Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Uwaga, fabuła leci! Gwiezdna ulewa!

Recenzja filmu

Prognozy meteorologiczne niesprzyjające - jako, że nastał listopad w pełni, możemy spodziewać się nieustępujących deszczów, słoty, a nawet śniegu jako urozmaicenia dla czasu apogeum jesiennej chandry. Jednakże w polskich kinach silne opady są zauważalne już od 12
października - premiery nowego filmu Matthew Vaughn'a, "Gwiezdny pył".

Niedługo zła aura zagości u nas na stałe, ponieważ zbliża się premiera na DVD. Każdy w domu będzie mógł mieć na własność mała chmurkę burzową.
Charakter zjawiska zależy od widza. Dla fanów twórczości Gaimana ten film to istne gradobicie, zaś entuzjaści amerykańskich produkcji odczują go jako ciepły, kojący deszczyk. Czy warto ryzykować zdrowiem własnej psychiki i obejrzeć?

Trudno powiedzieć.

Zostanie teraz popełniony niewybaczalny błąd recenzenta - wtrącę chamsko prywatę. Inaczej jednak pozostaje możliwość, że ktoś nie do końca zrozumie, jaki był mój punkt widzenia, przez co może popełnić wiele fatalnych pomyłek.
Zatem... Nie przeczytałam książki przed seansem. Kajam się uniżenie. Miała szczery zamiar to zrobić, jednak moje zetknięcie się z ekranizacją "Gwiezdnego pyłu" miało miejsce w dość spontanicznych okolicznościach. Stało się. I chyba tylko dzięki temu przypadkowi jeszcze nie urządziłam bojkotu na salach kinowych.
Pełna błogiej nieświadomości, zasiadłam, dla odmiany od małej "Feminy" czy "Atlanticu", w skomercjalizowanym Cinema City i odpłynęłam wraz z głosem Iana McKellena w zupełnie inną rzeczywistość.

Akcję filmu poprowadzono dość zgrabnie - nie ma dłużyzn, rozwlekłych dialogów ani też kotła wydarzeń czy mrowia szybkich migawek. Aż zaczęłam się zastanawiać, nauczona doświadczeniem wcześniejszych ekranizacji powieści fantasy, jak wiele musiał wyciąć reżyser i jakim cudem pozszywał wszystko w tak spójną całość. Zero zgrzytów, niedomówień, wręcz jak podane na tacy. Oczywiście, że popadało w łopatologię, jednak nic nie jest doskonałe.
Fabularnie. Naszą podróż po krainie za murem rozpoczynamy od ładnego wprowadzenia narratora: o liście wiejskiego chłopca, który pyta, czy gwiazdy też mogą patrzeć na ludzi. Wczuwamy się w astralny klimat, by zostać wchłoniętym przez światek małej wioski Mur. Obserwujemy, jak Młodzieniec Pierwszy (Ben Barnes) przedostaje się poprzez strzeżoną wyrwę w kamiennym murze za pomocą swego niezwykłego sprytu (wykorzystał chwilę nieuwagi i okazał się szybszy od starca - niesamowite) do Krainy Czarów. Następnie na barwnym, granicznym jarmarku dziewczęta uczą się od obsługującej kram niewolnicy (Kate Magowan), jak należy obchodzić się z nieznajomymi, by ich usidlić na jedną noc; zaś chłopięta dowiadują się, jakie mogą być skutki takiej znajomości.
W kilka sekund mija osiemnaście lat i poznajemy efekt jarmarkowej schadzki u progu dorosłości: oto Tristan Thorn (Charlie Cox), syn Dustana Thorna (tutaj już nie Barnes, lecz Nathaniel Parker), nasz Główny Bohater, zakochany bez wzajemności w Pięknej Victorii (Sienna Miller), o którą konkuruje z co najmniej mało uprzejmym, zamożnym Humphreyem (Henry Cavill). Mimo że Victoria traktuje Tristana ze wzgardą, młodzieńcu udaje się zaciągnąć ją na romantyczną kolację przy świecach, w trakcie której obiecuje ukochanej, że dla jej ręki zdobędzie gwiazdę, która właśnie spadła z nieboskłonu. Ach i och! Prawie natychmiast wyrusza w drogę - Victoria w swej wielkoduszności dała mu tydzień czasu na poszukiwania - lecz zanim opuścił strony rodzinne, dowiaduje się od ojca o tajemnicy swego pochodzenia. Zaopatrzony w list od niepoznanej nigdy matki, przedostaje się do magicznej krainy, pola rażenia upadłego ciała niebieskiego, gdzie spotyka go całe mnóstwo paskudnych i mniej paskudnych zdarzeń oraz postaci. Krwiożercze czarownice, dybiący wzajemnie na swe życie bracia, łowcy błyskawic pod komendą Kapitana Szekspira (Robert De Niro), a także największe "utrapienie" - gwiazda, Yvainne (Claire Danes), wygadana i czasami aż nazbyt cyniczna dziewczyna o złamanej nodze, strącona z nieba przez przeklęty złoty łańcuch.

