Wiadomosci

Koralina za kurtyną

Magia książek Gaimana ..

Podsyć swą ciekawość...

..zdjęcia z 'Księcia Półkrwi'.

Daniel obraża fanów słowa pisanego?

A to się nam dostało...

Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Wieczorne rozważanie o języku i książce: Sapkowski oraz, proszę się nie gorszyć, wulgaryzmy.

Wieczorne rozważanie o języku i książce: Sapkowski oraz, proszę się nie gorszyć, wulgaryzmy. "Ostatnie Życzenie"

Jest już trochę późnawo, a ja odczułem przemożną chęć zabawienia się w prowokatora. Nie jestem pijany. Psa nie będę prowokował, ludzi na ulicy też nie, bo i tak wściekli – Polska odpadła z Mundialu; więc pozwolę sobie rubasznie się podzielić paroma refleksjami.

Mamy Rok Języka Polskiego. Spójrzmy na polską fantasy. Takiego Sapkowskiego, dajmy na to. Spośród wielu epitetów, jakimi można by obdarzyć język Andrzeja Sapkowskiego, wybierzmy sobie jeden i przyjrzyjmy mu się nieco bliżej; niech wyciągniętym z wora przymiotników będzie słowo "barwny". Gdyby teraz zabawić się w sędziego, wydam werdykt: prawda to. I nawet gotów jestem argumentować. Bo o zdemoralizowaniu i Sapkowskiego, i moim, może świadczyć fakt, że zamierzam przytoczyć co barwniejsze fragmenty wedle upodobania. Ku zgorszeniu społeczeństwa. By opowiedzieć o "Ostatnim Życzeniu" – zbiorze (raczej swawolnych, rzekłbym) opowiadań. Zapraszam.

Wspomniany Rok Języka Polskiego, którego nikt nie obchodzi bardziej niż zeszłotygodniową Paradę Równości, zwykło się oznajmiać przy okazji jakiegoś nudnego wykładu o pięknie w mowie. I można by tutaj począć rozważać, dlaczegóż to mówimy tak, a nie inaczej, i dlaczego jakiś zdziadziały profesor za młodu mawiał "piękny", a dziś młódź woli oznajmić: "fajny". Rozpłynąć się nad kwiecistością Dąbrowskiej, na przykład.

A ja pójdę nieco inną ścieżką.

Pozwolę sobie prowokacyjnie obnażyć współczesny język, publicznie pokazać i powiedzieć, że w języku nie ma już "pięknego", natomiast funkcjonuje... O, teraz wywołam zgorszenie. Co bardziej dystyngowani odwrócą swe oczy, słabsi zemdleją... Ano, zajebisty, tak dla przykładu.

Zajebisty, zajebisty.

Ach, cóż za szok. Właśnie kolejni czytelnicy klikają "wstecz", wachlują się albo podejmują szlachetną inicjatywę zrugania mnie w myślodsiewni, petycji o wygwiazdkowanie... A nie, nie, nie. Nie będę zajebistości dziś gwiazdkował.

Wulgaryzmy są nieodłączną częścią języka. Można spuszczać na nie zasłonę milczenia, ukradkiem chować je za kotarę, płonić się za każdym razem, gdy jakiś zbłąkany pojawi się na horyzoncie. Ale istnieją. Wyrzucić się nie da. Jak sam prof. Miodek, którego zresztą nie lubię zbytnio, przyznał, gdyby poślizgnęła go złośliwie jakaś skórka od banana, niekoniecznie wykrzyknąłby ledwie: "O rety!".

I przykładem tego, jak bardzo wulgaryzmy weszły do naszego życia, jest Sapkowski.

Zatem ostrzegam, że teksty dalej zamieszczone nie będą epatowały szczególną kulturą. Nie przeszkadza mi, że w ciągu pięciu minut stracę resztki dobrej opinii. W sumie jednak skoro piszę o książce, czuję się odrobinkę usprawiedliwiony. Mniemanie jest rzeczą, kurwa, ulotną.




Skoro tak wielu uważa mnie w tej chwili za do końca zdemoralizowanego człowieka, niesmaczy się i oburza, trwoży i przestrasza, pozwolę sobie dobić niedobitki i ponownie oznajmić nieoznajmionym, że jest ktoś taki jak Andrzej Sapkowski. Miły pan po pięćdziesiątce. Pisze fantasy, większość pewnie słyszała.

Jego język wprawia w osłupienie.

A skorośmy dziś w takim swawolnym nastroju, może pozwólmy sobie przytoczyć trochę literatury pięknej. Rzeczonego autora.

