Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

„Harry Potter i Więzień Ekranu” – elukubracja o filmie „Harry Potter i Zakon Feniksa”

Słupek rtęci (tak, tak, mam jeszcze w domu termometr rtęciowy, ale pozbycie się go jest kwestią czasu, bo w rozbijaniu rtęciowych termometrów jestem mistrzynią, niemniej na ten szczególnie uważam, bo termometry elektroniczne uznaję za niewiarygodne – ale to tak na marginesie) przekroczył o kilka kresek 37 stopni, gardło bolało jak cholera, nos co chwilę kazał sobą pociągać i wędrować ręce do kieszeni po chusteczki. Mimo zdiagnozowanej dzień wcześniej infekcji wybrałam się do kina na film „Harry Potter i Zakon Feniksa”, co rozsądne nie było, bo najpewniej zaraziłam połowę widowni, ale kto by się tym przejmował; nie w takim stanie się do szkoły chodziło, więc czemuż miałam sobie odmówić przyjemności obejrzenia ekranizacji piątego tomu przygód Chłopca Który Podobno Znów Przeżył. Po 138 minutach rozsiewania zarazków na lewo i prawo wśród niczego nieświadomych kinomanów wyszłam z sali kinowej i zadałam sobie m.in. takie pytanie: dlaczego nie odmówiłam sobie przyjemności obejrzenia „Harry’ego Pottera i Zakonu Feniksa”?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta: bo widziałam ekranizacje poprzednich tomów, bo uległam instynktowi stadnemu i tak jak większość miłośników twórczości J.K. Rowling kupię (prawie) wszystko co w nazwie zawiera słowa „Harry Potter”. Bilet do kina na film zawierający w nazwie te dwa przyciągające jak magnes słowa kupiłam już kilka dni wcześniej, coby nie stać w długiej kolejce do kasy w dzień premiery. Miałam nadzieję obejrzeć równie dobry jak „Harry Potter i Czara Ognia” film. Obraz mroczny, ale też śmieszny – taki jak piąty tom. Obraz, w którym czuć ducha powieści o nastoletnim czarodzieju. Tymczasem nic nie czułam, najpewniej z powodu kataru.

Fabuła

Już pierwsze minuty filmu, ukazujące atak dementorów na Harry’ego i Dudleya w dziwnym tunelu (a może to przejście podziemne? tylko skąd w Little Whinging przejście podziemne?), utwierdziły mnie w przekonaniu, że wyobraźnia reżysera (David Yates) i scenarzysty (Michael Goldenberg) nie zna granic i że będę miała do czynienia ze swobodną interpretacją treści piątego tomu. Ot, taka radosna twórczość, objawiająca się w okrajaniu lub przekształcaniu niektórych wątków, a także pomijaniu tych naprawdę ważnych dla całej historii. A będąc świeżo po lekturze „Harry’ego Pottera i Zakonu Feniksa” momentalnie wyłapywałam wszelkie nieścisłości między książką a jej ekranizacją. I tak, na przykład, dowiadujemy się, że Gwardię Dumbledore’a zdekonspirowała Cho Chang, a nie jej przyjaciółka Marietta, przez co Harry nie chciał z nią więcej rozmawiać (ani tym bardziej całować się); ich romans zakończono więc szybko, acz brutalnie, bez zbędnych wyjaśnień. Prof. Umbrigde wydaje coraz to nowe dekrety edukacyjne, niektóre bardzo oryginalne, jak ten nakazujący noszenie schludnego stroju. Bliźniacy Weasley swą ucieczkę poprzedzają pokazem sztucznych ogni w klasie, w której odbywają się SUMY; nie ma żadnego bagna, a przebieg SUMÓW nadzoruje tylko prof. Umbridge. Inne egzaminy nie zostały pokazane, brak również rozgrywek Quidditcha, walentynkowego wypadu do Hogsmeade, scen z nowym nauczycielem wróżbiarstwa oraz z wyborem Rona i Hermiony na prefektów. Harry o dziwo nie spóźnia się na rozprawę w Ministerstwie Magii, a przepowiedni wysłuchuje już w Departamencie Tajemnic. Pan Weasley po ukąszeniu przez Pottera w dość dobrym stanie spędza święta Bożego Narodzenia z rodziną przy Grimmauld Place 12. Hagrid przedstawia Graupa całej trójce głównych bohaterów. Ten jest wyraźnie zauroczony Hermioną – ku niezadowoleniu Rona – i nawet sprawia jej drobny prezent. Lunę Lovegood poznajemy dopiero przy powozach, nie zaś w pociągu Ekspres Hogwart. Co ciekawe, filmowa Pomyluna biega (właściwie powinnam napisać „podskakuje”, bo Luna na ekranie w taki właśnie sposób przemierza przestrzeń) po błoniach Hogwartu bez butów, ale za to w gustownym fioletowym bolerku. Harry poznaje wspomnienia Snape’a (scena ta trwa zaledwie kilka sekund; niestety, widzimy głównie twarz młodego Jamesa Pottera) stosując legilimencję, nie zaś używając myślodsiewni... Różnice między książką a filmem można wymieniać w nieskończoność.

