Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

„Harry Potter i Zakon Feniksa” - zgryźliwa recenzja Kfiatuszka

I oto nadszedł nam kolejny dzień, w którym wytwórnia Warner Bros rzuciła tłumom piątą ekranizację powieści o dzielnym czarodzieju walczącym z brzydkim Lordem Voldemortem. 12 lipca wszedł na srebrny ekran „Harry Potter i Zakon Feniksa” (oklaski, oklaski). A niżej podpisanej wiernej służce portalu Prorok.pl przyszło usiąść w kinowym fotelu i zmierzyć się z kolejnym filmem o przygodach Chłopca, Który Przeżył.

Umarł Król, niech żyje Król – o reżyserach starych i nowych słów kilka
Odkąd Chris Columbus dał w długą i zwolnił reżyserski stołek, Potter z każdym filmem coraz mniej przypomina potarganego chłopaczka z różdżką w spoconej łapie,a coraz bardziej Pokemona w trakcie ewolucji, i człowiek woli nie myśleć, na czym się jego transformacja zakończy. Fakt, że akcja się zagęszcza i trudno wiecznie trzymać się beztroskich klimatów z, dajmy na to, „Kamienia”, ale nie czarujmy się: przejechanie kosiarką po łbie Radcliffe’a i odfiltrowanie światła nie sprawi, że będziemy siedzieć na krawędzi fotela. Udowodnił to Alfonso Cuarón („Więzień Azkabanu”), który wykreował niezapomniany (bo ciężkostrawny) imidż bohaterów, a przejmujący po nim schedę Mike Newell zabawił się w rzeźnika i z wyrafinowaniem sadysty porżnął akcję w cienkie paski. Nadzieję, że kolejny sukcesor będzie wiedział, do czego służy kamera, aż chciało się zdusić w zarodku. Jednak życie, jak wiadomo, jest pełne niespodzianek, a wygląda na to, że reżyser „Zakon” też przyszykował niejedną.

Grać (nie) każdy może, czasem kiepsko, czasem o wiele gorzej, czyli o obsadzie mała tyrada
Nigdy nie ukrywałam, że dla mnie aktorzy to najsłabszy punkt filmów o Potterze. Myślę przede wszystkim o duecie Daniel Radcliffe-EmmaWatson, bo Rupert Grint jakoś pasował z tą swoją błazeńską mimiką. W „Zakonie Feniksa” naturalnie przewijają się całe stada nowych twarzy – zaczynając od debiutujących członków Zakonu, a skończywszy na dotychczas rzadko pokazywanych postaciach. Nie da się omówić wszystkich, ich po prostu trzeba zobaczyć, więc skupmy się na najważniejszych – to znaczy takich, którym aż przyjemnie powbijać...

Daniel Radcliffe, z uporem godnym lepszej sprawy wcielający się w Harry’egp Pottera, od pierwszego filmu nie uczynił żadnego postępu w grze aktorskiej, i gdyby wyciąć go ze scen, i tak nie miałoby to żadnego wpływu na treść. Z Dana niestety artysta marny, a jedyne, do czego się nadaje, to do powieszenia nad łóżkiem trzynastolatki jako plakat z „Bravo”. W „Zakonie” są przerażające ilości przebitek na jego wodniste oko, plus Daniel biegnący, Daniel leżący, Daniel spocony, Daniel dyszący, Daniel chwiejący się, Daniel przełykający ślinę... Tak, wiem, gra głównego bohatera i siłą rzeczy musi być go dużo, ale dlaczego do licha istnienie wymaga od niego takiego wysiłku? Nawet pocałunek z Cho Chang (Katie Leung) wygląda tak, jakby Potter oddawał jej gumę do żucia bez użycia rąk. Proszę was, zamiast bawić się w jakieś tęczowe rewolucje, lepiej wystosujcie podanie o usunięcie Radcliffe’a z obsady.

Oczywiście nie mogło zabraknąć i Emmy Watson, po raz piąty z rzędu lansującej się na guru nastolatek, Hermionę Granger. (Wrażliwi fani Emmy proszeni są o przejście do następnego akapitu bądź kliknięcie „Wstecz”). Gdyby zrobić ranking na najgorszego odtwórcę swojej roli w Potterze, Watson niewątpliwie zajęłaby niechlubne pierwsze miejsce, daleko w tyle zostawiając Daniela. Jej łykanie sylab i osobliwa gimnastyka mięśni twarzy skłaniają do refleksji, że ten świat jest jednak niesprawiedliwy, skoro byle muflon może zagrać w kasowym filmie. Od pierwszej sceny, w której Granger rzuca się na Pottera i wiesza mu się na szyi wiemy, że tym razem znowu będziemy musieli się męczyć z wątpliwymi wdziękami panny Watson – ja naprawdę chciałabym wiedzieć, dlaczego ona garbi się za każdym razem, kiedy wypowiada jakąś kwestię.

