Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Kot Apokalipsy

Filipinkaa

„(…) i w owym czasie przyjdzie na świat dziecko, które nosić będzie koronę. Wybrańcem ono będzie. A Wybraniec będzie:
wszystkim i niczym
zagładą i ocaleniem
magią i jej brakiem
życiem i śmiercią

Wybraniec jako pierwszy poczuje, iż zbliża się koniec. A jego wizje odzwierciedlą przyszłość, jednak nikomu o nich nie powie. Jego moc będzie tak wielka, iż będzie musiała znaleźć ujście z ciała. Uwolni się ona po pierwszym nowiu od pierwszej wizji (…)”

Przepowiednia Apokalipsy
Fragment; IV w. Ery Kota
Autor nieznany





Kot Apokalipsy


* * *

Stała na uboczu, mała drewniana chatka przykryta lichym przeciekającym dachem. Mieszkała w nim „czarownica”. Stara kobieta, która ubierała się na czarno, leczyła ziołami, odpędzała złe duchy. Mieszkańcy pobliskiego miasteczka często zwracali się do niej o radę.
Jednak w tej opowieści nie chodzi ani o ową staruszkę ani nawet o jednego z mieszkańców miasteczka, których było nad wyraz mało. Chodzi tu o kota tej jakże przemiłej staruszki. Nie był to zwykły kot, choć na takiego wyglądał. Miał czarne gładkie futro i typowe dla kota zielone oczy. Swą niezwykłość zawdzięczał temu, co było pod powłoką kociego wyglądu. Zjawiał się zawsze tam gdzie działo się coś niepokojącego. Jednak nie było to byle jakie COŚ. Owe COŚ zaprzątnęło mu pyszczek jakieś 836 lat temu. Tak, właśnie tyle. Niestety jak się później okazało był to zmarnowany czas ze względu na to, że był to fałszywy alarm. Wracając do wieku kota. Miał on około czterech tysięcy lat. Może nawet trochę ponad.

Niestety jak się później okazało był to fałszywy alarm. Wracając do wieku kota. Miał on około czterech tysięcy lat. Może nawet trochę ponad.
Nie był on zwykłym kotem. Był człowiekiem, przynajmniej przez krótki okres spośród tych 4 000 lat. Rada Starszych zamieniła go w kota za nadużywanie magii i nielegalną sprzedaż zaklęć (ale nie o tym przecież mowa). Jako czworonogie stworzonko miał za zadanie w obliczu zagłady świata odnaleźć Wybrańca i pomóc mu ocalić świat przed ostateczną zagładą

