Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Ziemiomorska cisza bez burzy

recenzja filmu „Opowieści z Ziemiomorza”

[A.] Zaproszenie na przedpremierowy pokaz filmu „Opowieści z Ziemiomorza" otrzymaliśmy od Monolith Films. Serdecznie dziękujemy!




Przed napisaniem tego artykułu bardzo mi zależało, aby przeczytać książki, które podobno miały być w pewnym sensie głównym jego tematem. Teraz – po najszybszym maratonie czytelniczym, w jakim mi przyszło brać udział – twierdzę, że to było kompletnie niepotrzebne. Czemu? Bo od dziś należę do tej niepokojącej mniejszości, która ma jakiekolwiek pojęcie, o czym nakręcono "Opowieści z Ziemiomorza". Smutne, a prawdziwe.

Biorąc pod uwagę wszystko, co potrafi zdziałać nalepka "fantastyka" przy jakiejkolwiek ekranizacji czegokolwiek (czy Tolkienowskiej klasyki, czy nowomodnego "Eragona"), to po prostu nie mogę się nadziwić nad otoczką wokół japońskich “Opowieści z Ziemiomorza". Tak, tego, co to teraz w kinach wyświetlają, kojarzy ktoś? Może komuś się rzucił na oczy plakacik na przystanku albo pokątnie zasłyszał? Ewentualnie czytał wcześniejsze newsy na Proroku, ponieważ istnieje mało innych źródeł, z człowiek by się dowiedział o tym, że tak to nazwijmy, “wydarzeniu kulturowym". Naprawdę jestem pod wrażeniem – chyba po raz pierwszy od bardzo dawna nie zrobiono wielkiego medialnego “bum!" z okazji wejścia na ekrany czegoś z pokroju fantasy. Aż głupio, bo nikt nie wie, czy warto pójść. Brawa za brak oczojątrzącej komercji! Niech żyje swoboda!

Nowy twór Studia Ghibli pod dyktandem Goyo Miyazakiego trzeba ocenić pod dwoma kątami, ponieważ to dosłownie dwa w jednym: i anime, i Ziemiomorze. (Nie)stety to nie Potter, gdzie mamy czarno na białym genezę produkcji – "otom był został stworzony, by pokazać tłumom historię niedorosłego, pechowego Wybrańca". Dalekowschodni koledzy zagwarantowali ziomkom z reszty świata coś zupełnie innego. Siedząc na schodach w sali warszawskiego "Atlanticu" (po dziesięciu minutach spóźnienia byłoby co najmniej niemiłe zacząć kręcić się po wszystkich rzędach w poszukiwaniu wolnego fotela) miałam wrażenie, że przed moimi oczami rozgrywa się jakaś walka na gumowe miecze. Japończycy bili się z le Guin, starając się stworzyć nową, poruszającą widzów jakością anime, wciskając jej fabułę w ciasne rysunkowe kadry, zaś ta (w sensie le Guin jako taka) broniła się zacięcie, wypływając dziwnym, niezrozumiałym potokiem treści po bokach. Wszystko w kojącej, ascetycznej ciszy lub przy łagodnej muzyczce. Widok dość niecodzienny
Ale przydałyby się w końcu konkrety.

Pierwsze oblicze – anime

Kto się zetknął z wcześniejszymi produkcjami Studia Ghibli choć odrobinę kojarzy, w czym rzecz. Mamy powalającą dokładnością, realizmem i kreską scenerię, czasami aż nazbyt schematyczne postaci, które wycinają się przy takim tle jak kreskowy człowieczek przy Rembrandcie oraz nieznane ludziom Zachodu techniki malarskie, dzięki którym woda to woda, potwór z glist to prawdziwa szkarada, a nas wwierca w krzesło. Wrzucamy do jednego kociołka, mieszamy i, o ile nic nie popsujemy, wychodzi nam małe arcydzieło. Jeżeli chodzi o ten aspekt, to prawie się nie zawiodłam. Animatorzy pokazali, co im wychodzi najlepiej i chwała im za to. Przyjemnie odpocząć, patrząc na gospodarstwo Tenar czy architekturę Hort zamiast na przerysowaną scenografię z "Eragona". Chociaż gdy przewijał mi się na ekranie Krogulec z tym białym zygzakiem na poliku zamiast blizn albo Arren z mangowymi, zapłakanymi ślepiami, to tak trochę... Słabo mi było. Jednak dało się przecierpieć, ale wrażliwym nie polecam.