Ruperta Grinta (Ron Weasley) litościwie pominę, bo jako jedyny z Trójcy wygląda, jakby chociaż próbował grać. Wychodzi mu czy nie – osądźcie sami.

Ma wprawę w kreowaniu złych panów. Jako Francis Dolarhyde nadgryzający młode panie wypłaszał ludzi z kin. U Spielberga zagrał zbrodniarza wojennego. Gdy wcielił się w Heathcliffa, niejedna panna chętnie zostałaby jego Catherine. Dlaczego więc, do cholery, w roli Lorda Voldemorta nie przerazi nawet czterolatka? Ralph Fiennes, pieszczoszek brytyjskiej i amerykańskiej kinematografii, swego czasu wywołał poruszenie wśród tłumów. Wielu uważało, że za młody na Lorda, że nie wygląda i że nie wyczuje klimatu. Wielu się z tym nie zgodziło. I wielu później przyznało rację – Fiennes to jednak nie to. Karierę zaczął jako aktor sceniczny, i być może wpłynęło to na jego interpretację Voldemorta; kamera, rzecz jasna, nie wymaga przerysowywania postaci – ekran jest duży, więc zobaczą go nawet krótkowidze w ostatnim rzędzie. W „Czarze” widzieliśmy, jak miotaniem się po cmentarzu i przytłumionym stękaniem usiłuje wmówić, jaki to on wredny.
No, raczej mu nie wyszło.
Ralph W „Zakonie” niestety spisał się na zero, bo w skali ocen nie ma „wypieprzaj z minusem”. W starciu z Dumbledorem Voldemort pluje ogniem, rzuca szkłem, macha brudnymi pazurkami, a i tak jedyne, co budzi, to współczucie. Dumbledore (Michael Gambon), nawiasem mówiąc, też się nie wykazał – o ile w „Czarze” rzucał Harrym na wszystkie strony, o tyle w „Zakonie” zajmuje się głównie upadaniem na podłogę. Litości.
Z wielkim żalem myślę, jak znakomicie pasowałby na Lorda John Malkovich. Niestety jego pochodzenie uniemożliwiło staranie się o posadę Sami-Wiecie-Kogo, a teraz musimy katować nasze oczy Fiennesem - nie dość, że w garniturze, to jeszcze cierpiącym na zadyszkę.

Jednak nawet Voldemort wydaje się porażać kunsztem aktorskim, gdy porównać go z pewnym eks-nauczycielem obrony przed czarną magią. Remus Lupin (niestety po raz drugi David Thewlis), bo oczywiście po nim jeżdżę, od swojego debiutu w „Więźniu” nie zmienił się ani na jotę i znowu wygląda jak ostatni pastuch. Gdy się na niego patrzy, ma się ochotę wpłacić parę groszy na konto wspomagające jemu podobnych kapiszonów - żeby go wywieziono gdzieś daleko daleko od nas i żebyśmy nie musieli oglądać jego spłoszonej, wąsatej twarzyczki. W „Zakonie” Lupin dorobił się zarostu, tłustych włosów i szarego swetra. Jego nieliczne kwestie wnoszą do akcji wielkie nic – Lupin jest po prostu marnowaniem miejsca na taśmie i godzi w zmysł estetyczny. Osobiście uważam Remusa za postać raczej mdłą, ale nawet przeciętniaka można zagrać z wdziękiem. Thewlis nawet tego nie umie. Na pohybel mu.

Co sobie myślał Cuarón, kiedy zaoferował rolę Syriusza Blacka Gary’emu Oldmanowi – nie wiem, być może nie był wtedy do końca trzeźwy. Oglądając jego popisy w „Więźniu” można było odnieść wrażenie, że Oldman nawet nie dotknął książki – po prostu Cuarón mu powiedział: „Syriusz Black przesiedział dwanaście lat w nawiedzonym pudle, a teraz uciekł i chce się zemścić na kumplu ze szkolnej ławki. Aha, jest też chrzestnym Pottera. Tu jest obiektyw, a ty stoisz tam. Jedziemy z kamerą, panie Zdzisiu!”.
Nie spodziewałam się po Oldmanie fajerwerków geniuszu również w „Zakonie”, ale widocznie postanowił jednak poudzielać się aktorsko i tym razem wypadł nienajgorzej. Black to już nie zapuszczony anorektyk ani gadające węgielki, ale bliski przyjaciel i opiekun Pottera. Szkoda tylko, że scena śmierci wyszła mu bardzo po amerykańsku. Zamiast oberwać Avadą i grzecznie upaść, przez dłuższy moment stał i czekał, chyba na oklaski. Napięcie jak podczas gry w Tetris, dziewczęta i chłopcy.

