Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Kot Apokalipsy, cz. II

Kot Apokalipsy, cz. I



– No nareszcie! – mruknął Artemis widząc z daleka wieże Pałacu. Usiadł na trawie i przyglądał się przez chwilę wieżyczkom. Były strzeliste i wyglądały wspaniale na tle już lekko zaróżowionego nieba. Po chwili odpoczynku wstał i ruszył zboczem pagórka w stronę Pałacu.
Dopiero teraz zaczął się zastanawiać jak znajdzie Wybrańca. Przecież w Pałacu mieszkają setki magów i czarodziejek!
– Na początek sprawdzę księżniczkę – mruknął do siebie. – Jeszcze będę mieć miłą niespodziankę – powiedział spoglądając na kryształ wiszący mu u szyi. – Mam nadzieję, że lubią tam koty – mruknął, choć i tak znał odpowiedź. Koty były powszechnie uznawane za stworzenia magiczne. Jednak zazwyczaj pełniły funkcję towarzyską niż typowo magiczną. Nie były szpiegami czarodziejek, ani nie komunikowały się ze swymi panami. Po prostu były i potrafiły dużo więcej niż się po nich spodziewano. Potrafiły to skrzętnie ukrywać przed podejrzliwymi magami.
Wszedł na plac przed bramą Pałacu. „Tędy się chyba nie dostanę” pomyślał przyglądając się okutej trionem (trion - bardzo wytrzymały, odporny na magię metal – dop. aut.) bramie. Skierował się, więc ku ogrodom. Przeskoczył niski murek wyznaczający ich granice. Zrobiono to, aby mur nie ograniczał pola widzenia zwiedzającego i nie psuł harmonii stworzonej przez rozsiane rośliny. Magowie, a w szczególności czarodziejki mają bardzo wyczulony zmysł estetyki.
Artemis ruszył przed siebie osłonięty przez najróżniejsze kwiaty. Jedne z nich pachniały pięknie, inne natomiast wydzielały mniej zachęcającą woń. Od tego nadmiaru pyłków Artemisowi zbierało się na kichanie.
Słońce już prawie zaszło, a w ogrodzie ciszę mącił tylko szum liści.

* * *

Artemis szedł wśród roślin, omijał ścieżki. Wolał odegrać rolę „zaginionego kotka” niżeli stworzenia, które wie, w jakim celu tu przybyło. Szedł powoli, nie spiesząc się. Delektował się cieniem, które dawały mu rośliny. Mimo iż słońce już zachodziło, nadal panowało nieprzyjemne gorąco. Po pewnym czasie wszechobecna cisza zaczęła go denerwować. Szedł już przez około godzinę i nie napotkał żywej duszy.
– Czy naprawdę nikogo tu nie ma? – mruknął niezadowolony.
Jak na zawołanie usłyszał jakieś głosy zza pobliskiego krzaka. Wynurzył łepek zza liści pilenei i ucieszył się w duchu. Na ławce pod jabłonką siedział nie kto inny jak księżniczka! Jej twarz zdradzała jej pochodzenie. Wszyscy z królewskiego rodu posiadali jedną niezmienną cechę – orzechowe oczy i podłużną twarz. „To musi być ona” pomyślał pełen entuzjazmu. Wyszedł powoli zza krzewu i spojrzał pełnym smutku wzrokiem w oczy Dżasminy. Ta popatrzyła na niego z delikatnym uśmiechem.
– Kici, kici, kici... – przywołała kota. Artemis podszedł i zaczął ocierać się o jej nogi. Dziewczyna znów się uśmiechnęła do niego. – Co tu robisz, kotku? – zapytała niepewnie. Artemis nie był już malutkim kociakiem i trudno było go nazwać „kotkiem”.
Kot odetchnął z ulgą i zaczął cichutko mruczeć. Dżasmina lubi koty.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała drapiąc go delikatnie za uchem. – Co...? – zdziwiła się napotykając palcami na obrożę Artemisa. Kot odwrócił głowę i spojrzał na księżniczkę. Postanowił spokojnie poczekać na dalszy rozwój wydarzeń. Dżasmina obróciła delikatnie aksamitną obrożę i spojrzała na diament.
– Nie jesteś zdaje się bezpańskim kotem? – zapytała przyglądając się kryształowi. – Jest... piękny – powiedziała i wyciągnęła rękę, by go dotknąć. Artemis wstrzymał oddech. Dżasmina ujęła w dłoń diament i... nic się nie stało. Kryształ miał taką samą barwę jak wcześniej. Nadal był przejrzysty jak łza. „Można się było tego spodziewać” pomyślał Artemis. Zeskoczył z kolan księżniczki. Ta zdziwiona spojrzała na kota. Artemis miauknął cicho i wskoczył w krzaki.
Dżasmina jeszcze przez kilka chwil siedziała w bezruchu. Miała wrażenie, że w tym kocie było coś niezwykłego, choć oczywiście mogła się mylić.

