Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Kolacja w „Odysei” przebiegła, jakby w czasie obiadu nic się nie zdarzyło – Alla żartowała, a poeta się dąsał, zwłaszcza gdy wiedźmin przekazał mu żądania Zyty Stentorowskiej.
- Wariatka! Przecież gdyby nie my, ten komputer nadawałby się tylko na złom!
- Gdyby nie ty, Milosz, nie wyrzucilaby go przez okno – zauważyła kucharka.
- Co ty znowu z tym Miłoszem? To nie moja wina, że matka dała mi na imię Czesław! – zirytował się poeta.
- Ona ma rację – odezwał się wiedźmin. – Gdyby nie ty, laptop stałby teraz u niej na biurku.
- Jak ją znam, to leżałby pod łóżkiem. I codziennie rano jej zgrabna stópka deptałaby go, nie czyniąc żadnej szkody… - Poeta rozmarzył się, a cała jego złość momentalnie wyparowała. – Przekaż jej ode mnie następującą odpowiedź:
Zgrzeszyłem bardzo ciężko przeciw boskim prawom.
Moja dusza nie zazna przez wieczność litości,
bo imię me okryte samobójcy sławą…
Ty byłaś mą zgubą, o nieszczęsna miłości!

- Ale chyba powinien poczekać, aż umrzesz – powiedziała Alla, chichocząc cicho.
- Absolutnie nie znasz się na poezji, Alu. – Poeta prychnął, wstał i wyszedł.
Wiedźminowi udzielił się niefrasobliwy nastrój półdriady.
- Czy powinienem czuć się obrażony, że z „Miłoszem” jest pani „na ty”, a ze mną nie? – spytał.
Alla wyszczerzyła równiutkie, białe ząbki, starając się nie chichotać.
- Z nim trudno nie być „na ty”. – Rozłożyła bezradnie ręce.
- Ma pani rację – przyznał Trojden.
- Ale jeśli pan chce, możemy wypić brudzierszafta.
- Bardzo chętnie – odparł wiedźmin, jak się potem okazało, na własną zgubę.
Alla wyciągnęła z kredensu butelkę ziołowej nalewki. Trunek był mocny, a jego aromat przywodził na myśl las kołyszący się na lekkim wietrze zaraz po deszczu. Wiedźmin rozpoznał nawet zapach trawy pokrytej rosą i wszechobecnej transpiracji.
Wypili bruderszaft.


Ocknął się, czując nóż na gardle. Uruchomił wszystkie zmysły. Leżał na plecach i ktoś o zgrabnych nogach siedział na nim okrakiem, przyciskając mu ręce do tułowia. Prawdopodobnie ta sama osoba trzymała nóż. W razie oporu czekała go amatorska tracheotomia, a i to w najlepszym wypadku.
Otworzył oczy. Dzięki rozszerzonym do granic możliwości źrenicom ujrzał w ciemności bladą twarz czarnowłosej dziewczyny, która przyglądała mu się spod przymkniętych powiek. Oczy miała umalowane czarną kredką, więc odcinały się wyraźnie na tle jasnej cery.
Pozwolił twarzy drgnąć, by dziewczyna zauważyła, że już nie śpi.
- Zabiję cię – wysyczała. W jej głosie pobrzmiewała nienawiść w najczystszej, niczym nie skażonej formie.
Wiedźmin milczał, a jego oczy wyławiały z mroku coraz więcej szczegółów. Dziewczyna w lewej dłoni trzymała jego medalion, który powinien był ostrzec go o niebezpieczeństwie. Prawą przyciskała mu ostrze do szyi.
- Zabiję cię – powtórzyła.
- Gdybyś naprawdę chciała to zrobić, już byłbym martwy. Mogłaś bez problemu poderżnąć mi gardło, gdy spałem – odparł ledwie dosłyszalnym szeptem. Gdzieś głęboko na dnie umysłu kołatała mu się myśl, że powinien ratować się za wszelką cenę, ale jakoś nie miał na to ochoty. W tym momencie było mu niemal zupełnie obojętne, co zrobi blada skrytobójczyni.
- Dostałeś zlecenie. Nie wypełnisz go.
- A jeśli się nie zgodzę, wtedy mnie zabijesz, Bianko?
Przez twarz dziewczyny przebiegł skurcz. Trafił. Ironia losu sprawiła, że siedziała na nim biedna ofiara wampira, córeczka tatusia, panna Bianka Krasnojarska. Postanowił pójść za ciosem.
- Chcesz chronić tego wampira? Przecież on tobą manipuluje!
- Zamknij się! – warknęła, przyciskając mocniej ostrze. Wiedźmin poczuł pierwsze krople krwi spływające wolno na poduszkę.
- Przepraszam – powiedział już samymi wargami, bojąc się, że najlżejsze drgnienie gardła może wywołać poważne uszkodzenia ciała.
- Zapomnij o mnie i o tym wampirze. Nie masz zielonego pojęcia, co jest między nami. To nie ja jestem ofiarą manipulacji tylko ty. Widzę, że tatuś już cię przeciągnął na swoją stronę. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego, a on ciągle nie przyjmuje tego do wiadomości. A ty jesteś tylko marionetką. On pociąga za twoje sznurki. Chcę zniszczyć narzędzie, za pomocą którego on zamierza wtrącać się w moje życie. Jeśli ty jesteś tym narzędziem, nie zawaham się. – Jej głos był zimny i twardy jak stal. Takiego tonu nikt nie spodziewałby się po pryszczatej nastolatce z przekazanego przez pana Krasnojarskiego zdjęcia.
- Nie jestem niczyim narzędziem. – Wiedźmin miał ochotę uśmiechnąć się paskudnie, ale zrezygnował. Pewnie i tak w ciemności by tego nie zauważyła. – Może słyszałaś o tym, że wiedźmini to bezwolni mordercy, którzy zrobią wszystko, jeśli tylko odpowiednio się zapłaci. To kłamstwa.
- Ale przyjąłeś zlecenie mojego ojca. Masz przyprowadzić mnie z powrotem na smyczy. Wiedz jednak, że ja się nie dam. Dla mnie powrót do tamtego życia jest gorszy niż śmierć.
- Wolisz umrzeć w ramionach swojego wampira?
- Już umarłam. – Wzruszyła ramionami, przy czym odsunęła nieco ostrze od jego gardła. Wiedźmin odetchnął. – To jak w „Dziadach”. Bianka obiit. Hic natus est…
- Hic nata est – poprawił odruchowo wiedźmin.
- …Anastazja – dokończyła, nie zważając na uwagę Trojdena. – Anastazja znaczy „zmartwychwstała, wskrzeszona”. Przedtem byłam martwa, leżałam w trumnie za życia. Trzy miesiące temu Bianka umarła, a narodziła się Anastazja. Mój ojciec tego nie rozumie. Chce wskrzesić trupa, a to przecież niemożliwe. Może dostać najwyżej zombie. Dlatego powiesz mu, że zadanie, które ci zlecił, jest niemożliwe. Rozumiesz?
- Rozumiem – wyszeptał. Nie zamierzał się z nią spierać, zwłaszcza że wciąż trzymała nóż w okolicach jego gardła.
- W takim razie śpij, wiedźminie. I pamiętaj – jeśli się do nas zbliżysz, zabiję.
Trojden poczuł, że zapada się w ciemność.


