Dwie uncje ironii, szczypta sarkazmu i trochę dekadentyzmu
Opowiadanie chciałam zadedykować mojej przyjaciółce, której nie ma na tym forum, Rory Snape.Pragnę także podziękować mojej becie ~Fru~ za wytrwałość i cierpliwość jaką wykazała podczas korekty tej pracy.
Odsłona I
Lalki
Była noc. Księżyc, jak na niego przystało, był w pełni. Wilkołaki, wampiry i tym podobne istoty mogły więc spokojnie wyjść na żer, nie martwiąc się o obowiązujące w powieści normy. Co prawda, Remus Lupin musiał w tym celu odwołać jakże urocze spotkanie z pewną różowowłosą półwilą i bynajmniej nie poprawiło mu to humoru. Szkoda, ubolewał, że słowa tak mnie ograniczają. No i ten cały kanon.
Remus był przekonany, że gdyby autorka opowieści o Harrym Potterze dowiedziała o jego tajemniczych wyprawach do lasu podczas pięknych słonecznych dni, kiedy to ptaki świergotały na drzewach, a jednorożce pasły się na polanie w blasku złocistych promieni, nie dożyłby następnego tomu. W dodatku noc była chłodna i bynajmniej nie romantyczna – kompletna katastrofa.
Remus z westchnieniem pomyślał o swojej nowej kochance i przytulnych kątach jednej z jego ulubionych kawiarenek w Hogsmeade, „Pod zalanym wampirem”. To była jedna z tych chwil, kiedy większość normalnych ludzi powinna odpoczywać w dogodny dla siebie sposób, tymczasem poziom satysfakcji Remusa osiągnął stopień minus pierwszy i wilkołakowi w najmniejszym stopniu się to nie podobało.
Tak naprawdę to powinien się cieszyć, bowiem w znacznie gorszej sytuacji był właściciel dużego, haczykowatego nosa i przetłuszczonych włosów do ramion, obecnie rozrzuconych w artystycznym nieładzie na czarnej poduszce. Tak na marginesie, Severus uwielbiał czerń, bo jak twierdził napawała go optymizmem i jakąś niezdrową satysfakcją. To dlatego Potterowi oceniał prace wyłącznie czerwonym długopisem.
Tej nocy Severus miał naprawdę ładny sen. Powiedział Jamesowi Potterowi, że jest największym kretynem w całej historii Hogwartu, a jego eliksir wygląda tak, jakby ktoś właśnie pomylił toaletę z kociołkiem, następnie wstawił mu pałę z trzema wykrzyknikami i podpisał się pod jego kartą egzaminacyjną z ogromnym zawijasem. Nie miał pojęcia, jak mógł egzaminować człowieka, z którym chodził do szkoły, ale po głębszym zastanowieniu stwierdził, że widocznie ktoś wreszcie docenił jego geniusz i wprost proporcjonalny do niego kretynizm Jamesa. Miał na końcu języka jeszcze kilka rozkosznych określeń, kiedy nagle coś wyrwało go z błogosławionego stanu marzeń sennych i cała wizja natychmiast się rozwiała. Severus otworzył jedno oko – było ciemno. Severus otworzył drugie oko.
Nad nim stał Albus Dumbledore. Snape przewrócił się na drugi bok z obrażoną miną.
– Severusie – powiedział dyrektor.
– Mhm? – Mistrz Eliksirów jeszcze nie zdążył złapać kontaktu z rzeczywistością. Nadal kroczył po grząskich terenach podświadomości.
– Ogromnie mi przykro, że wyrwałem z jakże przyjemnego snu – zaczął z rozbawieniem dyrektor, zupełnie tak jakby wiedział, jak rozkoszną ekstazę przeżywał przed chwilą jeden z najbardziej osobliwych członków grona pedagogicznego.
– Mhm – stwierdził Severus pokojowo. Tak naprawdę, nie była to wina dyrektora i Severus dobrze o tym wiedział. Szkoda, pomyślał, że bohaterowie książek nie mogą zamordować ich autorów. Byłoby to jedno z najbardziej pożytecznych zabójstw w całej ludzkości. No i fabuła zrobiłaby się znacznie ciekawsza. Tylko że istniał jeszcze jeden problem – nie miałby kto jej spisać, byłaby tylko niewyraźną projekcją, złożoną z luźnych fragmentów myśli, strzępków wyobraźni i przebłysków weny zmarłego już pisarza. To mogłoby mieć bardzo zły skutek dla wykreowanego świata. A gdyby te luźne kawałki dostały się w niepowołane ręce, mogłaby wybuchnąć prawdziwa katastrofa. I to właśnie zawsze pocieszało Severusa: mogłoby być gorzej.
Właściciel haczykowatego nosa usiadł na łóżku, a dyrektorowi zrobiło się go żal. Wyglądał jak opuszczona przez wszystkich sierota. Bardzo dojrzała i wściekła sierota, która, gdyby tylko mogła, najchętniej wyładowałby swoją złość na pobliskich meblach. Ale w tym wypadku nie byłaby to opłacalna akcja. Severus coś o tym wiedział. Miał duże doświadczenie.
– Widzisz, Harry miał wypadek – zaczął dyrektor, postanawiając od razu przejść do sedna, gdyż w przypadku Mistrza Eliksirów była to najlepsza taktyka.