* * *

Marie otworzyła oczy. Pod powiekami nadal miała te dziwne obrazy. „Co to oznacza?” myślała intensywnie. Żadna sensowna odpowiedź nie przyszła jej na myśl.
– Nareszcie się obudziłaś – usłyszała łagodny głos Alexa. – Zacząłem się martwić, że coś ci się stało.
Marie usiadła na posłaniu. Znajdowała się w pokoju chłopaka. Ogarnęła wzrokiem izbę i spojrzała w niebieskie oczy chłopaka. „Dla takich oczu można zrobić wiele...” przemknęło jej przez myśl.
– Wszystko w porządku? – Alex zauważył jej nieprzytomne spojrzenie
– Nie, wszystko dobrze, tylko... – Zastanowiła się chwilę. – Muszę zaczerpnąć trochę powietrza. – Uśmiechnęła się blado. Alex podał jej rękę i pomógł wstać.
Wyszli do ogrodu. Alex mieszkał w kamiennej chatce na krańcach ogrodów. Jako jedyny adept magii botanicznej otrzymał przywilej mieszkania z Naczelnym Botanikiem, od którego się uczy. Jeszcze sporo nauki przed nim, ale gdy tylko będzie gotów, przejmie funkcję Naczelnego Botanika. Marie była przekonana, że będzie świetnie nadzorował pałacowe ogrody. Dziewczyna często mu pomagała, jak tylko mogła. Bardzo lubiła Alexa i to z wzajemnością.
Chłopak odprowadził Marie do fontanny.
– Na pewno wszystko dobrze? – zapytał po raz setny.
– Tak, naprawdę wszystko w porządku – odparła Marie. Uśmiechnęła się. Podczas spaceru jej blada twarz nabrała delikatnych rumieńców. – Czuję się świetnie. A teraz pozwolisz, ale muszę iść do pokoju. Muszę poćwiczyć zaklęcia. Sam rozumiesz...
– Jasne. Miłej nauki. – Alex uśmiechnął się krzywo. Nadal miał w pamięci niewdzięczny upadek dziewczyny oraz ich wcześniejszą rozmowę. Starając się o tym nie myśleć odwrócił się i odszedł powoli w stronę domku.

* * *

Artemis przeciskał się przez krzaki. Trafił na wyjątkowo rozrośnięte tsuje.
– Dlaczego nie skręciłem w lewo? – pytał sam siebie z przekąsem.
Krzaki zahaczały się to o obrożę, to o skołtunione futro, kolce nieprzyjemnie drapały lub wbijały się przez sierść w skórę. Po kilkunastu ociężałych krokach kot zobaczył większą szczelinę wychodzącą na ścieżkę. „Modlitwy zostały wysłuchane” pomyślał z ironią i przyspieszył kroku. Poczuł ucisk w okolicach szyi. Szarpnął kilka razy. Nic nie dało. Spróbował przekręcić głowę. Nie udało się.
– W takiej chwili! – mruknął z goryczą.
Szarpnął jeszcze kilka razy z większą siłą. Gałąź ustąpiła, a Artemis wypadł na ścieżkę z prędkością niewiele mniejszą od prędkości dźwięku.
– Robi się późno – stwierdził spoglądając na niebo. Słońce już zaszło, a na niebie można było dostrzec pierwsze gwiazdy. – Trzeba znaleźć sobie jakieś miejsce na nocleg.
Ruszył żwawym krokiem w stronę Pałacu. Miał wrażenie, że czegoś mu brakuje. Spojrzał na wybrukowaną ścieżkę. Zrobił kilka kroków w przód i znów się zatrzymał. Było mu dziwnie lekko w okolicach szyi...
– Kryształ! – miauknął omal nie przewracając się na ścieżkę. – Kryształ! To pewnie obroża zaczepiła się o gałąź! I co ja teraz zro... – nie dokończył. Usłyszał czyjeś kroki. Bez wahania wskoczył między rozłożyste liście paprocji.
Był to chłopak. Młody blondyn o niebieskich oczach, jakich Artemis jeszcze w życiu nie widział, a widział wiele. Kot poczuł sympatię do młodzieńca. Wyczuł, że jest to uczciwy i miły chłopak. Być może lubi koty...
– Miau – miauknął Artemis na tyle głośno, aby przechodzący chłopak go usłyszał.
Młodzieniec zatrzymał się i rozejrzał wokoło.
– Miau – powtórzył kot.
Chłopak podszedł do paprocji. Artemis powoli wysunął łeb. Niebieskooki spojrzał w kocie oczy i wziął Artemisa na ręce.
– A ty skąd? – zapytał zaczepnie. W jego głosie było słychać, że nie wszystko było w porządku. – Zresztą nieważne. Pewnie jesteś głodny i zmęczony. No to jest nas dwóch. – Uśmiechnął się do kota. – Prześpisz się dzisiaj u mnie, a potem zobaczymy.
Artemis był zadowolony z tego spotkania. Miał gdzie się wyspać i opracować plan działania. W końcu z kryształem, czy też bez niego MUSI znaleźć Wybrańca. Przecież ile może zająć znalezienie jednej osoby w Pałacu pełnym magów...