Jak już wspominałam nie był zwykłym kotem. Był człowiekiem, przynajmniej przez krótki okres spośród tych 4 000 lat. Rada Starszych zamieniła go w kota za nadużywanie magii i nielegalną sprzedaż zaklęć (ale nie o tym przecież mowa). Jako czworonogie stworzonko miał za zadanie w obliczu zagłady świata odnaleźć Wybrańca i pomóc mu ocalić świat. Pewnie wydaje się wam to dziwne: „jak kot może ocalić świat? Przecież to tylko zwierzę!” Niestety mylicie się. I pod koniec tej książki przekonacie się jak bardzo.
Czarownica, tymczasowa jego opiekunka nic o tym nie wiedziała. Nie wiedziała nawet, że kot umie mówić. A umiał. A będąc szczegółowym to w czterdziestu trzech językach współczesnego świata i piętnastu, które już dawno wyszły z użycia. Jednak nigdy nie widział potrzeby, aby odezwać się, choć słówkiem do starowinki. Po co jej zawracać głowę, myślał.
Właśnie wygrzewał się na słońcu, kiedy do chatki weszła staruszka niosąc naręcza świeżo zerwanych ziół. Odłożyła na stół wiązankę i nalała do kociej miseczki trochę mleka. Kot usiadł na poduszce i zaczął powoli chłeptać mleko. Czarownica wydawała się czymś zaniepokojona.
– Coś wisi w powietrzu – powiedziała – Coś się stanie. Coś niedobrego… – te ostatnie słowa wypowiedziała prawie szeptem.
Kot wsłuchiwał się w jej słowa z narastającą niechęcią i niepokojem. Ostatnio miał złe przeczucia. Jego kocie oczy dostrzegały znacznie więcej niż ludzkie. Nie dość, że ptaki i inne zwierzęta i owady były wyraźnie niespokojne, to chmury zmieniały kształty w nadzwyczajnym tempie, choć wiatr dawał ledwo o sobie znać. Wydawałoby się, że świat szykuje się na najgorsze. Kot myślał o tym samym. „Nadszedł już czas” odezwał się głos w jego główce. „Taak…” pomyślał „Na początek trzeba udać się do wyroczni.” Właściwie nie miał ochoty udać się w daleką i dość niebezpieczną podróż. Musiał to jednak zrobić choćby ze względu na uwolnienie jego grzesznej duszyczki z kociego ciała nie wspominając tu już oczywiście o samym w sobie uratowaniu całego świata przed zagładą. Ale mimo to żal mu było opuszczać tę małą chatkę, w której zawsze czekała na niego pełna miseczka i miękkie posłanie do spania. Tym bardziej, iż staruszka bardzo go lubiła. Można by rzec, że żyłą już tylko dla niego. Nie rozczulając się już dłużej nad swoim kocim żywotem wskoczył na okno.
– Znów wychodzisz? – zwróciła się do kota czarownica.
– Miau – odparł.
– A więc idź. Tylko wróć najpóźniej za tydzień, bo znów będę się zamartwiać – powiedziała z uśmiechem.
– Miau. – Podszedł i otarł się o jej nogi. Chciał przez to powiedzieć, aby się nie martwiła o niego i pamiętała o nim, kiedy nie wróci.
– Tak, wiem – odpowiedziała. – Zostawię ci otwarte okno, jak zawsze.
Kotek spojrzał na nią z mieszaniną irytacji i smutku na pyszczku. Staruszka podrapała go jeszcze raz za uchem. Odmruczał pieszczotliwie. Przez parę najbliższych dni będzie mu tego brakować. Po chwili wskoczył na okno, po raz ostatni raz omiótł wzrokiem izbę, miauknął na pożegnanie i odszedł w stronę zachodzącego słońca.

* * *

Nadszedł ranek. Pierwsze promienie słońca obudziły księżniczkę Dżasminę, wchodząc do jej pokoju przez ogromne okna. Otworzyła jedno oko, wszystko wydawało się zwyczajne. Otworzyła drugie oko. Tak, wszystko było normalnie. Spojrzała na odsłoniętą zasłonę łóżka. Na początki wydało jej się to trochę dziwne, ale po chwili sobie przypomniała. Dzisiaj była noc Księżycowego Przesilenia i zapewne znów lunatykowała. Wstała z łóżka i podeszła do okna. Owe okno wyglądało na pałacowe ogrody. Były one aż przesycone roślinami ze wszystkich zakątków świata. Można tam było znaleźć kwiaty od pelgoni do zefirów, drzewa od androndów do makowników, walorków i wielu innych rzadkich gatunków.
Rankiem ogród wydawał się lekko uśpiony. Budził się do życia dopiero około południa, kiedy to pszczoły rozpoczynały bieganinę, a kwiaty rozchylały swe delikatne płatki ku słońcu. Ale dziś ogród wyglądał inaczej, jakby szaro i tak… obco. Nawet słońce nie dawało tyle światła i ciepła, co zwykle. „Coś jest nie tak” pomyślała Dżasmina. Po chwili odeszła od okna, bo za godzinę miała mieć lekcję magii.