– I co? Mam skontaktować się zakładem pogrzebowym czy może wymyślić wyciskający łzy z oczu emblemat? – spytał z nadzieją w głosie Snape, a w duchu pomyślał: już mam pomysł na tytuł Jak zginął Potter, czyli najszczęśliwszy dzień w życiu Severus Snape’a.
– Nie czas na żarty, Severusie – powiedział poważnie dyrektor.
Nauczyciel był innego zdania – dla niego pora była odpowiednia, ale jeżeli chodzi o Pottera, to na ironię i sarkazm zawsze był właściwy czas.
– Co mam zrobić? – spytał w końcu kwaśno, po czym wstał wreszcie z łóżka, odprowadzony usatysfakcjonowanym spojrzeniem Dumbledore’a.
– Uwarzyć eliksir przeciw ugryzieniu wampira.
Severus popatrzył na dyrektora tak, jakby ten skoczył z Marsa na główkę i powiedział: Hello my darling, co u was słychać? Bo u mnie trochę nudno, zwłaszcza nocami.
– Co? – powiedział.
– Uwarzyć eliksir przeciw ugryzieniu wampira. Jeżeli zażyje się go do godziny po ukąszeniu, uniknie się… hmm… przykrych konsekwencji. Nie mam racji?
Severus bez słowa wyjął swoją szatę z szafy.
– Mógłbyś poczekać za drzwiami, Albusie? Chciałbym się przebrać.
– Och – dyrektor machnął ręką. – Nie trzeba, ja sobie popatrzę na jakże uroczy widok z okna, a ty się nie krępuj.
– Albusie? – Snape nie wydawał się przekonany co do racji dyrektora.
– Tak?
– Jest ciemno.
– Severusie – Albus popatrzył na niego z uśmiechem. – Ja, wbrew plotkom, mam orientację seksualną typową dla staruszków w moim wieku pogrążonych w… – zamilkł na dłuższą chwilę, a Severus wstrzymał oddech. Dyrektor bardzo rzadko mówił o swojej przeszłości, nie mówiąc już o życiu prywatnym. – …bardzo miłych wspomnieniach. – Severus ze świstem wypuścił powietrze.
– Ale ja…
– O twoich problemach, Severusie, porozmawiamy kiedy indziej.
Severus skapitulował, ale ze zdegustowaną miną co jakiś czas zerkał na dyrektora, który z rosnącym zainteresowaniem i zupełnie niezrozumiałym dla Snape’a zafascynowaniem, wpatrywał się w ciemność.
Mistrz Eliksirów dostrzegał w nocy tylko jedno piękno – była czarna.
~*~
Potter wyglądał gorzej, niż po lekcjach eliksirów. Severus zawsze zakładał się z samym sobą, po jak krótkim czasie wyprowadzi Pottera z równowagi. Rekord wynosił dwie minuty i piętnaście sekund plus dwutygodniowy szlaban, ale to w ramach promocji.
Chłopak był blady i Mistrz Eliksirów obawiał się, że zaraz straci przytomność, a bynajmniej nie miał ochoty na reanimację. Na jego łabędziej szyi widniały dwie piękne, krwawe plamki. Ciekawe od kiedy Potter jest kobietą, pomyślał zjadliwie Snape, przypominając sobie stare, bzdurne mugolskie legendy na temat wampirów, według których ofiarą tych stworzeń padały wyłącznie dziewice. Miał ochotę powiedzieć to na głos, ale stwierdził, że jego ukochany uczeń jest zbyt zmęczony, by cokolwiek do niego dotarło. A Snape nie lubił, kiedy jego ironia się marnowała, rozpływając się bezszelestnie w powietrzu.
Przeszukiwał półki pełne podłużnych fiolek, wypełnionych bulgoczącymi płynami, a z niektórych wydobywał się mocny, podrażniający zmysły zapach siarki. Snape powiódł wzrokiem wzdłuż rzędu zakurzonych regałów, jego wzrok prześlizgnął się błyskawicznie po probówkach wypełnionych truciznami, dłużej zatrzymując się na tej wypełnionej szkarłatnym, gęstym płynem.
– Lubisz czerwony, Potter? – Mistrz Eliksirów wypowiedział na głos jedną z wielu myśli, wędrujących mrocznymi korytarzami jego mózgu.
Harry popatrzył na niego półprzytomnym, zamglonym wzrokiem.
– Tak, sir – powiedział nieco zdziwiony pytaniem.
Snape uśmiechnął się zjadliwie, jeszcze raz obdarzając wyjątkowo paskudnym spojrzeniem buteleczkę z trucizną.
– Ja też, Potter.
Nauczyciel zebrał wszystkie składniki potrzebne do uwarzenia eliksiru i pochylił się nad kociołkiem. Jego okoloną czarnymi włosami sięgającymi ramion bladą twarz spowiły gęste smużki zielonkawej pary.
– Ucz się, Potter. Popatrz jak to się robi profesjonalnie. Chociaż… – dodał po chwili, czując na sobie wściekłe spojrzenie chłopaka i zdając sobie po raz tysięczny sprawę, jak ogromną satysfakcję mu to sprawia. – Obawiam się, że to nic nie pomoże. Wbrew twoim złudnym nadziejom, Potter, na kretynizm nie ma lekarstwa. A nawet jakby było, to potem na klęczkach błagałbyś o antidotum. Bo gdybyś nie był takim idiotą, jakim jesteś i miał więcej szczęścia niż rozumu, to by cię tu teraz nie było.
