Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Ursula K. le Guin: łże-mężczyzna od hałaśliwych krów

Starszej pani pisarki świat...

[V.] Oto w dobie dominacji Harry'ego Pottera, z kobiecej prasy, z "Wysokich Obcasów" zaczerpnięty, bardzo ciekawy – choć może lekko przydługi – tekst o Ursuli K. le Guin, stworzycielce mglistego świata Ziemiomorza wraz z jego archipelagiem oraz szkołą magów na Roke. Niebanalny umysł starszej pani, która swoim piórem i osobowością podbiła serca ludzi w każdym wieku, okazuje się jeszcze bardziej zdumiewający w obliczu jego najosobliwszych tworów, obok których nie da się przejść obojętnie... [/V.]




TEKST: Joanna Szczęsna

Jej rodzice przez pół wieku obcowali z ginącymi kulturami Indian zamieszkujących Kalifornię, ona antropologiczną obserwację rozciągnęła na całą galaktykę i tysiące lat

Bo żoneczka sprowadzi wam do domu lwy,
a wraz z babcią
przyjdą niedźwiedzie, dzikie konie, wielkie rogate sowy i kojoty.


To fragment wiersza, który Ursula Le Guin odczytała w maju 1996 roku w czasie uroczystego obiadu z okazji przyznania jej kolejnej nagrody.

Jako poetka jest w Polsce nieznana. Zaszufladkowana jako autorka science fiction i fantasy światową sławę uzyskała jako twórczyni dwóch wielkich cyklów:

o starożytnej cywilizacji Hain, która skolonizowała galaktykę, i Lidze Wszystkich Światów, później federacji Ekumena, która próbuje zjednoczyć – w imię pokojowej koegzystencji i współpracy – rozwijające się przez miliony lat w izolacji i przez to całkiem odmienne kulturowo światy;

o baśniowym archipelagu Ziemiomorza, gdzie rządzi magia, na rubieżach żyją smoki, poznanie prawdziwych imion ludzi i rzeczy oznacza zdobycie nad nimi władzy, a edukowani w specjalnej szkole magowie nie nadużywają zaklęć i czarów, by nie naruszyć delikatnej, łatwej do zniszczenia harmonii świata.

Od mnogości opisywanych przez nią planet, kultur, cywilizacji można dostać zawrotu głowy (jej fani stworzyli w internecie 'Hainish Encyklopedię' – spis wysp archipelagów Ziemiomorza, księgę imion bohaterów). Gdyby jednak odrzucić cały ten sztafaż przynależny literaturze s.f., okazałoby się, że Ursula Le Guin jest po prostu wspaniałą pisarką, która stawia czoło fundamentalnym pytaniom, z jakimi wielka literatura zmaga się od wieków.

Saga o Ziemiomorzu to nic innego jak opowieść o dojrzewaniu, o wyzbywaniu się młodzieńczej pychy i ducha rywalizacji, dorastaniu do wewnętrznej harmonii i mądrości, a też zrozumienia ograniczoności ludzkich działań. Im większa moc i im większa władza, tym większa odpowiedzialność – przestrzega Le Guin.

Z kolei cykl hainiński to seria opowieści o spotkaniu z 'Innym', 'Obcym', 'Odmiennym' i o narodzinach przyjaźni. Granice między kulturami i cywilizacjami – przypomina Le Guin – istnieją jedynie w ludzkim umyśle, 'Obcy' zaś to przyjaciel, którego jeszcze nie znasz. To dlatego do zetknięcia z odmienną cywilizacją najczęściej deleguje antropologa, etnografa, dyplomatę.

Lepsza niż Tolkien?

Jej pierwszym polskim propagatorem był Stanisław Lem, który w 1976 roku chciał wydać 'Czarnoksiężnika z Archipelagu' w swej autorskiej serii w WL–u i w entuzjastycznym posłowiu pisał, że Le Guin pozwoliła mu odzyskać wiarę we własną wrażliwość na uroki gatunku fantasy, a jej twórczość bardziej przemawia do jego wyobraźni niż saga Tolkiena (jednak ze względu na osobę tłumacza Stanisława Barańczaka, członka KOR–u, publikację zablokowano i książka ukazała się dopiero siedem lat później). Z kolei po lekturze należącej do cyklu o Ekumenie powieści 'Lewa ręka ciemności' pisał, że autorka wykazuje się niezwykłą 'literacką biegłością i antropologiczną kompetencją'.

Tę biegłość i kompetencję odziedziczyła po rodzicach – pisarce Theodorze Kroeber i pionierze amerykańskiej antropologii profesorze Alfredzie Kroeberze.

Możliwe, że Theodora i Alfred nigdy by się nie spotkali, gdyby nie ich zainteresowanie dla kultury rdzennych mieszkańców Ameryki. On pochodził ze Wschodniego Wybrzeża, z rodziny niemieckich emigrantów, którzy prowadzili firmę produkującą i importującą zegary; ona – z Denver w stanie Kolorado z rodziny (od strony matki) pionierów, którzy wędrowali przez prerie, byli osadnikami i farmerami w Minnesocie, Ohio, Wyoming, Kolorado, Oregonie, Kalifornii.