* * *

Łóżko było niewygodne, poduszka twarda, a w pokoju panował przejmujący chłód. Marie przewracała się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Nie zamierzała nawet zabierać się do zaklęć. Nie po TYM... Przed oczami wciąż miała te dziwne, nieomal rzeczywiste obrazy. Wszystko było zbyt realne, aby mogło okazać się snem - tylko snem. Ułożyła się na boku i spojrzała w okno. Słońce już zaszło. Na niebie można było dostrzec pojedyncze gwiazdy. Spojrzała na jedną, która biła ogromnym blaskiem na tle granatowego nieba. To była Jej gwiazda. Jeszcze, kiedy była mała, matka wszczepiła jej miłość do astronomii. Siadały na trawie przed domem i spoglądały w gwiazdy.
Pewnego wieczoru Vanessa opowiedziała jej o owych ciałach niebieskich.
– Widzisz tę jasną gwiazdę? – zapytała córkę. – Tę w gwiazdozbiorze lwa? – Poruszyła ręką wskazując na znaną Marie konstelację.
– Tak, widzę – odparła. – Jest piękna.
– Pozwolisz, że coś ci opowiem? – zapytała, nie licząc na odpowiedź. – Jesteś już na tyle dojrzała, że mogę ci o czymś powiedzieć.
Marie spojrzała na nią pytająco. Vanessa rozpoczęła opowieść:
– Gwiazdy, mówią wiele o ludziach. Mówią zarówno o przeszłości, jak i o przyszłości. Trzeba, jednak potrafić je rozróżnić. – Przerwała i popatrzyła na córkę wyłapującą każde jej słowo. – Każde stworzenie, urodziło się pod jakąś gwiazdą. Ty urodziłaś się właśnie pod tą jasną, którą sama nazwałaś piękną. Ta gwiazda jest twoim przewodnikiem, nadzieją i prawdą o tobie samej.
– Prawdą? – zdziwiła się dziewczynka. – Jak gwiazda może cokolwiek o mnie wiedzieć?
– Wiem, że to może i nieprawdopodobne, ale... Zresztą, zrozumiesz to w swoim czasie – odparła Vanessa łagodnie. Spojrzała czule na córkę. – Mojej gwizdy nie zobaczysz gołym okiem. Nie jest na tyle jasna i znajduje się w innej części nieba. W gwiazdozbiorze łabędzia.
Marie kiwnęła głową ze zrozumieniem. Vanessa ciągnęła dalej:
– Z twojej gwiazdy można wyczytać wiele. Niewielu rodzi się pod takimi gwiazdami...
– Co masz na myśli mówiąc pod takimi, mamo?
– Cóż, urodziłaś się w okresie zwanym w Starszych Językach jako vistuus mus, czyli „czas królów”. W dawnych dziejach, w tym właśnie okresie rodzili się przyszli władcy bądź osoby, które miały w pewien sposób wpłynąć na bieg historii. – Odwróciła wzrok ku niebu i westchnęła. – Tak przynajmniej piszą jedne z najstarszych ksiąg Epsilionu...
– A, co to ma wspólnego z moją gwiazdą? – przerwała matce Marie nie po raz pierwszy tego wieczoru.
– Z gwiazdą? Tak... – Vanessa była cierpliwa niczym anioł. - Jak wiesz lew jest „królem zwierząt”, a zarazem herbem królewskim. Lew również ma znaczenie symboliczne mówiące o odwadze i sile osoby spod tego znaku. Twoja gwiazda należy do tej konstelacji i jest jedną z najjaśniejszych gwiazd nieba, jak chyba sama zauważyłaś. Oznacza to, że posiadasz niezwykłą moc...
– Moc? – dziewczynka była szczerze zdziwiona. – Ja nie posiadam żadnej mocy!
– Ależ posiadasz. – Vanessa uśmiechnęła się łagodnie. – Jak każdy. Moc to inaczej dary. Niektórzy, mają dar jasnowidzenia, krasomówstwa, uzdrawiania. Inni potrafią logicznie myśleć, znają języki bądź tworzą wiersze, melodie, obrazy. Jedni posiadają rzadko spotykane zdolności, a drudzy mają moc potocznie nazywaną talentem, gdyż jest często spotykana. Twoja moc, jeśli się nie mylę, jest lub będzie szczególna, a na pewno będzie wielka...
– Mamo... – Marie ziewnęła przeciągle nie dokańczając myśli.
– Już późno. Musisz iść spać – powiedziała spoglądając na dziewczynkę. Marie wyczytała z jej oczu, że tego wieczoru nie dowie się niczego więcej.