Harry zdał sobie sprawę, do czego zamierza nauczyciel. Nie miał siły, żeby odpowiadać. Ta cała przygoda w lesie, to wszystko sprawiło, że jego limit prowadzenia rozmów, dochodzenia do jakiś słusznych wniosków, uganiania się za tajemnicami, a tym bardziej tłumaczenia się z nich, wyczerpał się. Nie powiedział nic. Tylko złość unosiła się w powietrzu. Złość i wściekłość, wibrująca z coraz większą furią. Jej ośrodkiem był blady, czarnowłosy chłopak siedzący na krześle. I Snape doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego niezrażony, a wręcz zachęcony milczeniem, ciągnął dalej.
– Ja bym się na twoim miejscu poważnie zastanowił, Potter. Wampiryzm może dodać ci blasku i chwały. Przecież chcesz się w niej pławić. – Głos Mistrza Eliksirów ociekał ironią. – Powstałyby legendy. Wyobrażasz sobie Potter, jakie to musi być wspaniałe uczucie być samym jądrem legendy, jej centrum?
Harry nie wyobrażał sobie.
– Wysysać krew z niewinnych dziewic. Panna Granger doskonale by się do tego nadawała, o ile zdążyłem zauważyć utrata dziewictwa raczej jej nie grozi. Miałbyś masę fanek, Potter. Co noc inna w twoich ramionach.
Harry i tym razem nie skomentował. Słowa w ogóle przestały do niego docierać. Poczuł się nagle strasznie samotny i oddalony od tego, co miało miejsce w gabinecie. Zapadał się w spokój i ciszę, ale drażniły go one bardziej, niż słowa nauczyciela. Stawały się wszechobecne i Harry czuł, że zajmują powoli całą przestrzeń wokół niego, dławiąc w gardle krzyk i zmęczenie, dusząc cały sens.
I nagle wszystko przestało mieć znaczenie. Fala minionych wydarzeń, tajemniczy krzyk w lesie i czarny kształt, który oderwał się nagle od ciemnej masy ciemności, białe kły i ciepła krew spływająca po jego szyi, wrzask jego przyjaciół. Łzy Hermiony i przerażenie Rona. Tak jakby to wszystko zdarzyło się poza nim, jak inna bajka.
A może, pomyślał chłopak, właśnie staję się częścią innej opowieści? Może wyrwałem się ze szponów autorki i nigdy już nie będę częścią historii dla dzieci i dorosłych, wspaniałej baśni o Harrym Potterze, która uwiodła tyle ludzi na świecie? Może zmienię imię i będę tylko zwykłym tchórzem, jedną z wielu pobocznych postaci, osobą bez wpływu na fabułę i wydarzenia, bez przyszłości? Zaplątany w wątki, których nie zrozumiem?
I właśnie w tej chwili wszystko wróciło na swoje miejsce. Słowa wskoczyły w odpowiednie rubryki, a Harry znów przechadzał się po kartach powieści, gdzieś między sto pierwszą a sto trzecią stroną.
I znów słyszał zjadliwy głos Severusa Snape’a, nauczyciela eliksirów, którego nienawidził prawie tak samo jak Voldemorta.
– Pij, Potter, nie będę cię poił. Bycie pedagogiem tego nie obejmuje i dzięki ci za to, Merlinie.
Harry wypił, a ręce trzęsły mu się okropnie. Czuł się słaby i wycieńczony, zupełnie jak gdyby właśnie przebiegł bardzo długi dystans.
– A teraz – odezwał się Snape. – Opowiesz mi, co zdarzyło się w lesie. Dyrektor – ciągnął po kilku sekundach milczenia, podczas których jego słowa powoli rozpływały się w umyśle Harry’ego, powodując wzrost negatywnych emocji, takich jak złość i gniew – jak sądzę, zapomniał o najważniejszym.
Harry spojrzał pytająco na nauczyciela. Jego oczy płonęły złością i zrezygnowaniem jednocześnie. Severus wyczytał zmęczenie na twarzy chłopaka. Wiedział, że marzy teraz tylko o jednym – żeby położyć się do łóżka. Ale Severus nie zamierzał mu tego ułatwiać. Potter przerwał mu jeden z piękniejszych momentów na liście jego życia. I co z tego, że po części była to inwencja twórcza autorki, w której wyobraźni byli głęboko zakorzenieni? Liczyło się to, że sprawcą był Potter. A jego Snape nigdy, ale to przenigdy, nie zamierzał usprawiedliwiać. Nauczył się tego, kiedy tylko zobaczył go pierwszy raz.
– Zapomniał dać ci szlaban – usta Snape’a wykrzywił złośliwy uśmieszek – Tak, Potter, dobrze słyszysz, szlaban – ostatnie słowo wypowiedział bardzo powoli i dokładnie, tak żeby nie było miejsca na jakiekolwiek wątpliwości.
– Spierałabym się, Severusie – powiedział nagle kobiecy, ostry głos. Do gabinetu weszła Minerwa McGonagall.
– Już po raz drugi dzisiaj odebrano mi prawo do przyjemności – rzucił buntowniczo Severus w stronę nauczycielki, kiedy Potter udał się do skrzydła szpitalnego, odprowadzony przez panią Pomfrey. Nauczycielka transmutacji pomyślała, że wygląda w tej chwili jak duże dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
– Dobrze wiesz, Severusie, że to nie ja. Wiesz to bardzo dobrze.