Sporo tego. Na tyle dużo, że ponad dwie godziny filmu są wypełnione akcją po brzegi. Prawdziwa ulewa, prawie potop. Wiadomo - oglądając amerykańską produkcję wielkobudżetową, człowiek nie może się nudzić. Najlepsze efekty (chociaż w jednym z ostatnich ujęć urwisko wyszło fatalnie, jak fotomontaż lat 60.), najgłośniejsza muzyka (nie da rady zasnąć), najbardziej zapierająca dech w piersiach scena kulminacyjna, najwięcej widzów. Mocny, kasowy przebój, podobny do "fantastycznych poprzedników", jednak znacznie lepszy od "Eragona" czy kolejnych edycji Pottera. W ogóle, tam był humor! Humor! Taki autentyczny, za sprawą którego można się było czasami pośmiać! Gdy wychodziłam, przez mgłę prawdziwego zmęczenia przedarła się tylko jedna myśl: "M u s z ę to przeczytać".

Minęły trzy dni poszukiwań, na nogi postawiono wszystkie biblioteki z dwóch dzielnic. W końcu odnaleziono. Czekałam z utęsknieniem i z trudem powstrzymywaną niecierpliwością na wielką, opasłą księgę z dziesiątkami rozdziałów, ciężką od opisów, dającą perspektywę całonocnej lektury. Już, już bibliotekarka wręcza mi.... malutką, cienką książeczkę z kiczowatym rysunkiem na okładce i napisem "Gwiezdny pył".
Żadnej pomyłki. Dwieście stron treści.
Żart?

Neil Gaiman napisał był książkę. "Gwiezdny pył", a jakże. Bardzo klimatyczna, bardzo lekka w czytaniu (nie tylko w kontekście ciężaru woluminu). Dzięki niej mamy okazję obserwować, jak główny bohater wyrywa się ze świata reguł, szarych poranków i niespełnionych pragnień do krainy za murem, gdzie ciągnie go przeznaczenie, złożona Victorii obietnica oraz wiatr niosący zapach mięty, tymianku i czerwonych porzeczek. Oczywiście, nieśmiały chłopaczek znajduje pewność siebie, staje się mężczyzną i odkrywa, czym jest szczera miłość. Niektórzy pewnie po tym opisie stwierdzą, że koncepcja oklepana. Niech lepiej sami sięgną po ten tytuł, bo nastroju im przez klawiaturę nie przeleje.
Film na podstawie tej książki przypominałby mi trylogię Tolkienia. Historia opowiedziana bez pośpiechu, malownicze, łagodne krajobrazy, atmosfera budowana kontrastami jasne-ciemne. Do tego trochę ironii w dialogach, żywe postaci wplecione w nieśpieszną akcję. I voila - lekko refleksyjna opowieść o niezwykłym młodzieńcu i gwiezdnym dziewczęciu.