Aktorzy

W „Zakonie Feniksa” pojawia się mnóstwo nowych postaci. Najważniejszymi z nich są niewątpliwie: prof. Umbridge, Luna Lovegood, Nimfadora Tonks oraz Bellatrix Lestrange. Oczywiście nie mogło ich zabraknąć w ekranizacji piątego tomu. W rolę Wielkiego Inkwizytora i późniejszego dyrektora Hogwartu wcieliła się Imelda Staunton, Pomyluną stała się Evanna Lynch a Bellatrix Helena Bonham Carter. Członkinię Zakonu zagrała Natalia Tena. Co można powiedzieć o grze dwóch ostatnich? Niewiele, bo na ekranie pojawiają się zaledwie przez kilkanaście minut – a szkoda. Uznanie i kilka słów należy się za to Imeldzie Staunton, która po prostu była swoją postacią; stworzyła prof. Umbridge z krwi i kości i to na tyle dobrze, że czasem ma się ochotę wykrzyknąć w stronę ekranu: ty wstrętna wiedźmo! Uznanie należy się także pannie Lynch, która ma w sobie bardzo dużo z Luny i rzeczywiście wygląda na trochę pomyloną nastolatkę.
Co do gry Wielkiej Trójki, czyli Daniela Radcliffe’a, Ruperta Grinta i Emmy Watson to zastrzeżeń większych nie mam. Ba, śmiem twierdzić, że z filmu na film idzie im coraz lepiej. Muszę też przyznać, że Daniel całuje całkiem profesjonalnie. I jeszcze mu za to płacą!
Niedosyt mam jeśli chodzi o ujęcia z udziałem Alana Rickamana (Severus Snape), Toma Feltona (Draco Malfoy) oraz Jasona Isaacs’a (Lucjusz Malfoy). Ale cóż, nie można mieć wszystkiego, wszak to nie oni grali pierwsze skrzypce w piątym tomie, a raczej Harry Potter i prof. Dolores Umbridge. I to właśnie oni najczęściej pojawiali się na ekranie.

Muzyka, kostiumy, zdjęcia i scenografia

Twórcą muzyka do filmu jest Nicholas Hooper. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy współgra ona z tym, co się dzieje na ekranie, bo jakoś nie zwróciłam na nią uwagi, co chyba nie świadczy zbyt dobrze o Hooperze. Muzykę Johna Williamsa pamiętam do dnia dzisiejszego.

Jany Temime, po raz drugi odpowiedzialna za kostiumy na planie filmowym, ubierała głównych bohaterów w mundurki na zmianę z paskudnymi swetrami czy bluzkami, a na T-shirt Harry’ego dwa razy zarzuciła sztruksową, brązową marynarkę. Oto przykład:

zdjęcie pochodzi ze strony http://film.onet.pl/F,10451,1,42,galeria.html


Nic dodać, nic ująć, komentarz jest zbędny. Jedna rzecz mi tylko spokoju nie daje. Kiedy Harry ma wizję o torturowaniu Syriusza to najpierw biegnie się przebrać w codziennie ubranie (oczywiście towarzyszą mu Ron i Hermiona), a dopiero później próbuje skorzystać z kominka w gabinecie prof. Umbridge, by skontaktować się ze swoim ojcem chrzestnym. Wszyscy wiemy jak Potterowi zależało na czasie i nie powinien go trwonić na zmianę garderoby.