– Tak Minerwo, oboje o tym wiemy.
– Masz jej to za złe? – spytała poważnie po chwili milczenia.
– Nie, bez niej byśmy nie istnieli. Dała nam świadomość i odebrała wolę, a przynajmniej jej większość. Marionetki, jesteśmy jak marionetki, Minerwo. Żeby było zabawniej, świadome do bólu marionetki.
Odsłona II
Maski
Severus uniósł brwi, kiedy przeczytał nagłówek artykułu w „Proroku Codziennym”. Zawsze wierzył w inwencję twórczą i potęgę wyobraźni jego redaktorów, ale nigdy nie przypuszczał, że posuną się aż do takiego absurdu. Gdyby potrafił dostać niekontrolowanego ataku śmiechu, z pewnością ta katastrofa nastąpiłaby dokładnie w tej samej chwili, kiedy sięgnął po gazetę. Ale Snape ani nie umiał, ani nie lubił się śmiać, przeczyło to wizerunkowi przerośniętego nietoperza, jaki kreował od lat. W związku z tym rozsiadł się tylko wygodnie na krześle, wyłożonym czarnym, aksamitnym materiałem i zagłębił w lekturze. Jedną z ulubionych czynności Severusa, zaraz po dręczeniu Pottera, było komentowanie, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach składające się z kąśliwych uwag. Jednak Mistrz Eliksirów oddawał się tej czynności tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ktoś go słuchał.
Tego ranka nadarzała się znakomita okazja – koło Severusa siedział dyrektor. Dumbledore był jak gąbka. Wchłaniał doskonale.
– Jak myślisz, Dumbledore, co robią wilkołaki w dzień? Opcja randki i seksu odpada.
Dyrektor taktowanie zachował milczenie. Nie chciał odbierać Severusowi satysfakcji wygłaszania swojej opinii. Kiedyś doszedł do wniosku, że gdyby Mistrz Eliksirów żył w starożytności, byłby jednym z doskonalszych mówców. Tylko prawdopodobnie szybko zakończyłby swoją karierę. Zwłaszcza, jeżeli zacząłby komentować ówczesną sytuację polityczną, chyba że ironia potrafiłaby zabić.
– Tak się zastanawiam… – twarz Severusa wykrzywił paskudny uśmieszek, którego mogłaby mu pozazdrościć sama śmierć, oczywiście zakładając, że opanowała zdolność do uśmiechu.
– Jaka jest różnica między wariatem a redaktorem „Proroka Codziennego”. I dochodzę do wniosku, że tych drugich nie da się wyleczyć. Mają tak od urodzenia. A ten artykuł – nauczyciel rzucił przelotne spojrzenie na wspaniale prezentujące się różnokolorowe zdjęcie wilkołaka w otoczeniu wiosennych kwiatów – tylko potwierdza moją teorię. – zakończył dramatycznym tonem.
W tym miejscu zaznaczyć należy, że jakkolwiek Snape nie darzył sympatią jednej z popularniejszych gazet w świecie czarodziejów, co z podziwu godną wytrwałością afiszował przy każdym posiłku, to bardzo cenił Ritę Skeeter.
Gdyby był romantykiem, wysłałaby jej kwiaty z dopiskiem Od fana i wielbiciela aż po grób, za te jakże cudowne artykuły o Potterze.
Gdyby był realistą, powiedziałby jej wprost, że pod względem plotkowania zdecydowanie nie ma sobie równych.
Ale Snape nie należał ani do pierwszego, ani do drugiego gatunku. Poza tym był zdania, że to, co można powiedzieć o artykułach pani R. tego z całą pewnością i spokojem sumienia nie można powiedzieć o niej samej, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty redaktorki. Posługując się takim sposobem myślenia postawił na egoizm, wykorzystując pewne cytaty – perełki, do swoich osobistych celów.
– Obawiam się, Severusie – stwierdził ostrożnie dyrektor, który zdążył już zapoznać się z artykułem w czasie, kiedy Snape pochłaniał swoją owsiankę – że tym razem tekst ten jest godny uwagi i przemyślenia, ktokolwiek by go nie napisał.
Łyżeczka nauczyciela eliksirów z głośnym brzękiem wylądowała w owsiance, przy okazji rozchlapując znajdującą się w niej zawartość na wszystkie możliwe strony, co spowodowało karcące spojrzenie Minerwy.
– Też tak myślę. Zdecydowanie powinni się nim zająć naukowcy ze św. Munga. Mogę im nawet podsunąć tytuł pracy naukowej. „Wpływ halucynacji na rozwój psychiczny czarodzieja, czyli jak cywilizacja zaczyna się cofać, ale zupełnie inną drogą niż przyszła” albo „Historia współczesnej ewolucji, czyli od człowieka do orangutana” z dopiskiem: „Króliki doświadczalne – redaktorzy „Proroka Codziennego”. To miałeś na myśli, dyrektorze, prawda? – upewniał się Snape. – Bzdury wypisywane przez Proroka?
Albus Dumbledore czekał w spokoju, aż Severus uwolni z siebie dostateczną ilość ironii, choć jeżeli chodziło o Mistrza Eliksirów, jej pokłady były niewyczerpane.
– Albusie?
– Tak?
– Mam rację, prawda? Powiedz, że mam.
– Nie do końca. Te plotki są całkiem… Hmm, obawiam się, że należy brać je całkiem na poważnie.