Nareszcie, jak już wiadomo jak to wygląda z anime, przejdziemy do konkretów, czyli treści. "Opowieści z Ziemiomorza" to nie początek kolejnej filmowej serii z magią w roli głównej, lecz adaptacja zaledwie trzeciej i czwartej części cyklu (dla przypomnienia: "Najdalszy brzeg" i "Tehanu"). Zdziwiłam się, bo spokojnie można by zacząć od "Czarnoksiężnika z Archipelagu" i "Grobowców Atuanu", jak nakazuje święta chronologia, i podzielić całość na dwa “małe arcydziełka". Większy zysk producentów i mniej do domyślania się dla widza-szaraczka. A tak, to mamy Ziemiomorze w pigułce, z czego w sumie możemy się cieszyć. Tasiemców z ciągłym syndromem napięcia przedpremierowego i gonitwą za nowinkami mamy już nadmiar, przyda się coś w koncentracie. Natomiast jeżeli ktoś liczył na ładne, szczegółowe przedstawienie, to niech wybierze z repertuaru coś innego; inaczej poczuje się jak osioł wystawiony na pastwę chwytu z kijem i marchewką.

Przyznaję się uczciwie – poszłam na film kompletne nie znając fabuły czy Ursuli le Guin jako takiej. Kajam się i obiecuje poprawę. Nadrabiałam dosłownie kilka godzin temu i dochodzę do wniosku, że... zgubiłam się w tym dziwnym kosmosie między realiami książki a ekranem. Z perspektywy książki to już nie bitwa na gumowe zabawki, a jatka z kijami bejsbolowymi! Prawda, ciężko przedstawić świat tak niekonwencjonalny, oparty bardziej na filozoficznych rozważaniach niż porządnych podwalinach soczystych opisów z zachowaniem szczegółowego ciągu wydarzeń, lecz to, co zaserwował Miyazaki, przerasta nawet luz i spontan Braci Warners. Wychodzę od założenia, że skoro miliony fanów potrafi samych zabazgrać na kartkach zeszytów od geografii własne wyobrażenia podróży Arrena i Krogulca, to profesjonaliści nie powinni mieć z tym większych problemów. I się widocznie przeliczyłam. Wedle "Opowieści z Ziemiomorza" Arcymag odbija chłopca z rąk łowców niewolników nie na pełnym morzu, lecz z wozu w lesie, zaś samo pojmanie zorganizował Zając w ramach małej zemsty za wyratowanie Terru od “niemiłych konsekwencji spotkania z agresywnymi samcami". Domyślam się, że większość nie ma bladego pojęcia, o czym właśnie napisałam, więc w skrócie dodam: akcja, choć trzyma się kupy, absolutnie nie zgadza się z tym, co spłodziła le Guin. Podobieństwo widać jedynie w pojedynczych, króciutkich scenach, a całość przypomina niezdarnie ułożoną kostkę Rubika. Ostrzegam, żeby później nie było zgrzytania zębami – nie idźcie na to, jeśli nie mieliście w łapach wcześniej książki. Ja tak zrobiłam i siedzę nad tymi cudami literatury, próbując jednocześnie dopasować elementy kinowej układanki oraz rozgryźć, czym kierowali się twórcy, wybierając takie a nie inne fragmenty. Pomysł posłużenia się Ziemiomorzem do stworzenia własnej historii przedni, lecz to się plagiatem nazywa. Cóż, przynajmniej się z tego wywinęli, podając nazwisko pisarki.

Summa summarum jako zwykły widz jestem... naprawdę zadowolona. Trudno wierzyć? A jednak. Bo mimo dość licznych gaf, jakie strzelili producenci, "Opowieści z Ziemiomorza" mają coś, czego tak strasznie brak w tak dobrze nam znanych hollywoodzkich ekranizacjach ukochanej fantastyki – nastrój. W ciągu ponad dwóch godzin udało mi się poznać kilka interesujących zdań o życiu i śmierci, pozachwycać się, przestraszyć, wyciszyć. Rozpadający się Cob rzeczywiście przeraża, a nie śmieszy jak znany i lubiany Lordzio Voldzio, milczenie to milczenie, nie popis dźwiękowców, a magię czuć w każdej sekundzie. Naiwnie by brzmiało stwierdzenie "śliczny", więc uważam, że ten film uderza w taki punkt gdzieś pod kopułą czaszki, gdzie czai się coś w rodzaju poczucia estetyki w neurologicznym sąsiedztwie ze skłonnością do refleksji. Oczywiście, jeśli ktoś posiada takowe atrybuty, zupełnie dzisiaj nieprzydatne. O, pod tym względem popołudnie z popcornem na sali w Cinema City może nie zostać zmarnowane. Ukłon w stronę Japończyków, że uchwycili tą swoistą atmosferę dzieł le Guin, w innym wypadku straciłabym wiarę w ludzi. Uff.

I nie ma burzy medialnej. Nie ma tłumów przed seansami, masowych pielgrzymek ze szkół podstawowych ani obrzucania się orzeszkami z sąsiadem. Nikt się nie pojedynkuje o plakaty, dziewczęta nie mdleją, nie powstają "blogaski"... chyba (z twórczością małoletnią nigdy nic nie wiadomo, może jeszcze "majlogowicze" się nie rozbudzili i szykują strategię podboju sieci?). I mam ogromną nadzieję, że tak pozostanie. Niech zostanie chociaż jeden film, który będę mogła ze stoickim spokojem oglądać jako nieskalany obłędem spod znaku "fantastyka dla mas, kup pan cegłę!".
Gorzej, że prawie nikt tego nie obejrzy. Bo za poważny, za nudny, za dziwny, nierozreklamowany i w ogóle fe. Ale nie można mieć przecież wszystkiego.




