Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Moralność upadłych

Miasteczko nazywało się Muł i jego życie było równie fascynujące co życie wewnętrzne zwierzęcia, któremu zawdzięczało swą nazwę. Ludzie przyjeżdżali i odjeżdżali, jak to zwykle bywa w miasteczkach, których główny dochód pochodzi z gospody. Nikt nie zwrócił więc uwagi na kolejną podróżną szczelnie otuloną płaszczem, spod którego wystawał krótki miecz. Od razu skierowała się do tawerny – jak zresztą każdy. Niedbale rozsiadła się przy jedynym wolnym stole, nic nie robiąc sobie z nieprzychylnych spojrzeń pozostałych gości. Zamówiła piwo, choć kobiecie to nie przystoi. Sączyła napitek powoli i co jakiś czas zerkała w stronę drzwi.
Nadjechał z zachodu, kolejny bezimienny w szarym płaszczu. Od razu udał się do gospody, jakby często tam zachodził. Stanął w drzwiach i rozejrzał się po ciemnym, zadymionym pomieszczeniu. Wszystkie stoły były zajęte, wypatrzył jednak sporo wolnego miejsca przy kobiecie o płomiennorudych włosach, które chcąc nie chcąc przyciągały uwagę.
Nie zareagowała na jego przyjście. Na pytanie, czy może się dosiąść, tylko niedbale i dość lekceważąco wzruszyła ramionami. Dalej sączyła piwo i zerkała na wejście.
Mężczyzna złożył zamówienie na golonkę i piwo, po czym zrzucił płaszcz z ramion i rozsznurował lekko kaftan, który do tej pory przykrywała szara materia okrycia.
– Masz to? – zapytała cicho dziewczyna, nie obdarzając towarzysza nawet jednym spojrzeniem.
– O to ci chodzi? – Wskazał mieszek przypięty do paska. Rudowłosa rzuciła jedynie okiem.
– A jak myślisz? – syknęła znad kufla.
Mężczyzna popatrzył na nią z zainteresowaniem, ale i widocznym pobłażaniem.
– Nie wywiązaliście się z umowy.
– To nie moja cholerna wina – warknęła. – Nikt nie mógł przewidzieć tego pożaru.
Na twarzy mężczyzny pojawił się ironiczny uśmiech.
– O nie, spieprzyliście wszystko od początku do końca. I co wam z tego przyszło? Trzeba było…
– Działamy, jak nam się podoba. MY jesteśmy najlepsi w tym, co robimy i nie będziemy słuchać poleceń jakiegoś dupka, nawet jeśli byłby samym cesarzem, albo płacił nam w folwarkach. – Ruda pociągnęła duży łyk piwa, opróżniając tym samym kufel. Zawołała dziewkę, aby dolała trunku. Chwilę później przed jej towarzyszem pojawił się dymiący półmisek z zachęcająco pachnącym mięsem.
– Gdybyście zrobili jak wam kazałem, sprawa byłaby już zakończona – powiedział cicho, podnosząc mięso do ust.
– Nie chrzań – odburknęła. – Przez ten ogień nie dało się nic zrobić.
– I tu się mylisz, moja droga – odparł, drapieżnie unosząc kąciki ust. – Przez waszą brawurę mieliście przeciek. Ogień nie był przypadkiem.
Ruda milczała, zachowując kamienną twarz. Dalej sączyła piwo, choć knykcie wyraźnie jej zbielały od mocno ściskanego ucha kufla.
– Nie masz mi nic do powiedzenia?
Spojrzała na niego bez zainteresowania.
– Podobno macie tam magika – ciągnął.
Dalej uparcie milczała, ale kufel w jej ręce zadrżał niezauważalnie, tak że tylko ktoś, kto spodziewał się tego drgnięcia mógłby je dostrzec.
– Ponoć zdolny, więc zapewne dostrzegł… – Nie dawał za wygraną.
– A niech cię szlag – warknęła, odstawiając kufel nieco zbyt energicznie, rozpryskując piwo na stole. – Niech cię szlag i wszyscy diabli.
Uśmiechnął się paskudnie.
– No, to już jakiś postęp. Więc może zamiast mnie lżyć, powiesz mi coś konkretnego?
– A na co ci to, skoro i tak wszystko wiesz? – syknęła. – Na cholerę ci to? Skoro masz takie możliwości, to na co ci my? Wiesz, że miłością cię darzyć po tym wszystkim nie będziemy.
– Wy robicie, ja płacę. Żadnych pytań, spoufalania się z klientami, żadnych konsekwencji dla obu stron. Czyż to nie wasze zasady? – Szyderczy grymas nie znikał z jego twarzy. Ruda poczuła nieodpartą ochotę, by dać mu po pysku.
– Zasady są po to, żeby je łamać. – Uśmiechnęła się słodko.
– Oboje dobrze wiemy, że tego nie zrobisz.
– Może i nie. – Wzruszyła ramionami. – Ale nie mam całego dnia, więc nie baw się w podchody.
Tym razem to on zajął się swoim piwem. Wypił je duszkiem.
– Jak już wiecie, ogień był magiczny. Taka pułapka, żeby was złapać.
– Powiedz coś, czego nie wiem.
– Może to, że nie zapłacę, dopóki nie skończycie zadania? – Znów obnażył kły.
Z ust dziewczyny wyszła wiązanka bluzg, których nie powstydziłby się szewc.
– Skoro tak, to mnie tu już nie ma. – Spojrzała przeciągle w stronę wyjścia.
– Zapłacę wam podwójnie, jeśli skończycie robotę jak trzeba – ciągnął. – Spodziewają się was, więc i stawka wyższa ze względu na utrudnienia. Może nie wygląda, ale cenię sobie wasze usługi.
Ruda uniosła brew, wyraźnie niedowierzając.
– Trzy razy więcej i ani grosza mniej. Inaczej nie mamy o czym rozmawiać.
Tym razem to on spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Dwa i pół.
– Trzy. I to nie „jeśli” wykonamy zadanie, a „kiedy” już to zrobimy.
Postukał palcami w stół.
– Zgoda – odparł po chwili zastanowienia.
– A teraz czekam na informacje. – Rozsiadła się wygodnie i zamówiła kolejne piwo.