* * *

Parę pięter niżej w Brązowej Sali Marie ćwiczyła zaklęcie lewitacji razem z paroma innymi dziewczętami pod czujnym okiem nadwornego maga Admiralda. Był on srogim i wymagającym nauczycielem, ale co najważniejsze, wyszkolił kilka pokoleń doskonałych magów. W tej chwili jednak wypadałoby przyjrzeć się Marie. Całkiem zwyczajna dziewczyna, ale tylko z pozoru. Była czarodziejką, jak i inne jej koleżanki. Tak naprawdę nie była w pełni czarodziejką. Urodzona z magicznej matki i nie magicznego ojca powstała rzadko spotykana mieszanka. Małżeństwa mieszane były nieczęsto spotykane w ich świecie. Zazwyczaj magicy i czarodziejki trzymali się z dala od ludzi nieposiadających zdolności magicznych. Wiadomo jednak, że miłość jest ślepa. Rodzice bardzo się kochali, jednak ojciec zmarł, gdy miała zaledwie sześć lat. Bardzo przeżyła to najgorsze rozstanie, jednak wciąż miała matkę–czarodziejkę. Jej matka była osobą spokojną i dobrą. Miała niezwykły talent do magii. Pracowała również w pałacu, jeszcze przed urodzeniem Marie. Nie mogła w nim zostać ze względu na panujące w ich świecie zasady– jeśli dziecko nie wykaże żadnych predyspozycji magicznych zostanie odsunięte wraz z matką od magicznego świata.
Vanessa, bo tak nazywała się matka Marie, czekała długie dziesięć lat z nadzieją, że jej córeczka ujawni swoje umiejętności. U dzieci moce ujawniały się do około lat siedmiu. Marie jednak nie spieszyło się. Dopiero w wieku jedenastu lat pokazała, na co ją stać. Wtedy Vanessa mogła wraz z córeczką wrócić do pałacu. Była poważaną i wysoko postawioną urzędniczką dworską i drzwi pałacu stały nadal dla niej otworem. Nawet po tych długich jedenastu latach. Wtedy to Marie zamieszkała w internacie dla dziewcząt w Wieży Słońca, a Vanessa w pokojach dworskich.
Od tamtego czasu Marie zaczęła kształcić się w kierunku magicznym. Pracowała ciężko: codziennie powtarzała zaklęcia, magiczne formuły, ale na niewiele się jej to zdało. Trudności sprawiało jej nawet najmniejsze zaklęcie. Przynajmniej wtedy, gdy miała towarzystwo swoich koleżanek z roku. Dziewczęta wyśmiewały się z niej. Nazywały ją „Apokalipsą Magii” lub po prostu „Apokalipsą”. Marie starała się nie zwracać uwagi na te zaczepki, jednak emocje brały górę. Zamykała się wtedy w pokoju i cicho popłakiwała w poduszkę. Brakowało jej kogoś, z kim mogłaby porozmawiać, komu mogłaby się wyżalić, kogoś, kto by jej wysłuchał i służył dobrą radą, kogoś, komu mogłaby nareszcie zaufać…

* * *

– Gdzie ja jestem? – mruknął kot. Pamiętał słowa wyroczni: „Idź za najjaśniejszą gwiazdą nocnego nieba”. Poprzednio trafił bez problemu (to znaczy 836 lat temu– przyp. aut.), ale teraz trochę się zgubił. – Do licha – przeklął. – Mogłaby mi, chociaż wskazać, która to gwiazda – warknął.
– Jeśli chcesz wiedzieć, to wystarczyło poprosić– odezwał się głos w jego główce.
– Och… witaj. – mruknął zmieszany
– Tylko tyle? Żadnych przeprosin? – Głos był aksamitny i miękki, choć stanowczy.
– No... sama rozumiesz, mam ważniejsze sprawy na pyszczku – odburknął.
– Ach to tak? – Irytacja. – To chcesz wiedzieć gdzie iść, czy nie?
– Chyba muszę jakoś dojść – mruknął i spojrzał w górę spode łba.
– Idź za ostatnią gwiazdą z ogona w konstelacji kota.
– Dziękuję – odparł z wymuszoną grzecznością.
– Oczekuję cię za pięć dni – oświadczyła Wyrocznia.
– Jasne, będę – odrzekł bezbarwnym tonem.
Zaległa cisza.
– Za pięć dni… – wymamrotał. Spojrzał w niebo, odnalazł konstelację kota i ruszył w dalszą drogę.