Tyle by było, jeśli chodzi o starą wiarę, a teraz zajmijmy się przeglądem fryców. Zaczniemy od Dolores Umbridge, granej przez Imeldę Staunton, którą kinomaniacy znają ją też jako Verę Drake, przeprowadzającą cichcem aborcje za pomocą gumowej pompki i mydła. W tamtej roli Staunton była świetna, i – niestety! – tak mi zapadła w pamięć, że ilekroć Umbridge wyskakiwała w swoim różowym wdzianku, odruchowo patrzyłam, czy nie chowa za plecami blaszanej miedniczki. Trzeba jednak Staunton przyznać, że uczciwie zarobiła na swoją gażę: udało jej się uniknąć przerysowania postaci i, zamiast zrobić z Dolores tanią karykaturę biurwy, mamy złowrogiego paszczura, źle ukrywanego pod maseczką słodziuchnego chichotu. Umbridge zapowiadająca porządki w Hogwarcie z taką miną, jakby oferowała darmową owsiankę, Umbridge z uśmieszkiem wyglądająca za okno, gdy Potter ryje sobie na ręce „Nie będę opowiadać kłamstw”, Umbridge pijąca herbatkę, a w głowie zapala ci się czerwone światełko „Oho! Coś kombinuje!”... Chylę czoła, pani Staunton. Chylę czoła.

Evanna Lynch debiutująca jako Luna Lovegood, była wielką niewiadomą; robiono zakłady o jej interpretację postaci i snuto rozmaite przypuszczenia – spaprze sprawę bardzo czy tylko trochę? Osobiście oczekiwałam małego, rozczochranego czubka i nie zawiodłam się: Luna wygląda, jakby była na nieustającym haju i tylko jej nienaturalnie piskliwy głosik stanowi zgrzyt. Szkoda, tylko, że nie udało się nigdzie wcisnąć wątku o „Qibblerze”, który odegrał przecież ważną rolę w podtrzymywaniu Pottera na duchu. Niemniej Lynch poradziła sobie znakomicie i miejmy nadzieję, że nie zawiedzie nas w kolejnej części.

Helena Bonham Carter (Bellatriks Lestrange) błysnęła jako muza reżysera Tima Burtona, który wepchnął ją co najmniej do czterech swoich filmów, spłodził z nią dziecko, kupił dom sąsiadujący z jej posiadłością i zdaje się, że na tym sprawa się nie skończy. Helena Bonham Carter (nie mylić z inną aktorką, też Heleną Carter, ale bez Bonham) ma specyficzną aparycję i z pewnością nadaje się do grania złowieszczych niewiast, ale oglądając trailery z „Zakonu” miałam wątpliwości, czy na pewno podoła zadaniu. Wyglądała raczej jak upadły anioł z klipu norweskiej grupy trash metalowej niż psychopatyczna fanka Voldemorta...
Z ulgą donoszę, że Bonham Carter wyrobiła się całkiem nieźle - może dlatego, że pojawia się rzadko i nie zdążyła niczego schrzanić. Co prawda daleko jej do królowej zła, ale jeśli ktoś jest mało wymagający, powinien być zadowolony z jej performensu.

Zamykałam już artykuł, gdy przypomniałam sobie o jeszcze jednej nowalijce - Nimfadorze Tonks ( Natalia Tena). Chciałam ją zjechać albo wybronić, ale, klnę się na moją duszę, była taka nijaka, że nawet nie mam od czego zacząć. Taki tam goth, co umie zamienić twarz w ryj świni. Nawet jakoś szczególnie nie pozwolili jej wejść w kadr, więc mogę podsumować ją tylko obojętnym wzruszeniem ramion.