W roku 1897, roku urodzin Theodory, Alfred skończył studia na wydziale literatury i sztuki Columbia University. Nie wiadomo, jak potoczyłaby się jego naukowa kariera, gdyby nie poznał profesora Franza Boasa i nie zapisał się na jego seminarium z lingwistyki porównawczej. Olśniony jego wykładem o narzeczu Indian Chinook zrozumiał, że chce poświęcić życie studiom nad językami i kulturami Indian Ameryki Północnej.

Już rok później przemierzał Wielkie Równiny, badając sztukę plemienia Arapaho. Kiedy zaproponowano mu pracę na świeżo powołanym do życia wydziale antropologii Uniwersytetu w Berkeley, przeniósł się do Kalifornii. Tam do końca życia zajmował się badaniem plemion indiańskich, dzieląc czas między wyprawy do ich obozów, zarządzanie muzeum antropologicznym, kierowanie uniwersytecką katedrą i pracę naukową (jest autorem fundamentalnego dzieła 'Handbook of Indians of California').

Nie wiadomo, czy Theodora, rozpoczynając w 1916 roku studia psychologiczne na Uniwersytecie w Berkeley, zainteresowałaby się wykładami profesora Kroebera, gdyby rodzice i dziadkowie, świadkowie eksterminacji Indian, swych sąsiadów, nie przekazali jej szacunku dla ich kultury i współczucia dla ich losów. Pracy magisterskiej broniła jednak z psychologii klinicznej, potem wyszła za mąż za prawnika z San Francisco, urodziła dwóch synów i szybko owdowiała. Dopiero wtedy została asystentką Kroebera, jego żoną i matką dwójki jego dzieci – Karla i w 1929 roku Ursuli.

Razem z mężem przez kilka dziesięcioleci przemierzała Kalifornię, ustalając mapy terytoriów indiańskich plemion, dokumentując ich życie codzienne, ceremonie, rytuały inicjacyjne i sporządzając słowniki indiańskich narzeczy.

Wieloryb lądowy

Jako pisarka zadebiutowała dopiero w wieku lat 62 zbiorem opowiadań 'Ninawa – wieloryb lądowy. Legendy indiańskie'. U ich źródeł leżą indiańskie relacje odsłuchiwane przez autorkę w językach, które umierały na jej oczach. Dokonała prawdziwego cudu: ocaliła cząstkę stojącej u progu zagłady – bo nie było jej komu przekazywać – literatury mówionej jednego z plemion, przekuwając ją w literaturę pisaną, która czytelnikowi z kręgu zachodniej kultury daje unikalny wgląd w świat innej duchowości, innego poczucia czasu, innego stosunku do natury.

Druga książka Theodory Kroeber, tym razem z dziedziny literatury faktu – 'Ishi, człowiek dwóch światów' – ukazała się już po śmierci jej męża, ale jego duch jest w niej obecny. Bo spotkanie i przyjaźń z Ishim, ostatnim żyjącym członkiem plemienia Yahi ukrywającego się przez pół wieku w górach północno–wschodniej Kalifornii przed cywilizacją, która miała mu do zaoferowania wybór między eksterminacją a zamknięciem w rezerwacie, było ważnym doświadczeniem zawodowym i osobistym Alfreda Kroebera.

W reportażowym stylu najwyższej próby autorka rekonstruuje ostatnie kilkadziesiąt lat historii plemienia Ishiego i ostatnie pięć lat jego życia, które spędził jako rezydent muzeum antropologicznego (zatrudniony tam w charakterze odźwiernego). Kiedy książka stała się bestsellerem, napisała jej wersję dla dzieci: 'Ishi, ostatni ze swego plemienia'. Potem wydała jeszcze biografię męża i opowieść 'Prawie przodkowie. Pierwsi Kalifornijczycy'. Pozostały po niej niepublikowane powieści i wiersze, ale już to, co się ukazało, daje pojęcie o skali jej literackiego talentu.

'Nigdy nie pisała aż do lat 60, a kiedy już zaczęła, nigdy, aż do swojej śmierci w wieku lat 83, nie przestała pisać. Wiem, że żałowała, iż zaczęła tak późno. Ale nie była zgorzkniała' – wspomina matkę Ursula Le Guin w eseju 'Theodora'.

Dlaczego tak się rozwodzę nad naukowymi i literackim dokonaniami rodziców Le Guin?

Bo świadomość odmienności kultur był dla niej czymś równie naturalnym jak oddychanie, zaś świat inicjacyjnych rytuałów i magicznych praktyk musiał wydawać się jej przyjazny i swojski.

Jej rodzice przez pół wieku obcowali z zamkniętymi, ginącymi kulturami Indian zamieszkujących Kalifornię, ona pole swej antropologicznej obserwacji rozciągnęła na całą galaktykę i tysiące lat. Wykreowane przez swoją wyobraźnię światy opisuje z tą samą pieczołowitością, z jaką Theodora i Alfred Kroeberowie pochylali się nad ruinami unicestwionej przez białych cywilizacji indiańskiej.

Do diabła z nauką, idzie o przyjaźń

Ursula Le Guin podkreśla, że w stosunku jej ojca do Indian nie było nic z protekcjonalności; okazywał im szacunek, starając się jednocześnie zachować obiektywizm badacza. W epoce rodzenia się antropologii nie musiało to być tak oczywiste.