* * *

To była pierwsza noc Artemisa od wielu dni spędzona z dachem nad głową. Rozłożył się na miękkim i ciepłym dywanie tuż obok łóżka Alexa, tak bowiem miał na imię owy chłopak, którego spotkał w ogrodzie. Alex był miłym młodzieńcem kochającym przyrodę. Artemis szczerze go polubił. Zwłaszcza po tym jak przekonująco namówił Naczelnego Botanika, z którym mieszkał, aby Artemis mógł zostać – przynajmniej na tę jedną noc. Artemisowi bardzo spodobał się domek, w którym tak szczęśliwym zbiegiem okoliczności się znalazł. Z zewnątrz wyglądała na małą chałupinką jednak magia potrafi stwarzać niesamowite pozory. W domku mieściło się kilka pokoi: dwie sypialnie, kuchnia, pokoik gościnny, niewielka toaleta i „szpital” dla roślin, w którym leczono za pomocą magii i tradycyjnych środków chore kwiaty i krzewy.
Kot zastanawiał się nawet, czy Alex nie jest Wybrańcem. Gdy tylko wszedł do jego pokoju poczuł dziwny przypływ mocy. Choć mógł to być również nagły przypływ szczęścia z tak przytulnego miejsca do spania. Zastanawiał się również, jak sprawdzić czy to on, a jeśli nie, to jak odnajdzie tę jedyną osobę? Czy wybraniec jest adeptem, czy też starym magiem lub czarodziejką? Czy odnajdzie Wybrańca na czas? Snuł domysły i stawiał nowe pytania.
Zastanawiał się również nad tym skąd się tutaj wziął i po co właściwie tu przybył. Po co? Aby dopełniło się przeznaczenie. Dobrze pamiętał jak się to wszystko zaczęło...
Był jeszcze młody. Studia magiczne ukończył już dawno. Bardzo lubił podróżować, co też czynił. Nie wierzył w wróżby i przepowiednie, nie należał do ludzi przesądnych. Stwarzał pozory porządnego maga, jednak bywało i tak, że zarabiał „na boku”. Zresztą nigdy nie był typem „grzecznego chłopczyka”. Sprzedawał nielegalnie zaklęcia i głównie na tym się bogacił. Pewnego dnia ktoś na niego doniósł:
– Pan Artemis von Baruth? – Usłyszał nieznany głos zza drzwi. – Mamy nakaz aresztowania.
Trudno, pomyślał, wpadłem. Ale co oni mi mogą zrobić?
Poszedł z nimi do Wieży (typ więzienia – dop. Aut.). Wieża, jak się okazało, nie była tak straszna jak słyszał. Co prawda strzegły jej liczne, głównie bardzo silne zaklęcia, ale warunki były całkiem znośne, a jedzenie całkiem zjadliwe. W końcu nadszedł dzień sądu. Zeznawał przed Radą Starszych, czyli najwyższym wymiarem sprawiedliwości w magicznej części Epsilionu.
Rozprawa ciągnęła się w nieskończoność. Artemis spokojnie wysłuchiwał oskarżeń i nie robił dzikich awantur pod tytułem „Jestem niewinny”. Znosił wszystko z niesamowitą cierpliwością, której zawsze mu brakowało. Nadeszła godzina prawdy.
– Artemisie von Baruth – rozpoczął odczytywanie wyroku sekretarz. – Zostałeś uznany winnym wszystkich zarzucanych ci przestępstw i czynów. Rada Starszych skazuje cię na sto pięćdziesiąt lat więzienia w ciele kota.
Artemis omal nie spadł z krzesła. Kot? Sto pięćdziesiąt lat (magowie żyją około 250-300 lat)? No nie, tego się nie spodziewał...
Wyrok wykonano przy najbliższej pełni. Odprawiono rytuał, a Artemis stał się czarnym jak sadza kotem. Został uwolniony i mógł żyć spokojnie, zgodnie z kocią naturą. Mógł znaleźć sobie jakąś miłą rodzinkę i u niej zamieszkać. Mógł zrobić wiele innych rzeczy, ale ich nie zrobił. Zniknął, rozpłynął się powietrzu i nikt o nim już nie słyszał. Nie stawił się nawet na odczynienie rytuału, dzięki któremu stałby się na powrót człowiekiem. I chyba właśnie to zaważyło o wszystkim. O tym, że jest tutaj w Pałacu, że leży teraz na tym wspaniale miękkim dywaniku, że musi odnaleźć Wybrańca...
Przyszła do niego we śnie. Dzień po tym, gdy miał stać się człowiekiem. Nie widział jej twarzy, słyszał głos niczym grom z jaśniejącego nieba.
– Artemisie. Sprzeciwiłeś się wyrokom losu i zostaniesz za to ukarany.
Na początku nie bardzo wiedział, o co chodzi. Jednak, gdy na jawie przeniósł się do świątyni coś-niecoś zaczęło do niego docierać. Wyrocznia mówiła o niespełnionej przepowiedni, sprzeciwieniu się przeznaczeniu etc. Nie bardzo miał ochotę tego słuchać tym bardziej, że nie zwykł wierzyć w takie rzeczy. Jednak po głębszym zastanowieniu doszedł do wniosku, że zrobił coś nie tak, a raczej, że nie zrobił tego, co zrobić powinien.
Przeznaczenie chciało, jak się później dowiedział, aby w przyszłości stworzył potężne zaklęcie zwane „perpetuum mobile”. Zaklęcie, które może trwać do skończenia świata, bez konieczności rzucania go po raz kolejny. Miał przez to zdobyć sławę i zmienić bieg historii. Jednak zamiast pójść na odczynienie rytuału, choć czuł, że powinien to zrobić, na przekór sobie został w swojej kryjówce. Zakpił z przeznaczenia i przyszłość ulegała zmianom. I to niekoniecznie na lepsze. Wyrocznia jako najpotężniejsze medium w Epsilionie, pochodząca ze Starszych Ras, miała strzec tajemnic przyszłości i dbać o to, aby bieg historii pozostał takim, jak został zapisany. Jednak Artemis, mimo nadświadomych nalegań Wyroczni (nadświadome nalegania – Wyrocznia wysyła impulsy, które nakłaniają odpowiednie osoby do tego, co powinny zrobić. Impulsy te trafiają do ich podświadomości), nie stawił się na odczynienie rytuału.
Wyrocznia była wściekła – nie dało się tego ukryć. Artemis nie przejął się za bardzo całą sytuacją, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało. W ostateczności wymyśliła odpowiednią karę. Jako, że nie dopełnił jednego przeznaczenia, będzie musiał dopomóc w dopełnieniu innego. Zapoznała go z przepowiednią Apokalipsy i powiedziała, jakie jest jego zadanie. Artemis nie był zachwycony. Jednak, cóż mu pozostało. Przyjął zadanie z godnością, nie miał zamiaru robić awantur, ani hałasu o nic. Wyrocznia sprawiła, ku ogromnemu zadowoleniu Artemisa, że mógł na powrót używać czarów nawet w kocim ciele. Dała mu również na odchodnym kilka wskazówek. Jak następnym razem powinien dojść do świątyni oraz co powinien robić do czasu jego zadania.
Artemis po długich godzinach przesiadywania w świątyni wyszedł na świeże powietrze. Teraz nie mógł ukrywać się, musiał iść do ludzi i orientować się w tym, co się dzieje w świecie. I trwało to kilka wieków. W końcu jednak przyszedł czas na dopełnienie przeznaczenia, z którego niegdyś się naśmiewał... W końcu znalazł się tu – w chatce na skraju pałacowych ogrodów.
Artemis był zmęczony, a puszysty dywanik zapraszał do krainy snów. Po chwili kot smacznie spał mrucząc cichutko.

* * *

Marie obudziła się, gdy słońce świeciło już wysoko na niebie. Poprzedniego wieczoru długo nie mogła zasnąć. Czuła się fatalnie – bolała ją głowa i było jej słabo. Potem było jeszcze gorzej. Tego dnia miała zajęcia od rana, więc już była spóźniona. Chcąc, nie chcąc zerwała się z łóżka, zaklęciem wyrzuciła spódnicę i czystą koszulę z szafy, ubrała się migiem i zbiegła po schodach do Sali Jadalnej. W locie chwyciła tost i pognała do Brązowej Sali. Wszystkie dziewczęta już tam były. Admiralda jeszcze nie było.
– I co Apokalipso? Spóźniamy się? – odezwała się czarnowłosa dziewczyna o szarych oczach. Trzy adeptki za nią zachichotały złośliwie.
– Witaj Sylvio – mruknęła chłodno Marie dojadając resztkę zimnego już tostu.
– Nawet wie jak się zwracać do lepszych od siebie – westchnęła czarnowłosa, a dziewczęta za nią znów zachichotały.
Sylvia uśmiechnęła się paskudnie do Marie, ta jednak odwróciła się do niej plecami, co wywołało istną burzę.
– Jak śmiesz się odwracać do mnie plecami – syknęła Sylvia.
– Mówiłaś coś do mnie? – Marie nie chciała dać za wygraną. Nie tym razem.
– Jaka odważna się zrobiłaś Apokalipso... – Dziewczyna zmierzyła ją zimnym wzrokiem. – Nie wiesz, że odwaga jest niebezpieczna? Zwłaszcza wobec mnie.
– Doprawdy? – Marie ziewnęła przeciągle.
– Nie lekceważ mnie. – Sylvia była coraz bardziej rozjuszona. Wokół nich zatoczył się krąg ciekawskich adeptek. – Może się to dla ciebie źle skończyć. Wiesz, że jestem najlepsza z naszego roku.
– To się może w każdej chwili zmienić – rzuciła niby od niechcenia Marie zaciskając pięści.
– A co? Myślisz, że możesz być lepsza ode mnie? – Wyraz twarzy Sylvii zmienił się radykalnie – Nie rozśmieszaj mnie! Taka Apokalipsa magii jak ty miałaby być najlepsza? – Dziewczyna uśmiechnęła się z wyższością. – Możesz pomarzyć.
Marie już otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale do Sali wszedł mag. Adeptki ustawiły się w szeregu, a Admirald rozpoczął wykład na temat czekającego je zaklęcia. Ta lekcja, miała być inna niż wszystkie.