Natomiast hollywoodzkie gradobicie, jakie zafundował Vaughn widzom, powinno zostać w archiwalnych materiałach "Jak Nie Interpretować Książek Fantasy". Jedyne, co ta produkcja ma wspólnego z Gaimanem, to chyba miejsce wydarzeń oraz nieliczne fakty.
Po pierwsze - imiona. Brzmi trywialnie, natomiast osobiście nie widzę jakichkolwiek pobudek do zmiany imienia głównego bohatera. O jedną literę. Absurd! Twórcy zapewne maja poważne problemy z odczytywaniem wyrazów, skoro zamiast TRISTRAN wciskają do filmu TRISTAN. Dla nich żadna różnica, zaś ja jako czytelnik czuję się wybita z tropu. Pewnie dla konsekwencji wieśniaka, którego czarownica zamieniła w capa, przechrzczono z Brevisa na Bernarda. Po co? Może jakiś sprzątacz w studiu akurat miał urodziny i pragnęli zrobić mu prezent? Nie wiem i wolę nie wiedzieć. Natomiast "pięknie" wytłumaczono widzom, czemu skromnego kapitana Alberica przepoczwarzono w kapitana Szekspira, wrażliwego dżentelmena o skłonnościach do noszenia damskich fatałaszków (jeden z członków załogi dobitnie nazwał go "pedziem"), który przed załogą udaje krwiożerczego potwora. Przecież to jasne - wrażliwy na literaturę kapitan pragnął, by chociaż pseudonim uzewnętrzniał jego duszę inteligenta, zaś niewykształceni marynarze słyszą „Shake zbir", Trzęś Zbir, ach, wtedy to takie okrutne wrażenie sprawia, prawda?
Z drugiej strony nie wyjaśniono, czemu podróż podniebnym statkiem rozbuchano z sześciu stron na kilkanaście minut filmu, dodając przetrzymywanie, pozorowanie morderstwa, kantorek Frediego czy walca do bardzo krótkiego wątku. Za dużo taśmy filmowej? Kolejnym aspektem filmu, który właściwie najbardziej mnie rozdrażnił, to upiększanie fabuły. Ponad dwie trzecie filmu zostało wymyślone wyłącznie przez reżysera! Wymienianie wszystkich "nadbudówek" trwało by wieki. Począwszy od rywalizacji z Humphreyem, romantycznej kolacji przy świecach, przez wizyty naczelnej czarownicy (tutaj genialnie zaprezentowała się Michelle Pfeiffer) u swych sióstr w trakcie misji, wprowadzanie nieżyjących już synów władcy Cytadeli Burz na scenę wydarzeń, wyznania miłosne czy procedura wręczeniem Victorii "gwiazdy" aż po coś tak rażącego, jak scena pokonania czarownic w ich mrocznym dworze. W oryginale n i e m a czegoś w stylu "ostateczne starcie"! Wręcz przeciwnie, całe prozaiczne zwycięstwo dobra nad złem zachodzi prawie niedostrzegalnie, jakby za sprawa przypadków. A tu proszę: czary, odnaleziona matka, amor vincit omnia, napięcie, podstęp, mroczne urwisko, trupy... Ludzie! Gdybym poszła do kina, znając lepiej twórczość Gaimana, chybabym zabiła po wyjściu panią w okienku kasy, że mnie puściła na coś takiego.
To nie koniec. Jak wiadomo, musi być równowaga. Jakakolwiek. Tak więc twórcy "Gwiednego pyłu" uznali, że skoro wzbogacili produkcję tak wieloma elementami, to trochę trzeba poucinać. W rezultacie wioska Mur staje się niemalże epizodem tej historii oraz nie ma śladów włochatego człowieczka, który pomaga TristRanowi u początku jego wędrówki i stanowi jedną z istotniejszych postaci w książce. O tym, że Tristran Thorn wychowywał się nie z samotnym ojcem, lecz razem z siostrą Louisą w normalnej rodzinie dwa plus dwa także nic nie wspomniano. Mniej więcej jedna trzecia książki została uznana przez twórców filmu za zbędną. Pewnie właśnie dzięki temu produkcja nie wylewa się strumieniami z ram ekranu, który nie jest w stanie udźwignąć takiego natłoku treści, lecz tylko wilży brzegi.
Co najdziwniejsze, na liście producentów figuruje nazwisko samego pisarza...