I tak mistrz ojca Ursuli Franz Boas zagadnął Roberta Peary'ego, badacza polarnego, przyszłego zdobywcę bieguna północnego, czy nie przywiózłby z wyprawy na Grenlandię Eskimosa, ten zaś... przywiózł ich sześciu. Byli obiektem antropologicznych i lingwistycznych badań Kroebera. Umieszczeni w nowojorskim Muzeum Historii Naturalnej, gdzie obejrzało ich w charakterze eksponatów tysiące Amerykanów, wkrótce zaczęli chorować, czwórka z nich zmarła, pozostałą dwójkę, w tym dziecko, odesłano na Grenlandię. Nie zachowała się refleksja Kroebera w tej sprawie. Również o Ishim wspominał niewiele, wszystko, co o nim wiemy, pochodzi z książki jego żony.

Pojawił się w jego życiu w sierpniu 1911 roku. Słaniającego się z wyczerpania, osaczonego przez psy Indianina policja umieściła w więzieniu, w celi dla nienormalnych. Kilka dni później Kroeber depeszował do szeryfa okręgu Butte: 'Prasa donosi o schwytaniu dzikiego Indianina mówiącego językiem zupełnie niezrozumiałym dla innych plemion. Proszę potwierdzić lub zaprzeczyć telegramem z góry opłaconym – jeśli historia prawdziwa, zatrzymać Indianina aż do przyjazdu profesora z państwowego uniwersytetu, który się nim zaopiekuje i będzie za niego odpowiedzialny. Sprawa ważna z powodu badań nad historią tubylców'.

Ishi zamieszkał w muzeum antropologicznym w San Francisco, którego dyrektorem był Kroeber. Stał się nie tylko jedynym źródłem wiedzy o języku i kulturze jego plemienia, ale przede wszystkim przyjacielem. Nigdy jednak nie zdradził swego prawdziwego imienia, przyjął nowe, które w jego języku oznaczało po prostu 'człowiek'.

Kroeber w pracach naukowych używał zresztą wyłącznie 'publicznych' – nigdy 'prywatnych' – imion swych indiańskich informatorów. Ciekawe skądinąd, czy filozofia imion panująca na wyspach Ziemiomorza, wedle której kryjąca się w języku magia sprawia, że imię jest czymś bardzo intymnym, dającym moc, a jego ujawnienie czyni człowieka bezbronnym, nie jest wkładem Ishiego w antropologiczną wyobraźnię Ursuli Le Guin. Tak czy inaczej nie znamy prawdziwego imienia Ishiego, zaś prawdziwe imię Arcymaga Krogulca – Ged – znane jest tylko paru wybranym mieszkańcom Ziemiomorza.

Kiedy Ishi umierał na 'chorobę białych' – gruźlicę – Kroeber, który był akurat w Nowym Jorku, pisał do swego zastępcy, by dopilnował pochowania go zgodnie z obyczajami jego plemienia i nie dopuścił do sekcji zwłok: 'Co do rozporządzenia ciałem, to życzę sobie, żebyś nie ustąpił w niczym bez względu na okoliczności. Jeśli będzie mowa o wymogach nauki, odpowiedz w moim imieniu: » Niech idą do diabła «, stoimy na stanowisku obrony praw przyjaźni względem naszych przyjaciół'. List dotarł za późno, a przygnębiony Kroeber wziął na jakiś czas urlop od antropologii i przez kilka lat praktykował psychoanalizę.

W ostatnich latach swego życia stał się żarliwym rzecznikiem i ekspertem kalifornijskich Indian w procesach, jakie wytaczali amerykańskiemu rządowi o odszkodowania za zagarnięte im ziemie. Córka wspomina cierpliwość i determinację, z jakimi odpierał krzyżowy ogień pytań przed sądami federalnymi, które w końcu przyznały Indianom prawa do reparacji.

Indiańscy wujkowie i czarnoksiężnik Ged

Wypytywana o dzieciństwo Le Guin odpowiada, że gdy przychodził czerwiec i kończyła się szkoła, przenosili się całą rodziną z domu w Berkeley na 40–akrowe rancho w dolinie Napa, 60 mil na północ od San Francisco.

Wychowywała się w intelektualnej atmosferze amerykańskiego kampusu. Ich dom był otwarty dla gości – studentów, kolegów ojca (pojawili się też uchodźcy z uniwersytetów ogarniętej wojną Europy) i zaprzyjaźnionych Indian.

O Juanie Doloresie z plemienia Papago i Robercie Spotcie, synu szamanki z plemienia Yurok, którzy w ich letnim domu mieli własne pokoje, tak pisała w eseju 'Indiańscy wujkowie': 'Tu natykam się na problem natury etycznej, który my, pisarze, dzielimy z antropologami: problem eksploatowania życia prawdziwych ludzi. Ludzie nie powinni wykorzystywać innych ludzi. Moje wspomnienia dotyczące tych dwóch rdzennych Amerykanów przesiąknięte są uczuciem przestrogi i lęku. Tak naprawdę, co ja wiedziałam na ich temat? Nic. Nic o historii ich ludu, nic o ich osobistej historii, nic o ich wkładzie w antropologię'.

Podczas gdy w jej rodzinie urodziny celebrowało się przyjęciem i pieczeniem tortu, w który wkładało się świeczki, Juan Dolores, dorosły mężczyzna, nawet nie znał dnia swych urodzin. 'Być może wtedy właśnie, zastanawiając się nad odkryciem różnicy między poczuciem czasu Indian i naszym poczuciem czasu, przygotowywałem sobie grunt, na którym później miał rosnąć i rozwijać się kulturowy relatywizm moich powieści' – wspominała.