Z przyzwyczajenia obudził się o szóstej rano. Ostatnim, co był w stanie sobie przypomnieć z ubiegłego dnia, był bruderszaft z Allą. Ile wypili potem, nie pamiętał. Głowa bolała go mniej, niż się spodziewał. Za to piekielnie chciało mu się pić. Zwlókł się z łóżka i ruszył do kuchni.
Na korytarzu niemal zderzył się z wysokim, piegowatym nastolatkiem o rozwichrzonych, szaroburych włosach. Chłopak kogoś mu przypominał.
- Dzień dobry. – Młodzieniec wykazał się dobrym wychowaniem.
Wiedźmin mruknął coś w odpowiedzi, wyminął go i wtoczył się do kuchni, przypadając od razu do lodówki.
- Cześć – rzuciła Alla, jakby nigdy nic smażąc naleśniki na śniadanie.
- Alla, ty mi powiedz, co my wczoraj piliśmy? – jęknął, pochłaniając pierwszy napój, który mu się nawinął, czyli truskawkowy jogurt pitny.
- Nalewkę ziolową. Oryginalny przepis mojej mamy.
- A dałbym sobie rękę uciąć, że to co najmniej Woda Brokilonu. Dlaczego ty nie masz kaca?
- Geny. – Uśmiechnęła się do swoich naleśników. – Driady nie mają kaca. Myślalam, że wiedźmaki też.
- U nas to kwestia indywidualnych predyspozycji. – Wiedźmin schylił się, by wyrzucić pudełko po jogurcie do kosza na śmieci, i zobaczył swoje odbicie w wiszącej nad blatem, wypolerowanej do czysta metalowej patelni. Na całej szyi miał rozmazaną krew. Własną. Przypomniał sobie, kto i po co odwiedził go w nocy.
- Szkoda. Skoro już zmieniają wam metabolizm, mogliby też pomyśleć o kacu – powiedziała Alla, kontynuując rozmowę. Zachowywała się, jakby wszystko było w porządku. I to go zastanowiło.
- Mówiłaś, że przedtem pracowałaś u państwa Krasnojarskich, tak? Przyjaźniłaś się z Bianką?
Dziewczyna zesztywniała na ułamek sekundy, a potem wzruszyła ramionami.
- No wiesz, tylko w takim stopniu, w jakim slużba może przyjaźnić się z dziećmi państwa domu.
- Nie wierzę ci. To pewnie ty jej powiedziałaś, że jej ojciec mnie wynajął – powiedział.
Alla wzdrygnęła się, jakby zmroził ją ton jego głosu.
- Mylisz sje – odrzekła słabym głosem, czym tylko umocniła Trojdena w jego przypuszczeniach.
Nie miał ochoty na zabawę w kotka i myszkę. Błyskawicznie znalazł się tuż obok niej, złapał za ramię i szarpnięciem zmusił ją, by porzuciła przygotowywany właśnie posiłek i stanęła z nim twarzą w twarz.
- Mów prawdę.
- Puść ją! – krzyknął ktoś za wiedźminem i szarpnął go do tyłu.
- Proszę, nie wtrącaj sje, Tristan – odezwała się Alla. Coś w jej głosie się zmieniło.
Trojden puścił półdriadę i obejrzał się.
- Łatwiej jest się wyżywać na bezbronnej kobiecie, co?! – rzucił zaczepnym tonem młodzieniec, z którego wiedźmin spotkał przed chwilą na korytarzu. – Zmierz się z równym sobie…!
- Tristan Krasnojarski? – spytał Trojden właściwie pro forma, bo nie spodziewał się spotkać drugiej osoby noszącej to rzadkie imię. – Brat Bianki?
- Tak, to ja. – Chłopak wyzywająco wysunął szczękę. Na ten widok wiedźmin uśmiechnął się mimo woli.
Zapachniało spalenizną. Alla westchnęła cicho i odwróciła się w stronę palnika gazowego, by ratować to, co zostało ze smażącego się akurat naleśnika.
- Przepraszam. Nie powinienem tak traktować damy – powiedział Trojden. Niespodziewane spotkanie z bratem Bianki-Anastazji zdecydowanie poprawiło mu humor. – Powiedz mi, czy siostra utrzymuje z tobą kontakty?
Tristana zupełnie zaskoczyło to pytanie. Spodziewał się raczej słownej riposty, a może i ciosu inicjującego bójkę.
- No… pisujemy do siebie SMSy.
- A spotykacie się twarzą w twarz? – Wiedźmin kontynuował przesłuchanie.
- Czasami.
- Jaka wtedy jest? Inna niż przed… wakacjami?
- Na pewno. Teraz jest taka… ja wiem… natchniona. I bardziej entuzjastycznie podchodzi do wszystkiego. Nawet raz napisała mi wypracowanie na polski. Tylko że teraz pisze gotykiem i strasznie trudno ją odczytać.
Rozległ się syk parującej szybko wody – to Alla polała gorącą jeszcze patelnię zimną wodą z kranu.
- A czy mówiła coś o tym wampirze?
- Nie.
- Czy… hm… Czy według twojego osądu ten wampir zagraża twojej siostrze? Czy Bianka sprawia wrażenie coraz słabszej? – pytał dalej wiedźmin.
- Nie Bianka, tylko Anka – poprawił Tristan. – Teraz ma na imię Anastazja. Zmieniła imię, bo…
- Wiem. Mów o wampirze.
Chłopak trochę się obruszył na tak nieuprzejme traktowanie, ale mówił dalej.
- Nie wiem. Nie wygląda na słabą. Mówiła, że ma najlepszą kondycję w życiu. I schudła. Ale to dobrze, bo zawsze była gruba, a teraz przynajmniej ładnie wygląda.
- Czyli sprawia wrażenie, że teraz jest jej lepiej?
- Tak, panie wiedźminie. – Tristan domyślił się wreszcie, z kim ma do czynienia. – Pan chce go zabić, prawda?
- Tak.
- Ale jej pan nie zrobi krzywdy?
- Nie. W stosunku do B… Anastazji będę działał tylko w granicach obrony własnej. – Wiedźmin uśmiechnął się krzywo.
Na twarzy chłopca odbiło się zdumienie, ale już o nic nie pytał.
- Tristan, spóźnisz się do szkoły – odezwała się zmęczonym głosem półdriada.
- Już idę. Ale Ali też nie zrobi pan krzywdy? – Spojrzał na wiedźmina podejrzliwie.
- Nie zrobię.
- No to idę. Do widzenia. – Skinął Trojdenowi głową i zniknął w czeluściach korytarza.
Alla postawiła na stole dwa talerze, na których parowały świeżutkie naleśniki z truskawkami.
- Śniadanie – powiedziała drewnianym głosem.
- Usiądź. – Wiedźmin zajął miejsce przy stole. – Chcę porozmawiać. Obiecałem przecież, że nie zrobię ci krzywdy.
Kucharka zerknęła na niego nieufnie i usiadła po przeciwnej stronie stołu.
- Myślę, że zadzwoniłaś do Anastazji z telefonu jej brata. Powiedziałaś jej, że się tu zatrzymałem i jakie jest moje zadanie. Wyłudziłaś ode mnie tę informację przy obiedzie. Nie wiem, czy naprawdę wierzyłaś, że miałem zabić ciebie. Szczerze mówiąc, wątpię…
- Niewierny Tomasz. – W oczach półdriady pojawiło się coś szalonego. – Nie wiesz wszystkiego. Jestem z Tristanem od roku. Jego rodzice zwolnili mnie i wyrzucili na zbity pysk, myśląc, że w ten sposób pozbędą sje niepożądanej potencjalnej synowej. Ale przeliczyli sje. Tristan mnie kocha i przychodzi do mnie. Im mówi, że nocuje u kolegi, z którym gra na komputerze do późna. A tak naprawdę jest ze mną. Pomyślalam, że jego ojciec sje dowiedzial i przyslal ciebie…
- Mało wiarygodne, ale powiedzmy, że wierzę. W takim razie na pewno miałaś dostęp do telefonu Tristana i mogłaś zadzwonić do Anastazji. Uprzedziłaś ją. A ona poleciła ci mnie upić czy odurzyć, nie wiem, co tak naprawdę wypiłem. W każdym razie w nocy nie byłem nawet w stanie kiwnąć palcem, by się bronić. Mogłem tylko mówić i poruszać głową. Nie uświadomiłem sobie tego od razu, bo najwyraźniej ta substancja zniekształca postrzeganie. Normalny człowiek by się nie zorientował. Ale ja jestem wiedźminem. Mój organizm działa nieco inaczej.
- No dobrze. Powiedzmy, że to ja. – Alla przyglądała mu się badawczo. – I co teraz?
- Teraz ja pójdę na rekonesans, a ty nie powiesz jej o tym.
- Chyba nie mam wyjścia.
- Skoro już się dogadaliśmy, możemy zjeść śniadanie.