* * *

Artemis przechadzał się po ogrodzie. Miał świetny humor. Od dawna nie spał tak dobrze jak dziś. Rano jednak znów dopadły go pytania poprzedniej nocy. Od czego, a raczej kogo, powinien zacząć? Po długich rozmyślaniach zdecydował się na działanie bez planu, na sprawdzanie osoby, na którą trafi. Nawet jemu nie wydawało się to zbyt mądre, ale coś musiał zrobić. „Wybraniec, gdzieś tu jest... Czuję to” myślał. W Pałacu i na jego terenie było czuć tę emanującą skądś moc. Chwilami czuł aktywność Wybrańca – jako kot miał niezwykle wyczulony szósty zmysł w przeciwieństwie do zwykłych magów lub czarodziejek (magowie i czarodziejki posiadają szósty zmysł. Używa się go zazwyczaj do „wyczuwania” mocy, energii magicznej. Zwierzęta, takie jak koty, mają bardzo wyczulony szósty zmysł i czują nim nie tylko magię, ale nadchodzące niebezpieczeństwa itp. – dop. aut.).
Po pół godzinie spacerku dotarł do pałacu. Pierwszymi osobami, na jakie się natknął, była grupka kucharek, plotkujących o pałacowych romansach, w szczególności o miłosnych wyczynach niejakiego Dariusa.
– Słyszałyście? Podobno Darius wspiął się po bluszczu żeby się spotkać z Angeliną – mówiła jedna z przekupek w brązowej spódnicy i fartuchu.
– Po jakim bluszczu, kobieto! Przyleciał pod jej okno na latającym dywanie! – wyrwała się przysadzista kobieta w czepku.
– Na dywanie? Zgłupiałaś do reszty kochana Izabello. Dywan już dawno wyszedł z mody – żachnęła się najmłodsza kucharka.
– A ja ci mówię, że na dywanie! – upierała się Izabella. – Właśnie przez to Angelina jest na niego zła. Był za mało oryginalny.
– Ach... trudno teraz o przyzwoitych mężczyzn – westchnęła najmłodsza. – Szczególnie o takich z wyobraźnią...
– Monika, Monika, Monika... A gdzie ten twój wybranek? – zaciekawiła się ta od bluszczu.
– Nick? Wyjechał do rodziny w górach. Do Tulenów. – Monika spojrzała tęsknie w niebo.
Rozmowa toczyłaby się jeszcze dobre kilkadziesiąt minut, gdyby szczupła jak szkapa kucharka nie przywołałaby kobiet do porządku.
– Wy tu sobie gadu-gadu, a robić to nie ma komu! – wydarła się na cały gościniec. – Już mi do kuchni i nie lenić się!
Trzy kucharki niemrawo weszły do kuchni. Kot poczuł przyjemną woń pieczonego mięsa wydobywającą się z pomieszczenia. Po chwili namysłu zrezygnował z podjęcia próby wejścia do kuchni. Z pewnością zostałby wyrzucony z niej na łeb, na szyję, gdyby którakolwiek z kobiet tam pracujących go zobaczyła. W kuchni nie tolerowano zwierząt.
Ruszył, więc dalej. Szedł przez kilka minut wzdłuż muru Pałacu. Przystanął pod jednym z okien, nasłuchując. Z głębi Sali dochodziły jakieś głosy. Wskoczył na parapet z niemałym trudem. Już od dawna nie ćwiczył wspinaczki. Zaglądnął przez zabrudzoną szybę do wnętrza komnaty. Zobaczył tam grupkę młodych dziewcząt i starszego maga. Zapewne odbywała się tam lekcja zaklęć. Przyglądał się przez dłuższą chwilę młodym adeptką. Uwagę jego zwróciły dwie dziewczyny – jedna o włosach brązowych, druga czarnych. Patrzyły na siebie z ogromną niechęcią. Wyraźnie było widać, że starają się ze wszystkich sił, aby być lepszą od konkurentki. Mag był zachwycony pracą obu dziewcząt szczególnie kasztanowłosej. Kot wyszeptał zaklęcie, aby usłyszeć, co tak pobudziło maga. Mruczał on coś pod nosem o niezwykłej przemianie, uwolnieniu mocy magicznej i ukrytych zdolnościach. Więcej z tego bełkotu nie zrozumiał.
Przyglądał się jeszcze chwilę lekcji i zeskoczył z parapetu. Nie było już, co oglądać. Mag ogłosił koniec zajęć i wszystkie dziewczęta wyszły z sali. Adeptka o kruczoczarnych włosach opuściła komnatę zaciskając pięści, z wyrazem nieprzyjemnego grymasu na twarzy. Mag zatrzymał jeszcze na chwilę ową kasztanowłosą i rozmawiał z nią ożywiony. Dziewczyna miała lekko zaróżowione policzki. Oczy jej się świeciły a uśmiech nie schodził z rozjaśnionego oblicza. Kiwnęła tylko głową na słowa maga i wyszła z komnaty na tyle spokojnie ile pozwalała jej rozpierająca ją radość.
Szedł dalej wzdłuż muru. Przez dłuższy czas nie napotkał na nikogo ciekawego. Nic zresztą dziwnego. Byłą to pora wszelkiego typu zajęć i lekcji. Przez całą drogę rozmyślał o dwóch konkurujących ze sobą dziewczętach. Obie wydawały się pełne energii i mocy. Każda z nich mogła być Wybrańcem. Każdy w tym pałacu może być Wybrańcem...