Z niepokojem zauważyła, że goszczący w ich domu Robert Spott jest chyba wiecznie głodny, bo nie ma możliwości się najeść. Dobre wychowanie w jego plemieniu nakazywało, żeby nie rozmawiać w czasie jedzenia. Tymczasem u nich przy posiłkach dyskutowano, spierano się. Przed oczyma wciąż ma widok Roberta, który – jak tylko ktoś się odezwał – grzecznie odkładał widelec i nóż, czekając na chwilę ciszy (ten obyczaj przypisze Ursula mieszkańcom jednego ze stworzonych przez siebie światów).

Dziennikarka pisma 'Femin' zauważyła wiele podobieństw między 'indiańskimi wujkami' Le Guin a czarnoksiężnikiem z Archipelagu i spytała, czy to o nich myślała, tworząc postać Geda.

'Podoba mi się twoje pytanie – ucieszyła się pisarka. – Nie myślałam o nich świadomie, ale masz rację, oni są w nim. Prawdopodobnie nigdy nie wymyśliłabym Geda, gdybym ich nie znała'.

Dziewczę o bujnych kształtach i oficer Głównej Kwatery Ziemskiej

Wiersze i prozę pisała od dzieciństwa. W 1947 roku pod wpływem ojca, który uważał, że powinna mieć 'praktyczny zawód', zaczęła studiować romanistykę (temat magisterium: 'Idea śmierci w poezji Ronsarda'). Rzeczywiście, nim w wieku lat 32 – po kilkunastu latach odrzucania jej tekstów przez redakcje i wydawców – dostała pierwszy czek za opowiadanie 'Kwiecień w Paryżu', uczyła francuskiego na uniwersytetach w Georgii i Idaho, gdzie jej mąż wykładał historię.

Wcześniej wygrała stypendium Fullbrighta na roczny pobyt w Paryżu i statkiem 'Queen Mary' popłynęła do Europy. W czasie podróży przez Atlantyk poznała przyszłego męża, też stypendystę Fullbrighta. Pobrali się jeszcze przed powrotem do Ameryki. Nie chciała mieszkać w jego rodzinnej Georgii, bo nie była w stanie znieść życia w społeczeństwie, w którym wciąż obowiązywały zasady segregacji rasowej. Przenieśli się więc do Oregonu, w sąsiedztwo krainy jej dzieciństwa – północnej Kalifornii.

Książki pisała nocami, gdy dzieci spały, a później – kiedy były w szkole. W jej pierwszych utworach postaci kobiet nie odgrywają specjalnej roli (gdy matka pytała ją: 'Dlaczego twoimi bohaterami są zawsze mężczyźni?', odpowiadała: 'Poproszę o łatwiejsze pytanie'). Do feminizmu dochodziła powoli, poprzez zaangażowanie się w ruch kobiecy i antywojenny lat 60. i 70.

Zaczęła od frontalnego ataku na samo pojęcie płci. Napisała 'Lewą rękę ciemności', wspaniałą panoramę jedynego we Wszechświecie społeczeństwa obojnaków, których życie zorganizowane jest wokół naprzemiennych okresów seksualnej obojętności i swego rodzaju rui. A mogą pełnić wtedy – w zależności od okoliczności – funkcję kobiecą lub męską; w ciągu swego życia bywają więc po wielokroć i mężczyznami, i kobietami, co całkowicie determinuje nie tylko strukturę społeczną planety, obyczaje czy moralność, ale nawet sztukę (feministki miały jej za złe, że w stosunku do hermafrodytycznych istot używa form rodzaju męskiego).

Z czasem karty jej powieści zaludniły dojrzałe i mądre kobiety jak wdowa Tenar, u boku której pozbawiony na starość swoich magicznych mocy Ged, który nigdy wcześniej nie miał życia osobistego, odnajdzie spokój i szczęście.

W 1975 roku Le Guin tak podsumowała amerykańską literaturę s.f.: 'Wszystkie te imperia galaktyczne wywodzą się wprost od Imperium Brytyjskiego; wszystkie te planety ukazane są jako państwa wojowniczych nacjonalistów lub kolonie podlegające już to eksploatacji, już to protektoratowi życzliwego Imperium Ziemi. Wszędzie – Biały Człowiek–władca i anonimowe masy. Czasem tylko w załodze statku kosmicznego pojawi się zacny stary kucharz ze szkockim akcentem reprezentujący Mądrość Prostych Ludzi albo dziewczę o bujnych kształtach, emablowane przez oficera Głównej Kwatery Sił Ziemskich'. I dalej: 'Amerykańska s.f. akceptuje trwałą hierarchię wyższych i niższych z agresywnymi, bogatymi, ambitnymi samcami alfa na szczycie, potem otwiera się wielka przepaść, a dalej, na dnie, są biedni, ciemni, anonimowi – wraz z nimi, kobietami. Jest to doskonały patriarchat pawianów'.

Szukając najwcześniejszych źródeł swego feminizmu, Ursula Le Guin wspomina matkę. Nieprzypadkowo ze wszystkich opowieści indiańskich, jakich wysłuchała w życiu, w swej książce 'Niniwa – wieloryb lądowy' zamieściła tylko te, których bohaterkami są kobiety. A w jej prozie próżno szukać by squaws – są tylko istoty ludzkie.