* * *

– Księżniczko, księżniczko! Czy panienka mnie słucha? – zapytał z głęboką irytacją królewski wyższy mag.
– Tak... przepraszam. Zamyśliłam się troszeczkę… – odparła Dżasmina rumieniąc się.
– Na razie proszę skupić się na lekcji! – odparł mag– Więc zacznijmy od początku. Zaklęcie Promienia Słońca... – zaczął przemowę.
„Dlaczego mam się zajmować tymi błahostkami?” Pytała samą siebie Dżasmina. „Przecież, coś się wydarzy, to wisi w powietrzu... Mam złe przeczu…”
– Dżasmino! – krzyknął rozhisteryzowany mag. – Co ty sobie wyobrażasz?!
– Przepraszam. Źle dzisiaj spałam. Czy moglibyśmy przenieść tę lekcję na później? – spytała melancholijnie księżniczka. Mag już otworzył usta, aby zaprzeczyć, ale Dżasmina była szybsza.
– Dziękuję. Jeśli byłabym potrzebna jestem w swoich komnatach – odparła
Odwróciła się na pięcie i wybiegła z Kryształowej Sali. Czarne włosy falowały za nią, a jej ciemne oczy błądziły po ścianach korytarzy. Nie wiedziała jak trafiła do pokoju. Od razu wylądowała na łóżku. Była zmęczona i wciąż dręczyło ją to… przeczucie. Czuła się strasznie ociężała. Powieki same opadły. Po chwili spała jak kamień.

* * *

Marie siedziała w swoim pokoju. Dziewczyny znów się z niej wyśmiewały. Nie potrafiła wykonać najprostszego zaklęcia. Nie była to jednak do końca jej wina. Ostatnio czuła się jakoś nieswojo. Była czymś zaniepokojona. Położyła się na plecach i spojrzała w sufit. Wyglądał jakby odświeżano go jakieś sto lat temu, a może i więcej. Wyjęła spod bluzki złoty łańcuszek. Miała przy nim wisiorek w kształcie korony. Dostała go od taty na piąte urodziny wraz z karteczką: „Dla mojej Małej Księżniczki”. Ojciec wtedy wyjechał i nie mógł świętować tego uroczystego dnia.
Teraz, gdy była starsza zaczęło jej brakować tych dziecięcych dni. Zamyśliła się i zaczęła powoli obracać wisiorek w palcach. Kiedyś, miała mnóstwo przyjaciół. Teraz była taka samotna. Wyczarowała bukiecik stokrotek. „Gdy jestem sama wszystko się udaje.” Pomyślała ze smutkiem. Wstała z łóżka i podeszłą do okna. Z owego okna rozciągał się przepiękny widok. Wszystkie dziewczęta mieszkały w Wieży Słońca. Jak można się domyślić okna wychodziły na wschód i zachód. Po wschodniej stronie pałacu znajdowały się Królewskie Ogrody. Okno Marie wychodziło właśnie na wschód. Spojrzała w dół na wspaniały kwiecisty dywan. Zamyśliła się, a po chwili zastanowienia wyszła z pokoju.

