Nie wiem czemu, ale krzat bardziej kojarzy mi się ze Zgredkiem albo płynem do naczyń, a nie walecznym Gloinem z (przekonującym) atrybutem w postaci topora. Nazwiska hobbitów zostały... no, powiedzmy: przetłumaczone. Kilka przykładów podam za chwilę, teraz jeszcze powiem, że wyrzucił precz część końcówek -th (Osgiliath, Minas Tirith) czy może raczej wyrzucił końcowe -h. Moim zdaniem nie jest to właściwe, gdyż nie są to nazwy czysto angielskie, w związku z czym Osgiliat, Minas Tirit czy Eleberet ciekawiej i bardziej tajemniczo i wzniośle brzmi jako Osgiliath, Minas Tirith czy też Elberet. Za to Arwena ochrzczona została fonetycznie: Aruen. Nie skomentuję... Et in terra pax Łozińskus bonae voluntatis.
Nowe wydanie poprawiło kilka powyższych form na normalne. Wzięte z tłumaczenia pani Skibniewskiej... Jednak mało kto już kupuje nowych "Tolkienów" w tłumaczeniu Łozińskiego, kto już miał kupić, to kupił... i się przekonał. Drugiego wydania raczej nie kupi.

O tłumaczeniu państwa Frąców wiele nie powiem, zostawię to innym bądź też odłożę na kiedy indziej. Nie mam możliwości zapoznać się z nim dokładniej - nie moja to wina. Nadmienię tylko tyle, że nie ma w nim prawie wcale zmian nazw własnych, co jest i dobre, i złe jednocześnie. Co kto lubi...

A teraz, obiecana tabelka - bitwa na gołe pięści między mr Łoziński a mrs Skibniewska - mam wrażenie, że i tak wiem, kto ma rację. Pośmiać się zawsze przecież można.

M. Skibniewska            J. Łoziński
Obieżyświat                  Łazik (to taki robot radziecki)
Baggins                         Bagosz (od "bag" - bagaż, torba")
Dziadunio Gamgee       Starzyk Gaduła
Shire                               Włość ("shire" dodawane jest do nazw regionów i hrabstw)
Rivendell                       Tajar
Hollin                             Swent
Lothlorien (Lorien)      Latoloria
Elfy Wysokiego Rodu Elfy Godne
Brandybuck                  Gorzaleń ("brandy" - gorzałka)
krasnolud                      krzat
Arwena                         Aruen (fonetycznie z angielskiego)
Szeloba                          Pajęczyca
Gollum                           Gullum
Samwise                        Półmędrek
Underhill                       Podgórny
Mroczna Puszcza         Sępna Puszcza
Meriadok                      Radostek
Smeagol                         Samduł
Rzeka Entów                 Entyna
Złota Jagoda                 Złotanka
Drużyna Pierścienia     Bractwo Pierścienia (ang. "Fellowship" ma znaczenie "koleżeństwo", "towarzystwo", ale do "bractwa" sporo mu brakuje...)

Pozwolę sobie jeszcze dodać, że Balroga jeszcze nikt nie nazwał (Bogu dzięki) Grozikiem z Przedwiecza... Dreszcze mnie przechodzą na samą myśl, co by się wydarzyło, gdyby pan Łoziński wziął się za tłumaczenie Silmarillionu... brrr... Obecnie robią to za niego inni.

Oczywiście Tolkien napisał nie tylko Władcę. Maria Skibniewska przetłumaczyła tylko trylogię, "Hobbita" i "Silmarillion", pozostałe książki są tłumaczone przez inne osoby - nie ma wśród nich Łozińskiego. Na wspomnienie zasługuje chyba przede wszystkim Radosław Kot, autor przekładu "Niedokończonych Opowieści" i "Księgi Zaginionych Opowieści". Nawiązuje on do przekładu Skibniewskiej i właściwie nie mam do niego żadnych zastrzeżeń, choć zawsze powtarzałem, że jego język jest nieco toporny i nie ma w sobie tyle baśniowości, co ona. Ale cóż - czyż każdy z nas nie mówi innym językiem?

Kończąc już definitywnie te rozmyślania, przytoczę tylko fragment (bo tylko fragmentem dysponuję) listu J.R.R. Tolkiena.

"Przykro mi, że [...] nie odpowiedziałem na list pani Skibniewskiej. [...] Nie jestem w stanie sporządzić dla niej szczegółowych wskazówek. [...] Powinna kierować się ogólna zasadą, żeby jak najmniej tłumaczyć czy zmieniać nazwy. Jak sama zauważa, jest to angielska książka i jej angielskość nie powinna ulec zatarciu. [...] Moim zdaniem nazwiska osób powinny zostać nietknięte. Wolałbym także nie ruszać nazw miejscowych, łącznie z Shire. Sądzę, że najwłaściwszym wyjściem byłoby dołączenie na końcu książki listy nazw mających jakieś znaczenie po angielsku z wyjaśnieniami po polsku."