Po swojej matce pionierce Theodora Kroeber odziedziczyła silne poczucie kobiecej niezależności, a jej samej wpoiła dumę z bycia kobietą – wspominała Le Guin.

' Mówiła jednak, że » woli mężczyzn od kobiet «, jej temperament skłaniał ją do pełnienia konwencjonalnej wspierającej funkcji, żony i matki. Absolutnie odrzucała wizję kobiety buntującej się przeciwko mężczyźnie. Musiała uważać, że jej imperium miłości jest zagrożone przez feminizm, a jej nietolerancja wobec – jak to określała 'kobiecego liberalizmu' – wykraczała poza zwykłą nieufność wobec ideologii. Ale mimo wszystko w swoim życiu i jako pisarka była prawdziwą feministką'.

Łże–mężczyzna

W latach 90. Ursula Le Guin nie tylko coraz częściej głównymi bohaterkami swej prozy czyniła kobiety, nie tylko wprowadzała w książkach kobiecy punkt widzenia, ale też propagowała feminizm w eseistyce i publicznych wystąpieniach. 'Odczuwam prowokacyjną przyjemność z nazywania siebie feministką' – powtarzała.

Jej utwór 'Przedstawiam się' napisany specjalnie do wykonywania na scenie to rodzaj osobistego, przewrotnie buntowniczego manifestu:

'Jestem rodzaju męskiego. Myślicie może, że mi się rodzaj pomylił albo że próbuję was nabrać, ponieważ moje imię kończy się na » a «, posiadam trzy biustonosze, byłam pięć razy w ciąży i jeszcze inne takie rzeczy, które można zauważyć, drobne szczegóły. Ale szczegóły się nie liczą. Jeśli czegoś można się nauczyć od polityków, to tego, że szczegóły się nie liczą. Jestem rodzaju męskiego i chcę, żebyście w to uwierzyli i przyjęli to jako fakt, tak jak ja to przyjmowałam przez wiele lat.

Bo widzicie, kiedy dorastałam w czasach wojen Persów z Medami i kiedy wstępowałam na uniwersytet po zakończeniu wojny stuletniej, i kiedy wychowywałam dzieci podczas wojen koreańskiej, zimnej i w Wietnamie, kobiet nie było. Kobiety to całkiem świeży wynalazek. A ja o całe stulecia poprzedzam wynalazek kobiet.

No ale jeśli upieracie się przy szczegółach, to kobiety wynajdywano już kilkanaście razy i w wielu różnych miejscach, tylko że ich wynalazcy nie mieli pojęcia, jak sprzedać swoją ideę. Środki dystrybucji były na elementarnym poziomie, a marketing praktycznie nie istniał – więc oczywiście pomysł po prostu nie chwycił. Każdy wynalazek, nawet jeśli stoi za nim geniusz, musi znaleźć sobie rynek, a wygląda na to, że przez długi czas idea kobiet po prostu nie zdołała się przebić. Przykłady takie jak Jane Austen albo siostry Brontë były zbytnio skomplikowane, z sufrażystek ludzie tylko się śmiali, a Virginia Woolf zbytnio wyprzedzała swój czas.

Więc kiedy się urodziłam, byli tylko mężczyźni. Ludzie to byli mężczyźni. Wszyscy używali jednego zaimka, zaimka » on «– dlatego jestem, jaka jestem. Jestem ten uniwersalny » on «, jak w » Jeśli komuś potrzebna skrobanka, powinien udać się do sąsiedniego stanu «albo » Pisarz dobrze wie, po której stronie chleba jest masło «. Ja, ten pisarz, on. Mężczyzna.

Może nie mężczyzna/człowiek pierwszego gatunku. W rzeczywistości raczej mężczyzna drugiej kategorii, imitacja mężczyzny, łże–mężczyzna'.

Występując na zorganizowanej przez Uniwersytet Berkeley konferencji 'Kobiety i język', opowiadała, jak straszna rzecz przydarzyła się opowiadaniom i wierszom po wynalezieniu druku: 'Literatura straciła głos. Została zmuszona do milczenia – z wyjątkiem sceny. Gutenberg nas zakneblował. Co prawda nianie wciąż opowiadały dzieciom bajki, a » prymitywne «szczepy miały tradycję oralną, ale cywilizacja była domeną pisma'.

Tymczasem – tłumaczyła – to właśnie kobiety mają specjalny interes w kultywowaniu oralnych funkcji literatury, jako że mizoginizm chce utrzymywać kobiety w milczeniu. Są dowody, że kiedy kobiety mówią przez więcej niż 30 proc. czasu, są postrzegane jako próbujące zdominować rozmowę, a gdyby więcej niż 20 proc. kobiet zaczęło zdobywać najważniejsze nagrody literackie, mężczyźni najpierw by je zdewaluowali, a później zlikwidowali.

Naróbmy hałasu

Z okien jej ponadstuletniego domu z ogrodem położonego na wzgórzach w otoczonej z trzech stron lasem dzielnicy Portland w stanie Oregon widok rozciąga się aż po odległe pasmo górskie i wulkan St. Helens.