(1) – Nie ma miejsca, hultaju, rivski włóczęgo – charknął ospowaty.
(2) – Nie słyszy. Łajno ma w uszach – rzekł jeden z tych z tyłu, a drugi zarechotał.
(3) – Leć po ludzi, Treska! – krzyknął do trzeciego, trzymającego się bliżej drzwi.
– Nie trzeba – rzekł nieznajomy, opuszczając miecz. – Sam pójdę.
– Pójdziesz, psie nasienie, ale na powrozie! – rozdarł się ten rozdygotany. – Rzuć miecz, bo ci łeb rozwalę!


Hultaj, łajno, psie nasienie i łeb do rozwalenia. Nic specjalnego. Nic dziwnego. Są to fragmenty pierwszego opowiadania. Wiadomo, za pierwszym razem można być nieśmiałym.

(4) – Nazywam się Renfri, psiakrew – poderwała głowę. – Pozwalam ci pomijać książęcy tytuł, ale przestań nazywać mnie Dzierzbą!
(5) – No, proszę. Ty mała czarownico. Pod samym moim nosem! Niech no ja się tylko dowiem, kto go wpuszczał nocą do zamku! Niech no dobiorę się do dam dworu, z którymi chodziłaś zbierać pierwiosnki. Pierwiosnki, cholera! No i co ja mam z wami teraz zrobić?
(6) –Jaskier! Co z tobą? Odezwij się!
– Hhhh... eee... kheee... khhuuurwa...

(7) – Jaskier – powtórzył Geralt, trzymając poetę za ramiona. – Jak się tu dostałeś?
– Nie wiem – przyznał bard z głupią i zatroskaną miną. – Mówiąc szczerze, jestem raczej nieświadom, co się ze mną działo. Pamiętam niewiele i niech mnie zaraza, jeśli wiem, co z tego było jawą, a co koszmarem. Przypominam sobie jednak niebrzydką czarnulkę o ognistych oczach...
– Co wy mi tu o czarnulkach – przerwał gniewnie Neville. – Do rzeczy, mospanie, do rzeczy. Wrzeszczeliście, że wiedźmin jest niewinny. Jak mam to rozumieć. Że niby Wawrzynosek sam, własnoręcznie obił sobie dupę? Bo jeśli wiedźmin jest niewinny, to inaczej być nie mogło. Chyba że była to zbiorowa halucynacja.
– Nic mi nie wiadomo o dupach ani halucynacjach – rzekł dumnie Jaskier. – Ani o wawrzynowych noskach.

(8) – He, he – zaśmiał się kapłan. – Trafiła kosa na kamień, jak mi się zdaje! To wyjątkowo silny d'jinni! Prawdziwie, nie wiem, kto kogo schwytał, wiedźma jego czy on wiedźmę! Ha, skończy się to tym, że d'jinni zetrze ją na proch, i bardzo dobrze! Sprawiedliwości stanie się zadość!
Sram na sprawiedliwość – wrzasnął burmistrz, nie bacząc, że pod oknami mogą stać wyborcy.


Brniemy naprzód, pragnę zauważyć.

(9)
Leżeli na samym środku sali balowej, jasnej od kandelabrów. Bogato odziani panowie i skrzące się od klejnotów damy, przerwawszy taniec, przyglądali im się w osłupiałym milczeniu. Muzycy z galeryjki zakończyli grę gryzącą kakofonią.
– Ty kretynie! – krzyknęła Yennefer, usiłując wydrapać mu oczy. – Ty cholerny idioto! Przeszkodziłeś mi! Już go prawie miałam!
Gówno miałaś! – odkrzyknął, zły nie na żarty. – Uratowałem ci życie, głupia wiedźmo!
Parsknęła jak wściekły kot, jej dłonie sypnęły iskrami. Geralt, odwracając twarz, ucapił ją za oba przeguby, po czym zaczęli się tarzać wśród ostryg, kandyzowanych owoców i kruszonego lodu.
– Czy mają państwo zaproszenia? – spytał postawny mężczyzna ze złotym łańcuchem szambelana na piersi, patrząc na nich z góry z wyniosłą miną.
Odchędoż się, durniu! – wrzasnęła Yennefer, wciąż próbując wydrapać Geraltowi oczy.
– To skandal – rzekł z naciskiem szambelan. – Doprawdy, przesadzacie z tą teleportacją. Poskarżę się Radzie Czarodziejów. Zażądam...
Nikt nigdy nie dowiedział się, czego zażąda szambelan. Yennefer wyszarpnęła się, otwartą dłonią trzasnęła wiedźmina w ucho, z mocą kopnęła go w łydkę i skoczyła w gasnący na ścianie portal. Geralt rzucił się za nią, wypraktykowanym ruchem łapiąc za włosy i pasek. Yennefer, też nabrawszy praktyki, zdzieliła go łokciem. Od gwałtownego ruchu trzasnęła jej suknia pod pachą, odsłaniając zgrabną dziewczęcą pierś. Zza rozdartego dekoltu wyleciała ostryga.
Wpadli oboje w nicość portalu. Geralt usłyszał jeszcze słowa szambelana:
– Muzyka! Grać dalej! Nic się nie stało! Proszę nie przejmować się tym godnym pożałowania incydentem!