* * *

– Księżniczko!
Głos Omedesa wyrwał Dżasminę z zadumy.
– Tak, więc – zaczęła niepewnie. – Czy aby dobrze zrozumiałam? – Wzięła głęboki oddech.- Że niby ja mam ocalić świat?
– Eee... – Mag zająknął się. Księżniczka tylko przewróciła oczami. Zazwyczaj podchodziła do wszystkich omawianych z magiem spraw poważnie, teraz jednak ciężko było jej przetrawić, właśnie poznane informacje.
– Tak, więc – ciągnęła dalej niewzruszenie. – Cały ten hałas z powodu jakiejś przepowiedni?
Mag otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale księżniczka nie dała mu dojść do słowa.
– Oczywiście wiem, że takie wróżby sprawdzały się, ale... – Przerwała patrząc na zastygłą twarz Omedesa.. Po chwili podjęła: - ale to nie zmienia faktu, że to koniecznie o mnie chodzi prawda?
– Księżniczko – rzekł sucho mag. Miał już dość debatowania z nią. – Nie mnie tu rozważać, czy przepowiednia jest prawdziwa, fałszywa, bzdurna lub święta. Jednakowoż trzeba przyznać, że wszystko wskazuje na jedyną osobę, którą jesteś ty. – Spojrzał na Dżasminę zimnymi oczami. Księżniczka hardo spoglądała na niego z nieco ironicznym uśmiechem.
– Podsumowując – Mag wyraźnie chciał zakończyć tę rozmowę. – Oczekuję cię jutro w Kryształowej Sali. Zajęcia jutrzejsze będą inne niż zwykle – rzucił wychodząc z komnaty.
Dżasmina została sama w pokoju. Usiadła na łóżku i spojrzała w okno rozmyślając nad odbytą przed chwilą rozmową z magiem. „Przepowiednie, Wybrańcy, końce świata... Kto w tych czasach wierzy w takie rzeczy? Jednak...” księżniczka położyła się na puchowej pościeli. „Jednak... czuję, że coś jest nie tak. Coś się zmienia i... nadchodzi coś złego.” Zdziwiły ją własne myśli. „A jeśli jest tak, jak mówił mag? Jeśli ja jestem Wybrańcem? Co będę musiała zrobić?” Miała wiele wątpliwości w prawdziwość przepowiedni i to, że właśnie o nią chodzi. „Przecież wszystkim wiadomo, że przepowiednie są wieloznaczne.” Snuła domysły patrząc beznamiętnie w baldachim łóżka.
Wdychała woń bzów, którą wydzielała jej pościel. Leżąc tak i rozmyślając znów to poczuła. Ten niepokój, który nie daje myśleć, który nachodził ją już od kilku, może nawet kilkunastu dni.
– Coś wisi w powietrzu... – usłyszała własny głos. - ... coś niedobrego.
Znów poczuła się strasznie senna i ociężała. Ta prawda przytłaczała ją i zdała sobie sprawę, że nie igra się z przeznaczeniem. „Skoro tak musi być...” pomyślała z rezygnacją. „Trzeba podjąć rolę, którą wyznacza nam los.” Drażniła ją ta zimna logika, ta prawda, którą miała przyjąć do wiadomości, z którą musiała się pogodzić.
Spojrzała w okno. Słońce świeciło wysoko, było jeszcze wcześnie. Wzięła do ręki leżącą na stoliku książkę. Nie chciała o tym dłużej rozmyślać. Chciała się oddalić od tych myśli.
Nie udało się.