***

Trzeba było przyznać, że ludzie, których za nią wysłał byli nieźli. Ale ona była lepsza niż mogliby to sobie wyobrazić.
Jeśli chodzi o konie, to nigdy nie żałowali pieniędzy. Zawsze procentowało to przy pogoni czy ucieczce albo – jak w tym wypadku – gubieniu ogona. Nawet najbardziej wyboiste i najwęższe ścieżki nie były im straszne. I nie była to tylko zasługa silnych i wytrzymałych zwierząt. Byli świetnymi jeźdźcami, co wchodziło w asortyment podstawowych umiejętności profesji, którą uczciwi ludzie się nie zajmowali. Ale oni nie byli ani dobrzy, ani uczciwi. Byli tymi, co cnoty wystawiali na pośmiewisko. Ale mieli swoją dumę i swój honor. Byli najlepsi, dlatego nigdy nie pozwalali sobie na niepowodzenie.
Zgubiła ich szybciej niż się spodziewała. Jednak wyuczona ostrożność kazała jej kluczyć wśród ścieżek i pagórków jeszcze przez jakiś czas, zanim skierowała się do obozowiska. Zostawiła konia przy pozostałych i sprężystym krokiem przeszła przez nasłonecznioną polankę i weszła do szczeliny w urwisku. Oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności, zanim jeszcze dotarła do słabo żarzącego się ogniska na środku niewielkiej pieczary. Usiadła na jakiejś niskiej półce i przeciągnęła się.
– Nienawidzę drania – rzuciła do osób tu zebranych.
Nikt nie zareagował na to niezwykle rozbudowane stwierdzenie. Słyszeli je już wiele razy.
W sumie było ich pięcioro. I to od niedawna. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej przyłączył się do nich młody mag, którego towarzystwo okazało się być nieocenione w tych podłych czasach, gdy coraz więcej podejrzliwych kupców zdawało się na magiczne alarmy i zabezpieczenia. Spotkali się w tawernie, gdzie już lekko podpity próbował przystawiać się do Rudej. Podczas szarpaniny, która się wywiązała, wyszło na jaw, że Red (skrót od imienia Redowil, którym rodzice okrutnie skrzywdzili młodzieńca) terminuje u tamtejszego maga i to tylko z polecenia własnego bogatego ojca. Chłopak był zdolny, jednak osobiście preferował inną formę nauki. Po kilku dniach znajomości poprosił ich, aby mógł się do nich przyłączyć, chcąc wyrwać się spod protekcji rodziny, by stać się niezależnym i wolnym. Nie wiedział wtedy jeszcze dokładnie czym się zajmują. Po kolejnym tygodniu przyznali się do swojej profesji. Jednak Red wbrew wszelkiemu rozsądkowi, ponowił swoją prośbę. Zbyt wiele lat podporządkowywania się życzeniom ojca, a później swego nauczyciela, wznieciły w nim groźny bunt. Zgodzili się, choć wciąż nie mieli doń pełnego zaufania.
Na początku były tylko we dwie: Lena i Nelly. Brzmiało to dość zabawnie, jednak tym, którzy zwrócili na to uwagę, nie było wcale do śmiechu. Lena, niska córka kupca o ognistych włosach żyła w umiarkowanym dostatku, zależnym od powodzenia interesów ojca. Była młoda i pełna ideałów, gdy postanowiła uciec z domu w poszukiwaniu przygód, jak wiele dziewcząt przed nią i wiele po niej. Ale życie szybko dało jej w kość, rozwiało wizję idyllicznej podróży. Stwardniała, stała się sprytna i wyrachowana, straciła wszystko ze swej młodzieńczej niewinności. Tylko dlatego przeżyła.
Pewnego dnia na trakcie spotkała Nelly, której koń okulał. Mimo grubej warstwy brudu i kurzu, wciąż można było rozpoznać szlachecki strój, choć nierówno obcięte czarne włosy mogły temu przeczyć. Po krótkiej rozmowie od razu przypadły sobie do gustu. Nelly była trzy lata młodsza od Leny. Uciekła z domu, gdy dowiedziała się, że ojciec chce ją „korzystnie” wydać za mąż. Niewiele się zastanawiając wsiadła na konia i pognała przed siebie.
Lena widziała w niej absolutną nowicjuszkę w prawdziwym życiu, jaką sama niegdyś była. A że Nelly sprawiała wrażenie sympatycznej, postanowiła wziąć ją pod swoje skrzydła, zanim okrutna rzeczywistość brutalnie przemówi do uroczej szlachcianki.
Nel na początku wędrówki miała niewielką wprawę w szermierce. Jedyne podstawy walki zawdzięczała synowi kowala, który się w niej podkochiwał i od czasu do czasu udzielał jej lekcji. Dopiero gdy spotkała Lenę, nauczyła się podstawowej zasady w walce o przeżycie: zabić tak, aby samemu wyjść z tego cało. Taneczne kroki i pozy nie miały tu żadnego zastosowania. Lena potrafiła bić się jak diabeł, nikt nie miał z nią szans w walce na gołe pięści, nawet jeśli przeciwnik był większy i silniejszy. W czasie licznych bójek nauczyła się jak wykorzystywać siłę przeciwnika przeciwko niemu. Jednak gdy miała wybierać broń decydowała się na dwa długie noże lub krótki miecz, z którego potrafiła zrobić odpowiedni użytek zarówno na pustej przestrzeni, jak i w tłumie. Nelly natomiast ćwiczyła szermierkę z dwoma lekkimi mieczami, które wielu ludzi nazywało potocznie i równie niefachowo samurajkami. Była szczupła, szybka i zwinna, więc dwa wirujące ostrza ze świstem zapowiadały rychły koniec egzystencji.
Już po kilku miesiącach krążyły legendy o dwóch młodych dziewczynach, na które w lesie natknął się jakiś pechowy dziesiętnik z podwładnymi, którzy nie chcąc tracić okazji postanowili wydupczyć pozornie bezbronne ślicznotki. Miała to być najbardziej niefortunna, a zarazem ostatnia decyzja w ich życiu. Jedyny ocalały, najmłodszy z oddziału, którego kolejka wypaść miała na szarym końcu, opowiadał później, że jeszcze nigdy nie widział, aby jakiekolwiek istoty ludzkie zabijały z tak szyderczym śmiechem na ustach. Diablice nie kobiety! Od tamtej pory z nieco większym szacunkiem odnoszono się do podróżujących dam.
Następny był Terry – wytrawny szermierz, który stanął na czele buntu przeciwko swemu panu. Powstańcy przegrali i większość z nich została skazana na śmierć. Jednak on sam nie miał zamiaru tak szybko rozstawać się z życiem. Efektownie i z całkiem niepotrzebną brawurą poradził sobie z niedoszłym egzekutorem i uciekł. W swojej podróży całkiem szybko natrafił na dziewczyny, które właśnie brały udział w jakiejś burdzie. To było niczym grom z jasnego nieba, gdy Lena kopnęła z rozmachem Terry’ego w klejnoty rodowe, a on w odpowiedzi podciął jej nogi. Nim bójka się skończyła, wyszli z pomieszczenia ciasno objęci, śmiejąc się głośno i żartując.
Nelly dość trudno było się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Męskie towarzystwo wnosiło wiele nowego do ich obecnego życia. Na początku czuła się trochę odsunięta od pozostałej dwójki, ale gdy pojawiły się pierwsze różnice zdań, Lena i Terry postanowili zachować nieco dystansu, choć wciąż zdarzało im się razem odchodzić na stronę. Nie był to jednak koniec zmian. Pewnego chłodnego wieczoru do ich ogniska dosiadł się Leek. I już został.
Leek był elfem. Wyruszył w świat w poszukiwaniu szczęścia, którego brakowało mu w jego rodzinnym domu po kłótni, w której padło zbyt wiele ciężkich słów. Miał dość tradycji, życia w zgodzie z naturą i innymi hasłami, które popierali jego przodkowie. Niestety przeliczył się. Ludzie wciąż byli ksenofobami i nie darzyli sympatią przedstawicieli innych ras. Został odrzucony, wyklęty, opluty. Dopiero Lena, Nelly i Terry nie mieli nic przeciwko temu kim był. Mieli zbyt wiele zatargów ze zwykłymi ludźmi by odrzucać kogoś tylko ze względu na jego pochodzenie. Każde z nich już swoje przeszło, może dlatego tak dobrze się rozumieli.
Żyli z tego, co upolowali, ukradli czy zrabowali. Z czasem okazało się, że doskonale się uzupełniają i ich współpraca bywa niezwykle efektowna. Wtedy rozpoczęli działalność na większą skalę. Nikt nie był w stanie ich powstrzymać, pozostawali bezkarni nawet po najtrudniejszym skoku. Byli niezależni, byli najlepsi, byli legendą i niedoścignionym wzorem dla podrzędnych szajek.
Ale za sławę trzeba płacić. Stali się jedną z najbardziej poszukiwanych grup w królestwie, co poczytywali sobie za niezwykły wręcz honor. Na każdym kroku mogli się spodziewać zasadzki, zwłaszcza od kiedy postanowili podzielić się swoimi umiejętnościami za rozsądną cenę. Obecnie stawka wynosiła równowartość małego księstwa. W rubinach i diamentach.
– Nie zapłacił, co? – odezwał się Leek.
– No a jakże – odparła Lena. – „Spieprzyliście na całej lini”, tfu! – Splunęła siarczyście. – A niech się chędoży popapraniec jeden!