* * *

– Czy ja, aby nie zboczyłem z drogi? – zapytał sam siebie kot. Rozejrzał się. – Jakoś nie przypominam, żebym wpadał do jakiejś dziury.
Co prawda nie pamiętał, ale wyjść już z niej nie mógł. Ześlizgnął się w dół po śliskiej, nieomal pionowej ścianie, po której wejście z powrotem na górę było niemożliwe– nawet dla kota. Teraz miał do wyboru trzy korytarze. Bez zastanowienia wybrał pierwszy. W końcu musi iść w stronę gwiazdy. Ruszył korytarzem, który wił się wśród ciemności. Zakręcał to w prawo, to w lewo, to w górę, to w dół. Z każdym krokiem ciemność gęstniała. Ściany były wilgotne i zimne. Bicie serca w tej niesamowitej ciszy wydawało się być waleniem. Kot usłyszał pewien szelest, zgrzyt. Odwrócił się w tył i wytężył wzrok. Postępując o jeden krok w tył za dużo świat zniknął w górze, a potem pogrążył go mrok.
* * *

– Najjaśniejsza Pani, wyższy mag królewski Omedes w pilnej sprawie.
– Niech wejdzie – rzekła królowa, lekko zirytowana, gdyż została oderwana od swoich zajęć, aczkolwiek zaniepokojona, bo rzadko mag przynosił jakieś ważne wieści. Najczęściej te mniej przyjemne.
– Wyższy królewski mag O...
– Daruj sobie – warknął mag na trębacza.
– W jakiej toż to sprawie do mnie przychodzisz o zacny Omedesie? – zapytała królowa swym aksamitnym głosem
– Najjaśniejsza pani...
– Daruj sobie tytuły. Przejdź do rzeczy – rzekła zniecierpliwiona.
– A więc... niepokoję się o księżniczkę – odparł nieco zmieszany.
– Czy coś sugerujesz? – Było to jedno z tego typu konkretnych pytań retorycznych (proszę tego nie brać zbyt dosłownie dop. aut.)
– Znaczy się... jest jakaś... hm... nie skupiona – mag był wyraźnie poirytowany zaistniałą sytuacją. Królowa zadawała o wiele bardziej konkretne pytania niż się spodziewał. Zazwyczaj owijał wszystko w bawełnę, a królowa cierpliwie wysłuchiwała. Nie wiedzieć, czemu dziś było inaczej. Postanowił kontynuować: – Panienka Dżasmina ostatnimi dniami nie uważa na wykładach, z dzisiaj przełożyła lekcję, mówiąc że źle spała. Zdaje się być czymś zaniepokojona.
– Więc, co proponujesz? – w aksamitnym tonie głosu królowej było słychać zniecierpliwienie.
– Właściwie to...
– Przepowiednia... – powiedziała królowa teatralnym szeptem, którą nagle oświeciła pewna myśl.
– Przepraszam, ale chyba nie dosłyszałem – rzekł sucho mag.
– Przepowiednia Omedesie, przepowiednia – powiedziała już tym razem głośno.
– Tak... przepowiednia – mruknął mag.– To właśnie chciałem...
– Zamilcz! – Królowa zamyśliła się chwilę. – Jeśli to prawda, trzeba podjąć pewne kroki.
– Tak, jak zwykle masz rację pani.– odrzekł
– A ty wiesz zapewne, co masz robić? – zapytała królowa.
– Właściwie to...
– A, więc dobrze. Idź i rób to, co powinieneś – odparła przesłodzonym tonem i z pięknym, aczkolwiek nieszczerym uśmiechem.
Audiencja była zakończona.

