Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Opowieści z Narnii”: „Książę Kaspian” – recenzja filmu

Z Anglii donoszą...

Na początek pragnę podkreślić, że nie gustuję w filmach dla dzieci i młodszej młodzieży. Magię przełknę tylko wtedy, kiedy będzie serwowana w gotyckich opowieściach Tima Burtona. Jednak bezwstydnie przyznaję, że od kilkunastu lat do „Opowieści z Narnii” żywię uczucia gorące a niezmienione, dlatego każą ekranizację Lewisa zamierzam oglądać uważnie ze wszystkich stron i bezlitośnie wytykać błędy. Z nieskrywaną radością, rzecz jasna.

Parę słów celem rozpoczęcia

Swego czasu bardzo się ucieszyłam na wieść, że przy produkcji „Kaspiana” zużyto wiele kilometrów techniki i tylko kilku znanych aktorów. Jestem zdania, że dobry film nie musi składać się z widowiskowych efektów specjalnych oraz doborowej obsady. Nie, proszę państwa. Jeśli scenariusz jest dopracowany, człowiek odpowiedzialny za casting przemyślał sprawę, a reżyser i operator nie uciekali z zajęć, dobry film obroni się sam. Proste? Proste. Oczywiście w filmach rodzaju „Harry Potter i…” czy „Opowieści z Narnii” ciężko byłoby się obyć bez pomocy magików z wytwórni Walta Disneya, no ale trudno, żeby w dwudziestym pierwszym wieku za mówiące bobry robili aktorzy poprzebierani w śpiwory (vide ciamajdowata ekranizacja Narnii zmajstrowana w latach 80. przez BBC). Z kolei aktorzy nie muszą być tymi z okładek błyszczących pisemek. Wystarczy wrodzony (no dobrze, nabyty ciężką pracą) talent, trochę rozumu i znajomość postaci, którą się gra.
Pod względem efekciarskim „Książę Kaspian” nie rozczarował mnie wcale. Jeśli chodzi o aktorów, uuuu…

Raz dwa trzy, zagrasz ty

William Moseley (Piotr), Anna Popplewell (Zuzanna), Skandar Keynes (Edmund) i Georgie Henley (Łucja) wypadają, jak wypadają – komuś się nie podobały w jedynce, nie spodobają się i w dwójce. Osobiście jestem zdania, że gromadka Pevensie niewiele poprawiła się od pierwszej części Narnii, a zatrudnianie tych samych aktorów do następnych części – z „Podróżą Wędrowca do Świtu” nadchodzącą za dwa lata – jest sporym ryzykiem, tym bardziej, że mała Henley powoli przestaje być mała i zdradza oznaki starzenia się.
Z obsady pierwszej części ostała się tylko powyższa czwórka, no może z wyjątkiem krótkiego epizodu z Białą Czarownicą (Tilda Swinton), którym reżyser, zupełnie nie wiedzieć czemu, zapchał wolne miejsce. Swinton jest w kit średnia, ale na szczęście za mało jej, żeby mogła gruntownie zepsuć akcję.
Nowych buziek mamy za to całkiem sporo. Taki Ben Barnes, tytułowy książę, na przykład. Może ktoś go skojarzył z młodym Dunstanem Thornem w „Gwiezdnym Pyle”, a może nie - w każdym razie przed „Kaspianem” szerszej publiczności był raczej nieznany. Miał więc chłopak na plus to, że nie zaliczał się jeszcze do aktorów charakterystycznych i mógł wyrobić sobie imię w gwiazdozbiorze. Trzeba mu przyznać – wyrobił, i to jak! Dostał tytuł największej fajtłapy w sześcioksiągu Lewisa! Kaspian prezentuje się jako nieprawdopodobny niedojda, która robi więcej szkody niż pożytku - przegrywa z Ryczypiskiem, przegrywa z borsukiem, przegrywa z Piotrem, przegrywa chyba z całą populacją Narnii, samego siebie włączając… Do tego należy dodać jego fizyczne podobieństwo do Viggo Mortensena oraz drętwe, rozpaczliwie łatwe do przewidzenia kwestie, i dostajemy w niechcianym prezencie żenującego wanna-be-Aragorna, który praktycznie nic nie wnosi do fabuły. Właściwie to cały film wcale nieźle poradziły sobie bez Kaspiana.
Na uwagę oraz niekonieczną przychylność z pewnością zasługuje Miraz (Sergio Castellitto). O ile w książce więcej go nie ma niż jest, o tyle w filmie na jego postać położono całkiem spory nacisk; reżyser usiłował nawet przedstawić go jako postać godną współczucia, być może taką, którą należy pogłaskać po główce, bo to przecież strasznie ciężka robota, być czarnym charakterem.
Jednym z największych przegięć, jakich dopuścił się reżyser, było obdarzenie Telmarów wyraźnie obcym akcentem. Oczywiście chciał przez to podkreślić, że nacja ta nie wywodziła się z Narnii i ale w barbarzyński bełkot Miraza i jego chłopaków brzmi groteskowo na tle mięciutkiego, hollywoodzkiego świergotania Narnijczyków.
Należy przy tym zaznaczyć, że twórcy postarali się wprowadzić elementy humorystyczne. Pokażę palcem zwłaszcza na Zuchona (Peter Dinklage) i ma kilka nawet nienajgorszych wejść, oraz – tadadam! – mojego ukochanego Ryczypiska (głos Eddiego Izzarda), który świetnie spełnia się w roli walecznej i szarmanckiej Myszy.