Odetchnęła ciężko i przeniosła się bliżej reszty. Usiadła koło Terry’ego i wyciągnęła nogi ku lekko żarzącym się węglom. Nikt się nie odzywał. Gdy Ruda, znana w szerszych kręgach również jako Smoczyca, ze względu na równie drapieżny charakter, wpadała w zły humor, trzeba było po prostu przeczekać. Albo podstawić jej Terry’ego.
– Vander ma nas na widelcu, a na dodatek coś kręci. – Twarz wykrzywił jej brzydki grymas. – Gdy horrendalnie podbiłam cenę, nawet okiem nie mrugnął. Od razu było widać, ze się zgodzi niezależnie od ceny jaką postawię. A na dodatek ma szpicli chyba na każdym zadupiu w okolicy. – Westchnęła ciężko. – Pytanie tylko, jak go wyrolować, zanim on wyroluje nas.
– Ruda, chrzanić go było trzeba – zabrała głos Nelly, która już niemal całkowicie wyzbyła się manier przynależnych stanowi swojego urodzenia.
Lena pokręciła głową.
– Po pierwsze: to zbyt ważna persona, żeby go, ot tak. – Pstryknęła palcami. – Po drugie: może nam nieźle nabruździć, jeśli go zlekceważymy. Po trzecie: robota zaczęta musi być zakończona, to sprawa honoru – Nacisnęła na ostatnie słowo, które miało kończyć dyskusję. Ruda cierpiała na lekki przerost ambicji w tej kwestii.
Zaległa cisza. Słychać było tylko nerwowy oddech Rudej.
– Słońce, zanim znów wpadniesz w ten swój uroczy nastrój, może powiesz czego się dowiedziałaś? – zapytała Nelly słodkim głosem, choć z wyraźną irytacją.
Lena rzuciła jej spojrzenie numer pięć: „I tak miałam to zrobić”.
– Sprawa nie wygląda za wesoło – zaczęła, zastanawiając się wciąż, jak ubrać swoje wątpliwości w słowa. – Jak już ustaliliśmy ogień nie był przypadkiem, tyle że nasz zleceniodawca uważa, że to była jakaś pułapka. Ale jak dla mnie to gówno prawda.
W takich chwilach powinni czekać, aż Ruda sama podejmie urwany wątek. Takie rozmowy były na swój sposób ceremonią, która powtarzała się w niezmiennej formie, ale Red wciąż nie mógł pojąć tych subtelności.
– Więc, co to…
– Stul pysk, Red – odezwali się chórem.
– Odnoszę nieodparte wrażenie, że to była jego sprawka – wyznała w końcu.
Zanim coś powiedzieli, dogłębnie przeanalizowali jej słowa.
– Wybacz Ruda, ale nie łapię. – Leek był inteligentny, ale prostolinijny. W jego świecie nie było skrupulatnych intryg i złożonych problemów. Wciąż się uczył o świecie ludzi. – Dlaczego miałby przerywać własną akcję?
– Dla przestrogi – Pojęła Nelly. – Tak, Lena? Nie podobało mu się, że nie działamy według jego ‘cudownego’ planu.
Dziewczyna potrząsnęła rudą czupryną.
– A to gnój! – skwitował Leek.
Lena wzruszyła ramionami.
– Pewnie i tym razem ma jakieś ‘genialne’ dyspozycje? – zapytał magik.
– A jakże! Ale na razie nie ma się tym co przejmować – odparła już nieco spokojniej. – Trzeba się zastanowić, jaki jest prawdziwy cel całej tej szopki: my czy przesyłka.
– Jak mocno podbiłaś stawkę? – zapytał po chwili milczenia Terry. Może na to nie wyglądało, ale pod powłoką waligóry o zabójczych szermierczych zdolnościach krył się błyskotliwy i trafnie kojarzący fakty umysł. Co innego, że był typem milczka.
– Trzy razy.
Nelly zagwizdała, unosząc brwi, Leek poprawił swoją pozycję, aby lepiej widzieć Rudą, Red uniósł głowę i popatrzył na dziewczyną wyraźnie zaskoczony.
– To już wygląda poważnie – odezwała się Nelly, a głos jej lekko drżał.
– Istnieje kilka możliwości – zaczęła Lena, tonem wskazującym na dłuższy wywód. – Jakiś pieprzony nowobogacki – cena nie ma znaczenia. Niestety tacy ludzie istnieją tylko w bajkach. Dwa – przesyłka jest o wiele cenniejsza, więc nas chce wyrolować z ceną – to już brzmi sensownie. Trzy – chce nas wystawić, więc i tak nie zapłaci. Cztery – wszystko naraz.
Popatrzyli po sobie ponuro. Przyszłość nie malowała się przed nimi w jaskrawych barwach. Prawdą jest, że nigdy nie było im łatwo, ale nigdy nie mieli tak twardego orzecha do zgryzienia, a trzeba zaznaczyć, że mieli wytrzymałe zęby.
– Przez kogo do nas dotarł? – zapytał rzeczowo Terry.
Lena poczochrała włosy, nerwowym ruchem.
– To był stary Jey. Ale nie wydaje mi się, żebyśmy mu jakoś specjalnie zaleźli za skórę – odparła. – No chyba, że o czymś nie wiem… – Popatrzyła oskarżycielsko na Nelly i Leeka.
Szlachcianka machnęła ręką.
– Stary Jey grał czysto. Wywiązał się z umowy, my też – powiedziała. – Nikomu nie spadł włosek z głowy, ani niczego mu nie ubyło. Nie ma o co chować urazy.
Lena zagryzła dolną wargę, co było oznaką intensywnej analizy.
– Dobra, zamiast siedzieć i gadać, co do niczego nie prowadzi, bierzmy byka za rogi. – Wstała i z zaciętą miną obchodziła ognisko dookoła. – O towarzyszu zleceniodawcy wiemy niewiele, choć wiem gdzie go znaleźć. – Uśmiechnęła się z niebezpiecznym błyskiem w oku. – Nelly i Red, wy pojedziecie i dokładnie wybadacie co tam knuje po kątach. Terry, Leek i ja pojedziemy obejrzeć nową twierdzę. Mam jakieś dziwne przeczucie, że będzie ciekawie... Spotkamy się tutaj za cztery, nie, pięć dni. Mamy dwa tygodnie na przygotowania. Jakieś pytania?
Zaległa cisza. Nikt nie miał nic do powiedzenia. Lena dowodziła, choć właściwie nikt nie potrafił określić dlaczego. Nie była najsilniejsza, ani nie posiadała tego specjalnego typu charyzmy, którym odznaczają się wielcy dowódcy. Była sprytna, potrafiła się targować, szybko myśleć, błyskawicznie podejmować trudne decyzje i trafnie oceniać sytuację. Mówiła prosto i z sensem. Może właśnie dlatego tak chętnie jej słuchali. I miała fenomenalną intuicję, choć gdyby ich zapytać, to wcale w takie bzdury nie wierzyli. Nigdy nie zdawali się na szczęście, czy przypadkowy uśmiech losu. Opierali się na faktach, własnych umiejętnościach, ilości broni jaką posiadali. Co innego magia. Ale gdy Lena mówiła na wschód, jechali na wschód. Gdy kazała zawracać, zawracali bez szemrania. Nie raz, nie dwa dzięki temu trafiali na niezły łup, czy wymykali się z obławy bądź innych kłopotów o czym dowiadywali się później. Oficjalnie nie mieli lidera. Jednak w praktyce to właśnie Ruda cieszyła się największym posłuchem. Ale to może tylko dlatego, że lubiła stawiać na swoim. Nikt nie wiedział czemu Lena, ale bynajmniej z tego powodu nie cierpieli. Przynajmniej nie za bardzo.
– No, to jeśli wszystko sobie wyjaśniliśmy to… – Wyciągnęła miecz z pochwy. – Idziemy, Terry. Muszę się wyładować.
Wyszli z jaskini – Lena ciężkim krokiem, zdradzającym niebezpieczne stężenie toksycznych emocji w organizmie, Terry powoli i spokojnie. Po chwili pozostają trójkę dobiegł szczęk krzyżowanej stali. Nelly wyszła, żeby popatrzeć.
Nie można było nazwać tego wytrawną szermierką. Ba, mistrz fechtunku niechybnie dostałby palpitacji serca widząc postawę i ruchy Leny. Ale ta walka nie miała przecież nic wspólnego z treningową wymianą ciosów. Lena uderzała na ślepo z maksimum siły, całkowicie do tego niepotrzebnej. Waliła, rąbała, pchała, cięła, a Terry z lekkością i bez wyraźnego wysiłku odbijał każdy padający cios. Po kilku minutach Lena usiadła wyczerpana na ziemi.
– No, od razu mi lepiej – oznajmiła światu.
– A nie pomyślałaś kiedyś, żeby zamiast tego, powiedzmy, pobiegać? – rzuciła Nelly zgryźliwie. – Też byś się zmęczyła.
– Ale jaka byłaby z tego frajda? – Wyszczerzyła zęby. – Reeeed! – wrzasnęła nie bacząc na wszelkie środki ostrożności. – Magusie ty mój! Wyczaruj mi trochę woooody!
Red wyszedł z jaskini, bawiąc się zdobywczym nożem, zdobionym w piękne, roślinne ornamenty.
– Lena, dobrze wiesz… – zaczął.
– Nie pieprz! – ucięła. – Za krzakiem płynie strumień. Powiel, rozmnóż ją czy jak to tam zowiesz. Chcę kąpiel!
Mag wzruszył ramionami. Pomruczał coś pod nosem. machnął ręką w jedną, potem w drugą stronę, a w powietrzu zasrebrzyła się smuga wody. Z cichym pluskiem zmoczyła Rudą od stóp do głów.
– Na życzenie. – Red uśmiechnął się z wyższością.
– Ciekawe czy będzie ci do śmiechu, jak skopię ci tyłek – warknęła, odgarniając kosmyk włosów, z którego wciąż kapała woda. – Nie znasz dnia, ani godziny.
– Myślę, że jakoś to przeżyję. – Wzruszył ramionami i schował się w cieniu jaskini.
Nelly z trudem powstrzymała parsknięcie, widząc mordercze spojrzenie Leny, którego nie powstydziłby się bazyliszek.