W ten sposób postąpił (i dzięki mu za to) pan Andrzej Polkowski - zamiast nazwać Harry'ego Harrym Garncarzem albo Harrym Włóczykijem zamieścił mały słowniczek. Niestety, nie wszyscy tłumacze wpadają na ten bardzo dobry pomysł.

Mam nadzieję, że cały ten artykuł skłoni do odrobiny refleksji o tym, czym jest dobry przekład. Bo niewątpliwie niejeden się jeszcze w przyszłości pojawi tłumacz rzucający się w toń "Władcy". Nawet sam mam na to ochotę, gdy tylko podszlifuję jeszcze odrobinę swój angielski. Pojawią się tłumaczenia lepsze i gorsze, bardziej się nam podobające lub mniej, ale chyba najważniejsze jest zachować granicę między gustem, a zwykłym ośmieszeniem. Nie tylko siebie - bo, niestety, zły tłumacz łatwo zniechęcić może do lektury dobrej książki...

Anchriscus
14.02.2004, 19:00

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Fearer

A ja mam porównanie, bo jestem zaznajomiony ze wszystkimi trzema przykładami... ;) No więc krótko, Skibniewska rządzi i tyle. Przetłumaczyła to dzieło świetnie, idealnie oddającym klimat językiem, który jednak nie staje się wcale pompatyczny czy wręcz archaiczny - chociaż wyrazy typu 'ongi' się tam znajdują i uroku dodają. Łoziński... no, wiadomo, co zrobił z nazwami własnymi, ale jego tłumaczenie jest naprawdę bardzo dobre. Łoziński ma ciekawy styl pisania i szczególny zmysł do tworzenia fajnych myśli, podam tu przykład (z pamięci, więc niedokładny, ale sens pozostał. Wypowiada się Gandalf). Skibniewska: "sprawy te fascynowały mnie jako ucznia i jako badacza". Łoziński: "sprawy te fascynowały mnie jako ucznia i jako nauczyciela". Które ciekawsze? No, ale przez te nieszczęsne nazwy własne typu Łazik, pozostaje odłożyć książkę na półkę. Co do Fronców... po pierwsze, odpycha mnie już fakt, że ostatnia część (Powrót króla) przetłumaczona została przez... inny zespół tłumaczy, ze względu na kwestie czasu. Oznacza to, że w sumie nad tłumaczeniem pracowały aż 4 osoby. Ja osobiście wolę, gdy tłumaczy tylko jedna osoba... bo każdy ma własny styl, tłumaczenie literatury to prawie jak jej pisanie. Sądzę, że książka napisana przez czteroosobowy zespół nie spodobałaby się wam. Tym nie mniej tłumaczenie jest całkiem dobre, napisane prostym, jasnym językiem, chociaż miejscami nieco zawiłym... No i brak mu tego czegoś, co ma Skibniewska. Podsumowując: wszystkim początkującym w Tolkienie polecam Skibniewską, a jeżeli ktoś chce sobie przeczytać drugi raz i nie boi się Łazików, warto sięgnąć po Łozińskiego. Frąców bym sobie darował, wydanie jest piękne, ale to chyba ich jedyna przewaga nad konkurentami. ;) Pozdrawiam!

4.05.2010, 22:34
k02u

Mam wrażenie, że większość miłościwie krytykujących tłumaczenie Łozińskiego nawet nie pokusiła się o przeczytanie 3 stron tekstu. Oprócz dziwnej maniery spolszczania nazw własnych (które to w drugim wydaniu w większości zostały przemianowane na oryginalne nazwy) ów Pan jest całkiem niezłym tłumaczem. Jego styl jest 'cieplejszy' od Skibniewskiej, gdzie przez niektóre fragmenty czytelnik przedziera się z mozołem. Uważam, że ideałem byłaby kombinacja Skibniewska/Łozowski: jej świetne przekłady wierszy i piosenek, udane nazwy własne i pewna podniosłość i jego 'przyjazność' tłumaczenia.

24.01.2010, 17:58
Jork

czytałem obie wersje, w przekładzie Skibiniewskiej i Łozińskiego... i co muszę stwierdzić, błędy tłumaczeniowe można znaleźć w obu wersjach, co z resztą zauważyłem nie tylko ja. Oczywiście nic nie przebije oryginału, ale jeśli już miałbym wybrać bardziej udaną wersję przekładu to wybieram tłumaczenie pani Skibiniewskiej. Łoziński może i jest bardziej kreatywny w swojej wersji, ale co za dużo to niezdrowo... potraktował prośby Tolkiena o nietłumaczenie nazw własnych (które on sam tworzył z największą dbałością o szczegóły), a pan Łoziński tę prośbę zignorował... czego efektem jest już drugie, poprawione wydanie (pierwsze, którego celem było przybliżenie czytelnikom świata Śródziemia, najwyraźniej przyniosło inny skutek...). Kompletnym wg mnie kuriozum było tłumaczenie tolkienowskiego Shire jako Włość... jak można przetłumaczyć nazwę, która nie ma swojego odpowiednika w języku polskim i nijak oddaje atmosferę angielskiej wsi, co było głównym zamierzeniem autora... a Baggins vel Bagosz... więc może i Zbyszka z Bogdańca także można jakoś "przechcić"... sam studiuję lingwistykę i tłumaczenia (nie chcę nikogo krytykować, bo sam dopiero się uczę) ale nigdy nie odważyłbym się tłumaczyć nazw własnych (oczywiście innych niż miejsca i postaci historyczne, które mają swoje odpowiedniki) jeżeli byłoby to wbrew woli autora... to brak szacunku dla jego kreatywności i co czasem widać próba zakończona with complete distaster...