– To znaczy – Snape starannie próbował dobrać słowa. – że ty, Albusie, chcesz mnie przekonać do swoich racji?
Severus zaczął się zastanawiać, tak swoją drogą już nie pierwszy raz, czy dyrektor kiedykolwiek tak naprawdę pojmie znaczenie słowa niemożliwy i fakt, że w przypadku dojrzałych już i w pełni ukształtowanych opinii pana S., limit cudów już dawno się wyczerpał.
– Właśnie to chcę zrobić.
– Acha – skwitował ze stoickim spokojem Mistrz Eliksirów, po czym przeniósł swoje spojrzenie z dyrektora na artykuł, a uczynił to w takim skupieniu, jakby to, co właśnie usłyszał trzeba było ostrożnie przełknąć, tak żeby się nie zakrztusić, a potem pozwolić równie ostrożnie się przetrawić, aby nie nabawić się wrzodów żołądka.
– No więc – podjął po chwili. – Chcesz mi wmówić, że mamy wilkołaka. Takie duże, niekształtne coś, co przy bliższym poznaniu wygląda jak chory na krzywicę olbrzym. – Ujrzał przed oczami wyobraźni obraz tamtej nocy, kiedy to James i Syriusz zrobili sobie z niego kawał. Głupi i śmiertelnie niebezpieczny kawał. Wspomnienie to zawierało się w kategorii nie otwierać, ale teraz wbrew woli wyrywało się na wolność z głośnym krzykiem. Snape skrzywił się nieznacznie, niemal niezauważalnie.
– Na dodatek – zaczął. – temu wilkołakowi ktoś powybijał wszystkie zęby, po czym, żeby efekt był bardziej dramatyczny, powkładał je z powrotem, tylko do góry nogami. I to coś, kiedy jeszcze było w ludzkiej postaci, stwierdza, że ma ochotę na przemianę? Idzie sobie więc na polowanie, na dodatek spacerowym krokiem, żeby przypadkiem nie przegapić jakże cudownych dla oka uroków fauny i flory?
– Dokładnie.
Nastąpiła długa chwila milczenia, podczas której Snape wpatrywał się w uśmiechniętego Dumbledore’a. Dumbledore w niedowierzającego Snape’a. A potem Snape nagle odwrócił wzrok i udawał bardzo pochłoniętego swoim śniadaniem.
– Jesteś pewien – zaczął po pewnym czasie, zupełnie tak jakby chciał zmienić temat, zaznaczając jednocześnie, że są to tylko pozory – że się wysypiasz, Dumbledore? Nie jesteś przypadkiem… ekhem… za bardzo przepracowany?
Mistrz Eliksirów miał naprawdę dobre chęci i z całych sił starał się być jak najbardziej taktowny i delikatny. Tylko że mu nie wychodziło. Severus miał szacunek do dyrektora. Była to pierwsza i zarazem przedostatnia osoba, zaraz po Minerwie, przy której miał wrażenie jakby wciąż był niedojrzałym jedenastolatkiem. Dlatego starał się by jego pytanie zabrzmiało obojętnie. Cóż miał poradzić na to, że jego struny głosowe znowu odmówiły posłuszeństwa? W ciągu dwudziestu lat pracy uległy całkowitej mutacji ironiczno–sarkastycznej, nic więc dziwnego, że teraz się zbuntowały.
– Najzupełniej – odpowiedział gawędziarskim tonem dyrektor, który właśnie pilnie studiował zawartość swojego kieliszka.
– Acha – stwierdził Severus.
– … – skomentował dyrektor.
– Acha – stwierdził ponownie Snape, dając jedyny w swoim rodzaju popis elokwencji.
– … – odpowiedział dyrektor.
– Acha – Severus naprawdę usilnie próbował skupić swoją uwagę na kimś lub czymś innym. Przypadkiem jego wzrok zatrzymał się na Potterze. Snape posłał mu jedno ze spojrzeń zarezerwowanych wyłącznie dla chodzących sław. Snape uwielbiał patrzeć na Pottera, kiedy ten był w czwartej klasie, a Rita pisała swoje słynne artykuły. Wywoływało to co prawda niedwuznaczne spojrzenia dyrektora, ale niewiele go to obchodziło. Uwielbiał patrzeć i delektować się zmianami malującymi się na twarzy chłopaka, kiedy Hermiona cytowała co ciekawsze fragmenty z Proroka. Początkowo na twarzy Pottera zastygała maska, a na niej poczucie triumfu, wielkości i wyjątkowości. Potem stopniowo, jak na prawdziwą tragedię przystało, z każdym kolejnym zdaniem maska marszczyła się i kurczyła, by wreszcie odsłonić prawdziwe uczucia i emocje. Krople rzeczywistości zmywały z niej misternie utkane poczucie wyższości, pozostawiając tylko złość i wściekłość. Porażkę.
Potter był taki jak James – dumny, butny i pewny siebie, jakby zjadł wszystkie rozumy. Jak gdyby myślał, że sławę i popularność buduje się poprzez urodę i głupie, szczeniackie popisy, jakimi w gruncie rzeczy były przygody, które niemal zawsze groziły utratą życia. Dla Jamesa i jego syna być kimś, to stać na podium i z niego nie schodzić. Tym właśnie cechował się ich sposób myślenia. I z tego między innymi powodu Snape ich nienawidził. Rita była geniuszem.
– Dlaczego mi nie wierzysz, Severusie? Dlaczego nawet nie próbujesz mi uwierzyć?