***

Spotkali się w obozie po pięciu dniach. Grupa Leny dotarła jeszcze przed południem. Czekali na powrót Nelly i Reda jedną godzinę, później drugą. W końcu Lena, znudzona czekaniem, poszła się wykąpać do oddalonego o kilkaset metrów stawu. Kiedy wychodziła z wody, na brzegu dostrzegła Reda. Mag, gdy tylko zauważył jej spojrzenie, wyraźnie speszony wymruczał coś w stylu: „Już jesteśmy” i odwrócił się, by odejść.
Ruda wyprzedziła go i stanęła przed nim, opierając się o drzewo w wiele sugerującej pozie. Była całkiem naga. Gdyby istniała taka fizyczna możliwość, Redowi zaczęłoby dymić z uszu. A mimo to, w jego oczach dostrzegła błysk zachwytu i podziwu… i pożądania.
– Co, miałbyś ochotę? – Mrugnęła zalotnie.
Mag przełknął ślinę. Dziewczyna podeszła bliżej. Krople wody lśniły na jej jasnej, gładkiej skórze. Wspięła się na palce i wyszeptała mu do ucha:
– Ja bym miała. Ale wiesz… chyba jednak wolę facetów z inicjatywą. Takich co działają, zamiast się zastanawiać.
I odeszła po swoje ubranie, kręcąc biodrami.
Red jeszcze przez kilka minut nie mógł ochłonąć.
– Działo się coś ciekawego? – zapytała Lena, siadając przy ogniu kilkanaście minut później.
– Nic specjalnego – burknął Red.
Nelly go szturchnęła. Dość mocno biorąc pod uwagę jej drobną posturę.
– Znaleźliśmy go szybko. Latał po mieście jakby miał ogon… – Wzruszył ramionami.
– Przecież miał. Nas. – Nelly zgromiła go wzrokiem.
– W końcu udał się do jakiegoś kupca, który suto go ugościł. Z tego co się dowiedzieliśmy nazywał się…
– Volfen de Bringham – dokończyła Nelly.
Ruda skamieniała. Gdyby była Leną sprzed kilku lat, pewnie zaczęłaby się jąkać z przejęcia. Teraz jednak tylko zagryzła wargę i zamyśliła się.
– De Bringham…
– Znasz go? – zapytał mag.
– Można tak chyba powiedzieć – odparła zasępiona.
– To znaczy…? – drążył Red.
– Innym razem – ucięła Lena. – O czym rozmawiali?
Teraz inicjatywę przejęła Nelly. Miała dość humorów maga.
– O jakiejś ‘niej’. Niewiele to mówi, ale niestety nie podali jej dokładnych personaliów – uprzedziła komentarz.
– No i co w związku z tym? – Ruda zmarszczyła brwi.
– Bringham pytał jak się miewa. Ona. Vander, że wciąż dobrze, choć nie spodziewałby się po niej. Wtedy Bringham zapytał go, czy przekazał jej jego propozycję. Jakoś tak dziwnie niefrasobliwie odpowiedział, że nie. Sądził, że dla niej i tak nic już nie można zrobić i trzeba ją spisać na straty. Że mu współczuje… taaa, akurat… ale ona na pewno na propozycję by nie przystała. Bringham coś mu odpowiedział, że lepiej ją zna, czy coś… Vander zarechotał, ale już nic nie powiedział.
Lena wciąż znęcała się nad swoimi ustami z krzywym wyrazem twarzy.
– Rozumiesz coś z tego? – zapytała Nelly, widząc jej minę.
– Niewiele – przyznała. – Coś więcej?
– Później przeszli na gospodarkę. Kursy walut, ceny przypraw, tkanin klejnotów…
– Jasne, jasne, rozumiem – mruknęła Lena, wciąż zasępiona. – Coś poza tym?
– Polityka – wtrącił Red. – De Bringham dał Vanderowi forsę; łapówki dla kilku klientów z góry na umorzenie kilku machlojek i przymknięcie oka na kolejne…
– Zrozumiałam – ucięła Lena. Gdy tylko dochodziło do polityki, dostawała nerwicy. – Nie było innych podejrzanych zachowań?
– Żadnych spotkań w ciemnych zaułkach jeśli o to ci chodzi. Raz zajrzał do przyjezdnego burdelu, zatrzymał się w jednej czy drugiej karczmie, ale spotkania czysto tow…
– Wróć – przerwała Ruda. – Co powiedziałeś?
– Zatrzymał się w karczmie – zaczął niepewnie.
– Nie, nie to, wcześniej.
– Burdel, o to ci chodzi?
– Tak. Był przyjezdny, tak?
– Właśnie.
– I co tam robił?
– A co mógł robić – żachnął się. – Przecież nie jeść owsiankę.
Lena jęknęła.
– Znaczy, nie monitorowałeś go?
Red popatrzył na nią jakoś tak dziwnie, jakby posądzając ją o jedzenie owsianki w burdelach.
– Raczej nie interesowały mnie jego ekscesy seksualne. Ale nie, monitorowałem go na tyle, aby sprawdzić czy wciąż tam jest.
Ruda jęknęła. Dłużej. Bardziej potępieńczo.
– Nelly, a ty gdzie wtedy byłaś?
– W mieście, zasięgnąć języka – odparła usprawiedliwiająco.
– Red, jesteś skończonym idiotą – rzuciła mu w twarz Ruda. – Skrewiłeś. Ten goguś cię wyprowadził w pole.
– Znaczy…?
– Tak! Wcale się szedł się zabawić, ty matole!
Wyciągnęła miecz. Red odskoczył zaskoczony. Ale Lena odwróciła się i weszła w gąszcz, torując sobie orężem drogę. Znalazła jakiś samotny kamień i usiadła na nim, dysząc ciężko. Miała sporo do przemyślenia.
Jakiś czas później usłyszała, że ktoś jej śladem przedziera się przez chaszcze. W końcu ujrzała Terry’ego. Kamień był jeden, więc bezceremonialnie usiadł na ziemi, a mimo to jego twarz znajdowała się na wysokości twarzy Leny, bo dziewczyna do najwyższych nie należała. Siedzieli tak w ciszy.
– Bringham, znasz go? – zapytał.
– Znam – odparła, wpatrując się w przestrzeń.
– I to całkiem dobrze? – Terry miał co najmniej osobliwy sposób zadawania pytań, które to miały konstrukcję zdań twierdzących, a jedynie na końcu pojawiał się jakiś zagubiony pytajnik.
– Tak mi się wydaje.
– To twój ojciec?
– Ano. – Lena nawet na niego nie spojrzała. Jej wyraz twarzy nie zmienił się ani trochę. – Wiedziałam, że jakoś do tego dojdziesz.
– Wiedziałaś, że wciąż tam mieszka?
– Przypuszczałam. To był główny powód, dla którego nie pojechałam.
– A Vander?
– Często zaglądał do niego. Jak widać nic się nie zmieniło.
Terry milczał. Nikt nie potrafił milczeć tak jak Terry.
– Wiesz, to przerażające – podjęła w końcu. – Odkąd stałam się Rudą, wolałam nie pamiętać, że mam jakąkolwiek przeszłość. Teraz ona pluje mi w twarz i tańczy mi przed oczami kankana z gołym zadkiem.
Przeszłość wypinała niewidzialny tyłek w ciszy.
– Słyszałeś o czym mówili? Pewnie, że słyszałeś – zreflektowała się. – Mój ojciec chciał, żebym wróciła, chciał mnie wyciągnąć. – Głos miała dziwny. – Oczywiście, że odrąbałabym tę wyciągniętą rękę, bo miałabym więcej do stracenia, niż zyskania. Ale tak jakoś mnie tknęło, mimo wszystko. Że jednak komuś zależy, choć nie uważa nas nawet za przyzwoitych.
Oparła głowę na ramieniu Terry’ego. Siedzieli tak. W ciszy.
Jednak czar szybko prysnął. Lena znów była sobą. Wstała i skierowała się do obozu. Mieli dużo do zrobienia przed wypadem, a nie mogła przecież pozwolić, żeby byle rozchwianie emocjonalne przeszkodziło im w perfekcyjnym wykonaniu zadania.
Leek siedział w pewnym oddaleniu i nakładał lotki na strzały. Nelly zajęła się obiadem, a Red przeglądał jedną ze swoich ksiąg. Gdy zobaczył Lenę, za wszelką cenę starał się nie wyglądać na przestraszonego. Nie bardzo mu się to udawało.
– W porządku, nic się nie stało, jasne? – oświadczyła Lena i usiadła. Przywołała gestem elfa, a gdy usiadł bliżej, podjęła: – Sytuacja wygląda tak. Nasz gospodarz chyba chce nam umilić życie, bo w przyszłym tygodniu okazji trwającego w mieście karnawału urządza bal. Kostiumowy. – Zrobiła pełną politowania minę. – Oczywiście według Vandera to najlepszy moment. Jednak po głębszej analizie doszłam do wniosku, że skok powinien odbyć się w wieczór poprzedzający go. Podczas balu straże będą wzmocnione. Wszyscy wartownicy, których zatrudniania będą na nogach. Wiem od jednego znajomego.
– Powiedział ci? Tak sam z siebie? – zdziwiła się Nelly
– Och, znasz moją dewizę: rozłóż przed nim nogi, a on wyłoży ci swoje serce. A przynajmniej żale – odparła z łobuzerskim uśmiechem.
Red popatrzył na Terry’ego, ale ten jakby nie usłyszał ostatniej wypowiedzi Rudej. Gdyby był na jego miejscu, nie zniósłby tego z takim spokojem… I tak nie potrafi znieść tego ze spokojem.
– Więc nie zagłębiając się w drobiazgi, plan wygląda tak… – zaczęła pewnym siebie tonem.
Słuchali. I wiedzieli, że nie będą mieli nic do zarzucenia. Nigdy nie mieli.