* * *

Marie przechadzała się po ogrodzie. Najczęściej, gdy było jej smutno przychodziła tutaj. Ogród ją uspokajał. Dziewczyna ogarnęła wzrokiem część ogrodu, w którym się znajdowała. Wydawało się, że rośliny straciły chęć do życia. Marie z niedowierzaniem stwierdziła, że ogród... umierał. To przecież niemożliwe, pomyślała przechodząc obok krzaku winków, przecież te rośliny są utrzymywane dzięki magii botanicznej. To niemożliwe! Usiadła przy fontannie i spojrzała w taflę wody. Zobaczyła swoje, trochę zniekształcone odbicie. Długie ciemne rzęsy przysłaniały zielono–szmaragdowe oczy, których wyraz wskazywał na głęboki smutek. Wdychała woń swoich ulubionych kwiatów– lilianek i powoli odzyskiwała równowagę.
– Wita j– powiedział znajomy głos.
„No, nie! Czy zawsze znajdzie się ktoś, kto musi mi przeszkadzać?” Odwróciła się powoli i spojrzała wprost w nieziemsko błękitne oczy.
– Cześć Alex – odparła z udawanym uśmiechem. – Co ty tutaj robisz?
– A jak myślisz? Pielęgnuję ogród – odpowiedział. Alex był pomocnikiem naczelnego botanika królewskiego. – Nie sądzisz, że dzieje się tutaj coś... złego? – zapytał nagle, a uśmiech zniknął.
– Co masz konkretnie na myśli?
– No, czy masz takie przeczucie, że coś jakby wisiało w powietrzu jakby...
– Proszę, nie kończ – powiedziała łagodnie. Na jej twarzy również nie było widać, choć cienia uśmiechu. – Tak, wiem, o co ci chodzi. Ja... ja też to czuję, ale nie bardzo wiem, o co chodzi, jaki to ma związek z... zresztą, nieważne – zakończyła z wahaniem.
– Jak to nieważne? Ty żartujesz? Przecież tu chodzi o nas... o... cały świat!
– Zrozum, to nie są sprawy na nasz rozum. My... my po prostu jesteśmy pionkami w grze losu – Wtuliła się w jego ramię – nic nie znaczącymi pionkami, które po prostu mają spełniać swoje obowiązki, a tymi sprawami niech się lepiej zajmą ci, którzy mogą, którzy potrafią... – ostatnie słowa wyszeptała. Nie wiedzieć, czemu poczuła, że słabnie. Siły nagle ją opuściły i równie nagle opadła w ramiona Alexa.

* * *

Był w świątyni. W ogromnej świątyni, w której już kiedyś był.
– Chyba mówiłam, że oczekuję cię za trzy dni! – Usłyszał poirytowany głos.
– Lubię przychodzić wcześniej na umówione spotkania.– wymamrotał.
– Byłam umówiona z fryzjerem! – krzyknęła (ach te kobiety! dop. aut )
– Dobrze, już się stąd wynoszę.
– Nie, poczekaj. Skoro już tu jesteś to załatwmy to od razu – rzekła Wyrocznia – Ale póki, co to jakim cudem trafiłeś tu tak szybko?
– Mówiłem, wolę być wcześniej niźli później. Pospieszyłem się – skłamał. Nie miał pojęcia, jakim cudem tu trafił.
– Więc, nie interesuje cię to, – zaczęła odgadując jego myśli – że trafiłeś tu przez dobrze ukrytą dziurę czasoprzestrzenną, i że mogłeś trafić na przykład do innego wszechświata? Że mogłeś rozszczepić się na miliardy kawałków i przenieść się gdziekolwiek?! – Na końcu krzyczała.
– Powiedzmy, że to była zwierzęca intuicja – odparł zakłopotany.
– Doprawdy? – zapytała z głębokim niedowierzaniem.
– Nie mówmy już, o tym – odpowiedział szybko – Czas ucieka!
– Racja – Wyrocznia opanowała własną irytację. – Więc, co to jeszcze pamiętasz od ostatniego spotkania?
– No, coś się pamięta. – Kot zmrużył oczy – Jak to szło? Aha... ktoś, kto nosi koronę... przeczucie jako pierwszy... przy pierwszym nowiu po pierwszej wizji uwolni moc... wystarczy?
– Jeszcze jedna ważna rzecz – odrzekła z lekką satysfakcją Wyrocznia. – Musisz pomóc Wybrańcowi w opanowaniu mocy. Jeśli wymknie się za bardzo spod kontroli to...
– Tak, jasne. Wiem, o co ci chodzi. To koniec delikatnie mówiąc – mruknął kot.
– Więc, jesteś gotowy do podróży?
– Jak zawsze – przytaknął z niechęcią. – To, kiedy mam ruszać?
– Najlepiej zaraz. Ale póki, co weź kryształ.
Oszlifowany diament na czarnej obróżce przelewitował do niego i zawisł na jego szyi.
– Może pamiętasz, ale gdy dotknie go wybraniec kryształ zmieni barwę na błękitną. Nie zgub go!
– Jasne, że nie zgubię – mruknął.
– Mam taką nadzieję. I pamiętaj! Przepowiednie lubią wprowadzać w błąd – przestrzegła Wyrocznia.
– Dobrze, będę pamiętać. Coś o tym wiem – mruknął do siebie.
– Więc idź – rzekła. – Powodzenie kocie!
– Robisz to specjalnie? – zapytał zirytowany. – Przecież wiesz, że mam imię!
– Tak, racja. A więc powodzenia... Artemisie...