– Jak dotąd nie widziałam wilkołaka, który na tle romantyczno–kiczowatego krajobrazu z jednorożcami – Snape wyrwał się z zamyślenia, patrząc na dyrektora swoimi czarnymi, bezdennymi oczyma. – tak po prostu idzie sobie zapolować. I obawiam się, że nie mam zamiaru go ujrzeć, nawet gdyby stanął w samym centrum mojego gabinetu w kąpielówkach i z różowym ręczniczkiem, okręconym wokół bioder, przy okazji wyznając mi miłość. Dla mnie wilkołaki nigdy nie będą polowały w dzień, nawet gdyby nie wiem jak bardzo się starały. A tym bardziej w świetle słońca. Do tego potrzebna jest noc i tylko ona, koniecznie z dużym, kształtnym księżycem w pełni.
– Tacy jak ty, Severusie są idealnymi bohaterami w oczach ich autorek. A wiesz dlaczego? Bo nie próbując nic zmieniać, bo nie chcą uwierzyć. Bo boją się konsekwencji. Tego, że kiedy uciekną poza siebie, już siebie nie odnajdą. Że zagubią się gdzieś i nie sprostają zadaniu, jakie postawi przed nimi wolność.
Severus nie skomentował.
– Nie wierzysz, bo tobie się nie udało. Nigdy, choć nie raz tego pragnąłeś, ale nie wyciągnąłeś ręki. Co roku tylko prosisz o stanowisko nauczyciela obrony przed Czarną Magią, ale nigdy nie robisz nic więcej prócz tego, co nakazują ci zasady i prawa, które ona na nas wszystkich nałożyła. Przyzwyczaiłeś się do konwencji i pogodziłeś się z nią, bo tak jest lepiej. Bo to nie daje nadziei ani jej nie odbiera. Kiedy mówisz, że wilkołak nie może przejść przemiany w samym środku dnia, dusisz w sobie zazdrość, a nie mógłbyś jej znieść. Oszukujesz sam siebie, Severusie. Sam przed sobą nosisz maskę. Nie musisz nic mówić, i tak wiesz, że mam rację.
~ * ~
Wszyscy się na mnie uwzięli, myślał Mistrz Eliksirów, kiedy pięć minut później schodził po śniadaniu do lochów. Wczoraj Minerwa, dziś Albus! Czego oni wszyscy ode mnie chcą?
– Przepraszam, panie profesorze.
Potter, zarejestrował automatycznie Snape i przywitał go spojrzeniem numer sto dwa, które prywatnie zwykł nazywać czwartym zlodowaceniem.
– Mówiłem, żebyś przyszedł o osiemnastej. Jest siedemnasta. Jak widać, zapomniałem wziąć pod uwagę, że nie znasz się na zegarku. Może powinieneś pobierać prywatne lekcje, Potter? Nie pomyślałeś o tym?
– Wcale nie musi mi pan dawać tego eliksiru! Ja się o to nie proszę!
– Czyżbyś Potter zaczął gustować w żywych trupach?
– Wampiry to nie trupy! – Harry był wściekły.
– To jeszcze zależy, który wampir – Severus uśmiechnął się jadowicie. – Ty, Potter nie musiałbyś się specjalnie starać, żeby zasłużyć na ten pseudonim. Tymczasem zapraszam o osiemnastej.
– Nie mogę, o osiemnastej mam trening quiddicha. Czy naprawdę nie może mi pan podać tego eliksiru godzinę wcześniej?
– SIR – warknął Snape.
– Przepraszam, panie profesorze – Harry naprawdę silił się na uprzejmość i ostatkami sił powstrzymywał się od wybuchu. Ten człowiek jest niesamowity, pomyślał, działa na układ nerwowy całą swoją osobowością.
– Nie mogę ci dać tego eliksiru wcześniej, Potter. Wyobraź sobie, że godziny mają kolosalne znaczenie i nie biorą pod uwagę tego, że ktoś ma trening latania na miotle, jakże ważne historycznie wydarzenie.
Mistrz Eliksirów naprawdę nie rozumiał tego chłopaka i jego podejścia do życia. Za grosz racjonalnego myślenia i wdzięczności. Gdyby nie on, Snape, i jego eliksir, Potter biegałby teraz po całym Hogwarcie z kłami na wierzchu i studiował szczegóły techniczne wyrobu trumien. Bo oczywiście, Severus Snape był tego pewien, wampiryzm Pottera musiałby być ekstrawagancki. Tak, Drakula to byłoby to, co Potter lubił najbardziej. Zupełnie jak jego ojciec, pomyślał, kiedy tylko niebezpieczeństwo mijało, zachowywał się jakby nigdy nic. Jak gdyby parę minut wcześniej śmierć wcale nie deptała mu po piętach. James bawił się w kotka i myszkę ze strachem i niebezpieczeństwem. Aż w końcu strach i niebezpieczeństwo zabawiły się z nim.
– Do zobaczenia o osiemnastej, Potter – powtórzył Snape.
– Do widzenia – odburknął wściekły Harry. W zasadzie nie wiedział, czemu ciągnął tę bezsensowną rozmowę. Coś, co było w nim, a jednocześnie nie należało do niego, niemal wymusiło na nim te słowa.
– Pan wcale nie musiał mi dawać tego eliksiru!
