Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Blask Błękitnych Pereł

MarVelle





I
W namiocie, w którym odbywała się narada przed decydującą bitwą, było dość mroczno. Dowódcy stali po obu stronach władcy. Miny mieli posępne i wpatrywali się w drobnej budowy rycerza w czarnej zbroi, który klęczał przed drewnianym krzesłem, które niektórzy szumnie nazywali tronem. Ten spuścił głowę i najwyraźniej pilnie wsłuchiwał się w słowa swojego seniora.
– Tak jest, Miłościwy Królu – powiedział w końcu, stłumionym przez hełm głosem.
– Możesz odejść – odrzekł wyraźnie zmęczony starzec.
Czarny rycerz bez słowa podniósł się z klęczek i wyszedł przed Kwaterę Główną. Dopiero tam zaczerpnął powietrza z wyraźną ulgą, ale zaraz pomaszerował w głąb puszczy. W namiocie nadal toczyła się narada. Król wysłuchiwał z uwagą raportu zwiadowców. Był to wysoki starzec. Biała broda wisiała tuż nad kolanami, a włosy, przystrzyżone równo z uszami, były w nieładzie. W piwnych oczach tliła się już bardzo niewielka iskierka zainteresowania, ale władca, a zarazem dowódca nie mógł sobie pozwolić na odpoczynek w takiej chwili.
– Glazur rozstawia swoje wojska po wschodniej stronie wilczych dołów. Całkiem niedaleko bagna, ale zasadzkami zabezpieczył się przed utopieniem – wyjaśniał jeden z dowódców.
– Edwardzie… Wiem – przerwał mu senior zmęczonym głosem. – Nałóż swoje rozpoznanie na nasze plany – ponaglił.
Te spokojne uwagi zawsze brzmiały jak wymówki. De Inive sięgnął po stos papierów, oczywiście tak niefortunnie, że kilka z nich spadło na ziemię. Mężczyzna czuł nieme współczucie dowódców dookoła. Starał się nie przeklinać, gdy król westchnął dość znacząco. Już do końca narady wszyscy siedzieli jak na szpilkach, nie ważąc się na nawet jedno zbędne słowo. Gdy już zbierali się z ulgą do wyjścia, poczuli się jak mali chłopcy, gdy słyszą ostatni dzwonek po lekcjach.
– Edwardzie… – Zaczął nieoczekiwanie król.
– Tak, Mój Panie.
Mężczyzna stłumił wściekłość i stanął, patrząc na seniora.
– Przyślij mi dowódcę lewego skrzydła. – Polecił krótko.
Dowódca odetchnął z ulgą i pospiesznie wyszedł z namiotu. Zarzucił opończę na ramiona (na plecach widniał srebrny lew – herb rodu de Inive) i rozejrzał się dookoła. Gdzie ta cholera mogła się podziać? Po namyśle stwierdził, że pośle giermka, chłopak i tak nie miał, co robić od dłuższego czasu, a on musi się wyspać przed bitwą.
W tym czasie rycerz w czarnej zbroi dotarł małej świątyni na leśnej polanie. Rozejrzał się, czy ktoś nie czai się w mroku i stanął za budynkiem. Odchylił przyłbicę i powoli ściągnął hełm. Po plecach rozsypały się jasne włosy i ukazała się drobna twarz. To była kobieta – Sonia Kirkegardzka, jedyne dziecko władcy Kirkegardu. Podniosła niebieskie oczy na niebo i pełnymi haustami czerpała powietrza. Nie zdążyła nacieszyć się samotnością – Podbiegł zdyszany giermek ze srebrnym lwem na kaftanie. Dziewczyna zmarszczyła nos i ściągnęła brwi na ułamek sekundy.
– Czego?! – spytała zimnym, nieprzyjemnym głosem.
Chłopak struchlał, ale dzielnie trzymał postawę.
– Ppani…
– Do rzeczy… – przerwała mu zniecierpliwionym głosem.
– Król cię wzywa, o pani – wykrztusił z siebie wreszcie sługa.
Przez twarz dziewczyny przebiegł ledwo dostrzegalny wyraz zniechęcenia, ale bez wahania pobiegła w stronę Kwatery Głównej. Stanęła przed dużym namiotem i zaczerpnęła kilka głębokich haustów powietrza. Dopiero wtedy weszła zdecydowanym krokiem do środka. Przyklękła na jedno kolano przed prowizorycznym tronem.
– Wzywałeś, o panie?
Odpowiedziało jej kilka westchnień. Król najwyraźniej drzemał z głową opartą na dłoni. Spojrzała na jego starą twarz. Coś ścisnęła ją za serce. Wzdrygnęła się i wtedy się obudził.
– O, jesteś nareszcie.
Dziewczyna schyliła głowę.
– Wstań, wstań – ponaglił. – Co sądzisz o naszych planach? – spytał.
To wyglądało jak jeden z egzaminów w Akademii. Cóż, niech żyje wytykanie jej niekompetencji.
– Nie miałam okazji się z nimi zapoznać, panie – powiedziała służbowym tonem i wyjątkowo zgodnie z prawdą.
Król wstał i podał jej plik papierów. Chwyciła je i zmusiła się do wykrzesania choć cienia zainteresowania. Tak naprawdę niewielkie pozycje naniesione na bardzo dokładną mapę zlewały jej się w jedno.