* * *

„(...) Epsilion jest jednym z wielu światów w wielowymiarowym wszechświecie. Pałac był uważany za najwspanialszą budowlę Epsilionu. Możliwe, że był jedną z najwspanialszych budowli w wymiarze. Istniało również przekonanie, że stoi on w centrum świata. Był zarazem najstarszą i najbardziej tajemniczą budowlą Epsilionu. Nie wiadomo, kiedy został zbudowany, kto go zaprojektował, dla kogo i po co. Nawet przy ówczesnych metodach magowie nie byli w stanie odpowiedzieć na te pytania. (...)
Legendy głosiły, że zbudowali go Ludzie Którzy Odeszli. Przybyli tu oni ma długo przed przybyciem magów i jeszcze szybciej odeszli gdzieś w przestrzeń. Nie pozostawili po sobie żadnych śladów, ale i tak legendy nie zanikały, a wręcz przeciwnie, poszerzały grono zwolenników tej tezy.
Pałac był z pewnością największą budowlą Epsilionu. Był wielkości średniego miasta, a do tego otaczały go różnorodne ogrody i place. Ogrody znajdowały się po wschodniej części Pałacu. Znajdowały się tam wszelkiego rodzaju rośliny ze wszystkich zakątków świata. Ogrody też tu były, od zawsze, tak jak i Pałac. Było to najbardziej okazałe ogrody w wymiarze. Żadne inne nie mogły się równać z tą różnorodnością barw i woni, ilością kwiatów, krzewów oraz drzew ozdobnych i owocowych. Wszystkie rośliny były utrzymywane przy pomocy magii botanicznej. Była ona opracowywana przez stulecia i nadal jest dopracowywana. Dzięki tego rodzajowi magii kwiaty kwitły przez okrągły rok, nigdy nie przekwitały i zawsze cieszyły oko spacerującego po ścieżkach ogrodu.
Z zachodniej strony pałacu rozpościerały się place. Na nich organizowano festyny, zabawy, defilady i parady. Czasem, przy pięknej pogodzie, odbywały się tam również bale.
Wnętrze Pałacu zachwycało nieomal tak bardzo jak i ogrody. Pokoje i sale były bardzo obszerne i bogato zdobione. Każda sala miała swoją własną nazwę zależnie od tego, czym była zdobiona lub w jaki sposób została umeblowana i udekorowana. Wiele z sal było miejscami ćwiczeń dla młodych adeptów, którzy mieszkali w Pałacu. Dziewczęta mieszkały w Wieży Słońca, a chłopcy w Wieży Księżyca. (...)
Było jeszcze jedno miejsce w Pałacu, które niektórych napawało strachem lub ciekawiło. Były to podziemia. Nikt nie przemierzył ich w całości. Korytarze ciągnęły się kilometrami. Było to również miejsce niebezpieczne. W ciemnościach czaiły się Stwory Ciemności. Są to stwory, które żywią się ciemnością i mrokiem. Są bardzo niebezpieczne i tylko doświadczeni magowie i czarodziejki potrafią sobie z nimi poradzić. Nierzadko jednak te spotkanie nie kończyły się najlepiej. Ponadto w podziemiach strzeżono jednej z najniezwyklejszych rzeczy w Epsilionie. Przejścia między wymiarowego. Było to jedyne jak uważano przejście między wymiarami w całym świecie. Pilnowano go tak dokładnie, ponieważ w innych wymiarach żyły stworzenia niecywilizowane, złe, okrutne i niebezpieczne, dlatego trzeba było strzec Epsilion przed „przyjściem gości” z innego wymiaru. (...)
Oprócz magów i czarodziejek świat zamieszkiwali kirowie. Był to lud niemagiczny. Wbrew niektórym przesądom Kirowie i madzy świetnie się dogadywali i żyli ze sobą w zgodzie i w harmonii. Nie mogli jednak żyć tuż obok siebie. Otóż, kirowie opracowali system energetyczny oparty na użyciu kamienia cirkonium. Problem w tym, że cirkonium traciło swe niezwykłe właściwości, gdy stężenie magii w powietrzu je otaczającym było zbyt duże. Działo się tak przy rzucaniu średniej mocy zaklęć. Cirkonium był najczęściej spotykanym kamieniem szlachetnym w Epsilionie. Każde większe gospodarstwo posiadało własne, niewielkie złoża tego kamienia. Wielkim plusem tego rodzaju energii była bardzo duża wydajność. Nawet niewielki odłamek cirkonium zasilający domową elekrystnię (centrum rozporządzania energią. Tam umieszczało się cirkonium skąd energia docierała do każdego miejsca w domostwie) pozwalał uzyskać energię na około półtora roku.
Magowie i kirowie, gdy zaszła taka potrzeba, pomagali sobie nawzajem. Jako mieszkańcy tego samego świata starali się wspierać i żyć w zgodzie. W historii Epsilionu próżno doszukiwać się zgrzytów pomiędzy tymi dwiema pokojowo nastawionymi rasami.(...)”