Po posiłku wiedźmin wrócił do swojego pokoju, by się przygotować. Zaczął od doprowadzenia się do porządku po tej niespokojnej nocy. Rana na szyi po bliższych oględzinach okazała się płytka i niegroźna. Większą krzywdę mógłby sobie zrobić, gdyby zaciął się przy goleniu.
- Hej, Trojden, jesteś u siebie? – Skrzypnęły drzwi i do pokoju wszedł Czesław Piłat. Ziewnął rozdzierająco i rozejrzał się. Zamarł z otwartymi ustami, gdy zobaczył plamę krwi na poduszce. – Co się stało? Mordowałeś jakieś sukkuby?
- Dzień dobry, szanowny panie Miłosz – odparł wiedźmin, mając nadzieję, że poeta się obrazi i pozwoli mu spokojnie przygotować się do zwiedzania piwnicy panny Krasnojarskiej. Mylił się.
- A wiesz, doszedłem do wniosku, że Miłosz jest całkiem niezłym imieniem. Na pewno lepszym niż Czesław. Może powinienem zacząć występować pod pseudonimem Miłosz Piłat? – Poeta usiadł na krześle za stołem.
- No tak, Czesław Miłosz już nazywać się nie możesz. – Trojden z roztargnieniem pokiwał głową, grzebiąc w plecaku w poszukiwaniu niezbędnego ekwipunku. – Masz może wodę święconą?
- Co? – zdziwił się poeta.
- Woda święcona. Taka woda, którą pobłogosławił ksiądz. Używa się jej do chrztu, błogosławieństw lub święcenia przedmiotów. A poza tym odpędza złe duchy i właśnie ta jej właściwość jest mi potrzebna – wytłumaczył cierpliwie wiedźmin.
- Przecież wiem, co to jest woda święcona. Będziesz kogoś egzorcyzmował? – zainteresował się poeta, wietrząc temat na balladę, a może nawet jakiś dłuższy poemat.
- Zobaczymy. Ale bez wody święconej będzie trudno. – Trojden wyjął z plecaka długą, grubą tubę na rysunki i ułożył ją na łóżku.
- Mógłbyś gwizdnąć trochę z kościoła.
- Nie mógłbym. Po pierwsze trudno ukraść coś, co jest przeznaczone do publicznego użytku. Równie dobrze mógłbym gwizdnąć wodę z kranu w galerii handlowej. Po drugie wiedźmini i tak już mają złą opinię u osób duchownych. Nie chciałbym jej jeszcze pogarszać. Dlatego proszę ciebie, żebyś załatwił mi trochę takiej wody.
- To ja mam gwizdnąć ją z kościoła? – nie zrozumiał poeta.
- A nie pomyślałeś, że może twoja ciocia ma trochę?
- Nie. Ale mogę pójść i spytać. Zaraz wracam.
Gdy za poetą zamknęły się drzwi, wiedźmin zaczął dokładnie przeszukiwać swój bagaż. Gdy wyjmował tubę na rysunki, która tak naprawdę służyła mu do przechowywania miecza, odniósł wrażenie, że ktoś obcy grzebał w jego rzeczach. Niestety, nie pomylił się. W plecaku brakowało całej paczki srebrnych nabojów do rewolweru, który zresztą też ktoś zabrał. Bianka-Anastazja postarała się, by go zniechęcić. Nie wiedziała tylko, że wcale nie zamierzał używać dzisiaj broni palnej. Strzały na terenie zamieszkanym mogłyby wywołać niepotrzebne zamieszanie, a tego wolał uniknąć. Poza tym bardziej ufał srebrnej klindze niż cudom nowoczesnej techniki, których skuteczności czas nie zdążył jeszcze zweryfikować.
- Mam! – Poeta z triumfem w oczach i małą buteleczką w dłoni powrócił do pokoju Trojdena.
- Dzięki. – Wiedźmin schował zdobycz „Miłosza” do odpowiedniej kieszeni i przełożył przez plecy tubę na rysunki. – Teraz mogę iść.
- Będziesz polował na wampira? Mogę iść z tobą? – Poeta ożywił się. Zachowywał się jak mały chłopczyk, który usłyszał, że do miasta przyjeżdża cyrk. – Obiecuję, że nie będę przeszkadzał.
- Nie ma mowy.
- Ale…
- Czy ty widziałeś kiedykolwiek w życiu wampira? Nie? No to masz szczęście. – Niefrasobliwość poety zaczynała już wiedźmina irytować. – Myślisz, że wampira jest tak samo łatwo zabić jak muchę?!
- W pewnym sensie tak. Jeśli wierzysz, że każde żywe stworzenie zasługuje na godne życie, to równie trudno jest ci zabić muchę jak wampira. Nie wytrzeszczaj tak na mnie tych swoich wiedźmińskich ślepiów. I tak wiem, że działają inaczej niż u normalnego człowieka. Nie chodzi mi o to, że na muchę też musisz zasadzać się z mieczem. Chodzi mi o trudność psychologiczną. Jeśli wiesz, że tą muchą może być na przykład twoja matka, to przecież jej nie zabijesz, choćby i przez cały dzień brzęczała ci nad głową.
- Czy twój wywód ma jakiś głębszy cel?
- Chodzi mi o to, że uważasz śmierć za największe zagrożenie dla człowieka, prawda? A tak nie jest. Koniec jednego życia to początek następnego.
Wiedźmin popatrzył na poetę sceptycznie.
- Zostałeś hinduskim kaznodzieją?
- Hinduskim? W życiu! – obruszył się Miłosz. – Jestem rdzennie polskim buddystą!
Trojden nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Nie śmiej się! Chodziło mi o to, że nie musisz się mną przejmować. Jak zginę, to się odrodzę i…
- …zostaniesz muchą. Wiem, to już mówiłeś.
- Nie! Ale ja na poważnie…
- Posłuchaj. – Wiedźmin położył ciężką dłoń na ramieniu poety. – Nie ma sensu, żebyś tam szedł. Najprawdopodobniej będzie zupełnie ciemno i nic nie zobaczysz. Potem mógłbyś napisać jedynie „ciemno wszędzie, głucho wszędzie”. A gdyby jednak wampir zdecydował się zrobić ci krzywdę, raczej nie wyszedłbyś z tego w jednym kawałku. Powiedziałeś, że nie boisz się śmierci, bo się odrodzisz. Ale jako mucha chyba będziesz miał małe szanse popisania się swoim talentem literackim, prawda?
- Przecież wcale nie muszę być muchą…
- Słuchaj, Miłosz, nie mam teraz czasu na dysputy filozoficzne. Jeśli chcesz mi się na coś przydać, miej oko na Allę. Do zobaczenia po południu.
Gdy wiedźmin wyszedł, poeta westchnął tylko i powlókł się do swojego pokoju. Naprawdę miał nadzieję, że zobaczy prawdziwego wampira. Może dzięki temu odzyskałby natchnienie, które utracił po tym, jak Zyta wyrzuciła go z domu. Nie był w stanie nawet skończyć swojego utworu o mękach piekielnych spowodowanych nieszczęśliwą miłością. Jaki tam z niego Miłosz, skoro nawet nie potrafi sklecić porządnego sonetu, a w trzynastozgłoskowcu wciąż wychodzi mu parzysta ilość sylab? Chyba jeszcze nigdy wena nie opuściła go w takim stopniu.
Po pięciu minutach przypomniał sobie, że miał obserwować Allę. Wyjrzał na korytarz i usłyszał, że półdriada rozmawia z kimś przez telefon w recepcji. Nastawił ucha, ale dotarł do niego tylko szybki potok rosyjskiej mowy. Poeta zdołał wyłowić tylko charakterystyczny zwrot „Olgierd Pietrowicz” – tak driada zwracała się do swojego rozmówcy.
Niestety, Czesław Piłat należał do pokolenia, które w szkole uczyło się głównie angielskiego, a dodatkowo opanowało podstawy francuskiego lub niemieckiego. O rosyjskim wiedział tyle, że litery są inne, a niektóre słowa przypominają polskie, choć zazwyczaj znaczą co innego. Dlatego przez krótką chwilę poeta żałował, że nie przyszedł na świat w epoce głębokiego stalinizmu czy nawet pod koniec dziewiętnastego wieku. Dziewiętnasty wiek był tym atrakcyjniejszy, że żyli wtedy ci wszyscy niesamowici poeci Młodej Polski i…
- O, Milosz – zdziwiła się driada, która w czasie jego rozważań na temat języków obcych zdążyła zakończyć rozmowę. – Właśnie szłam do kuchni. Masz ochotę na podwieczorek?
- Nie, nie jestem głodny – burknął poeta.
Półdriada uniosła brwi.
- To co robisz? To ma jakiś związek z tą wodą święconą, którą ci dałam?
- Nie. Szukam natchnienia – odparł niechętnie.
- Aha. To ja nie przeszkadzam. – Alla ruszyła w swoją stronę, a poeta wrócił do pokoju i dla uspokojenia umysłu spróbował ułożyć haiku, ale sylaby jakoś nie chciały się układać. Ciągle było ich za dużo albo za mało.
- Gdzie jesteś, weno? – jęknął. – Muzo! Jakakolwiek! Erato, Euterpe, Kaliope… Może być nawet Polihymnia…
Jego prośby pozostały jednak bez odpowiedzi.