O co kaman, czyli światła, kamera i – co najważniejsze - akcja
Ok., wszyscy wiemy, jak to wyglądało w „Czarze”: bełkotliwe dialogi, chaos jak na ruskim bazarze i niesmak widzów. Wiele wskazywało na to, że „Zakon” pobije ten rekord cienizny – choćby dlatego, że scenariusz z oczywistych względów należało jeszcze bardziej okroić. Scenarzysta Michael Goldenberg dokonał zdumiewającej gimnastyki umysłowej, by siedemset stron książki upchać w nieco ponad dwóch godzinach taśmy – i nie wiem, jak on to zrobił, skubany, ale wyszła mu wcale zgrabna historyjka. Nawet gdybym chciała się do czegoś przyczepić, to i tak nie mogę, bo film naprawdę trzyma się mocno.
Oczywiście, że zdarzyły się obsuwy i niedmówienia. Na przykład Dudley ( Harry Melling, ale chyba ktoś mu dał w szczękę, bo okropnie bełkotał) w rozsypce po ataku dementorów, a Dursleyowie wsiadają do samochodu tak spokojnie, jak gdyby jechali na piknik; samo pojawienie się Kwatery Głównej trwa dłużej niż wyjaśnienie, co Moody (Brendan Gleeson) i ci śmieszni faceci robią na Privet Drive; Neville (Matthew Lewis) znowu zastępuje Zgredka – tym razem w znalezieniu Pokoju Życzeń. Hagrid wraca w środku zimy i w trzech zdaniach streszcza, gdzie był – no litości, a my mieliśmy nadzieję na wspominki o trollach na polskiej granicy! Wizyty u Świętego Munga brak. Niemiłym zaskoczeniem jest też tożsamość osoby, która wsypała Gwardię Dumbledore’a. Na tytuł Najgorszej Sceny Roku zasługuje jednakże kawałek z Potterem wdzierającym się do wspomnień Snape’a (w tej roli Pan Ropucha Alan Rickman). Huncwoci skądinąd cieszą się sporą popularnością wśród dziewcząt, więc tym, które czekają na duże ilości młodego Pottera lub Blacka, powiem jedno: „Ha ha ha, macie pecha, panienki!”.
Najlepszy moment w filmie to zdecydowanie spotkanie z Graupem. Yates w tym momencie dał popuścić wodze fantazji i – wierzcie mi lub nie, ale lepiej wierzcie – ta scena wyszła mu rozbrajająco. Nawet Watson (która ma w niej spory udział) udało się zagrać z przekonaniem.
Patriotyczna duma nakazuje mi wspomnieć, że Polacy mieli swój nie tak znów skromny wkład w produkcję. Za zdjęcia do „Zakonu” odpowiadał Sławomir Idziak, znakomity filmowiec z Katowic, obsypywany nagrodami i rozchwytywany przez najlepszych producentów w Hollywood. Buziaczki dla Sławka, który miał fenomenalne pomysły na ujęcia – Fred i George robiący zadymę wydarli z gardeł ludzi w kinie ogłuszające wiwaty, a walka ze Śmierciożercami w Ministerstwie zsunęły widzów na krawędzie foteli.

Konkluzja albo i dwie
Nie mogę się powstrzymać przed jadowitym porównywaniem późniejszych filmów do „Kamienia” i „Komnaty” – Columbus, choć nie żałował cukierkowatości i patosu, uformował pulpę Rowlingowego dzieła w strawialny kształt. Ci, którzy przyszli po nim, wzruszyli ramionami i zaczęli tę pulpę rozgrzebywać patykiem – bo i po co się starać, skoro miliony oszołomów połkną byle co bez mrugnięcia okiem. Mimo to w piątej części Yates oferuje nam spójne dialogi, zapierające dech efekty i zdumiewająco przekonującą grę.
Nie bójmy się wstać i powiedzieć tego głośno: „Zakon Feniksa” nareszcie wygląda na film godny serii, dla której oszalały miliony. Mogę go polecić z czystym sumieniem i tylko wyrazić nadzieję, że następna część choć śladowo dorówna piątce. Podobno fuchę reżysera „Księcia Półkrwi” zaproponowano M. Night Shyamalanowi (który zazwyczaj bierze się za filmy z dreszczykiem i nutką moralizatorstwa, patrz „Szósty zmysł” lub „Znaki”), ale na razie facet uznał, że jest ponad takie szmiry.
Poczekamy, zobaczymy.

PS. Lucjusz Malfoy (w tej roli jak zawsze znakomity Jason Isaacs) wciąż ma Wężową Laskę i oszałamia złowieszczą nonszalancją – te sceny, gdy z rozwianym włosem pojedynkuje się z Blackiem, ach...!