Akcja, akcja, panie Mietku, bo na obiad nie zdążymy

No właśnie, akcja. Było raz czworo dzieci: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja, które wróciły do Narnii, by pomóc prawowitemu królowi pokonać niedobrego uzurpatora. Po stronie Kaspiana stanęła garstka mówiących zwierzaków i baśniowych stworzeń, a niedobry uzurpator miał pod sobą armię uzbrojonych po zęby facetów. Walki były zaciekłe, szala zwycięstwa przechyliła się na stronę tych złych, ale w odpowiednim momencie wpadł Aslan i zrobił porządek. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Tak, w dużym uproszczeniu, da się streścić Księcia Kaspiana. Marzenie dla kogoś, kto chce się zabrać dla film skierowany głównie do nieletnich: nie trzeba doczytywać na boku, jaka jest różnica między Gondorem a Rohanem albo doczytywać w Silmarillionie, kto jest kim, nie trzeba doszukiwać się filozoficznego drugiego dna, czarne jest czarne, a białe jest białe. Miłe, dziewczęta i chłopcy, prawdaż?

Nieprawdaż. Oglądając „Kaspiana” ma się wrażenie, że reżyser i scenarzysta w jednym, Andrew Adamson, powiedział: „Wersja Lewisa to kwas, więc zrobimy tak: wyrzucimy z fabuły to, to, to i to, dodamy tamto, tamto i tamto, ooo, i jeszcze może tamto po lewej, bo fajnie wygląda na ekranie. Z Piotra zrobi się palanta z aspiracjami na Supermana, Kaspian będzie po cichu leciał na Zuzannę, Zuzanna będzie strzelać z łuku, bo do niczego innego się nie nadaje, Edmund będzie wrzucał dowcipne kwestie i może raz da mu się uratować wszystkich, Łucja będzie stać i biegać, a czasem nawet leżeć i mówić - i włala!”.
Dzięki nowatorskim wizjom Adamsona widzowie mają niepowtarzalną okazję oglądać nieprawdopodobną sieczkę z naklejką „C.S. Lewis”, a że ta sieczka przyprawia ich o konwulsje, to już najwyraźniej ich sprawa.
Jestem w stanie zrozumieć i wybaczyć, że kolejność wydarzeń została nieco zmieniona lub okrojona: zamiast openingu w postaci rodzeństwa wracającego do szkoły mamy Kaspiana uciekającego z zamku. Jeszcze nie minął pierwszy kwadrans, a książę już ma pełne portki i dmie w róg Zuzanny, tym samym przyzywając Pevensiewów do Narnii. Niestety zaraz potem akcja sypie się w zawrotnym tempie: podróż pod Kopiec Aslana zostaje okrojona na rzecz męskich przepychanek Piotra i Kaspiana; następnie ma miejsce niesłychanie kretyński epizod ataku na zamek Miraza (proszę nie mieć do mnie pretensji, że w środku bitwy wyrwało mi się szczerze i od serca: „Co to, kurwa, jest!”); potem jakieś pitu-pitu o tym, że jesteśmy w tarapatach, chłopaki, więc wezwiemy Białą Wiedźmę. Pojawia się Tilda Swinton w formie mrożonki, kabum! Edmund uratował dzień. Jak dotąd pytanie miesiąca brzmi: gdzie jest Aslan? Pojedynek Piotra i Miraza oraz wielka bitwa. Teraz wygląda na to, że reżyser pożyczył sobie trochę od Petera Jacksona, bo mamy chodzące drzewa, górski strumień widowiskowo zmiatający złych panów na koniach i tłumek w Minas Tirith, pardą, na zamku Miraza. Następnie prędziutkie zakończenie i oczywiście dowcip na do widzenia. Wstaję z fotela i wymieniam spojrzenia z współwidzami: bez umawiania się po cichu wychodzimy z Sali i chyłkiem oddalamy się z kina, żeby nikt znajomy nie zobaczył, że byliśmy na takiej kaszanie.
Podczas oglądania ma się wrażenie, że Adamson rozpaczliwie chciał dołożyć swoje, byle cała gloria nie przypadła w udziale wyłącznie Lewisowi. W efekcie miotamy się z bohaterami po całej Narnii, gubimy się w tym, kto jest zły, a kto nie, a widzowie zaznajomieni z oryginałem beznadziejnie starają się rozpoznawać znajome fragmenty.

