Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Zaczarowane dni w Lublinie – Polcon 2006

Pociąg o godz. 00:35 byłby dla wielu czymś nie do przyjęcia. My, jako zapaleni miłośnicy fantastyki wybraliśmy właśnie ten, by jak najszybciej znaleźć się w Lublinie – mieście, w którym już po raz drugi był organizowany Polcon, Ogólnopolski Zlot Fanów Fantastyki. Przygotowanie tego spotkania Związek Stowarzyszeń Fandom Polski zlecił Lubelskiemu Klubowi Fantastyki „Syriusz”. W pociągu nie byliśmy jedyni. Prócz nas na peronie czekała jeszcze jedna, ok. 10 osobowa grupa zmierzająca w tym samym kierunku (koszulki z poprzednich konwentów zdradzały ich miejsce docelowe).

Ponad siedmiogodzinna podróż była dla nas niczym. Co tam! Ważne, że jedziemy! Droga upłynęła nam pod znakiem snu i gdy o ósmej rano znaleźliśmy się w budzącym się mieście, czuliśmy się niczym młodzi odkrywcy, teraz trzeba było tylko trafić do ośrodka.

Problemem, który od razu się pojawił był fakt położenia noclegu, bo – by dotrzeć na konwent – trzeba było przejechać pół miasta. Ale byliśmy zdeterminowani. „Jedziemy!”, zakrzyknęliśmy zgodnie i ruszyliśmy.

Byliśmy tu jednymi z pierwszych. Gdy tylko dowieziono identyfikatory uformowały się kolejki, zaczęto się rejestrować... Powiem wam jedno: jeśli też kiedyś wybierzecie się na konwent, to czasem jest lepiej płacić dopiero na miejscu z powodu notorycznie ginących kart z zapłaconymi akredytacjami.

Konwentowe „prezenty” bardzo nas uradowały. Oprócz standardowych identyfikatorów, programu konwentu, gazetki lubelskiego klubu fantastyki, plakatów i ulotek sponsorów czekały na nas fragmenty powieści Jacka Dukaja i kwiatek: antologia utworów nominowanych do tegorocznego Zajdla.

Od godziny 14:00 rozpoczęły się prelekcje. Jedne zabawne, inne poważne, jedne przygotowane lepiej, drugie trochę gorzej, ciekawe i nudne, bo przecież i takie mogą się zdarzyć... Wśród tego trzeba było jeszcze znaleźć czas na liczne pokazy, strzelić z broni prezentowanej przez lubelskie bractwo rycerskie, czy też nauczyć się tańczyć choć jednego z tańców celtyckich.