(10)
– Biją się! Czarownik i wiedźma biją się!
– Biją się? – zdziwił się Neville. – Oni się biją, a ten zafajdany demon rujnuje moje miasto!




Jest już trochę późnawo, a ja pozwalam sobie w ten nieprzyzwoity sposób, bez omawiania głębi książek Sapkowskiego, zachęcić do lektury. Oto bowiem nadeszły czasy, że nie można ograniczać się do wyrafinowanych opowieści z cyklu co Tolkien miał na myśli, ale zauważyć nieco większą życiowość nieco bardziej zbliżonych do realiów – tej naszej pieprzonej rzeczywistości – współczesnego świata.

Ajć, starzejemy się.

Tytuł: Ostatnie Życzenie
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: superNOWA
Cena: ok. 25 zł

Valaraukar
15.06.2006, 22:15

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

V.

Ech, Droga Pani Redaktor, czasem mi doprawdy uszy więdną, gdy czytam, jak usiłuje mi się udowodnić błąd rzeczowy. Czy sądzisz, że zasady pisowni języka polskiego, już i tak bardzo rozległe, będą się zastanawiały szczególnie nad przypadkiem Homera? W momencie, gdy cały świat zna tę osobę pod takim mianem, można by użyć całkiem wulgarnego frazeologizmu na określenie stosunku do nieunormalizowanej kwestii jego danych osobowych. Skoro moja wypowiedź była niejasna, bardzo uniżenie przepraszam, ale w tak zacnym gronie spodziewałem się zrozumienia. Zaś co do spraw, które zostały wywleczone i omówione dalej, pozostaje mi się zgodzić co do niepotrzebności kanonów i jako przykład przytoczyć Haggarda. Taki miły pisarz, co napisał "Kopalnie Króla Salomona", prekursor fantasy. Otóż z książek, jakie przeczytał, można wymienić Robinsona Crusoe. Na tym się kończy. Ja muszę się wobec Pani Filolog przyznać, że rzeczonego Robinsona nie przeczytałem, bo nudził mnie sakramencko jak cholera. Ale cóż, przecież pochodzę z zaścianków.

18.06.2006, 14:30
LL

Analfabetyzm kulturowy i przeintelektualizowanie to groźne choroby, aczkolwiek nie śmiertelne, niestety. Ja urodziłem się Lacigamem, nie lubię torb, walizek i reszty pasmanterii.

18.06.2006, 13:58
Aibhill Dreamstoher

Czy to jest choroba śmiertelna?

18.06.2006, 13:39
Aibhill Dreamstoher

Tak Lacigam, ja się urodziłam torbą, wobec czego walizką nie będę i nie dostąpię zaszczytu wejścia do elitarnego Koła Wzajemnej Adoracji.

18.06.2006, 13:38
LL

Och! jaki wywiad. Dołączę go do moich materiałów diagnozujących straszliwą chorobę przeintelektualizowania.

18.06.2006, 13:36
LL

Dość kiepsko znam tzw. klasykę, szczególnie polską i bynajmniej nie czuję się przez to niegodny miana człowieka. Reymont nie obchodzi mnie zupełnie, a Sapkowski tylko na tyle, na ile ciekawym jest kontrast pomiędzy życiowym nieudacznikiem, a całkiem udanym tworem literackim. Jak was czytam, to czasem myślę, żeście wszyscy bardziej nienormalni niż ja sam.

18.06.2006, 13:32
Aibhill Dreamstoher

Nie zamierzam z panami dłużej dyskutować, wszak przecież nie jestem godna wielmożnym panom sznurówek u butów wiązać, a co dopiero rozprawiać nad tematami związanymi z literaturą.

18.06.2006, 13:14
M.

Uniżenie przepraszam za to, iże twierdzę, że kanony ograniczają szersze spojrzenie. Więc, wulgaryzując jak Sapkowski, do dupy z kanonami, o!

18.06.2006, 13:09
M.

A, i jeszcze w oczy rzuciła mi się pewna prawidłowość, że jak zada się pytanie komuś ze Szkół, które Nie Są z Małych Miast, to ten ktoś miast odpowiedzieć na to pytanie jasno, zarzuca jakieś związki nieuznawane przez szlachetny Kościół, jakieś kółeczka (pozostaje mieć nadzieję, że nie podwórkowe kółeczka różańcowe) i inne adoracje. A to ci!

18.06.2006, 13:07
Aibhill Dreamstoher

Jest pewien kanon, panie Mauzolu. A ucz się, na zdrowie.

18.06.2006, 13:06