Autorem zdjęć do filmu był jeden z naszych najbardziej znanych i utalentowanych operatorów, Sławomir Idziak. Prócz naprawdę dobrych ujęć zafundował nam, zupełnie niepotrzebnie, kilka ckliwych ujęć Hogwartu: Hogwart zimą, Hogwart o zmierzchu, Hogwart o poranku i Hogwart Jakiś Tam. I jeszcze Harry Potter na błoniach mówiący jak bardzo czuje się samotny. Ale odrobina romantyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

O scenografii powiem tylko, że czasem zaskakuje, a zwłaszcza w Departamencie Tajemnic. Zasłona, za którą zniknął Syriusz w ogóle nie przypominała kurtyny. Ciężko stwierdzić co przypominała.

Słów więcej niż kilka na koniec

Jak już wspomniałam, reżyser i scenarzysta pozwolili sobie na pewną dowolność interpretacyjną, wychodząc z założenia, że na film wybiorą się osoby dobrze znające treść książki, więc to, czego im się nie pokaże sami sobie dopowiedzą, a reszcie i tak się będzie podobać. Albo i nie, ale za bilet i tak wcześniej zapłacą. Skondensowanie prawie 1000 stron piątego tomu (w polskim przekładzie) tak, żeby tworzył spójną całość na ekranie to nie lada wyzwanie, któremu – moim zdaniem – twórczy nie podołali. Film przypominał mi pokaz slajdów – pojedyncze ujęcia bez elementów spajających, za to z dużą ilością niedopowiedzeń; to tak, jakby w książce Rowling co kilkanaście zdań stawiała ten oto znak: […]. W filmie jest podobnie. Widz, który zna treść książki będzie wiedzieć kim są nowi bohaterowie (np. pani Figg), jaką odgrywają rolę w historii (bo przecież nie pojawiają się przypadkowo), co motywuje ich postępowanie. Widz, który nie zna książki nie ma na to szans. Będzie tylko biernym obserwatorem szybko rozwijającej się akcji, kimś, kogo w literaturze określa się mianem „odbiorcy narracji”, nie zaś „odbiorcą utworu”. Frajdę będzie mieć wyłącznie z podziwiania efektów specjalnych, pocałunku Harry’ego z Cho i obserwowania nowych strojów prof. Umbridge. I może z jeszcze kilku innych rzeczy.

Pomimo wielu różnic między filmem a książką, kilka scen zasługuje na uwagę. Mam tu na myśli przede wszystkim spotkania i ćwiczenia Gwardii Dumbledore’a, scenę walki Albusa Dumbledore’a z Lordem Voldemortem w holu Ministerstwa Magii (tu rolę odegrały przede wszystkim efekty specjalne) oraz scenę opętania Harry’ego przez Czarnego Pana. Ciekawym pomysłem było wprowadzenie scen retrospektywnych. To jednak za mało bym mogła uznać film „Harry Potter i Zakon Feniksa” za bardzo dobry.

Do wyjściu z sali kinowej zadałam sobie jeszcze jedno pytanie: czy naprawdę tak dobre książki jak te opowiadające o przygodach Harry’ego Pottera warto przenosić na duży ekran?




Przeczytaj:

„Harry Potter i Zakon Feniksa” - zgryźliwa recenzja Kfiatuszka

Harry Potter znów czaruje! Londyńska premiera filmu „Harry Potter i Zakon Feniksa”

Aibhill Dreamstoher
28.07.2007, 17:03

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Aibhill Dreamstoher

Dubbing nie jest taki zły, nie licząc Luny.

28.07.2007, 17:38
Mithrandir

A co z dubbingiem? Czy napisy miałyście? O sensie ekranizacji nie będę się wypowiadał póki nie zobaczę, choć z autopsji wiem, że raczej przychylnie oceniam takowe moich ulubionych książek. Bo tak prawdę mówiąc filmy, nawet te „na podstawie” rządzą się innymi prawami. Inaczej je oceniam. Przecież za 20, 43 lub 50 lat książki dalej będą czytane z takimi samymi wypiekami na twarzy, a film będzie tylko historią... (Być może wydaną w cyklu „w starym kinie”, ale historią.) PS. I Tak sobie jeszcze myślę na koniec - nie tylko Harry tak dobrze całuje ;))

28.07.2007, 17:28