Wiedźmin bez problemu dostał się do piwnic pod blokiem, w którym mieszkała panna Krasnojarska. Nie zapalił światła, aby nie uprzedzać wampira o swojej obecności. Wcześniej zażyty eliksir sprawiał, że Trojden był w stanie zauważyć pająka z odległości dziesięciu kroków nawet niemal absolutnej ciemności.
Korytarz prowadzący do kilkunastu komór piwnicznych był pusty. Wiedźmin zlokalizował tę należącą do Bianki-Anastazji i ostrożnie otworzył drzwi. Był środek dnia, więc wampir powinien spać w swojej trumnie. Trojden jednak przygotował się na najgorsze.
Nic się nie stało. Ze środka nie wyskoczyła żadna krwiożercza bestia. Nic nie wypełzło i nie wbiło swoich kłów w ciało nieproszonego gościa. Drzwi bezgłośnie otworzyły się, ukazując puste pomieszczenie. Tego się nie spodziewał.
Wietrząc podstęp, ostrożnie zbadał piwnicę i korytarz, ale nic nie znalazł. Czyżby wampira w ogóle nie było? Nie, to nie możliwe. Przecież pan Krasnojarski go widział. Poza tym Bianka-Anastazja nie chciałaby poderżnąć mu gardła, gdyby żadnego wampira nie było. Gdzie w takim razie ów potwór się podziewał? Wszyscy krwiopijcy, których Trojden spotkał w swojej karierze, sypiali w podziemnych pomieszczeniach, zazwyczaj piwnicach lub lochach. A może jednak to wcale nie jest wampir? Może to rzeczywiście jakiś nieszczęśliwy narkoman, jak sugerował panu Krasnojarskiemu ksiądz?
Zachowując najwyższą ostrożność, wiedźmin wycofał się z podziemi. Żeby nie straszyć przypadkowo spotkanych osób, schował miecz do pochwy ukrytej w zawieszonej na plecach tubie na rysunki. Rozszerzone pod wpływem eliksiru źrenice ukrył za przeciwsłonecznymi okularami. Mógłby teraz odejść jakby nigdy nic. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Zamiast zabijać wampira mógłby pójść na spacer i nakarmić gołębie, które w mieście były dwa razy większe niż na prowincji. Mógłby…
Sprawdził jeszcze raz numer mieszkania Bianki i ruszył po schodach na górę.


Wampir zaatakował z zaskoczenia – zwalił się na wiedźmina gdzieś z góry i wbił mu w kark swoje szpony, przecinając pasek, na którym zawieszona była tuba na rysunki. Impet uderzenia wepchnął Trojdena przez otwarte drzwi do jakiegoś ciemnego pomieszczenia. Tuba tymczasem potoczyła się po korytarzu. Pozbawiony miecza wiedźmin sięgnął po ukryty w rękawie krótki, srebrny sztylet i dźgnął parę razy w miejscu, gdzie napastnik powinien mieć wątrobę. Wampir mocniej zacisnął swoje szpony, jakby nie mógł się zdecydować – urwać Trojdenowi głowę czy tylko skręcić kark.
Dlaczego nie gryzie? – przemknęło przez głowę wiedźminowi, ale nie miał czasu, by się nad tym zastanowić. Dźgnął wampira w rękę i spróbował pozbyć się go z pleców, uderzając nim o ścianę. Usłyszał brzęk tłuczonego szkła. Coś spadło mu z góry na głowę, odbiło się i upadło z trzaskiem. Zignorował to, czując, że napastnik zwalnia uchwyt. Odskoczył i dopiero teraz mógł przyjrzeć się osobie, która zaatakowała go na korytarzu.
Wampir był martwy. Fragment rozbitego w czasie walki lustra niemalże odciął mu głowę. Na twarzy krwiopijcy zastygł wyraz bezbrzeżnego zdumienia, zmieszanego z… czy to możliwe? Ze szczęściem?
Wiedźmin podszedł bliżej i dostrzegł, że w niedomkniętych ustach wampira nie ma zębów. Jego dziąsła upstrzone były natomiast brzydkimi bliznami po poparzeniach. Czyżby historia o dentyście-mścicielu zawierała jednak ziarno prawdy? Trojden chciał jeszcze obejrzeć szpony wampira, które normalnie bez problemu rozdarłyby mu gardło i położyłyby go trupem na miejscu. Nie było ich tam – palce kończyły się świeżo zabliźnionymi poparzeniami.
Czyli wampir rzeczywiście był kaleką. Nie mógł już sam zdobywać krwi, a tortury, którym go poddano, znacznie osłabiły jego organizm. Nie przetrwałby bez pomocy Bianki-Anastazji. Ale dlaczego w takim razie zaatakował? Przecież wiedział, że nie ma szans… Nawet z tym nożykiem, który nawet po śmierci ściskał w prawej dłoni. To nim pewnie przeciął Trojdenowi pas od tuby na rysunki.
Dopiero teraz wiedźmin rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu, w którym się znalazł. Pokój miał dwa szczelnie zasłonięte okna, pod ścianami stały jakieś szafki, a na rozłożonej wersalce spała ta sama dziewczyna, która w nocy przyciskała mu nóż go gardła. Bianka Krasnojarska vel Anastazja. Jakim cudem nie obudził jej brzęk tłuczonego lustra, Trojden nie wiedział. Spojrzał na jej twarzyczkę wyłaniającą się spośród burzy kruczoczarnych włosów. Nie przypominała pryszczatej Bianki ze zdjęcia. Przynajmniej nie bardzo.
Kontemplowałby pewnie dłużej urodę śpiącej królewny, ale coś ciepłego, co już od jakiegoś czasu spływało mu z czubka głowy, właśnie zaczęło zalewać mu oko. Najwyraźniej rozbite lustro skaleczyło go głębiej, niż mu się początkowo wydawało. Ponieważ rana powstała podczas walki z wampirem, przemył ją na wszelki wypadek wodą święconą.
Chciał już odejść, ale zauważył na szafce nocnej Bianki-Anastazji rewolwer, który nocą zniknął z jego bagażu. Obok na jasnej serwetce stała żółta filiżanka na spodeczku ozdobionym czerwonym wzorkiem. Coś takiego można za kilka złotych kupić w każdym hipermarkecie. Wiedźmin mimowolnie uśmiechnął się, gdy przypomniał sobie niewyobrażalnie drogą zastawę pani Krasnojarskiej. Niektóre jabłka padają naprawdę daleko od jabłoni.
Zabrał swoją broń i już miał odejść, gdy jego wzrok przykuł wystający spod filiżanki jasny kawałek papieru, który wiedźmin w pierwszej chwili wziął za serwetkę. Arkusik pokryty był równym, choć nieco dziwacznym pismem. Dobre wychowanie zabrania czytania cudzej korespondencji, ale nie dotyczy to korespondencji wampirzej. Zdarzało się bowiem, że krwiopijcy zostawiali po sobie listy, które gryzły, doprowadzały do obłędu albo zwyczajnie przynosiły pecha. Dlatego też do obowiązków wiedźmina należało sprawdzenie, czy aby nieboszczyk nie zostawił po sobie takiego „testamentu”.
Trojden podniósł karteczkę i zaczął czytać.