* * *

Marie nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Była tak podekscytowana, że zrezygnowała z obiadu i od razu udała się do swojego pokoju. W takim stanie trudno jest coś przełknąć. Położyła się, więc na łóżku i utkwiła wzrok w suficie. „A więc tak to jest...” myślała. „Tak to jest, gdy się NAPRAWDĘ czaruje...” Tego dnia nareszcie pokazała wszystkim, na co ją stać! Spojrzała na swoje dłonie. Były zaczerwienione. Marie nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek tak było. „Zaczerwienione dłonie są oznaką rzucania czarów dobrych i skutecznych” przypomniała sobie dziewczyna podręcznikową definicję.
Przewróciła się na bok i utkwiła wzrok w oknie. Południe minęło już dawno i Marie nie mogła dostrzec słonecznej tarczy, która zniknęła ponad framugą okna. Niebo było czyste i błękitne. Od kilku dni mieli wspaniałą pogodę. Dziewczyna miała nadzieję, że długo się utrzyma.
Ochłonęła już trochę. Pierwsze wrażenia minęły i ze spokojem zaczęła się zastanawiać nad tym, co zaszło podczas lekcji. Zgryźliwe uwagi Sylvii nie zdenerwowały jej – była już do tego przyzwyczajona. Jednak jej zachowanie i pewność siebie, to że uważała się za lepszą było już nie do zniesienia. Marie poczuła przypływ adrenaliny i moc napływającą jakby zewsząd, do każdego zakamarku jej ciała. Ta moc wypełniała ją, ona była tą mocą. Zastanowiła się chwilę. Moc, to takie wielkie słowo, pomyślała. Przychodzi i odchodzi, choć od zawsze tam była i jest. We mnie. W każdym z nas. Dziewczyna wróciła wspomnieniami do tego pamiętnego wieczoru spędzonego z matką pod gwiazdami. „...twoja moc będzie szczególna, a na pewno będzie wielka...” usłyszała głos Vanessy we własnej głowie. Często o tym rozmyślała. Najczęściej wtedy, gdy wracała z lekcji rozgoryczona, po kolejnej porażce. Teraz sytuacja zmieniła się diametralnie. Z tej wyśmiewanej stała się podziwianą.
„Udało mi się. Nareszcie się udało. A jutro...” uśmiech nieco zbladł. „Jutro... Co będzie jutro?” Marie dopiero teraz zorientowała się, w co się wpakowała. Przygryzła wargę ze zdenerwowania. Co będzie jeśli jutro nawali? Co się stanie, jeśli zrobi z siebie pośmiewisko? Wszyscy będą się spodziewać tego samego, co dzisiaj, a Sylvia... Marie nie chciała już o tym dłużej myśleć. Wstała z łóżka i podeszła do okna. Spojrzała na kwiecisty dywan w dole, pod jej oknem.
I znów TO wróciło... W ciągu dnia prawie o tym zapomniała. Wydarzenia tego dnia odciągnęły od niej to przeczucie. A teraz wróciło i to ze zdwojoną siłą. Znów poczuła niepokój i niesamowity ciężar w okolicy serca. Odetchnęła głęboko i znów spojrzała w dół. Na jednej z ogrodowych alejek zobaczyła czarnego kota. Ten, jakby wyczuł jej spojrzenie obejrzał się na nią. Marie mrugnęła kilka razy i przetarła oczy. Kota nie było. „Chyba jestem zmęczona” pomyślała dziewczyna. Rozglądnęła się jeszcze po ogrodzie i napotkała wzrokiem Alexa. Nie namyślając się długo odeszła od okna i zbiegła po schodach. Musiała się z kimś podzielić zarówno tymi radosnymi, jak i mniej przyjemnymi wiadomościami.

* * *

Artemis zaklął cicho pod nosem. Obiecywał sobie, że już nigdy więcej nie wejdzie między krzewy, a już na pewno nie będzie nimi chadzał. Niestety, niesprzyjające okoliczności zmusiły go do złamania tych przyrzeczeń. Jakaś dziewczyna dostrzegła go z Wieży Słońca. Była to zapewne adeptka i kot miał nadzieję, że zapomni o nim równie szybko, jak zniknął jej z oczu.
Szedł ocierając się o kolczaste riwie, zahaczając o wystające gałęzie miriamów i pinaczy. Pocieszała go tylko myśl, że już jest niedaleko domku. Przynajmniej miał taką nadzieję. Szedł powoli próbując unikać kontaktu z kaleczącymi roślinami. Niestety nie dawało to większych skutków. Stawiał krok za krokiem ciesząc się cieniem. Przynajmniej jeden plus tej jakże nieprzyjemnej sytuacji, myślał ironicznie. Chciał wyjść na ścieżkę, obawiał się jedna, że ktoś go dostrzeże. Najlepiej, aby jak najmniej osób wiedziało o jego istnieniu.
Niestety tego dnia widocznie szczęście mu nie sprzyjało. Na najbliższej ścieżce pojawiła się znajoma postać. Wystawiając łeb z zarośli zobaczył kasztanowe włosy, których posiadaczką była adeptka z okna. Zauważył również, że była to ta sama dziewczyna, którą widział na lekcji.
Adeptka przystanęła przy nim i rozglądnęła się. Po chwili pobiegła ścieżką i zniknęła za zakrętem.
Artemis z wrodzoną sobie ciekawością podążył za nią. Zastał ją rozmawiającą z Alexem. Oboje musieli się dobrze znać.
– Pomóc ci w czymś? – zapytała dziewczyna uśmiechając się do chłopaka.
– Jeśli chcesz...
– Wiesz, że lubię ci pomagać z roślinami.
– Skoro tak, to możesz poprzesadzać te kristie, które przyniosłem – odparł patrząc dziewczynie w oczy.
Adeptka odwzajemniła uśmiech i zabrała się do pracy.
– Właściwie to chciałam z tobą porozmawiać – powiedziała po chwili milczenia.
– O czym? – Alex spojrzał na nią z ciekawością.
– Wiesz... Dzisiaj na lekcji...
– Znowu się ktoś z ciebie śmiał? – Ton Alexa mówił o tym, że często omawiali tę kwestię. – Wiem Marie, że nie jest ci lekko, ale...
– Nie – zaprzeczyła dziewczyna. Artemis już wiedział, że nazywa się Marie. – Nie o to chodzi. Dzisiaj na lekcji... – Jej policzki nabrały rumieńców. – Dzisiaj na lekcji wszystko poszło mi świetnie. Wszystko się udało. – Uśmiechnęła się, a oczy jej się zaświeciły. Była bardzo szczęśliwa. Artemis wyczuł jej emocje bez potrzeby używania magii.
Alex wyprostował się znad kwiatów i spojrzał na nią mile zaskoczony.
– Naprawdę? – zapytał. – To wspaniale! Wiedziałem, że w końcu ci się uda...
– Tak... – mruknęła dziewczyna. – Jednak... Jednak boję się o jutro. Wiesz, co będzie, jeśli jutro znów nic mi nie będzie wychodzić?
– Ja bym się tak tym nie martwił – odparł beztrosko. – Skoro raz się udało to już będzie ci łatwiej.
– Pewnie masz rację – powiedziała wciąż nieprzekonana Marie.
– W końcu coś ci się udało. To znaczy, że rozwijasz się i że...
– Tak, jasne wiem, co chcesz powiedzieć. –Marie spojrzała znacząco w niebo. – Z drugiej jednak strony, chyba rzeczywiście nadszedł czas na to abym „zaczęła się rozwijać”. – Zaśmiała się. – Za kilka tygodni moje szesnaste urodziny. – Zmarkotniała nieco. Artemis wiedział, dlaczego.
Dzień szesnastych urodzin w życiu każdego maga i czarodziejki jest bardzo ważny. Wtedy to osiąga się pełnię mocy i właściwie dopiero od tego czasu zaczyna się NAPRAWDĘ uczyć magii.
Alex kiwnął znacząco głową.
– Nie martw się. Wszystko będzie w porządku. – Starał się pocieszyć dziewczynę. – Zobaczysz. Pamiętasz moje urodziny? – Skrzywił się. – To dopiero była katastrofa.
Marie powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Dobrze pamiętała urodziny Alexa. Chłopak naprawdę miał pecha. Od samego rana tłukł szklane przedmioty ledwie poruszając ręką. Szklanka, z której pił na śniadaniu pękła z trzaskiem i cała zawartość spłynęła na nową szatę przygotowaną specjalnie na ten dzień. Jednak najgorsze wydarzyło się podczas Ceremonii Pasowania. Wtedy to adept podchodzi do królowej i oznajmia jej, jaką obiera drogę na przyszłość. Tedy to królowa nadaje mu prawa do nauki w pałacu lub poza nim oraz obowiązki, które musi wykonywać w zamian za nadane przywileje. Alex miał naprawdę kiepski dzień, ponieważ podczas ceremonii potknął się i padł jak długi do stóp królowej. Na szczęście wszystko obróciło się w żart, a Alex płonący ze wstydu ledwo utrzymał się na nogach.
– Jestem pewien, że nie będziesz mieć aż tak źle jak ja – rzekł ponuro.
Marie nic nie powiedziała. Pochłonięta roślinami i własnymi myślami nie miała już ochoty do dalszej rozmowy.
Artemis nie czekał na dalszy ciąg rozmowy. Odwrócił się i podążył w stronę domku. Nagle zatrzymał się jakby go wrosło w ziemię. Oświeciło go. To przecież takie oczywiste! Jak mógł o tym wcześniej nie pomyśleć? Szesnaste urodziny, pełnia mocy... Uśmiechnął się do siebie. Już wiedział, kogo szukać. A przynajmniej, w jakim wieku...