W pamięć zapadły mi najbardziej dwa wykłady. Pierwszy z nich traktował o baśniach, mitach i klechdach japońskich. Prelegentka, niejaka Bebe, opowiadała bardzo ciekawie, uzupełniając swe opowieści slajdami, na których przedstawione były różne ryciny oraz zdjęciami z jej podróży do Kraju Kwitnącej Wiśni. Zebranych ludzi bardzo rozśmieszyła informacja, że tanuki (zwierzę japońskie, często mylone przez Europejczyków z bobrem) według podań japońskich posiadał przeogromne jądra, na których wygrywał melodie w stylu „pok-poko-pom-pom”. Męska część słuchaczy jęknęła w tym momencie, jednocząc się w bólu z biednymi stworzonkami. Sądząc jednak po tym, iż tanuki lubiły to robić (by potem zwodzić ludzi na manowce, niach, niach) prawdopodobnie nie odczuwały przy tym bólu. Prócz tego tanuki, tak samo jak lisy potrafiły zmieniać swe kształty. Najbardziej lubiły postać ludzką, aczkolwiek i innymi nie wzgardziły. Jedna z bajek japońskich pt. „Bajka o szczęśliwym czajniczku” opowiada o tanukim przemienionym w czajniczek, który osiągnął szczęście tańcząc w tej postaci na linie i zabawiając ludzi. Najbardziej drastycznymi historiami opowiedzianymi podczas tego wykładu były te o kotach: pełno w nich zagryzionych stworzeń od węży po kobiety. Co nie znaczy, że koty są traktowane przez Japończyków jako złe! Wielu z nich stawia przed domem kotki z jedną łapką podniesioną do góry, które to mają zapraszać gości. Ta tradycja łączy się także z baśnią. Pewna kurtyzana (niestety tak... Japończycy nie mają oporów w umieszczaniu takich postaci w bajkach dla dzieci, co już można było zauważyć przy rozmiarze jąder tanukiego) miała kota, którego trzymała w sypialni. Rozpraszało to nieco klientów, ale żaden się nie skarżył, bo była to kobieta dobra i szanowana (jeśli można tak określić kurtyzanę). Któregoś jednak dnia kot od rana był jakiś nieswój, kręcił się niespokojnie, miauczał, niecierpliwił się, hałasował, ciągnął swą właścicielkę uparcie za kimono... Po południu zjawił się klient, jednakże biedna kurtyzana nie była w stanie wykonać swej pracy, ponieważ i ona, i on byli notorycznie rozpraszani i drażnieni przez kota. W końcu zdenerwowany mężczyzna wyciągnął miecz i ściął kotu głowę. Ta przeleciała przez cały pokój i podczas swojej ostatniej podróży zagryzła węża czającego się na suficie. W tym momencie wydało się przywiązanie i lojalność kota do kurtyzany. Klient, który zrozumiał co zrobił, ze wstydu odszedł, bąkając pod nosem ciche słowa przeprosin. Od tego momentu dziewczyna bardzo się zmieniła, straciła całą radość życia, często wspominała swego ogoniastego przyjaciela, mówiąc jak wiele dla niej znaczył. Jej klienci postanowili ją pocieszyć i kupili dla niej figurkę kota. Los chciał, że miała uniesioną do góry łapkę nad jednym uchem. Od tej pory kurtyzana odzyskała pogodę ducha, a także zyskała wielu nowych klientów. W Japonii wierzy się do dziś, że takie koty zapraszają wiele rzeczy... W dzisiejszych czasach dorobiły się nawet własnych specjalizacji: ten zaprasza gości, tamten pieniądze, jeszcze inny szczęście, ale każde są kojarzone z czymś dobrym i oczekiwanym.

Drugim miło wspominanym przeze mnie wykładem był „Po prostu kocham zombiaki” autorstwa Michała „Quintusa” Pawłowskiego”. Ta półtoragodzinna prelekcja nie mogła nikogo znudzić, nawet ludzi na co dzień nie interesującymi się nieumarłymi! Chłopak miał niesamowite poczucie humoru, specyficzny sposób mówienia i notorycznie powtarzał wyrażenie „co nie?”, ale pomimo usterek językowych udało mu się stworzyć opowieść wciągającą i rozbawiającą wszystkich zebranych. Zostaliśmy zapoznani z filmami o zombiakach (typu „Świt żywych trupów”, czy „House of dead”), o tym jak złe i jak dobre potrafią być. Michał opowiedział kilka swoich ulubionych scen (tutaj bardzo w pamięć zapadła mi scena z dziewczyną, która za pomocą specjalnego gazu stała się zombie – jej pierwsza w życiu konsumpcja ludzkiego ciała, a konkretnie mózgu [wrażliwych proszę o zaprzestanie czytania, nie chcę mieć potem problemów z czyimiś rodzicami] odbyła się w samochodzie. Razem z chłopakiem uciekali przed policją [nie, nie mieli nic na sumieniu, prócz tego, że ona była martwa, ale uciekali przed resztą zombich],a na tylnym siedzeniu siedział jeszcze jeden mężczyzna, którego zabrali ze sobą ze stacji paliwowej. Ten właśnie facet został zastrzelony w czasie tej ucieczki. Pocisk roztrzaskał mu głowę, a dziewczyna, która dopiero poznawała co to głód ludzkiego mięsa palcem wyjadała jego mózg, a uśmiech na jej ustach stawał się coraz szerszy... Mniam. Chłopak skomentował to stwierdzeniem zbliżonym do „Poj*** cię?!”. Jakoś mu się nie dziwię). Prelegent podzielił się także z nami swoimi snami o tej tematyce, a także pomysłami na dalsze filmy o jego ulubionych stworach: a gdyby tak zombie zaczęły gotować ludzkie mięso...?