„Wielka Księga Epsilionu–
–legendy, historia i tajemnice”
Fragmenty


* * *

C.D.N.

Filipinkaa
30.07.2005, 10:29

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Kociak

Nie ma czegoś krótszego

9.02.2009, 18:50
xuvur

cewokyvyhi

24.06.2007, 11:44
6jwhmoud3o

8fgy274r 4gjwiry6vu8b 1eao85kaqd

24.06.2007, 01:54
7edyshf978

kusp8a32pa9a cdzre7m4g w9fufz2jkzyv

24.06.2007, 01:54
nrmt7tvr0o

itay0v7xftn iq9n1kh5w00n3jz g1xlouua

24.06.2007, 01:54
a19j5gcyo6

mt8nxfxpooprqfxmn axh7msuyozm6n c1zfevi4

5.05.2007, 21:55
0rpsb6ourc

u3bef4pmb hccr25fotv2w sy9r7bq724bad

4.05.2007, 12:04
Nyktus Szary

Świetne!!! Powala na kolana!!!

18.04.2006, 12:12
Seiferin

Nie doczytałam jeszcze do końca, ale nawiasem mówiąc podobają mi się kawałki o kocie, te o ludziach mnie nudzą. Może jak skończe to coś sie zmieni? Mam przynajmniej taka nadzieję :)

12.08.2005, 12:59
viverna

Opowiadanie jest bardzo ciekawe, ale też nie rozumiem, dlaczego niektóre fragmenty się powtarzają (licencia poetica)? Kiedy nowe opowiadania w Strefie?

7.08.2005, 21:33