Oficjalna strona filmu: Opowieści z Ziemiomorza
więcej o U.K. le Guin: http://prorok.pl/guin/

Iguanka
27.05.2007, 10:43

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Yevaud

Witam. Mój pierwszy wpis tutaj. Trafiłem bo wrzuciłem w googla Yeavaud i znalazłe Twoje opowiadanie. Całkiem fajne. Ale... Manga i Ziemiomorze - ciekawa koncepcja. Powiem tak - milośnicy mangi do znacznie bardziej skomplikowanej fabuły są przyzwyczajeni. W Japoni robi się często animacje zamiast filmów fabularnych. W kręgu kultury occidentalnej to co rysunkowe jest z reguły dla dzieci. Tam nie. I nie mam na myśli erotyki. Coż - Opowieści z Ziemiomorza - są taką dosyć tpową mangą - na początku troche zakręconoą i dopiero po zobaczeniu całości niektore zagadki sie rozwiązują. Nie zgodzę się tez z twierdzeniem, jakoby wykorzystany był tylko 3 i 4 tom "ziemiomorza". Przecież cień Arrena jest pomysłem z "Czarnoksiężnika z Archipelagu", tylko jakby w luastrzanyn odbiciu. Mniejsza z tym. Podobno Ursula K. Le Guin była na filmie i stwierdziła: "Bardzo ładny, tylko, ze to nie moje książki." To chyba najlepsze podsumowaie flimu pt. "Opowieści z Ziemiomorza". To nie są opowieści Le Guin. Owszem - gdzieś tam inspiracją pewnie były, ale już w nazwenictwie widać pewną nieścisłość - w filmie "opowieści z Ziemiomorza" bardzo mało jest morza. Wiecej pustynnego piasku się pojawia. W książkach morze spełniało zaś dość istotną rolę. Reasumuuąć: Nie zgodzę się absolutnie z autorką. Oglądajcie tylko, jeśli nie znacie tekstu książki. Jest to naprawde ładny film, ale, jeśli ktoś, jak ja, kocha Ziemiomorze, poczuje sie strasznie oszukany. Kilka tygodni zajęło mi dojście do wniosku, że film też ma jakąś wartość. Dopiero ponowne jego obejrzenie, gdy już byłem odarty ze wszelkich złudzeń co do treści - pozwolilo mi docenić film.

14.12.2009, 23:28
Mary

Taki zwrot po prostu "wróg publiczny", bo podkreślić wagę sytuacji.

11.06.2007, 19:40
Agrypine S.

Acha. Wybaczcz więc. Ponadto, zawsze byłam zdania, że jeżeli wróg jest PUBLICZNY, to znaczy, że nie może być tylko czyjś, w tym przypadku - Twój. "Don't move! I lost my brain!!!"

11.06.2007, 16:41
Mary

Po pierwsze, to napisałam "mój szanowny wróg publiczny", co chyba mówi samo za siebie i nie wiele to ma wspólnego z twoim wrogiem publicznym, wiec proszę nie nad interpretować. Po drugie, to Ciebie pytałam o twoją karierę, a o karierę Vala, jego samego. Po trzecie - moja kariera? Ja i kariera? Nie wierzę w siebie aż tak bardzo, by choć żartować na ten temat.

11.06.2007, 00:25
Agrypine S.

*natomiast

10.06.2007, 22:45
Agrypine S.

Hm... Po pierwsze, nie mam powodu, żeby Valaraukara uznawać za wroga publicznego. Po drugie, w jakiej dziedzinie on chce, to ja nie wiem, bo i skąd? mogę się tylko domyślać. Natomist w jakiej ja planuję? Nie wiem... Różne pomysły pojawiają się cyklicznie w mojej głowie... Po prostu, spieszcie się z zamówieniami na autografy, tyle ^.^ . A Ty, Mary? Jak tam z Twoją karierą in spe ?

10.06.2007, 22:44
Mary

Zabrzmieć nie mogło, ale może źle to ujęłam. Więc w jakiej dziedzinie planujesz karierę Agrypine, a w jakiej mój szanowny wróg publiczny?

10.06.2007, 20:43
Agrypine S.

Zabrzmiało, jakbym użyła translatora... ***kto lepiej odwali robotę*** miało być ;)

10.06.2007, 11:05
Agrypine S.

To zabrzmiało, jakbyś nas posądzała, że zamierzamy pracować przy jednym biurku, sprawdzając skrupulatnie, kto zrobi lepiej odwali robotę :/

10.06.2007, 11:04
Mary

W jakiej dzidzinie planujecie karierę, jeżeli mogę wiedzieć?

9.06.2007, 23:53