***

Powoli zmierzchało. Na wschodzie niebo zdążyło nabrać szarawej barwy przetykanej kilkoma zbłąkanymi gwiazdami. Fasada dworku tworzyła ciemny kontur na tle zachodzącego słońca. Lena poprawiła lnianą suknię oraz ułożenie noża w cholewce wysokiego buta. W beczce z wodą sprawdziła jeszcze czy spod ciemnej peruki nie wystają jakieś ogniste kosmyki. Wzięła na ramię wielki wiklinowy kosz, westchnęła i dołączyła do orszaku zmierzającego ku bramie. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Kolejna przygarbiona postać zajęta własnymi sprawami. Aż wierzyć się nie chciało, że tak łatwo poszło.
Nelly i Leek, jako najbardziej zwinni, mieli wspiąć się na mur po północnej stronie. Red w tym czasie rozpracowywał zaklęcia ochronne, aby razem z Terry’m mogli spróbować Przeskoku – krótkiej teleportacji na grubość ściany. Ona sama musiała pokręcić się trochę, zapoznać z otoczeniem, a później znaleźć jakieś dogodne miejsce żeby zrzucić z siebie te łachy. Naprawdę nie była w stanie zrozumieć, jak ktokolwiek jest w stanie nosić coś takiego. Suknia uwierała ją chyba w każdym możliwym miejscu.
Akcja miała się odbyć szybko i po cichu. Na razie nie wyglądało na to, aby pojawiły się jakiekolwiek komplikacje.
Na podwórcu ludzie ustawiali się w kolumny. Szybko znalazła miejsce wśród kucharek. Przez żołądek do serca, pomyślała z rozbawieniem. Wzdłuż rzędu przechadzali się wartownicy, zaglądający do koszy, jakby spodziewali się tam znaleźć co najmniej czterdziestu rozbójników. Kiedy jeden zbliżył się do Rudej i zajrzał do jej kosza, dziewczyna zrobiła duże oczy i minę przestraszonej dziewki. Skuliła się w sobie, a żołnierz zarechotał, odchodząc. Przewróciła oczami. Czy oni myślą, że byliby na tyle głupi, żeby przenosić wszystko w ledwie przykrytym koszu…? Od czego jest drugie dno?
Znalazła się w kuchni. Ochmistrzyni od razu wskazała jej miejsce gdzie powinna postawić swój pakunek. Nie wskazano jej żadnego zajęcia, ale wolała nie siedzieć bezczynnie. Kręciła się i krzątała po pomieszczeniu, jakby naprawdę robiła coś pożytecznego. Ochmistrzyni co jakiś czas wysyłała kogoś, aby coś przyniósł. Jeśli będzie dostatecznie cierpliwa…
– Ty! – Usłyszała to szybciej niż się spodziewała. Odwróciła się i stanęła w pełnej pokory pozie. – Idź i przynieś ze spiżarni wianek czosnku!
Gdyby mogła westchnęłaby. Udała się w kierunku, gdzie znikała większość dziewcząt tu obecnych. Znalazła się w ciemnym pomieszczeniu, w którym pachniało regularnie utrzymywaną stęchlizną. Szybko znalazła to po co ją wysłano. Zanim jednak wróciła do kuchni zbadała spiżarkę. Było tu jeszcze dwoje drzwi, przy czym jedne z nich ledwie rysowały się w ciemności. Były tak zniszczone i pokryte siecią pajęczyn, że można by przypuszczać, iż od wieków ich nikt nie używał.
Lena wróciła na górę i oddała oczekiwany czosnek. Po chwili ochmistrzyni o niej zapomniała. Kątem oka dostrzegła swój kosz, już opróżniony i stojący z boku. Na szczęście wciąż na wierzchu, jednak w każdej chwili mogło się to zmienić. Podeszła do niego i z podwójnego dna wyjęła swój krótki miecz, który szybkim ruchem schowała pod fartuchem. Rozejrzała się, ale nikt w tym całym rozgardiaszu nie zwrócił na nią uwagi. Bokiem wycofała się do spiżarni.
Niemal przemocą zdarła z siebie suknię i wrzuciła ją za jakiś regał razem z peruką. Przy sprzyjających wiatrach nikt jej nie znajdzie przez najbliższe kilka lat. Przypięła miecz do pasa i podeszła zbadać jeszcze raz drzwi. Były stare jak świat. A co ciekawsze, mimo pozorów nie używania, ktoś jednak z nich ostatnio korzystał… przemawiały za tym solidnie naoliwione zawiasy i zamek oraz wytarta z kurzu klamka, co dostrzegła dopiero po zapaleniu zapałki.
Wyjęła wytrychy z mieszka i rozpoczęła manipulacje przy zamku. Nie trwało to dłużej niż pięć uderzeń serca. Drzwi rozwarły przed sobą nieprzeniknioną ciemność. Nie zapaliła światła. Szła trzymając lewą rękę przy ścianie. Była to druga piwnica, nieco mniejsza od poprzedniej. Wyraźnie tutaj wyczuwała ruch powietrza. Niskie drzwiczki nie były zbyt szczelne i w przeciwieństwie do poprzednich, tych nikt nie oliwił. Skupiła się chwilę. Według jej obliczeń wychodziły na zachód, a Leek i Nelly powinni już sobie poradzić z tamtą stroną. Sięgnęła do drugiej sakiewki i wyjęła niebieskawo błyszczącą kulkę wielkości ziarnka grochu, wsunęła ją do zamka i odsunęła się na parę kroków.
Jedną z pierwszych rzeczy o jaką poprosiła Reda, gdy tylko do nich dołączył, było stworzenie czegoś w rodzaju zaklęcia, którego mogliby oni sami używać. Coś co łatwo byłoby przenosić, a zarazem było skuteczne np. do wywarzania drzwi, ogłuszania strażników… Zajęło mu to kilka miesięcy, ale w końcu uzyskał to na czym jej zależało. Kulki różnej wielkości i barwy służyły im dzielnie. Zaklęcia zamknięte w szkle, zawsze gotowe do użycia. Ich sekret i tajna broń.
Kulka w zamku eksplodowała z cichym brzdękiem. Już miała wyjść, gdy kątem oka dostrzegła błysk światła. Na przeciwległej ścianie zarysował się obrys drzwi, za którymi ktoś właśnie zapalił świecę. Podeszła do nich cicho jak kot.
– … jesteś już przygotowany? – Tego głosu nie dało się z nikim pomylić. Vander. Lena bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści.
– Za pięć dni wyjeżdżam. Do tej pory powinno się już uspokoić. – Odpowiedział mu inny głos, którego nie znała.
– Tak mi się wydaje. W żaden sposób nie udowodnią ci powiązania z kradzieżą. U mnie też go nie znajdą. Jedyna droga do nas, a właściwie do mnie, wiedzie przez naszych przyjaciół, więc możemy spać spokojnie. – Mogłaby przysiąc, że w tym momencie uśmiechnął się z wyższością.
– Myślisz, że można im zaufać? Nie zrobią jakiegoś… głupstwa?
– Nie sądzę. Zresztą, nawet jeśli, to gdy już będę mieć jajo… będzie można o nich zapomnieć. Wyczyścimy tę kartę historii smoczym ogniem.
– Wiesz co robisz? – Rozmówca wydał się trochę zaniepokojony.
– Będą ich legiony. Niepowstrzymana armia. I nikt nie będzie o niej wiedział dopóki nie wyjdzie z ukrycia… Mam tylko nadzieję, że przeżyje sekcję, trudno będzie o drugą szansę…
Miała już dość. Wiedziała co znajdą w tajemniczej skrzyni, której to zawartości nie chciał im zdradzić. Skrzyni, która była ich celem.
Wyszła przez drzwi, z którymi się uprzednio rozprawiła. Nie mogła teraz odwołać akcji. Musieli skończyć robotę, ale co potem? Nie, musi wziąć się w garść. To nie jest moment na takie rozważania.
Podwórzec był pusty. Drzwi cicho stuknęły, ale już jej tam nie było. Przesuwała się wzdłuż muru w stronę głównego budynku, gdzie znajdował się skarbiec. Mimo późnej pory ruch był duży, jednak wszyscy byli zbyt zajęci by przejmować się niewiele ciemniejszym od pozostałych cieniem na ścianie.
Wzdłuż muru przechadzał się jeden samotny wartownik. Lena podarowała mu kilka godzin snu dobrze wycelowanym zaklęciem. Przemknęła się cicho i przystąpiła do otwierania okna. Kraty były tylko na pokaz. Otwierały się wraz ramą. Po chwili manipulacji nożem, Ruda znalazła się w ciemnym, zagraconym pokoju. Mogło znajdować się tutaj wiele cennych antyków, ale w tej chwili nie bardzo ją to interesowało. Podeszła do drzwi i nasłuchiwała. Było dziwnie cicho. Wytrychem otworzyła drzwi i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Cisza.
Drzwi jęknęły. Stanęła w gotowości, ale nie rozległ się oczekiwany tupot nadbiegających ludzi. Cóż, widocznie ktoś był tu już przed nią.
Ruszyła korytarzem wciąż nasłuchując, za każdym załomem spodziewając się co najmniej tuzina przeciwników. Jednak nie spotkała nikogo. To ją niepokoiło. Aż w końcu usłyszała szczęk mieczy i klątwy Terry’ego. Nogi same ją poniosły.
Stał w wąskim korytarzu i za wszelką cenę zagradzając drogę do Reda, który tuż za nim mocował się z magicznym zamkiem. Pot spływał mu gęsto po twarzy z wysiłku. A najgorsze było to, że z przeciwnej strony korytarza nadbiegali kolejni chętni do obrony dobytku swego pana. Lena wyciągnęła miecz i gwizdnęła. Dwóch z tyłu obejrzało się. Zanim w ich mózgu cokolwiek zdążyło zaprotestować, rzucili się na nią. Dwa cięcia. Więcej nie było trzeba.
– Zajmij się tymi z tyłu! – krzyknęła do Terry’ego. – Biorę tych tutaj.
Gdy tylko odskoczył w tył, rzuciła pomiędzy atakujących czarną kulkę wielkości pestki brzoskwini. Czarny dym zaburzył pole widzenia. Nie atakowali bojąc, zranić się siebie nawzajem, a gdy dym opadł, Lena już stała przed Redem, gotowa bronić doń dostępu. Wyszczerzyła zęby i zaatakowała zanim zdążyli się przygotować. Było ich pięciu. Później czterech i trzech. Jeden z ostatnich postanowił wykazać trochę rozsądku i rzucił się do ucieczki. Skończył przeszyty strzałą. Leek szedł korytarzem z łukiem w ręku, gotując się do kolejnego strzału.
Z tyłu usłyszała jęknięcie Reda i szczęk zamka. Dźgnęła ostatniego przeciwnika i odwróciła się do maga. Kopniakiem otworzyła drzwi i jakoś niespecjalnie ją zdziwiło, że w miejscu, gdzie teoretycznie powinna być w tej chwili jej głowa, świsnęło ostrze. Wbiło się w otwarte drzwi. Westchnęła.
– I to tyle jeśli chodzi o skomplikowane zabezpieczenia.
Weszła do pomieszczenia razem z Redem i Leekiem. Terry i Nelly, która nadeszła z przeciwnej strony korytarza, stanęli na warcie. Pokój był całkowicie pusty, jeśli nie liczyć potężnej skrzyni stojącej na środku. Wyglądała tak, jakby nawet końmi nie dałoby się jej ruszyć. Ruda skinęła na maga. Ten westchnął, otarł twarz rękawem i zbadał dokładnie skrzynię. Ku ich zdziwieniu, skrzynia była normalna do granic możliwości. Lena i Leek wzięli się za otwieranie zamków. Było ich sześć – starych, zardzewiałych i twardszych od kamieni. Pracowali powoli, aż ostatnia z opornych kłódek skapitulowała. W środku znaleźli…
– Jajo – powiedziała Lena tonem, którym można by ciąć stal.
Było nieco większe od melona. Wzięła je pod pachę i ruszyła ku wyjściu. Wychodząc nie spotkali nikogo. Konie czekały tam, gdzie je zostawili. Poszło zbyt gładko. I Lena doskonale wiedziała dlaczego.