Najdroższa Anastazjo!
Przykro mi, że muszę pożegnać się z Tobą w ten sposób. Nie przewidywałem takiego obrotu spraw. Ale skoro życie już tak się ułożyło, grzechem byłoby z tego nie skorzystać.
Gdy usłyszałem, że Twój Ojciec wynajął wiedźmina, zrozumiałem, że przez te trzy miesiące żyliśmy złudzeniami – wampir nie może przetrwać, jeśli nie jest w stanie zdobywać pożywienia o własnych siłach. Nasza duma nie pozwala na zależność od innej istoty, nawet najbardziej kochanej.
Nie mogłem znieść myśli, że gdyby coś Ci się stało, zdechłbym z głodu jak pies czy kot pozostawiony przez właścicieli w zamkniętym mieszkaniu. Gdy ukrywałem się przed łowcami na działkach, widywałem tragedię takich zwierząt. Śmierć z głodu i pragnienia to okropna śmierć. Jeśli tylko mogłem, skracałem ich męki. I chciałem, by i mnie oszczędzono cierpienia, gdybym znalazł się w podobnej sytuacji.
Wiem, że zbytnio mnie kochasz, by pozwolić mi odejść. Dlatego podałem Ci ten środek nasenny, gdy tylko dowiedziałem się, że to właśnie dziś wiedźmin zamierza wypełnić zadanie zlecone mu przez Twojego Ojca. Obawiałem się, że nie zechce zabić bezbronnego wampira. Dlatego zaatakuję go z zaskoczenia, by zabił mnie, zanim zauważy moje kalectwo.
Zabraniam Ci się na nim mścić. Był tylko nieświadomym narzędziem w moich rękach. Równie dobrze mogłabyś mścić się na pistolecie, z którego zastrzelił się Werter.
Po mojej śmierci zwróć się do Alli Dziwnowicz. Ona i jej siostry lepiej niż ja pomogą Ci znaleźć własną drogę.
Kochający Cię zawsze i wszędzie
Olgierd Apolinary von Evens-Felicjański


Trojden odłożył list na miejsce i ostrożnie wycofał się do wejścia, gdzie w odłamkach szkła leżały doczesne szczątki wampira. Gdzieś na podłodze zadzwonił telefon. Pewnie mu wypadł w czasie szamotaniny. Teraz trzeba będzie go oczyścić z lepkiej wampirzej posoki…
Gdy wiedźmin schylił się, aby odebrać, nagle zakręciło mu się w głowie. Poczuł na twarzy gorące strumyczki krwi wypływające z rozcięcia nad czołem i jego świadomość zgasła jak zdmuchnięta nagłym powiewem wiatru świeca.


- O, panie doktorze, chyba się budzi!
- Niemożliwe. Przecież wprowadziliśmy go w stan farmakologicznej śpiączki.
- Niemożliwe rzeczy zdarzają się codziennie. Jako lekarz powinien pan o tym wiedzieć. Czytałem, że zdarza się wam spotkać osobę, która z naukowego punktu widzenia nie powinna żyć, a żyje i ma się dobrze. Jako poeta też mogę co nieco na ten temat powiedzieć…
Trojden otworzył oczy. Leżał na szpitalnym łóżku. Obok stał wąsaty jegomość w lekarskim fartuchu i w osłupieniu patrzył na pierwszy w jego karierze przypadek samowolnego wybudzenia się ze śpiączki farmakologicznej. Tuż obok stał Czesław Piłat, uśmiechając się niefrasobliwie.
- Cześć, Trojden – odezwał się poeta. – Jak samopoczucie?
Wiedźmin ostrożnie usiadł na posłaniu i obmacał grubo zabandażowaną głowę.
- Gdzie jest moje ubranie? – spytał i bez problemu wstał z łóżka.
Lekarz usiłował zaprotestować, ale tylko bezgłośnie poruszył ustami.
- Miłosz? – Trojden spojrzał wyczekująco na poetę.
- Tu, w szafce.
- Przepraszam za kłopot. – Wiedźmin zwrócił się do oniemiałego lekarza. – Od dziecka wszystkie urazy goją się na mnie błyskawicznie. Poza tym nie działają na mnie niektóre leki. To skutek mutacji. Dlatego wcale nie wprowadził mnie pan w stan śpiączki farmakologicznej.
- Ale… ale z takimi urazami mógł pan się w ogóle nie obudzić…!
- Podejrzewam, że niektóre zmiany, które wziął pan za uszkodzenia, to również skutek mutacji lub jakichś poprzednich urazów – odparł Trojden. – Jeśli mógłby pan obejrzeć tę ranę na głowie i powiedzieć, czy może mnie pan już wypisać ze szpitala, byłbym bardzo zobowiązany…