* * *

„Młodzi magowie i czarodziejki rozpoczynają edukację w wieku dziesięciu, jedenastu lat. Uczą się oni w rejonowych szkołach bądź w Pałacu. Niestety tylko nieliczni mają takie szczęście. Zazwyczaj są to dzieci dworskich urzędników i urzędniczek.
Adepci przez pięć lat uczą się panowania nad swoją mocą. Jest to najważniejsza spośród wszystkich umiejętności oraz będąca ich podstawą. Edukacja ta obejmuje również proste zaklęcia, a i to dopiero na niedługi czas przed szesnastymi urodzinami.
Każdy mag i czarodziejka pełnię swych mocy magicznych osiąga w dniu szesnastych urodzin (tak zwana „pełnia”). Od tego momentu moc może pozostać na osiągniętym poziomie lub nieznacznie opaść. Do tego czasu adepci nie są w stanie w pełni wykorzystać swych mocy i dopiero po zdobyciu „magicznej pełnoletniości” rozwijają swe umiejętności, aby jak najlepiej wykorzystać ten dar.
Niestety wykorzystanie całej mocy jest właściwie niemożliwe. Nawet najwięksi tego świata nie potrafili, bądź nie byli w stanie spożytkować wszystkich z posiadanych mocy.
Adepci prawdziwe studia magiczne rozpoczynają po osiągnięciu pełni. Wybierają wtedy jedne z licznych kierunków magii i rozpoczynają intensywną naukę. Trwa ona nawet do dziesięciu lat. Czas studiów zależy od obranego kierunku oraz stopnia zaawansowania. Jednak większość kierunków można ukończyć po czterech do pięciu lat intensywnej nauki.”

„Wielka Księga Epsilionu –
– legendy, historia i tajemnice”
Fragmenty



Filipinkaa
18.08.2005, 13:51

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

feta

hehe... już jest marzec i dalej nowych części nie ma:( filipinkaa prosze! ja chce następne części!!!

12.03.2006, 19:47
azuil

Ciekawe i dobre opowiadanie. Kiedy będą następne części?? Jest już przecież październik!!

23.10.2005, 16:29
Gatta Shimatta

Ja tam Fowla nie czytałam, ale to nie zmienia faktu, że opowiadanie bardzo mi się podoba... zwłaszcza, że koty to moje naj, najukochańsze zwierzaczki ^^

30.08.2005, 20:33
Anianka

Zaczyna się rozkręcać. Nie mogę się doczekać kontynuacji.

29.08.2005, 19:28
Zireael

Nadal mi się podoba... :)

24.08.2005, 10:19
vianne

kiedy następna część???

23.08.2005, 19:04
przekleta dziewucha

rzeczywiście ten/Artemis przypomina nieco Fowla. Ja osobiście byłamw posiadaniu tejże książki (Artemisa Fowla), ale niestety zjadłmi ją pies koleżanki,ach!

23.08.2005, 18:51
Filipinkaa

No, cóż... Nie jesteś pierwszą osobą piszącą, o tej książce. Prawdę mówiąc na oczy jej nie widziałam... i dzięki :-)

23.08.2005, 11:33
arwena

Super opowiadanie, fajnie, że to nie jest kolejna powieść z Malfoyem, Syriuszem lub ze Snape'em w roli głównej (które mnie już denerwują). Jest dosyć oryginalna (chociaż mam pewne skojarzenia z Sabriną...).Ciekawa jestem, czy imię Artemis nadałaś kotu po przeczytaniu książęk z serii Artemis Fowl? Bo moim zdaniem charakter kota przypomina rochę charakter młodego Fowla. Ale trzymaj się ciepło i pisz dalej!!! I miłych wakacji!

23.08.2005, 09:40
Aibhill Dreamstoher

Filipinkoo zapraszamy do myślodsiewni pod artykułem o kotach. Przydasz się ;)

22.08.2005, 10:33