***

– … i żadnego pościgu – kontynuowała Ruda. – Co prawda nie spodziewali się, że zrobimy to dzisiaj, ale i tak wstrzymał pościg. Może najwyżej kilku jeźdźców dla zachowania pozorów, ale i to gdy byliśmy dostatecznie daleko, by nie mieli szans nas choćby zobaczyć…
Siedzieli przy ognisku i słuchali tej dziwnej historii. Od początku było wiadomo, że coś w tej sprawie jest nie tak, ale żeby do tego stopnia?
– Wiem, że do tej pory unikaliśmy polityki, ale nie można tego tak zostawić. Wyobraźcie sobie, jakie to mu daje możliwości.
Wyobrazili sobie. I wcale im się to nie spodobało.
– Więc co z tym robimy? – Nelly wskazała na jajo.
– Cóż, chyba najlepszym sposobem byłoby się go pozbyć – odparła udręczona. Wzięła jajo w ręce. Zawahała się. I wtedy zatrzęsło się w jej dłoniach.
Zaskoczona upuściła je na ziemię, ale nie rozbiło się. Jedynie podłużne pęknięcie świadczyło o upadku. Jednak jajo wykazało jeszcze większą wolę życia niż chwilę wcześniej. Coraz większa sieć pęknięć pokrywała skorupę. Aż pękło.
Stworzenie miało wybitnie gadzi charakter. Jednak żaden gad nie ma pary błoniastych skrzydeł, ani tak obłych kształtów. Łuski błyszczały w blasku ogniska.
Określenie ‘smok’ aż się narzucało.
Stworzenie na chwiejnych kończynach doczłapało się do Leny i legło u jej stóp. Wydało dźwięk przypominający płacz dziecka i był równie mocno chwytający za serce. Ruda uklękła i wzięła go w ramiona. Był ciepły i gładki w dotyku.
– No to chyba mamy problem – powiedziała. To było dziwne uczucie. Wiedziała, że za nic w świecie nie pozwoli skrzywdzić maleństwa. Choćby miało od tego zależeć jej życie.
Pozostali chyba widzieli to w wyrazie jej twarzy, bo nikt się nie odezwał.
– Więc co teraz? Wyjeżdżamy bez pożegnania? – zapytał cicho Leek. Wydawało się to najrozsądniejszym rozwiązaniem. Wiedzieli już, że mają do czynienia z niebezpiecznym człowiekiem. Ucieczka byłaby haniebna, ale uszliby bez szwanku.
Ruda była rozdarta pomiędzy tym, co dyktował rozsądek, a zewem dumy. Do tego doszło jeszcze jedno uczucie, gorące jak roztopione żelazo, nienawiść. Chciała zobaczyć jak wściekłość wykrzywia tę jego paskudną, wiecznie spokojną gębę, jak gotuje się w złości i bezsilności, wiedząc, że to ona dyktuje warunki.
– Spotkam się z nim, jak było planowane – oświadczyła. – Wy powinniście już jechać. Dogonię was po kilku dniach.
Nikt nie zakwestionował jej wyboru. Choć dostrzegła w oczach Terry’ego wyrzut. Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale już podjęła decyzję. I, do jasnej cholery, naprawdę chciała to zrobić!
Rozstali się nad ranem. Nelly zajęła się smokiem. Po krótkim pożegnaniu odjechali. Lena nie patrzyła na nich. Wciąż czuła pod skórą palące spojrzenie Terry’ego.
Miała przed sobą jeszcze cały dzień i całą noc. Spotkanie wyznaczone było dopiero na nazajutrz, bo „planowany” skok miał odbyć się dopiero dziś. Miała więc sporo czasu na myślenie. Aż nadto.
Spotkali się w lesie, gdzie kiedyś stała świątynia dawno już zapomnianego bóstwa. Została po niej jedynie kupa kamieni porośniętych mchem. Rozsiadła się na jednym z nich, jakby był to co najmniej fotel obity aksamitem. W tej pozycji zastał ją Vander.
– Gratuluję udanej akcji. – Skinął głową z czymś, co zapewne brał za uznanie. – Choć znów nie zastosowaliście się do poleceń, muszę przyznać, że mi zaimponowaliście. – Po tych słowach wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Stał się wyrachowany i zacięty. – Ale nie przyszedłem, żeby wam kadzić. Gdzie towar?
Lena nie ruszając się z miejsca, popatrzyła na niego spod na wpół przymkniętych powiek.
– Nie mam dla ciebie nic – wycedziła. – My nie handlujemy żywym towarem, dobrze o tym wiesz.
Nie drgnął mu nawet jeden mięsień twarzy, ale w oczach czaił się mord o takiej intensywności, że była zmuszona by jeszcze bardziej zmrużyć swoje. W przeciwnym wypadku ta skondensowana nienawiść wypaliłaby jej wzrok.
– Gdzie jajo? – zapytał tonem ciężkim jak ołów.
– Nie dotarło? – Ruda złożyła ręce na piersi. – Nic nie dostaniesz. Ani teraz, ani w ogóle.
Aż w nim wrzało, czuła to. Jednak gdy znów się odezwał, jego głos był spokojny i opanowany. Cóż za ogłada, pomyślała z przekąsem.
– Mieliśmy układ. Jasny. Przejrzysty jak źródlana woda. Przypuszczam, że nie chcielibyście rezygnować ze swojego, nie oszukujmy się, mało skromnego wynagrodzenia. – Wyciągnął skórzany mieszek i wysypał część zawartości na otwartą dłoń. Klejnoty zalśniły w blasku słońca. – No skarbie, co ty na to? Oddaj jajo, dostaniesz to do swoich ślicznych rączek własnych. – Uniósł górną wargę, odsłaniając kły. Jak wampir, przemknęło jej przez myśl. Przeklęty krwiopijca. – To przecież wystarczy na całe życie. Ostatnie, zaiste, niewielkie poświęcenie i nic więcej wam już nie trzeba.
Lena lekceważąco wzruszyła ramionami. Wiedziała, że takie zachowanie jeszcze bardziej go rozjuszy. A o to jej chodziło.
– Gdzie jajo? – wysyczał.
– O, całkiem blisko – odparła, siląc się na nonszalancki ton.
– Skarbie. – Uśmiechnął się obleśnie, a więcej w tym uśmiechu było nienawiści niż czułości. – To ostatnia szansa, więcej nie poproszę. Oddaj. Mi. Jajo. – Ostatnie słowa wypowiedział w kilkusekundowych odstępach, aby byle dureń mógł przekaz zrozumieć. Widocznie uważał, że Lena i reszta postradali zmysły, skoro podjęli tak bezsensowną decyzję…
W tym momencie coś zaskoczyło w jego umyśle. Przecież nie mogli się dowiedzieć. Nie mogli wiedzieć aż tyle… A jeśli…? Zwątpienie zakiełkowało. A nadmiar ostrożności podsuwał mu tylko jedno możliwe rozwiązanie…
Ruda prychnęła.
– Chcesz jajo? Proszę. – Rzuciła mu skorupy pod nogi. – Bierz co twoje i wynoś się, sukinsynu.
Teraz nim naprawdę wstrząsnęło. Lena napawała się widokiem.
– Wy… – Niebezpieczny grymas wykrzywił mu twarz. – Wy… pożałujecie tego. Wszyscy.
Właśnie na to czekała. Wściekłość wypływała z niego jak woda z durszlaka. Odszedł, a ona z satysfakcją przyglądała się jak z trudem powstrzymuje drżenie rąk.
Kiedy tętent kopyt ucichł w oddali, wskoczyła na własnego wierzchowca i pognała przed siebie. Nie było na co czekać. Wpakowała się, nie ma co.