Snape przewiercił go swoimi czarnymi oczami i Harry znów poczuł się niemal tak, jak na lekcjach oklumencji. Jakby ktoś wyjął mu duszę, niczym ściągę z kieszeni spodni, i teraz przyglądał się jej dokładnie.
– Nic nie rozumiesz, Potter. Jak zwykle zresztą. Wampir, jakkolwiek by na niego nie patrzeć, potrafi czynić zło. Zło, o jakim nie przeczytasz w żadnej książce, Potter. Bo o takich sprawach się nie pisze. O tym wie tak naprawdę tylko ten, który zostaje wampirem. On i brutalna rzeczywistość, której nagle staje się częścią. A pomiędzy nim a ową rzeczywistością nie ma nic, nic prócz wściekłości i wrzasku. Krzyku kolejnych ofiar. Widzisz siebie w takim otoczeniu, Potter?
Harry nie odpowiedział.
– To by nie pasowało do konwencji, Potter.
Chłopak obrócił się w wściekle na pięcie i bez słowa wyszedł z gabinetu nauczyciela. Kiedy był już u wylotu korytarza, obrócił się jeszcze i powiedział:
– Tchórz!
– Szlaban, Potter! – wycedził Mistrz Eliksirów przez zaciśnięte zęby. – Szlaban dziś o osiemnastej.
– Potter – syknął jeszcze nauczyciel, kiedy Harry już prawie zniknął mu z oczu.
– Tak, sir? – odezwał się z daleka wibrujący złością głos chłopaka.
– Ja wiem. Wszystko wiem. Wiem, co robiłeś wtedy w lesie.
Podziałało. Snape osiągnął zamierzony efekt.
– Skąd pan wie? – w głosie Gryfona dawało się wczuć niepokój. Był niemal namacalny.
Snape uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.
– Skąd pan wie? – Harry prawie wrzeszczał. – Pan nie mógł jak…Pan nie miał jak się dowiedzieć.
– Jak widać mogłem, Potter.
– Ale…ale… – zawahał się. – Ale pani Pomfrey nie mogła pana wpuścić, kiedy spałem! Ona nigdy…
– To ja tu jestem pedagogiem. Do zobaczenia o osiemnastej, Potter.
Odsłona III
Ars Moriendi
– Wezwał mnie zaraz po tym, jak odeszła Minerwa, a Potter został zabrany do skrzydła szpitalnego – zaczął Snape.
Dumbledore przytaknął na znak, że słucha uważnie. Portrety na ścianach w gabinecie dyrektora rzucały zaciekawione spojrzenia w stronę rozmówców. Dziwne, pomyślał Severus, kiedy o tym mówię, czuję się winny. Gdyby tylko mógł, rzuciłby na nich Cruciatusa za te jadowite i łakome spojrzenia. Za to, że próbują go oceniać wraz z każdym wypowiedzianym słowem. Te portrety nie miały prawa widzieć i kontrolować. To nie była ich historia i czas. Severus nie lubił, kiedy umarli wtrącali się do spraw, które ich nie dotyczyły i których nigdy nie zrozumieją. Mimo to ciągnął dalej. Z szacunku dla dyrektora.
– Udałem się do Hogsmeade najszybciej jak mogłem. I teleportowałem się w tym samym miejscu, co zawsze.
– A potem?
~*~
– Potem zaprowadzili Pottera do skrzydła szpitalnego – powiedział głęboki, męski głos.
Bordowy, staroświecki fotel, na którym siedział Voldemort, obrócił się w stronę Śmierciożercy, odzianego w długą czarną szatę i płaszcz. Przybyły miał twarz niemal całkowicie zasłoniętą kapturem i tylko padający na nią cień ukazywał bladą cerę i wymykające się spod peleryny czarne włosy do ramion. Śmierciożerca nie unikał spojrzenia Czarnego Pana. Patrzył mu prosto w oczy, a raczej płonące złowieszczo wąskie szparki, które zdawał się wypełniać jakiś diabelski, wręcz piekielny blask.
– Usiądź.
To nie była prośba. To był rozkaz. Snape usłuchał. Był spokojny, bardzo spokojny. Wszystkie uczucia i emocje uleciały gdzieś poza niego w momencie, kiedy stanął przed Czarnym Lordem. Miał to już opanowane. Profesjonalnie.
Nagini sycząc ułożyła się u stóp swojego pana, mrużąc zaropiałe ślepia. W tym domu wszystko było bordowe niczym krew i czarne niczym śmierć. Wyjątek w tej upiornej kolorystyce stanowił tylko portret Salazara Slytherina, oprawiony w zieloną ramkę, wiszący nad kominkiem. Był osobliwy. Przedstawiał wysokiego, przystojnego czarodzieja, z czarnymi, rozwianymi włosami i szarymi oczami, o wydatnych kościach policzkowych i ostrych, wręcz drapieżnych rysach twarzy. Długie palce postaci były splecione, a na oliwkowej twarzy zastygł trudny do rozszyfrowania uśmiech. I może nic aż tak ponurego nie byłoby w tym portrecie, gdyby nie jeden, drobny szczegół. Salazara sportretowano na tle jednego z najmroczniejszych i najstarszych symboli w magii. Przedstawiał on figury geometryczne wpisane w kolejne okręgi, z których każdy znajdował się wewnątrz drugiego, całość w połączeniu z napisami w języku, którego nikt do tej pory nie zdołał odczytać, stanowiła ponurą zagadkę Salazara Slytherina. Tylko Snape wiedział, że Lord Voldemort dawno temu ukradł oryginał portretu, a naukowcy cały czas prowadzili bezowocne poszukiwania zguby.