6.01.2010, 20:57
nikia

Czytałam przekład Frąców... Ma o wiele mniej uroku niż Skibniewskiej...

9.07.2009, 16:57
Freya

Ja posiadam "Władcę Pierścieni" w tłumaczeniu państwa Frąców i cenię je sobie bardzo. Wcześniej czytałam oczywiście całą trylogię w przekładzie Marii Skibiniewskiej i chyba nie muszę zachwalać, bo tłumaczenie tego nie potrzebuje, bo jest zrobione profesjonalnie i konsekwentnie. Przed Łozińskim uchronił mnie mój nawyk, by każdą książkę wziętą do ręki wpierw przejrzeć, przeczytać choćby kilka wersów i dopiero decydować, czy zabrać ze sobą. Jak przeczytałam kilka słów na temat "Łazika", to jedyne co byłam w stanie pomyśleć wyglądało tak "ojej, biedny Aragorn" ;P bo chyba każdy się zgodzi, że to skandal zmieniać imiona postaciom na kretyńskie, polskie odpowiedniki. Książkę odkładałam niemal z obrzydzeniem. Ja się dziwię, że ktoś to wydać w ogóle pozwolił, jakby mi ktoś przyniósł takie "cudo" do korekty to bym chyba padła ze śmiechu. Nie wiem jakimi pieniędzmi musieliby mnie przekupywać aby ta zbrodnia ujrzała światło dzienne.

9.06.2009, 01:54
Dorian

ja przeczytałam kilka razy Łozinskiego, bo taki przekład mam w domu, ale z jego nazw podoba mi sie tylko Entyna.

28.12.2007, 19:33
inion_mekhi

Witam. Przyznam sie szczerze, ze nie sledze rozmowy od samego poczatku, jednak z przedmowca osmielilabym sie polemizowac. W kazdym przekladzie sa bledy - w koncu tlumacz tez czlowiek, natomiast to, ktore tlumaczenie sie komu podoba jest rzecza gustu a o gustach, jak wiemy, sie nie dyskutuje :) Nie powinno się tez miara gustu mierzyc jakosci przekladu, bo to czy tlumaczenie jest dobre, zalezy przede wszystkim od jego odniesienia do wersji oryginalnej i realiow w jakich jest osadzona. I tutaj wlasnie moim zdaniem pani Skibniewska jest do przodu. Wydaje się ze tlumaczenie Lozinskiego mialo na celu maksymalnie przyblizyc swiat „Wladcy” polskim czytelnikom (chociazby przez swojsko brzmiace wersje nazw). Jednak w przypadku tej powiesci to jest niemozliwe. Chociaz nie jest to ksiazka oparta na historycznych faktach, bardzo gleboko osadzona jest w realiach sredniowecznej Anglii. No wlasnie – Anglii. W polskiej kulturze nie ma odpowiednikow dla przedstawienia tych realiow bo kultura polska i angielska nie rozwijaly się rownoczesnie i w tym samym tempie. Ten przeklad nie przybliza czytelnikowi swiata w który wkracza,ale zaciera jego angielskosc, znieksztalca go. Podczas gdy Skibniewska stara się jak najmniej ingerowac w swiat powiesci, Lozinski w pewnym stopniu kreuje nowy. Ksiazka jest angielska i angielska powinna pozostac. Poza tym owszem - pani Maria „jest niescisla”, ale Lozinski pobija wszelkie rekordy :P

7.07.2007, 21:25
Osgiliat

ja tam lubię Łozińskiego poczytać, właśnie przez jego tłumaczenie. dzięki niemu nazwy zyskały trochę głębi i każdy twórca powinien to rozumieć - takie tłumaczenie przybliża czytelnikowi świat, w który wkracza

15.06.2007, 12:04
Dr_Doktor

Nie martw sie, Skibniewska również jest nieścisła.

18.04.2006, 09:17
Ja-nin

może to dziwne, ale mimo iż wiem, że pierwszy przekład wiersza przez Łozińskiego jest nieścisły w stosunku do oryginału, to jakoś jestem do niego najbardziej przywiązana. Może dlatego, że mam ten przekład w domu i z nim jako pierwszym się zetknęłam. Poza tym najlepiej się rymuje ^^'

17.04.2006, 13:03