A konkursy? Osobiście wzięłam udział w jednym – Świat Dysku, oczywiście, że nie mogłam tego przepuścić! Niestety, nie stanęliśmy z drużyną na wysokości zadania. Nie pamiętałam ile dni Octavo przebywało we wnętrzu Bagażu, a nasze wykonanie szlagieru „Złoto, złoto, złoto” nie zbyt przypadło jury do gustu (a któremu krasnoludowi by się podobało, gdyby ktoś śpiewał to na melodię „Gangsta’s Paradise?!), ale mieliśmy przynajmniej sporo zabawy i nie mieliśmy takich wpadek jak co niektórzy... Jak można nie wiedzieć, jak miał na imię mroczny wierzchowiec Śmierci?! (dla nieczytających Pratchetta informuję, iż był to Pimpuś, w oryginale Binky).

Chciałam także zauważyć, że tegoroczne koszulki bardzo przypadły mi do gustu. Szczerze mówiąc nie wiem, co ma wspólnego maska poniekąd teatralna z konwentem miłośników fantastyki, ale wykonanie bardzo ładne...

Tuż przed oficjalnym zakończeniem konwentu Grupa Metatrona ze Śląskiego Klubu Fantastyki pod wodzą Piotra W. Cholewy (czyli znanego wszystkim fanom Pratchetta PeWuCa) wystawiła sztukę „Kaliope”, która zachwyciła publiczność oryginalnością i grą aktorów, która choć wszyscy byli amatorami stała na bardzo wysokim poziomie. Co prawda część widowni początkowo podśmiewała się, przeszkadzała innym i zachowywała się nie jak w teatrze, a na boisku (zaskoczyło mnie, że takie zachowanie nie należało do młodzieży, a dorosłych trzydziestolatków!), ale z czasem umilkli i zaczęli doceniać oglądaną sztukę (mam nadzieję).

Kulminacyjnym punktem całego konwentu było wręczenie nagród im. Janusza A. Zajdla w „Chatce Żaka”. Po trzymającym w napięciu wstępie nagrodę za najlepsze opowiadanie roku 2005 otrzymał Jarosław Grzędowicz, felietonista Nowej Fantastyki za utwór „Wilcza zamieć” z antologii „Deszcze niespokojne” (nota bene opowiadanie świetne i polecam wszystkim. Autor potrafił zainteresować mnie, gardzącą literaturą fantastyczno-historyczną tak, że nawet zainteresowałam się, czym jest używany przez jednego z bohaterów empek).
I znowu napięcie, zaraz podadzą tytuł zwycięskiej powieści, zaraz dowiemy się, kto okaże się najlepszym powieściopisarzem. Zebrany tłum zaczyna skandować „Jarek! Jarek!”, by w ten sposób zakląć trzymane przez jury kartki i magicznym sposobem sprawić, by ponownie znalazło się tam nazwisko Grzędowicza. O dziwo, udaje się im.
Zaskoczenie na twarzy autora jest wielkie, odbiera drugą nagrodę, żartuje sobie, ale widać, że jest spięty... Tak, od tej pory jego wojskowa kurtka stanie się znakiem rozpoznawczym. Po raz pierwszy w historii tej nagrody jedna osoba zdobyła obie statuetki! Schodząc, Grzędowicz rzuca się w stronę żony i wszyscy mamy zaszczyt oglądać namiętnie całującą się dwójkę jednych z najlepszych pisarzy fantastyki w Polsce.