Parę (no dobrze, sporo) słów celem zakończenia

Nie chcę wam jednak wmawiać, że film jest kompletnym niewypałem. Od strony wizualnej twórcy podsunęli nam znakomite kąski. Każde ujęcie wygląda jak malowidło; scenografia i efekty dopracowane są w najmniejszych szczegółach i jeśli nie macie innego pretekstu, by pójść na „Kaspiana”, idźcie chociażby ze względu na zapierające dech w piersiach widoki. Osobiście najbardziej podobały mi się sceny batalistyczne: łatwo się nudzę, kiedy na ekranie jest dużo strzelania z łuku i okrzyków bojowych, ale przyznam, że bitwę pod Kopcem Aslana oglądałam bez mrugania powiekami, byle nie przegapić znakomitych sekwencji.
Filmowy „Lew, Czarownica i Stara Szafa” dość wiernie trzymał się książki; „Książę Kaspian” to nieszczęśliwa próba rozbudowania opowieści Lewisa na potrzeby Hollywood. Żeby nie było zbyt fajnie, dodano trochę ciemności, kilka kropel krwi i oczywiście wątek miłosny, z finezją rzeźnika wyrzucając lub modyfikując wiele kluczowych scen. W efekcie ekranizacja przypomina rozgotowany kapuśniak, z którego widz może najwyżej powyławiać ocalałe kawałki. Zobaczyć zawsze można, ale nie mówcie, że nie ostrzegałam.




[V.] A ja oto, bezwstydnie korzystając z faktu, że po wielu zmielonych w zębach wulgaryzmach zdołałem przejść przez – żywiący wobec mnie nieuzasadnioną awersję – system Prorok Ghost, chciałbym zachęcić do rozejrzenia się po zapomnianym dziale Lewis-Narnia. Zwłaszcza polecam, łatwo zauważalne w rubryce "Twórczość", artykuły: zarówno dla tych, którzy z Lewisem nawiązali już to i owo, jak i dla tych, którym nawiązywanie dotąd niezbyt się udało.
[VV.] Zbyt gorący był mój optymizm! Guzik widać. Niemniej gdyby ktoś chciał się z zaginionym dziejowo działem zapoznać, zapraszam: http://www.prorok.pl/lewis/.


Kfjatuszek
1.07.2008, 22:19

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

paula :P

A jeśli ja lubię i Dostojewskiego i Rowling, a na dodatek Tolkiena i Lewisa? Z gustami się nie dyskutuje, można lubić i to i to, bez żadnej ujmy dla obydwu.

19.07.2008, 14:05
V.

Zarzucacie mi wywyższanie się (oczywiście słusznie), ale weźcie też poprawkę na własne zdanie - bo da mnie większą kategorią przewiny pozostaje wywyższanie się w formie podważania kanonów. Nie lubisz Dostojewskiego, a lubisz Rowling - w porządku, ale nie atakuj tych, co tak literaturę osądzili, póki nie osiągniesz ich pułapu wiedzy. I chwatit, basta.

19.07.2008, 13:50
V.

O, jeszcze słówko, bo o tym zapomniałem: piszesz, słusznie, że są kanony podważalne. Zapominasz jednak, KTO je może podważać: trochę tak, jak z zaliczaniem zera do kategorii liczb naturalnych. Jest to podważalne! Ale nie oznacza, że chłopek-roztropek (a nawet chłopka-roztropka lub Agrypine Sirrah w myślodsiewni Proroka) może się zajmować dłubaniem w kanonie. Chyba że masz za sobą jakieś szczególne dokonania naukowe w dziedzinie matematycznej - a które nie są międzyszkolnym konkursem.