Dogoniła ich po pięciu dniach jazdy. Wszyscy byli dziwnie milczący. Nawet naturalny entuzjazm Leny gdzieś wyparował. Kto z nich mógłby przypuszczać, że wszystko się tak potoczy?
Gnali przed siebie, robiąc tylko krótkie postoje, aby dać odpocząć koniom, po czym ponawiali ucieczkę do nikąd. Dopiero po kilku kolejnych dniach postanowili zwolnić i zatrzymać się gdzieś na dłużej.
Nie wykorzystali żadnej ze swoich starych, sprawdzonych kryjówek. Kto wie, czy Vander o nich nie wie. Zamiast tego rozbili obóz w lesie na granicy królestwa, gdzie rzadko zdarzało się komu zawędrować. Byli już dostatecznie daleko, by pozwolić sobie na nieco mniej paranoidalnej ostrożności.
Drugiej nocy Red, który akurat kończył swoją wartę, szturchnął śpiącą Lenę. Przewróciła się na drugi bok, mamrocząc cicho. Mag ponowił próbę. Tym razem Lena otwarła oczy.
– Twoja zmiana – mruknął.
Poczekał, aż dziewczyna się pozbiera i położył się na swoim posłaniu. Lena dorzuciła parę drew do ogniska i siedziała wpatrując się w płomienie. Smoczek kiwał się na jej ramieniu. Kiedy tylko do nich dołączyła, stworzonko nie rozstawało się z nią. Sama zresztą czuła się lepiej, gdy był blisko niej. Po kilkunastu minutach, gdy sprawdziła, czy Red rzeczywiście zasnął, wstała cicho i skierowała się ku posłaniu Terry’ego, który jak zawsze spał w pewnym oddaleniu od pozostałych. Usiadła koło niego i czułym gestem starała się go obudzić. Pochyliła się i musnęła wargami jego policzek. Gdy tylko otworzył oczy, zakryła mu usta ręką.
– Cicho, tylko nic nie mów – wyszeptała mu do ucha. – Wiesz, ostatnio sporo myślałam. Mam już chyba tego wszystkiego trochę dość. Szczególnie po ostatniej wpadce. Łupów wystarczy, by zacząć w miarę normalne życie. Ale jakoś nie mogę się zmusić by im to powiedzieć. Uciekam. – Roześmiała się cicho. – Idziesz ze mną?
Terry przewrócił się na plecy i popatrzył w twarz Leny. Musiał przyznać, że w ostatnim czasie sporo się zmieniła. Złagodniała, choć wciąż była zacięta i uparta. Często zatapiała się we własnych myślach. Zbyt często. Coś w niej pękło. Widział, że już nie jest zdolna by żyć dalej w ten sposób. A on nie wyobrażał sobie życia bez niej.
–Idę z tobą – odparł.
Lena uśmiechnęła się smutno i obdarzyła go długim i namiętnym pocałunkiem. Zatracili się w sobie tak, że nie zauważyli sylwetki maga stojącego na tle ogniska. Red odwrócił się i wrócił na swoje posłanie. Wiedział, że nie ma żadnych szans. Nigdy nie miał. Ale chciał wierzyć, że może jednak uda mu się ją zdobyć. Ale Ruda nie widziała świata poza Terry’m. Był na straconej pozycji, a mimo to… nie potrafił przestać o niej myśleć. A teraz miał stracić ją na dobre, choć tak naprawdę nigdy jej nie miał. Pozwoli jej odejść. Tak już miało być.
Lena i Terry okulbaczyli konie. Słychać było trzask płomieni. Smok zakwilił z gałęzi drzewa.
– Otoczyli nas – szepnęła Lena, wyciągając miecz z pochwy.
Szermierz również chwycił swoją broń. Zza drzew dochodziły odgłosy świadczące, że i tam reszta szykuje się do konfrontacji.
Z cieni bezszelestnie wyłoniły się postaci odziane w czerń. W ich ruchach było coś nierzeczywistego, jakby nie dotykali stopami ziemi. To by mogło tłumaczyć, dlaczego poruszali się tak cicho.
– Chyba jednak byliśmy nieuważni – mruknęła Lena i westchnęła ciężko.
Ruda i Terry stanęli plecami do siebie. Miecze trzymali w gotowości.
– Wiesz, jeśli miałabym umrzeć, to tylko tak: walcząc – powiedziała cicho, z lekkim odcieniem dumy. – Ostatnia walka, do ostatniej krwi. Z wami wszystkimi u boku. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Może to trochę zbyt dramatyczne, ale… – Roześmiała się głośno. Jej głos zabrzmiał szaleńczo, obłąkańczo, jakby zarżały demony piekielne. Nie było w nim radości. Od niego włosy stawały dęba. – No dalej, żywa stąd nie ujdę, ale wy też nie!
Obozowisko rozjaśnił błysk jakiegoś zaklęcia, a sądząc po odgłosach Red użył go z nie najgorszym skutkiem. Lena skoczyła naprzód. To było jak taniec. Wirowała pomiędzy ostrzami mieczy, cięła i odbijała pchnięcia z lekkością. Ale przeciwników było zbyt wielu, zbyt dobrze wyszkolonych…
Za plecami słyszała jak na ziemie osuwają się kolejni pokonani. Terry nie szczędził miecza ani umiejętności. Ale wiedziała, że i Herkules dupa, gdy przeciwników kupa…
Zza drzew usłyszała krzyk Nelly. Krótki. Piskliwy. Bolesny.
Dostali ją.
Czuła jak wzbiera w niej furia. Nie tak to się miało skończyć! Jeszcze za wcześnie na umieranie. Nie tylko dla niej. Dla nich wszystkich.
Ochrypły okrzyk wyrwał się z jej gardła. Zwierzęcy. Nieludzki. Rzuciła się najbliższą z czarnych postaci. Cięła w tętnicę szyjną. Następny nie zdążył sparować i rozpłatała mu brzuch. Kolejnego zaskoczyła nożem, który nagle zmaterializował się w jej dłoni. Walce nie było końca.
Adrenalina wyostrzyła zmysły. Słyszała krzyk Leeka i magiczne formuły wypowiadane przez Reda głosem, który z każdą chwilą coraz bardziej przypominał bełkot. Słyszała dyszenie Terry’ego za plecami. Słyszała bicie własnego serca, które buntowało się przeciwko takiemu wysiłkowi. Ręce powoli odmawiały posłuszeństwa. Ułamek sekundy wystarczył, by otrzymać cios w lewe udo.
To był tylko pisk. Krótki. O częstotliwości sięgającej górnej skali. Wibrujący w uszach. Struga ciepłej krwi płynęła po nodze, ale walczyła dalej, otrzymując kolejne płytkie rany.
Za sobą rozległo się stęknięcie Terry’ego. Też dostał.
Drobnymi kroczkami cofała się, aż poczuła jego plecy. Oparli się o siebie nawzajem, dysząc ciężko.
– Do zobaczenia po drugiej stronie – powiedziała przez zęby.
– Już niedługo – odparł.
Rzucili się naprzód.
Ruda kątem oka dostrzegła ruch od strony obozowiska. Spomiędzy drzew wyszedł Red. Cały zakrwawiony. Ze strzałą, wystającą mu z podbrzusza. Z paskudnym cięciem nad skronią. Z zaklęciem między palcami.
Szedł jak paralityk. Sztywno. Z oczami utkwionymi w nią.
– Lena, k…am cię! – wychrypiał resztką sił i wypuścił zaklęcie, a sam opadł na kolana, krzywiąc się z bólu.
Poznała ten kolor. Czar teleportacji.
Zanim ją dosięgnął, wrzasnęła tylko:
– Red, ty idioto!!!
Smok, który na czas walki ukrył się w koronie dębu, przysiadł na jej ramieniu. Magiczny wiatr porwał ją, wysuszając pojedyncze łzy.