Zbliżając się do zakończenia tego nieludzko długiego wywodu, powinnam wystawić jakąś opinię. Obejrzeć czy nie obejrzeć, obrzucać błotem, a może przejść obok tematu obojętnie. To w zamierzeniu jest misją recenzji – doradzać.
Przyznam otwarcie, że w tym przypadku nie potrafię napisać czegokolwiek.
Nie opuszcza mnie wrażenie, że reżyser, jeśli w ogóle miał styczność z książką Gaimana, to niewielki. Staje mi przed oczami wizja Vaughna w otoczeniu znajomych filmowców, którzy przy akompaniamencie rubasznych żartów zakładają się z nim, że nie nakręci filmu o tematyce fantasy. "Jasne, że zrobię! Wielkie halo. Na kiedy ma być?", odbija się w mojej głowie wykrzyczany sprzeciw. Ktoś podaje termin, ludzie rzucają tytuły. Z całego natłoku propozycji reżyser wyławia zaledwie jedną, zakład zostaje przybity i już zostaje załatwiony casting na następny dzień. Gdy już wszyscy się rozeszli, wreszcie twórca odważył się zapytać przestrzeni "Ale o czym właściwie jest ten 'Gwiezdny pył' "?
Brrr. Koszmar.
Jak się zachować?
Jeżeli zdążycie jeszcze załapać się na „Gwiezdny pył" w kinach, weźcie parasolkę, pokrywkę od garnka jako tarczę przeciw kulom gradowym, uzbrójcie się w stoicki spokój dziecka, które będzie radować się cudnymi efektami specjalnymi i usiądźcie w obitym czerwonym pluszem siedzeniu sali kinowej. W sumie popołudnie nie będzie tak bardzo stracone.
Może nawet kupicie płytę...






Przeczytaj:


OBNAŻAJ treść Deathly Hallows TYLKO TUTAJ!

Ursula K. le Guin: łże-mężczyzna od hałaśliwych krów

Inspiracje Tolkiena

Pratchettowski Świat Dysku: Śmierć


Iguanka.
5.12.2007, 16:20

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Mary

A jak byłam, to się zdziwisz? Agrypine bredzi, to nie trudny odcinek, ja zawsze zrzędze.

13.01.2008, 23:26
Daniel

U was nie jest jak w domu wariatów (chyba tam nie byłaś)

13.01.2008, 13:10
Daniel

Mery nie przesadzaj

13.01.2008, 13:08
Agrypine Sirrah

A ja polecam. Nie takie znowu wariatkowo, jakby się wydawało. Tylko trochę. Nie słuchajcie Mary, bo ma chyba ciężki odcinek życia i zrzędzi ^^

13.01.2008, 12:52
Mary

Ja wybrałam to drugie i nie polecam innym takich desperackich decyzji.

13.01.2008, 12:28
Alnilam

Tak, człowiek ma do wyboru: albo uciekać, albo odzwyczaić się od normalności i przyłączyć do wariatkowa.

12.01.2008, 22:38
Mary

Stąd wszyscy po jakimś czasie uciekają, bo tu jest jak w domu wariatów.

12.01.2008, 22:23
Agrypine Sirrah

Patrz, przestraszyłaś go i uciekł.

12.01.2008, 21:32
Mary

Ty i Lebannen.

11.01.2008, 20:41
Agrypine Sirrah

Razem z kim?

11.01.2008, 16:28