- Coś ty tak z tego szpitala uciekał, co, Trojden? – spytał Czesław Piłat.
Siedzieli w kuchni pensjonatu „Odyseja” i pili herbatę przyrządzoną przez poetę.
- Wiesz, jakoś nie lubię szpitali. Większość dolegliwości przechodzi mi na widok białego kitla – odparł wiedźmin. – Sam lepiej znam swój organizm i wolę leczyć się dopasowanymi do jego działania eliksirami.
- Właściwie nie dziwię ci się. Chyba nikt normalny nie lubi szpitali.
W pensjonacie panowała nienaturalna cisza, która dzwoniła w uszach podczas każdej przerwy w rozmowie. Przygnębiające wrażenie pustki unosiło się w całym budynku. Coś się zmieniło.
- A teraz, Miłosz, powiedz mi to, co do tej pory przemilczałeś. Wiem, że wampir nie żyje, a ja oberwałem w głowę tak, że przespałem prawie dwie doby. Ale przecież widzę, że zdarzyło się coś jeszcze. Co się stało z Bianką? Gdzie jest Alla?
- Pracuję nad poematem na ten temat. Nie będę ci go teraz recytował, bo jest niedopracowany. Nie uśmiechaj się, to jeszcze nie była najgorsza informacja. Twój pracodawca nie żyje. Oficjalna wersja jest taka, że podciął sobie żyły.
- Wiktor Krasnojarski? – zdumiał się wiedźmin.
- Tak, on. W „Kronice kryminalnej” wydrukowali artykuł, który sugeruje, że to córka Krasnojarskich oszalała po utracie ukochanego wampira, którego zabiłeś. Według Zyty… a właśnie, oddałem jej w końcu ten komputer. Niech pozna we mnie prawdziwego buddystę, który nie przywiązuje się do rzeczy materialnych. No więc Zyta twierdzi, że to ta dziewczyna przez parę miesięcy napadała na kobiety, by zdobyć krew dla swojego wampira. W ten sposób osiągnęła sporą wprawę w puszczaniu krwi. Mogła więc wykrwawić swojego ojca – streścił poeta. – Jak dla mnie mało prawdopodobne…
- A co z panią Krasnojarską? Tristanem? Bianką?
- Bianka znikła. Jesteś ostatnią osobą, która ją widziała. Tristan Krasnojarski wyjechał z Warszawy razem z naszą Alą wczoraj, czyli dzień po śmierci ojca. A pani Krasnojarska… Cóż, została sama. Nic konkretnego o niej nie wiem. – Poeta wzruszył ramionami.
- Powiedz mi jeszcze, kto mnie znalazł i wezwał lekarza?
- Nie mam pojęcia. Podobno znaleźli cię nieprzytomnego w kałuży krwi mieszkańcy sąsiednich lokali. Coś ty tam robił? Jak pozbyłeś się ciała wampira? I w jaki sposób twoja tuba na rysunki pojawiła się wczoraj w twoim pokoju, skoro cały czas byłeś w szpitalu?
Wiedźmin zaklął cicho.
- W takim razie już nic z tego nie rozumiem – przyznał.
- Właściwie to już nie ma znaczenia. W moim poemacie bohaterka pomści swojego ukochanego, mordując ojca, a potem powiesi się na rozdartej sośnie, która będzie symbolizować…
- Chyba trochę trudno powiesić się na rozdartej sośnie – zauważył Trojden.
Poeta tylko machnął ręką.
- Z tobą nie ma co gadać o poezji.


Drogi Trojdenie!
Piszę do Ciebie ten list, ponieważ chciałabym, byś zrozumiał zdarzenia, które stały się naszym udziałem, i nie chował w sercu urazy do mnie za to, co się stało. W pewnym sensie to ja byłam przyczyną całego ciągu wydarzeń, który doprowadził to tego, że otrzymałeś zlecenie od pana Krasnojarskiego. Pewnie dziwisz się, że tak dobrze piszę po polsku. Taki jest mój dar – o ile mówię z wyraźnym wschodnim akcentem, to piszę jak rodowita Polka. Jedynie po niewprawnych „ogonkach” możesz poznać nienawykłą rękę Ukrainki, ale to głupstwo, wkrótce je również wyćwiczę. Ale przecież nie o moich postępach w trudnej sztuce kaligrafii chciałam Ci opowiedzieć.
Trzy miesiące temu, gdy pracowałam jeszcze u państwa Krasnojarskich, na piętrze ich domu trwał remont. W ścianach ziały ogromne dziury, ponieważ wymieniano okna, drzwi na balkony etc, a lato było ciepłe, więc nikt tych otworów nie zamykał na noc. Zapewne dziwisz się, Trojdenie, dlaczego piszę o stanie domu moich pracodawców. Już tłumaczę. Dziury w ścianach umożliwiły ciężko rannemu wampirowi Olgierdowi Pietrowiczowi Felicjańskiemu dostanie się do środka i znalezienie odpowiedniego schronienia przed promieniami słonecznymi. Gdyby nie ten remont, biedaczek zginąłby pewnie już we wrześniu.
To ja go tam znalazłam. Nie miałam serca zostawiać go na pastwę losu, chociaż wiem, że on nie miałby podobnych skrupułów, gdyby był w pełni sił. Opatrzyłam jego rany i ukryłam go w piwnicy należącej do mieszkania Bianki Krasnojarskiej. Miałam nadzieję, że wampir wyzdrowieje i zniknie, a jeśli jego stan jest naprawdę poważny, to przynajmniej umrze w spokoju. Nie wzięłam jednak pod uwagę reakcji Bianki – młodej, niewinnej dziewczyny, która wychowała się na literaturze romantycznej Waszych wieszczy i nowoczesnych horrorach fantastycznych. Z takim nastawieniem po prostu nie mogła nie zakochać się w wampirze. Myślę także, że Olgierd Pietrowicz był w jej życiu pierwszą osobą, która była całkowicie od niej zależna. W pewnym sensie wzbudził więc w niej instynkty opiekuńcze.
Zapewne spotkałeś w życiu wiele naiwnych dziewczątek zakochanych w wampirach. Większość z nich pewnie uwolniłeś od źródła ich sercowych rozterek. Wybacz, jeśli zabrzmiało to zbyt sarkastycznie. Chciałam tylko powiedzieć, że związek Bianki Wiktorownej i Olgierda Pietrowicza był zupełnie nietypowy i niespotykany. Nie opierał się na żądzy krwi, jak pewnie przypuszczałeś. Nie, oni po prostu uwielbiali siebie i przyjemność sprawiało im samo przebywanie razem. Mała Bianka wydoroślała i zaczęła szukać własnego sposobu wyrażania siebie. Stała się przy tym radosna i pewna siebie. Tego nie mógł ścierpieć jej ojciec, więc zerwał z nią wszelkie kontakty.
Niestety, na świecie nie ma miłości idealnej – kochając jednych, krzywdzimy innych. Wiążąc się z kalekim wampirem, Bianka wzięła na siebie obowiązek dostarczania mu pożywienia. To ona napadała na te kobiety, o których pisała Zyta Stentorowska. Zdradzam Ci ten sekret, ponieważ po tym, jak wczoraj zabiłeś Olgierda Pietrowicza, Bianka zniknęła i nie sądzę, by jeszcze kiedyś dane nam było widzieć ją żywą. Kochała tego wampira tak mocno, że prawdopodobnie już odebrała sobie życie lub zrobi to wkrótce.
Byłam w jej mieszkaniu zaraz po tym, gdy zabrało Cię pogotowie. Rozpoznałam Twoją tubę z mieczem i zabrałam, by ktoś postronny jej sobie nie przywłaszczył. Widziałam rozbite lustro i podłogę zalaną krwią. Ciała wampira tam nie było. Myślę, że Bianka wystawiła je na balkon, aby słońce je spopieliło, a wiatr rozwiał prochy. To chyba najpiękniejszy pogrzeb, na jaki Olgierd Pietrowicz mógł liczyć. Pewnie zaraz po odprawieniu tej ceremonii rozpacz po utracie ukochanego wygnała ją z mieszkania. Dlatego zostawiła Cię nieprzytomnego i rannego. Proszę, nie miej jej tego za złe.
To mnie powinieneś winić. Dopiero z pożegnalnego listu Olgierda Pietrowicza dowiedziałam się, że zamierzał popełnić samobójstwo z Twoją pomocą. Wcześniej myślałam, że przekazując mu informacje o Twoich zamiarach, chronię go. A było zupełnie odwrotnie. I nie myśl, że złamałam dane Ci słowo – Bianka nie miała pojęcia o Twoich planach. Napadła Cię w nocy, bo dotarły do niej krążące po całej okolicy pogłoski, że ktoś wynajął wiedźmina, i sama domyśliła się kto i w jakim celu. Jeśli dziwisz się, dlaczego chciałam chronić wampira, wiedz, że nie to było moim celem, a przynajmniej nie celem głównym. Tak naprawdę zachwyciło mnie uczucie, które wybuchło między tymi dwoma istotami, i bardzo chciałam wierzyć, że taki związek ma szansę przetrwać. Także dlatego przekazałam Ci przez naszego Miłosza wodę święconą ze środkiem nasennym – wedle mojej wiedzy powinieneś był ją wypić przed walką, aby ochronić się przed kłami krwiopijcy. Gdybyś to zrobił, zniweczyłbyś zapewne misterny plan Olgierda Pietrowicza. Więc pewnie lepiej, że się pomyliłam.
Mam nadzieję, że nie masz do mnie żalu. Brak mi odwagi, by powiedzieć Ci to wszystko osobiście. Papier jest cierpliwy, a spisana historia jest zwykle bardziej czytelna. Zostawiam ten list w Twojej tubie, w której chowasz miecz. Tubę kładę na Twoim łóżku. Mam nadzieję, że Miłosz odda Ci go, gdy powrócisz do sprawności.
Gdy znajdziesz ten list, pewnie dawno będę już w mojej Ojczyźnie. Kończy mi się prawo pobytu w Polsce, a i emocjonalnie dojrzałam do powrotu. Mój kochany chłopiec obiecał, że pojedzie ze mną, ale wiem – wciąż się waha. Nie będę go zmuszać. To dla niego trudna decyzja. Nie zdziwię się, jeśli postanowi zostać z rodzicami. Żyję na świecie dostatecznie długo, by to rozumieć.
Mam nadzieję, że i Ty mnie zrozumiesz. I wybaczysz.
Alla