Kfiatuszek
12.07.2007, 19:21

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

oluska

Mi Radcliffe też pasował, ale tylko w dwóch pierwszych częściach, jak mówię. Ja wolę ściągnąć film w oryginalnej wersji lub poczekać na dvd, choć to drugie na pewno lepsze, bo napisy będą porządne. Nigdy nie rozumiałam dubbingowania filmów, zwłaszcza, że ponoć dwunastolatki, czy od ilu lat jest ten film, ponoć umieją czytać ;/

16.07.2007, 07:48
snowdog

Moment moment, Radcliffe'a zostawić mi w spokoju, on ma być do końca. To jedyny aktor, który zgodził się idealnie z moją wyobraźnią, dlatego w jego przypadku będę się upierać :) Agrypine, każdą scenę powtarzają mniej więcej tyle razy, tylko w przypadku tej robią taki szum. Po prostu musieli mieć ujęcia z różnych kątów, przy odpowiednim świetle i w ogóle. Tu umiejętności całowania aktorów miały mniejszą rolę w tym, czy tą scenę trzeba było tyle razy powtarzać. Co do dubbingu - całkiem poważnie zastanawiam się, czy nie iść do kina i poczekać na płytę dvd w przypadku, gdy nigdzie nie będzie wersji z napisami. To moja ulubiona książka, więc dubbing nie ma prawa mi zepsuć ekranizacji.

16.07.2007, 00:33
Agrypine S.

A ja zapłacę za polski dubbing. Ponadto, Kezi, to ma być ekranizacja HARRY'EGO POTTERA, a nie jakaś wizja niewtajemniczonego człowieka.

15.07.2007, 23:25
oluska

Bonnie jako Ginny pasuje. Niech Radcliffe'a wywalą. On pasował tylko w pierwszym, ewentualnie w drugim filmie. A potem im dalej, tym gorzej. Kezi -> że niby każdy następny film jest lepszy? Jak dla mnie to tylko filmy Columbusa się liczą, a następne to taka szmira z lekka. Zawsze pod tym względem uważam inaczej niż inni. ;) Piątego filmu nie oglądałam, i w kinie raczej nie obejrzę. Nie będę płacić za polski dubbing. ;P

15.07.2007, 22:06
Kezi

Nigdy nie bylam fanka ekranizacji HP, ale czy aby autorka tego tekstu odrobinke nie przesadza? Nie widzialam jeszcze czesci, ale ani jednej nie zjechalabym tak bardzo. Napewno bylo COS dobrego. Teraz moznaby pomyslec, ze film jest jednym wielkim niewypalem. Nie czepialabym sie aktorow (no dobrze, Emma Watson jest beznadziejna), ale nie mam uwag co do Syriusza, Lupina czy Voldemorta. Czepiasz sie charakteruzacji? Scenarzysty? To nie Gary Oldman decyduje o tym, czy ma wąsy. Pierwsze dwie czesci calkowicie mnie nudza, "HPiWA" zainteresuje wiekcej osob. Nie mowie o czytelnikach HP, ale o zwyklych kinomanach. Film to film, ksiazka to ksiazka. Uwazam, ze trzeba nauczyc sie odrzoniac te dwie kwestie i nie krytykowac rezyserow. Taka byla jego wizja, naszym zadaniem jest jej ocenienie, nie zrownanie z ziemia. Szczegolnie, ze nie wierze w polowe rzeczy opisanych w tym artykule. Krytyka jest latwa, trudniejsze jest zauwazenie dobrych stron filmu. Pozdrawiam

15.07.2007, 20:02
Vismund

Słyszeliście o przecieku rozdziałów i kilku stron z "Deathly Hallows"? Alem się napalił na czytanie jak to zobaczyłem xD PS: Tekst genialny...o_0 Weź Ty idź na dziennikarstwo albo coś w ten deseń... Dawno takiego nie czytałem...

15.07.2007, 17:17
Agrypine S.

Aibhill, na pewno bardziej pasuje niż Cho. Aż się boję iść na film, z myślą, że będę musiała oglądać scenę całowania, którą powtarzali 30 razy.

15.07.2007, 14:33
Aibhill Dreamstoher

Moim zdaniem nie pasuje.

15.07.2007, 12:33
Alnilam

Kfiatuszku, chyba oryginalna nie będę, jeśli napiszę, że tekst świetny ^_^ Trochę bałam się go czytać, żeby nie nastawić się jeszcze bardziej negatywnie do filmu... Ale właśnie stało się odwrotnie i chyba moje nastawienie do filmu (jako całości, a nie do poszczególnych elementów jak gra aktorów;] ) się nieco polepszyło, a w każdym bądź razie jest teraz bardziej neutralny. Dziękować Ci za takie teksty ^_^

15.07.2007, 12:11
snowdog

Aibhill, sugerujesz, że ta aktorka z twarzy nie pasuje do Harry'ego, czy jak?

15.07.2007, 12:10