***

Władza nie omieszkała powiadomić ludu o porażce słynnej szajki. Przez długi czas był to wiodący temat w tawernach i gospodach. Jedni uważali to za tryumf sprawiedliwości, inni za koniec pewnej epoki. Byli nie tylko najlepsi, mówiono o nich jako o jedynych naprawdę wolnych ludziach. I zginęli wolni za tę właśnie wolność.
Mówiono też o bezimiennym mścicielu, który po kolei wycinał w pień wszystkich, którzy w mniejszym lub większym stopniu przyczynili się do tej masakry.
W ciemnościach zadymionych sal w ciszy oddawano im hołd i pito za ich spokojny spoczynek.

***

To nie tak miało się skończyć, myślał, widząc nad sobą twarz, która nie wyrażała niczego. Nie było w niej nienawiści, której by się spodziewał. Zupełny brak zainteresowania, pustka w oczach, na które opadały ogniste kosmyki. Śmierć o płomiennych włosach wyjęła miecz i przecięła nić życia sprawnym ruchem. Ostatnim, co usłyszał, był smoczy płacz, który miał dla niego trwać już przez wieczność.


KONIEC



[Agrypine] Przyznaję się bez bicia, nie czytałam. Postawiłam na renomę. Ale przeczytam, obiecuję!
A, jeszcze jedno: wcale nie włączam się w czynną reanimację strony. Po prostu lubię wybierać ikony do artykułów. [/Agrypine]


Filipinkaa
10.09.2009, 19:31

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Aragog

1 2 3

15.01.2012, 19:45
Agrypine Sirrah

Niektórzy może wolą iść gdzieś potańczyć sami, niż wspomagać produkcję tkanki tłuszczowej poprzez tkwienie przed plazmą i zachwyt nad wątpliwej jakości komerchą.

3.06.2010, 19:17
cytrynowydrops

Co ty mówisz, a YOU CAN DANCE?!?!

3.06.2010, 15:26
snowdog

Owszem, jest podstawowy, czyli niezbędny do życia. A bez plazmy można sobie spokojnie poradzić ;) Mi tam jej nie brakuje, a tv i tak nie ma najczęściej nic ciekawego.

3.06.2010, 13:09
cytrynowydrops

Ale myślałam, że jak się wprowadzasz do akademika to tam jest jakiś podstawowy ekwipaż: umywalka, powiedzmy - sedes, powiedzmy podłoga, plazma..

2.06.2010, 21:52
Agrypine Sirrah

Chyba ektoplazma.

1.06.2010, 18:04
snowdog

Jak sobie plazmę do pokoju wstawisz, to będziesz miała :) Ale jakoś nie wiem czemu, ale z dziewczynami się nie zrzucałyśmy na plazmę.

1.06.2010, 12:18
cytrynowydrops

Aha... to coś akademik nie w polskim stylu, co do którego zajrzę - to tam plazma na ścianie!

26.05.2010, 17:34
snowdog

W pokoju w akademiku ;)

20.05.2010, 20:13
cytrynowydrops

Tę dociekliwość dziedziczy się w sposób naturalny po mojej komunistycznej szkole..

18.05.2010, 18:47