- Wie pan, panie Kominek, ten pan Krasnojarski miał naprawdę piękny pogrzeb…
- Tak, słyszałem, pani Wiśniewska. Ta orkiestra dęta, tłumy żałobników… A i nekrolog był piękny. O, dzień dobry, pani Piłatowa.
- Dzień dobry. Państwo mówią o tym Krasnojarskim, co bezbożnie podniósł rękę na swoje życie?
- A podobno to wcale nie musiało być samobójstwo… - odezwała się nieśmiało pani Wiśniewska.
- Nie wierzy w to pani? A ja myślę, że wreszcie zrobił rachunek sumienia. Chociaż oczywiście lepiej byłoby, gdyby poszedł do spowiedzi… Aż dziw, że ksiądz zgodził się pochować go na naszym cmentarzu.
- Pani Piłatowa, o zmarłych dobrze albo wcale!
- Dzień dobry, pani Mietelnicka. Jak zwykle pęczek rzodkiewek?
- Dzień dobry. Tak, poproszę. A pani niech się nie wypowiada, jeśli pani nic nie wie.
- Ja nic nie wiem?! A kto jeszcze parę dni temu twierdził, że wiedźmin przyjechał na pogrzeb?!
- No dobrze, przyznaję, że w tej akurat kwestii się myliłam.
- Widzi pani. Ksiądz proboszcz od początku miał rację…
- A co ma do tego proboszcz? Świętej pamięci pan Krasnojarski trzymał rodzinę żelazną ręką, aż w końcu dzieci się zbuntowały i uciekły. Nie mogąc znieść swojej wychowawczej porażki, popełnił samobójstwo.
- No właśnie! – powiedziała triumfalnie pani Piłatowa. – Ten człowiek wynajął wiedźmina i tym samym sprowadził nieszczęście na swój dom!
- Ja trochę znałam tę rodzinę – odezwała się pani Wiśniewska. – Oni nigdy ze sobą zbyt wiele nie rozmawiali, nie okazywali uczuć…
- W każdej rodzinie bywają gorsze i lepsze czasy, ale to nie znaczy, że trzeba zaraz wynajmować wiedźmina.
- A wiedzą panie może, czy to prawda, że po tej całej tragedii wiedźmin zgłosił się do wdowy po zapłatę? – spytał pan Kominek.
- Prawda! Bezczelny zupełnie, w ogóle nie szanuje niczyich uczuć religijnych. Podszedł do tej biedaczki tuż po wyjściu z kościoła! Wziął pieniądze i odszedł jakby nigdy nic!
- Niewiarygodne – odparła pani Mietelnicka.
- To nieprawda, co pani mówi. Byłam na pogrzebie i widziałam wszystko na własne oczy. Wiedźmin stał przed kościołem, bo chyba słyszał, co sądzi o nim ksiądz proboszcz. I wcale nie podszedł do wdowy, tylko ona do niego. Nie słyszałam, o czym rozmawiali, ale wyglądało to tak, jakby to on się wzbraniał, a ona koniecznie chciała mu zapłacić. Niemalże siłą wcisnęła mu coś w rękę, chyba to był czek. Potem przyłączyła się do orszaku odprowadzającego jej męża na cmentarz, a wiedźmin zarzucił na plecy ten swój wór i odszedł z opuszczoną głową.
- Ależ pani Wiśniewska…
- Mówię, jak było. Zresztą wiedźmina na pogrzeb przyprowadził ten pani syn-buddysta, Czesio. Gdyby tylko zechciała pani z nim porozmawiać, mogłaby się pani dowiedzieć, jak było. Może wtedy nie rozsiewałaby pani niepotwierdzonych plotek i nie oczerniałaby ludzi.
- Drogie panie… - Pan Kominek spróbował interweniować.
- Nie zamierzam tego wysłuchiwać. Do widzenia. – Pani Piłatowa wyszła, wręcz promieniejąc świętym oburzeniem.
- Doigrała się – skomentowała pani Mietelnicka.
Pan Kominek tylko westchnął.
- Szkoda, że pani Piłatowa już poszła. W gazecie obok klepsydry dotyczącej pana Krasnojarskiego znalazłem dość oryginalny nekrolog i chciałem spytać, czy nie maczał w tym palców jej syn. Wprawdzie podpis się nie zgadza, ale poeci przecież przybierają pseudonimy…
- To proszę pokazać ten nekrolog, skoro jest taki interesujący.
Pan Kominek odsunął skrzynkę z winogronami i rozłożył na ladzie pokrytą drobnym drukiem płachtę gazety. Pani Wiśniewska wyjęła z torebki okulary, a pani Mietelnicka, która choć starsza miała najlepszy wzrok, od razu przystąpiła do czytania.
Pamięci Olgierda Apolinarego von Evensa-Felicjańskiego
(1792-2006)

- Oj, ktoś przestawił cyferki w dacie urodzenia. Zdarza się. Pewnie biedaczek urodził się w 1972 roku.
- Tak, takie błędy często się zdarzają. Wie pani, pani Mietelnicka, córka mojej siostrzenicy ma w karcie rowerowej wpisany rok urodzenia „1085” zamiast „1985”.
- Ależ drogie panie, najbardziej interesująca w tym nekrologu jest nie pomyłka drukarska, tylko to, co wydrukowano poniżej.