Ostatni dzień to już takie niedobitki prelekcyjne. „Środki odurzające a RPG” zawodzi srodze, konkurs „Obcego” nie jest wystarczająco interesujący, spotkanie z Łukaszem Orbisowskim nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Tylko na boisku co chwilę słychać wystrzał, bo bractwo rycerskie kontynuuje swoje pokazy.

Ostatecznie lądujemy razem z Zireael (która zjawiła się jedynie ostatniego dnia konwentu i szczerze powinna tego żałować!) na prelekcji „Instrumenty i muzyka tradycyjna w Irlandii” Celta, która wreszcie jest w stanie nas zainteresować. W sali brzmią cicho utwory celtyckich zespołów, prelegent opowiada ciekawie o Mistrzach wędrujących z wioski do wioski i uczących tańczyć zwykłych mieszkańców... Cofamy się wszyscy w czasie, wyobrażamy sobie tańce, ludzi, mężczyznę potrafiącego wykonać 37 stepów w ciągu sekundy (!)...
I koniec. Konwent dobiega końca, my z ciężkimi tobołami wracamy do domu... Znowu siedmiogodzinna podróż i radość z dotarcia na dworzec w Poznaniu...
A za rok?
A za rok spotkamy się w Warszawie!




Przeczytaj:

Sabat Czarownic w Błażejewku – relacja – jak wyglądało spotkanie czarownic podczas ubiegłorocznego POLCONU

POLCON 2005 zakończony

Krasnola
1.09.2006, 23:13

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Aragog

O nie, Aib zostaje, jest mpierwszym człowiekiem z proroka któy postanowił na mój artykuł odpisać, a nie milczeć i mieć mnie gdzieś XD

2.09.2006, 20:35
Krzywa

O, złośliwiec w rzeczywistości.

2.09.2006, 20:28
zlosliwiec

Aibi... Ty ponoc mialas odejsc od wrzesnia?

2.09.2006, 20:19
Andromeda Mirtle

Chaos, destrukcja i błędy interpunkcyjne, ale widać, że autorce się podobało. Zastanawiałam się przez chwilę, kogo autorka miała na myśli, pisząc "my". Czy mówi o sobie w liczbie mnogiej, czy o jakiejś bliżej nieokreślonej grupie? A poza tym przydałoby się podzielić te okropnie długie akapity na krótsze, bo można się zgubić w połowie.

2.09.2006, 18:43
Krzywa

O, Aragog, wiem gdzie wszyscy Fantastyczni jadą za cztery lata^^. Mrrrau, żeby tylko się Sapkowski pojawił, to będę wniebowzięta. Zgadzam się z Aib, w czasie czytania czuło się magię tamtych dni w Lublinie. Grrr... A mogłam pojechać, ciocia z chęcią przyjęłaby mnie na nocleg ;)

2.09.2006, 16:36
Aragog

Aib, poprawiłem ten artykuł, ale jakoś dziwnie wątpię czy cokolwiek z tego będzie:P

2.09.2006, 13:59
Larsefuria

Tyle, że nie miałam wtedy dostępu do netu przez ponad dwa miesiące to i skąd ogłam wiedzieć o ty coś. Ale to było dawno tam:P

2.09.2006, 09:54
Aibhill

Działy się, działy, we wsi Błażejewsko pod Poznaniem, panno Larsefurio :"D Też Ci zazdroszczę, Krasnolo. Rok temu nie dawali gadżetów. Relacja bardzo ciekawa, czułam się tak, jakbym jednak brała udział w tegorocznym Polconie. Za rok Prorokowicze zjeżdżają się do Warszawy. Do zobaczenia!

2.09.2006, 09:51
Larsefuria

No wiesz co Ziri! Tak dać ciała? Jakby w mojej wsi takie rzeczy się działy, to nie opuściłabym ni sekundy. Szkoda, że nie mogłam być. Mam nadzieję, że jeszcze mi coś opowiesz Krasnolu:P

2.09.2006, 01:21