Mieszka tu wraz z mężem, emerytowanym profesorem historii uniwersytetu stanowego, od blisko pół wieku. Tu pisze książki, tu wychowała trójkę dzieci, tu odwiedzają ją wnuki. Kiedyś sporo podróżowała – wykłady, konferencje, spotkania autorskie (dziś jest raczej domatorką) – zawsze jednak chętnie udzielała się w życiu lokalnej społeczności. W książce 'Blue Moon over Thurman Street' poświęconej głównej ulicy swego osiedla pisała z czułością: 'Jest coś magicznego w ulicy, która kończy się w lesie'.

Lokalnym patriotą jest również jej mąż, który przed trzema laty poszedł w ślady żony i napisał powieść 'North Coast'; jej akcja – historia przyjaźni młodego Amerykanina z Indianinem – rozgrywa się w pięknej scenerii oregońskich lasów schodzących nad wybrzeże Pacyfiku.

Współczesny feminizm wzywa kobiety do przerwania milczenia. W odpowiedzi na to wezwanie w duchu 'hej, naróbmy hałasu' Ursula Le Guin zaczęła eksperymentować z 'performance poetry'. Efektem jest wiersz 'Hałaśliwe krowy'.

Wolno. Wolno, przecież nam wolnoĆŚCHO!

Wolno. WOLNO! WolnoĆŚCHO!!

no i było wolno. ĆĆ – ŚŚ – SZSZSZSZA.

J–AAAH AH–TOR.

CZSZSZTAJ MNIE Z ĆŚ–HM AH!

ale to na głos.

na głos.

Słowo to hałas słowo to hałas

Słowo to HAŁAS to HAŁAS to HAŁAS –

AHHHHH.

Słowo jest na głos. Słowo to głośne coś.

Na głośne słowa się zezwala, żeby były głośne, głośne słowa pozwalają być,

pozwalają ale jak.



ale

BROŃ ma tłu–mi–ki.

Rząd ma tłum–mi–ki.

Jako też ZZaRZ–ądy.



Słowa mają się umieć za–cho–wać!

Siedzieć ćś–cho na stronach grzecznie.

Tkwić między okładkami.

Mają być czyste.

Porządne.

Ma je być widać nie słychać.



Słowa dzieci ojców co mówiąĆŚCHO!

i mówią BUM! zabity!


Ale:

słowo jest dłuższe niż tata i głośniejsze niż bum.

I wszystko czego nieme słowa zakazują WSTĘP WZBRON WEJŚCIA NIE MA

ĆŚSZA!

Na wszystko czego nieme słowa zakazują,

głośne słowa pozwalają!



Wszystkie, wszystkie mury runą.



Mówię na głos: Wszystkie mury wszystkie runą.

Na głos, wolno na głos,

no to mówię na głos GŁOŚ–no

głośność pozwala nam BYĆ nami – WIĘC –



RUUUUUUUUUUUUUUUSZ–AJ się –

nadchodzą HAŁAŚLIWE KROWY oto ONE!



NARuuuuuuuuuszają ciiiiiiiiiiiiiiiiszę



Buuuuuuuuuszują po Bibliotekach



HAŁAŚLIWE KROWY w świętych gajach (ćśśś! nie zbudź taty!)



RUUUU–UUUUU–UUUUUSz się no tu,



RUUUUUUUUSz się,

SKACZ! przes

kocz ksi꯯ŻŻŻŻŻŻYYC!



HAŁAŚLIWE krowy HAŁAŚLIWE KROWY

Hałaśliwe SAMICE

HAŁAŚLIWE SAMICE i już

z gębą pełną dźwięKI!

TO NA CAŁY GŁOS!


Mit o przodku powstańcu

Ursulę Le Guin zaczęto wydawać w Polsce w początku lat 80., ale z twórczością jej rodziców polscy czytelnicy mogli zapoznać się już w latach 70. Obok należącej do antropologicznej klasyki 'Istoty kultury' Alfreda Kroebera ukazał się wtedy 'Ishi człowiek dwóch światów' Theodory Kroeber. To od jej tłumaczki Janiny Mroczkowskiej pochodzi informacja o polskim pochodzeniu ojca Theodory, który, jak podała, powołując się na Polski Słownik Biograficzny, miał być synem Ludwika Krakowa, emigranta do Nowego Świata, uczestnika – wraz z ojcem i dwójką braci – powstania styczniowego.

Odkrycie, że Theodora Kroeber z d. Krakaw jest matką Ursuli Le Guin, było już tylko kwestią czasu. W sierpniu 1984 roku miesięcznik 'Fantastyka' donosił: 'Ursula Le Guin prawnuczką polskiego powstańca'. Autor artykułu, sięgnąwszy jeszcze jedno pokolenie wstecz, przypomniał matkę Ludwika – Petronelę Paulinę Kraków z d. Radziejowską, powieściopisarkę, redaktorkę 'Pierwiosnka', pierwszego na ziemiach polskich pisma dla 'samych dam' (debiutowała tam Narcyza Żmichowska).

Ursula Le Guin przyjęła te wiadomości bez specjalnych emocji, zaś polskim fanom, którzy wciąż ją pytają o polskie korzenie, odpowiada, że co prawda nie wie, kiedy i w jakich okolicznościach jej przodkowie przybyli do Stanów Zjednoczonych, ale ich nazwisko 'Kraków' powiedziało jej, skąd pochodzą.