– Sprawa, o której mówię – ciągnął Czarny Pan, przerywając tym samym Severusowi pilne studiowanie obrazu. – powinna pozostać tylko między mną a tobą. – Voldemort pozwolił, by Nagini oplątała się wokół jego szyi. – Nikomu innemu nie ufam, tak jak tobie.
Severus Snape kiwnął głową na znak, że zrozumiał.
– Tamtej nocy, kiedy Harry Potter był w lesie, i ja tam byłem. Ale wyłącznie jako projekcja astralna…
Coś się poruszyło. Coś, czego nie powinno być w pokoju.
~*~
– Coś się poruszyło. Coś, czego nie powinno być w pokoju. – kontynuował Snape, czując jak emocje, które wcześniej całkowicie go opuściły, wypełniają go po brzegi, nie pozostawiając w świadomości miejsca na nic innego, prócz nich samych.
– A potem… – Snape urwał.
Dumbledore słuchał w milczeniu. A Severus czuł, jak z każdym wypowiadanym zdaniem, daje mu to dużo. Bardzo dużo, o wiele więcej niż słowa. Chciał po prostu wyrzucić to z siebie, jak najszybciej i nie chciał by koś mu przerywał, komentował albo zadawał niepotrzebne pytania.
– Voldemort zareagował natychmiast. I po raz tysięczny w swoim życiu udzielił jednemu ze swoich podwładnych lekcji umierania. Bardzo długiego umierania. I choć była to jedna z wielu lekcji, jakie oglądałem, Dumbledore, to uwierz mi, że każda z nich zapada w pamięć tak głęboko, iż jestem pewien, że pozostanie tam na zawsze. Są rzeczy, o których się nie zapomina.
– Wierzę – powiedział spokojnie Dumbledore. – Wierzę, Severusie.
~*~
Zaczął od Drętwoty, żeby nie mógł się ruszać ani krzyczeć, ale jednocześnie czuł wszystko i analizował każdy szczegół swojego bólu. Czarny Pan miał czas. Mnóstwo czasu. Severus nie miał pojęcia, kim jest zdrajca. Nie mógł tego dostrzec pod czarną maską, która zasłaniała twarz postaci. Miał tylko świadomość, że kiedyś może to on będzie leżał na zimnej posadzce, za słaby by się bronić i za bardzo zdeterminowany by poddać się ot tak sobie. I że ktoś będzie patrzył i uczył się, jak należy zabijać i jak umierają zdrajcy. Kolejny uczeń. Kolejna marionetka w rękach Czarnego Pana, który sam był zabawką w o wiele potężniejszych rękach. Snape milczał.
Petrificus Totalus – Wzmocnienie zaklęcia Drętwoty, aby ofiara czuła, jak powoli pozbawia się ją możliwości obrony, jak staje się tylko szmacianą lalką, z którą można zrobić wszystko. Czarny Pan uwielbiał oglądać, jak ofiara cierpi, uwielbiał powoli pogłębiać jej ból. To dlatego zaczynał od zaklęć najsłabszych, po to by na końcu zadać cios ostateczny. Snape patrzył.
Engorgio – Śmierciożerca zaczął nagle rosnąć w oczach. Jego nieruchome i całkowicie sparaliżowane ciało zaczęło rozciągać się do niebotycznych rozmiarów. Rozdymać. To musiało boleć. Severus milczał.
Furnunculus – Twarz ofiary pokryły bąble. Opadła czarna maska, ale Snape i tak nie poznał, kim jest torturowany czarodziej. Obserwował. Nie miał innego wyjścia.
Crucio – Potworny ból przeszył ciało ofiary. A Voldemort lubił patrzeć, jak torturowany krzyczy i zwija się z w męce. Nadeszła pora na następne zaklęcie.
Sonorus – Cały tłumiony dotąd ból, krzyk, rozdzierający ciało na strzępy wypełnił przestrzeń. Wrzask zarzynanego zwierzęcia. Nie ludzki, a instynktowny, z głębi ciemności, bólu, strachu, otępienia. Severus wciąż milczał, a Voldemort się śmiał.
Tarantallegra – Dziki taniec, ostatni na tym świecie. Danse macabre – taniec śmierci. Makabryczna parodia tańca.
Avada Kedavra – Śmierć. Ból. I śmiech Czarnego Lorda. Ars Moriendi – sztuka umierania.
~*~
– To wszystko – powiedział Snape. – koniec przedstawienia.
Dumbledore milczał.
– Dziękuję ci, Severusie – powiedział po chwili.
Tym razem Severus milczał.
CDN.
Sh’eenaz
28.09.2005, 19:11
Myślodsiewnia
None
Ma Nishma?
8.06.2007, 13:09
None
Shalom
8.06.2007, 13:09
None
Shalom
8.06.2007, 11:20
None
Ma Nishma?
8.06.2007, 11:20
None
Ma Nishma?
8.06.2007, 10:11
None
Ma Nishma?
8.06.2007, 10:11
None
Shalom
8.06.2007, 10:11
vIhficPuq
YZktlITMibVBqOCLW
30.05.2007, 20:19
None
Hinicesitemdu hoho
30.05.2007, 11:46
OXEKQFbuj
obgRWxFAclMSjwimt
30.05.2007, 11:23