Opuszczona przez Ciebie
Dusza upadła i zagubiona
Chciałabym uciec do Hongkongu
Honolulu czy Hondurasu
Odnaleźć spokój
Dekadencko pić absynt
Zapomnieć
Eraście mój! Zginąłeś
JAK pierwiosnek
Wyrwany przedwcześnie...
Odwrócić się nie da tej
Karygodnej pomyłki ogrodnika
Umarła dla świata jestem i ja
Liza, która straciła Erasta
Szczerze żałuję, że brał w tym udział
Książę litewski
Innocenty

Pogrążona w bólu
Anastazja


- To wygląda bardziej jak jakaś łamigłówka, a nie jak nekrolog. – Pani Mietelnicka zadumała się nad tym zjawiskiem. – Zwłaszcza ten litewski książę.
- Myśli pani, że ktoś, na przykład jakieś tajne służby, mafia albo układ, przekazują sobie w ten sposób jakieś sygnały? – Pani Wiśniewska wytrzeszczyła oczy.
- Co też pani! To jest nekrolog. Może po prostu zmarły należał do jakiegoś klubu poezji nowoczesnej i koledzy uczcili go w ten sposób? – wysunął przypuszczenie pan Kominek.
- I podpisali się „Anastazja”? – Pani Mietelnicka spojrzała na niego z politowaniem. – To raczej wygląda na nieszczęśliwą historię miłosną. Dzisiejsza młodzież tak bardzo stara się udawać, że na niczym jej nie zależy. I potem okazuje się, że do prawdziwego uczucia są zupełnie nieprzygotowani emocjonalnie.
- Na przykład ten nieszczęsny syn pani Piłatowej – powiedziała pani Wiśniewska i aż przeżegnała się na myśl o tym poganinie.
- Już nie takie rzeczy wybaczano poetom – zauważył pan Kominek.
- Nie to mnie martwi. Bardziej zajmuje mnie to, że młodzi ludzie są coraz bardziej zagubieni. Za naszych czasów musiało być chyba jakoś łatwiej, bo jakoś wszyscy potrafili się odnaleźć i byli raczej zadowoleni. A wydawałoby się, że to dziś młodzież ma nieporównanie lepiej.
- Moja wnuczka powiedziała mi, że najbardziej przeszkadza jej narzucany przez rozmaite autorytety nakaz nieuznawania autorytetów. Ona czuje w tym wewnętrzną sprzeczność – bo jak tu się buntować, jeśli wszyscy oczekują od niej buntu właśnie? Jest w tym sens – odparł pan Kociołek.
- Cała nadzieja w Bogu – dodała pani Wiśniewska. – Trzeba modlić się i czekać, aż zmądrzeją.
- Tak. – Pani Mietelnicka uśmiechnęła się, ale jakoś smutno. – Trzeba czekać i nie tracić nadziei.



Przeczytaj(!):

Idol Hogwartu (1)

Idol Hogwartu (2)

Order Feniksa

Order Feniksa cz. III i IV

Order Feniksa cz. V i VI, ostatnia


Andromeda Mirtle
31.07.2008, 21:03

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Raya

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Szalenie wciągające. Czyta się jednym tchem. Pojawił się nawet "paskudny" uśmiech Geralta^^, co sprawiło, że poczułam się, jakbym na prawdę czytała "Wiedźmina", tylko takiego... teleportowanego xD No i świetny pomysł z Rembertowem. Mieszkałam tam bardzo długo, więc czytałam to opowiadanie z jeszcze większą przyjemnością. Poza tym obiema rękami podpisuję się pod słowami Arsine i czekam na kolejne dzieła :D

2.04.2009, 23:55
Arsine

A z tym rozmywaniem i wydłużaniem to rzecz jasna mowa o pauzach. Nie mam aspiracji na Japonkę, żeby mi się oczęta (piękne, zielone i przepełnione skromnością xD) wydłużały...

6.09.2008, 17:05
Arsine

Szlag! Tak dawno nie komentowałam na Proroku, że już zapomniałam o używaniu html do formatowania tekstu. No trudno...

6.09.2008, 16:41
Arsine

Droga Andromedo! Po przeczytaniu Twojej "Anastazji" miałam zamiar wysłać Ci maila z komentarzem, bo myślodsiewnia jakoś mnie zniechęca ciągłymi offtopami, ale po namyśle stwierdziłam, że tak będzie lepiej, bo może zachęcę kogoś do lektury tego - wspaniałego jak sam Wiedźmin! - dzieła. Po pierwsze: styl. Jestem fanką Twojej twórczości od niepamiętnych niemal czasów, z zapartym tchem śledziłam "Order" (nawet go sobie wydrukowałam!) i śmiałam się z "Idola". To od Twoich opowiadań zaczęła się moja przygoda z Fanfiction, która - powiem bez ogródek - trochę już trwa i nie widać jeszcze jej końca. W każdym bądź razie styl jest wyśmienity. Czyta się lekko i przyjemnie, a do tego wciąga jak cholera. Dalej: pomysł. Fanfiction do "Wiedźmina" nie są chyba zbyt popularne (przynajmniej ja nie trafiłam). A już umieszczanie Wiedźminów u nas, W Polsce i do tego w czasach współczesnych to... Ja wiem? Jakiś kosmos! Ale kto powiedział, że kosmos jest zły? No więc z pewnością pomysł oryginalny, przełamujący standardy. Jeszcze dalej: postacie. Bardzo zgrabne, zarysowane z klasą, charakterne. I choć widać wyraźnie (no dobra, ja to widzę wyraźnie, nie wiem, jak inni) wzorowanie się na Sapkowskim, to jednak wychodzi to raczej na plus. Trojden podobny do Geralta z tym swoim stylem bycia, do którego określenia brakuje mi teraz - szlag! - słowa. Czesio jakiś taki Jaskierowaty, ale tylko trochę. I Alla przypominająca Milvę, przynajmniej z usposobienia. Nasz wampir ma w sobie coś z Regisa... Dobra, z tym ostatnim przesadziłam. Ale chyba tylko trochę, co? Wykonanie: bezbłędne, przynajmniej jeśli chodzi o ortografy i interpunkcję, szczególnie tę w dialogach. Można się przyczepić jedynie nieszczęsnych pauz, których użyłaś zamiast myślników. (Osobiście bardzo mnie to drażni, jednak wszyscy inni tego zazwyczaj nie widzą, więc i ja przymknę oczy. Przynajmniej na tyle, żeby mi się rozmywały - wtedy będą się wydawały dłuższe...) Podsumowując: Andromedo, tym wspaniałym opowiadaniem dajesz nadzieję na powrót dobrego poziomu na mojego ukochanego Proroka, podnosisz na duchu po odejściu Vala, po którym to Strefa jakby zmarniała (zdaję sobie sprawę, że to było dawno, ale jakoś nie mogę tego przetrawić i stoi mi to na żołądku) oraz kolejny raz udowadniasz nam swój geniusz (^^). Pozdrawiam serdecznie, życzę weny i czekam na dalsze Twoje dzieła. Arsine

6.09.2008, 16:35
Agrypine Sirrah

Wszak do martwienia się mi daleko. Zarzucam mu tylko gołosłowność.

27.08.2008, 20:29
Lebannen

Zbytnio bym się tym nie martwił...

27.08.2008, 12:47
Agrypine Sirrah

Tak oto wakacje skłaniają się ku końcowi i osławionej premiery bestseleru Maksa jak nie było, tak nie ma...

26.08.2008, 21:16
Jane

Gratulacje Maks, to teraz obowiązki... ;D

22.08.2008, 21:11
Krzywa

Rewelacja.

19.08.2008, 00:08
Iguanka.

A ja do tematu wrócę. Istnieje takie niezwykle mało ambitne, modne słowo, które mi się cisnęło na usta po przeczytaniu: fajne. Fajnie, że coś się pojawiło. Fajnie, że Andromedy wytwór, bo już zapomniałam, jak zgrabnie autorka umie pisać dialogi. Fajnie, że jeszcze lato, to mnie przyjemność nie ominęła.

17.08.2008, 15:57