Wszystkie te ustalenia pochodzą z epoki przedinternetowej, kiedy to badacze genealogii mieli do dyspozycji wyłącznie przekazy rodzinne, słowniki biograficzne i kwerendy w archiwach. Dziś na stronach internetowych Uniwersytetu w Berkeley można odnaleźć informacje o dokumentach zdeponowanych po śmierci Theodory Kroeber w Bancroft Library. Jest tam odnotowany list, który w 1881 roku jej przyszły ojciec Charles Emmett Kracaw wysłał do jej przyszłej matki Phoebe Johnston (box 16, folder 19). Z kolei według danych ze strony ancestry.com ojcem Charlesa Emmeta (urodzonego w Ohio) był nie Ludwik, ale Austin Kracaw.

Na jeszcze jedno pokolenie nie ma miejsca. Czy zatem są jakieś podstawy, by przypuszczać, że Ludwik Kraków po przybyciu do Ameryki przeistoczył się w Austina Kracawa? A może raczej należałoby pożegnać się z miłym polskiemu sercu mitem, że Ursula Le Guin jest praprawnuczką jednej z pierwszych organizatorek ruchu kobiecego nad Wisłą (o czym sama zresztą jeszcze niedawno pisałam w recenzji z książki Le Guin)? I uznać, że jej pochodzący z ziem polskich przodek to był jakiś mniej zasłużony dla naszej historii Kraków?


No cóż, polskim fanom twórczości Ursuli Le Guin zawsze pozostaje wiara w jakąś alternatywną wersję historii czy istnienie jakiegoś równoległego świata. Tam wszystko może się zdarzyć albo już się zdarzyło.

Wiersze Ursuli Le Guin i 'Przedstawiam się' w przekładzie Franka Wygody; fragmenty esejów 'Theodora' i 'Indiańscy wujkowie' w przekładzie Błażeja Szczęsnego.

Korzystałam m.in. z: Ursula K. Le Guin 'Dancing at the Edge of the World. Thoughts on Words, Women, Places', Grove Press, New York 1989; Ursula Le Guin 'The Wave in the Mind. Talks and Essays on the Writer, the Reader, and the Imagination', Shambhala, Boston 2004; Margaret Atwood 'The Queen of Quinkdom' ('The New York Review of Books', 26 VIII 2002); Maya Jaggi 'The Magician'. 'The Guardian', 17 XII 2005; strona internetowa: www.ursulaleguin.com




Ursula K. Le Guin: więcej o genialnej autorce: http://prorok.pl/guin/art–892,0.html.

Ziemiomorze w Prorok.pl:



1. http://prorok.pl/guin/art–915,0.html – Ziemiomorze, część pierwsza: Czarnoksiężnik z Archipelagu

2. http://prorok.pl/guin/art–918,0.html – Ziemiomorze, część druga: Grobowce Atuanu

3. http://prorok.pl/guin/art–929,0.html – Ziemiomorze, część trzecia: Najdalszy Brzeg

4. http://prorok.pl/guin/art–955,0.html – Dopisane do trylogii Ziemiomorza: Tehanu

5. http://prorok.pl/guin/art–972,0.html – Dopisane do trylogii Ziemiomorza: Inny Wiatr

6. http://prorok.pl/guin/art–990,0.html – Głębiej w świat U. K. le Guin: Opowieści z Ziemiomorza



Pani le Guin posiada także oficjalną stronę internetową: www.ursulakleguin.com

[V.] J. Szczęsna, 'Wysokie Obcasy'
11.08.2007, 10:07

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

V.

Dla mnie honor Jaruzelskiego został najdobitniej ukazany, gdy tfu-kaczor nadał mu jakiś order związany z Syberią (najzupełniej słusznie ze względów historycznych). Gdy Jaruzelski wzruszony stwierdził, że po latach dostrzegł coś ponad podziałami politycznymi, tfu-kaczor się zreflektował i zaczął opowiadać, że order odbierze. Na to Jaruzelski wsadził w paczkę i przesłał wraz z komentarzem, że jeżeli ma to stanowić problem, to on jak najbardziej się zrzeknie. Czy zbrodniarz - niech oceniają historycy. Póki nie został skazany, ma prawo żyć i ma prawo być przyjacielem, kogo zechce. W mojej rodzinie był proboszcz, którego przyjacielem był miejscowy działacz komunistyczny - dlaczego więc Michnik nie miałby prawa do znajomości z generałem?

14.08.2007, 21:10
loco

Dla mnie Jaruzelski jest albo głupcem albo zbrodniarzem. A pewnie jedno i drugie. Ale na pewno nie człowiekiem honoru. Kaczyński Lech jest hipokrytą, a honoru też nie ma. Nasza dyskusja nie ma jednak większego sensu - nazbyt się różnimy. Ale pozdrawiam mr V. :))

14.08.2007, 14:18
V.

Przede wszystkim uważam, że mają prawo żyć i wyrażać swoje poglądy, jeżeli mają tak naprawdę co wyrażać. Jaruzelski ma więcej honoru niż Kaczyński, na przykład, czego dowiedziono przez sytuację z odznaczeniem. Patrząc ze skrajnego punktu widzenia: czy nawet morderca nie może dzielić się swoimi spostrzeżeniami?