19.07.2008, 13:48
V.

W afekcie popełniłem straszny błąd językowy w poprzednim komentarzu, ale oczywiście liczę na to, że nikt go nie wytropi i nie wytknie ;)

19.07.2008, 13:45
V.

"Gównoprawda" nie jest instytucją folklorystyczną, bo i Tischner nie był przewodniczącym koła gospodyń wiejskich (nie wgłębiając się, oczywiście, w jego teorię małych ojczyzn). Twoje porównanie nastolatka wyklinającego ojca nie ma, przynajmniej ja nie widzę, żadnego związku z świadomym użyciem kurwy w wypowiedzi, zwłaszcza w otoczeniu kulturowym sugerującym miejsce i znaczenie tej kurwy. Co do kanonów - a czy ja stwierdziłem, że jest kanon kiczu? Czy ty naprawdę nie zrozumiałaś ani odrobiny? Zaatakowałaś uprzednio tych, którzy są odpowiedzialni za wyznaczanie i piętnowanie kiczu - a którzy są bezdyskusyjnie bardziej od ciebie powołani. Uważaj sobie za kicz, co ci się żywnie podoba, tylko pozostaw w łebku odrobinę miejsca dla zdania innych, które podważać będziesz mogła, ale dopiero gdy dokonasz mniej więcej tyle, co oni. Chwilowo oni są znają, ty się nie znasz; oni mają zdanie, ty masz zdanie; oni mogą podważać twoje, ty nie bardzo możesz podważać ich. Prosta reguła świata.

19.07.2008, 13:45
V.

Ależ mówiła o poprawności, co związku miało niewiele lub nie miało wcale. Po twoich kapciach wnioskuję, że nie uważasz tej sytuacji za szczególnie oficjalną, w związku z czym wciąż podtrzymuję swoje użycie kurwy w kontekście. I, że to tak ujmę niegrzecznie, wara od mojej kultury osobistej, z której jestem całkiem zadowolony i któreż to zadowolenie pozwala mi na posunięcie się do wulgaryzmu. Jeżeli wciąż nie widzisz rozróżnienia wulgaryzmu rynsztokowego i wulgaryzmu ewokującego element rynsztoka, chyba nie mam wiele więcej do powiedzenia.

19.07.2008, 13:38
Agrypine Sirrah

Co do Dzeusa i płaskości Ziemi: dobrze. Są kanony niepodważalne i bezdyskusyjne. Niestety, KICZ (i jeszcze kilka innych pojęc)się do nich nie zalicza.

19.07.2008, 13:36
Agrypine Sirrah

"Gównoprawda" - tępisz nadużywania mądrości folklorystycznych, więc sam teraz ich nie bierz jako swej tarczy. A czy to był Wańkowicz, czy Anders, czy papież, czy kardynałowie - co za różnica, czy nastolatek zwyklina ojca, czy dziadka, czy matkę, czy babkę. Zasługuje na jednakową burzę pochwał i aplauzu.

19.07.2008, 13:34
Agrypine Sirrah

Siedzę w kapciach, szortach i koszulce, które do pięt nie dosięgają twoim smokingom, a jednak mają w sobie więcej kultury, bo nie mają wyszytego wulgaryzmu. Chociażbyś swoje "kulturalnie przekleństwa" (mało brakuje, żebyś tak je nazwał) przyozdobił srebrną nicią i chociażby najlepszy krawiec Ci je przyszpilił do garniaka, pozostają przekleństwami i wręcz korodują z kulturą osobistą, której częśc stanowi przecież kultura wypowiedzi (a przecież o niej mówiła snowdog, a nie o poprawnościach językowych w tym kontekście!).

19.07.2008, 13:31
V.

Ponadto wszyscy się chyba zgodzimy co do tego, że są miejsca właściwe dla pewnych zjawisk i niewłaściwe. Element kurwy dla świętego kulturowego spokoju byłby niedopuszczalny w wielu miejscach, tutaj natomiast - bez obrazy dla Proroka - może być przedstawiony i obnażony bez hipokryzji w postaci "*****" lub eufemizmów. Używajmyż wulgaryzmów z pewną dozą wyczucia, no i oczywiście poprawnie interpunkcyjnie oraz ortograficznie (chujowo, nie hujowo, by daleko nie szukać), a będzie nam wszystkim tu naturalniej. Chyba że panie siedzą w wieczorowych sukniach, to idę po smoking i zmieniam trochę podejście.

19.07.2008, 12:58