14.08.2007, 14:01
loco

Zgadzasz się więc, że PRlowscy generałowie, którzy wprowadzili stan wojenny to ludzie honoru? Ze większym złem jest wskazać zdrajcę, UBeckiego kapusia i go napiętnować niż zdradzić? (tak było w sprawie księdza Czajkowskiego - łajdaki z IPNu ujawniły,że biedny księżulo donosił za pieniądze UBecji - tak to przedstawiała GW) Czuję się antykomunistą, więc poglądy mam inne. Aha, nie przeszkadza Ci, że Maleszka do dziś pracuje w Wyborczej? Podobno pod pseudonimem nadal też pisuje. Tak być chyba jednak nie powinno. Przez długi czas czytałem GW, bo też niewielki był wybór i była to niezła gazeta. Teraz na szczęście są też inne dzienniki.

14.08.2007, 13:58
V.

Widzisz, ja wychodzę z założenia, że przyjaciele moich przyjaciół nie muszą wcale być moimi przyjaciółmi. Ba, chłopak mojej koleżanki może być przecież moim wrogiem. Cenię Michnika za to, co pisze, bo gdy widzę, że coś napisał, to mogę w ciemno założyć, że się z nim zgadzam. Podobnie zresztą jak z większą częścią czołowych redaktorów tejże gazety. Jej sympatie są moimi sympatiami, trudno jest mi więc popierać jakąś inną :)

14.08.2007, 10:09
loco

He,he.. Sie rozpisałem ;-)

14.08.2007, 09:56
loco

""Dziennik" to histerycznie prawicowy, arcypro-PiS-owski szmatławiec." Lubię takie wyważone, umiarkowane i szanujące cudze poglądy opinie. To właśnie zdaje mi się być jedną z największych bolączek dzisiejszej polityki - nieumiarkowanie w słowie. Nie jest tak, że ja mam takie poglądy, a ktoś inne, lecz tak, że ja jestem prawy, dobry i uczciwy, a "kto nie z nami ten nasz największy wróg" (zeby zacytowac klasyka) - wykształciuch, łże-elita, liberał, prawicowy oszołom, drugi Goebels (czy jak to sie pisze), drugi Hitler. Gdy jeden polityk nie zgadza się z drugim nie mówi "moim zdaniem pan się myli, jest pan w błędzie" tylko "poseł iksiński kłamie, łże w żywe oczy". Nie lubię nieumiarkowania i fanatyzmu. Dziennik nie wydaje mi się histeryczny, czy jest arcyproPiSowski? Na pewno bliżej mu do PiSu niż do SLD, ale chyba bez przesady. Sam jestem przeciwnikiem PiSu - głosowałem na PO. A co do gromadki Michnika - o tak, Maleszka (wiecie co zacz?) ma bardzo ciekawą osobowość, bardzo. Niczym Wallenrod prawie. A jakie dokonania!! Faktycznie dużo istotniejsze niż większość dziennikarzy - pewne nie jeden Maleszka kolegę UBekom wystawił. Ciekawe ilu z nich w GW siedzi teraz. Sam Michnik też nadzwyczaj jest interesujący - wątpię czy do nieżyjącego już redaktora naczelnego RZ - Łukasiewicza - Rywin przyszedłby z łapówką - z 17 milionami nie idzie się bez powodu ani na ślepo. Ale nie będę tu oczerniał Michnika, zrobił to już za mnie Ziemkiewicz w "Michnikowszczyźnie" - Ziemkiewicza nie lubię i sceptycznie podszedłem do jego książki, ale to co napisał broni się samo - myślę Valu, że jeżeli jesteś człowiekiem o "otwartym umyśle" ;-) to po lekturze Michnikowszczyzny odrobinę zrewidowałbyś swoja na temat Michnika opinię. Jeszcze jedno - Michnika pogląd na historię jest zdecydowani histeryczny - słyszałeś może o słynnym tekście Michnika "odpierdolcie sie od generałów"?. No i kwestia zasadnicza - Michnik powiedział, że generałowie z WRONy to ludzie honoru (taa.. ), a Jaruzelski i Kiszczak to jego przyjaciele - jeżeli uważasz, że miał w tym racje to nie mamy o czym rozmawiać.

14.08.2007, 09:55
V.

Michnik i "jego gromadka" to ludzie o dużo ciekawszej osobowości i o dużo istotniejszych dokonaniach niż reszta dziennikarzy. Oczywiście z jakimiś konkretnymi zapatrywaniami czy uważaniami można się umiarkowanie bądź wcale zgadzać, ale ogólna idea optymizmu i niehisterycznego poglądu na historię jest warta uwagi.

13.08.2007, 16:24
LL

"Rzeczpospolita" jest piękna wizualnie, stąd też odkąd ma nowego redaktora naczelnego preferuje podziwianie designu i rozkładu szpalt. Trzeba ją czytać bardzo rozsądnie, żeby zbyt dużo toksyn nie przeniknęło do organizmu.

13.08.2007, 14:13
LL

"Dziennik" to histerycznie prawicowy, arcypro-PiS-owski szmatławiec. Axel Springer za pomocą "Faktu" chciał nas kiedyś przekonać, że po Wiśle pływa wieloryb, a dziś za pomocą "Dziennika" próbuje wykreować koalicję PO-PiS. Ludzie mają prawo wierzyć w co im się podoba, ale nazywajmy to po imieniu. "Dziennik" jest w tym samym stopniu pismem liberałów, co "Fakty i Mity" gazetką parafialną.

13.08.2007, 14:09