– Moim zdaniem zasadzka w lesie nie wystarczy – stwierdziła po kilkunastu minutach uporczywego wpatrywania się w mętne plany.
– Owszem, ale weź pod uwagę wilcze doły Glazura. – Oczy seniora zabłysły niebezpiecznie, nie znosił zarzutów bez pokrycia.
Dziewczyna odłożyła beznamiętnie mapy i wzruszyła ramionami.
– Można by posłać piechotę i łuczników przez zasadzki, wystarczy, żeby wiedzieli, gdzie są – wyjaśniła sucho.
Król nie krył uśmiechu, ale ten uśmiech wyglądał na przejaw zadowolenia. Cały zamienił się w słuch. Dziewczyna wbiła wzrok w kopcącą lampę olejną na stole i uśmiechnęła się zimno.
– Ilu skazańców przebywa w pobliżu? – spytała, wyciągając rękę w stronę źródła światła.
– Koło siedmiu w naszym obozie, a w promieniu dwóch staj będzie ich jeszcze raz tyle. Do czego zmierzasz?
Z początku nie odpowiedziała, zdjęła rękawicę z czarnej skóry, nabijaną srebrem.
– Po co mają ginąć na koszt kata? – uśmiechnęła się z uciechą i chwyciła żuka chodzącego po stole w dwa palce. – Niech przysłużą się ojczyźnie – wyjaśniła
Zrozpaczony insekt machał odnóżami i próbował poderwać się do lotu, ale trzymała go mocno. Przyjrzała się mu uważnie i wetknęła palce z owadem do wrzącego oleju. Król mimowolnie się wzdrygnął. Dziewczyna wyjęła rękę.
– Zajmę się tym o panie – powiedziała, patrząc starcowi w piwne oczy.
– Świetnie…
Bez słowa skierowała się do wyjścia.
– Soniu… – zaczął nagle władca, zupełnie innym tonem – wyśpij się przed bitwą.
Bardzo wymuszony, koślawy uśmiech przemknął przez jej twarz. Bardzo niechętnie skierowała kroki do swojego namiotu. Zaraz jednak przywołała pachołka.
– Konia, żywo – rzuciła spokojnie, a chłopak pognał jak gnany przez wszystkich diabłów.
Miała chwilę czasu na zastanowienie. Spojrzała na księżyc. Powietrze było wilgotne, więc blask rozpraszał się tworząc demoniczną poświatę. Mimowolnie zadrżała. Weszła do namiotu. Wyposażenie było ledwo widoczne w świetle małej lampki, przy której siedziało dwóch chłopaków naprawiających uprząż i produkujących szybko strzały. Skinęła im ręką, żeby nie przerywali pracy i weszła głębiej. Było już całkiem ciemno, więc chwyciła po omacku pochodnię i szybko skrzesała iskrę. Wyposażenie było typowo wojenne. Po jednej stronie posłanie, po drugiej toboły z najróżniejszymi rzeczami od kołczanów, przez papier i pióra do ubrań. Chwyciła czarną opończę, która leżała na krześle (pieńku) i skierowała się do wyjścia. Koń już czekał gotów do biegu. Uśmiechnęła się krzywo.
– Możesz odejść – powiedziała do pachołka. Po chwili odwróciła się szybko i dodała – Aha! Pod moim posłaniem leży upoważnienie do odebrania przydziału tytoniu i alkoholu. Wybierz, co wolisz.
Chłopak uśmiechnął się z wdzięcznością i pochylił się nisko w ukłonie.
– Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy po tej bitwie, mały. Jeżeli dobrze pamiętam jesteś w oddziale łuczników?
– Tak, o pani – odpowiedział chłopak, któremu chyba bardzo spieszyło się do odebrania przydziału.
– Gdzieś u mnie leży też kołczan z czarnymi strzałami. Wybierz te z czerwonymi brzechwami. Przydadzą ci się – powiedziała na odchodnym
Wskoczyła na konia i ruszyła na trakt. Nie zdążyła się rozpędzić, bo drogę zastąpił jej inny jeździec, na białej opończy miał wyszytą niebieską różę. Wszystko skrzyło się od ozdób ze szlachetnych kamieni.
– Witaj, o pani. – Odezwał się jeździec i zdjął kaptur z głowy.
Oblicze miał piękne. Czarne oczy, typowo kirkegardzki nos i ostro zarysowany podbródek. Prywatnie musiała przyznać, że wcale jej się nie podobał. Właściwie nie miała swojego typu faceta – jako księżniczka była z góry skazana na planowane małżeństwo, a poza tym najszybciej jak się dało została zaręczona. Zanim zabiła pierwszego wroga. Zanim zaczęła się bawić na poważnie w wojnę.
– Witam, lordzie Denever.
W głosie wyczuwało się ledwo dostrzegalną rezygnację. Rycerz uśmiechnął się i błysnęły lśniąco białe zęby.
– O pani, jeżeli zechcesz potowarzyszę ci w wieczornej przejażdżce. – zaproponował z przesadną uprzejmością.
Kobieta spięła konia z zamiarem wyminięcia orszaku lorda.
– Wybacz mi lordzie, ale to raczej pilna sprawa, więc jeżeli pozwolisz…
Gdy mijała rycerza, złapał ją mocno za ramię.
– Kochanie, jako moja narzeczona nie powinnaś mieć pilnych spraw w nocy…– szepnął jej do ucha.
W jego oddechu wyczuwało się najlepsze wino z pobliskich winnic. Sonia wzdrygnęła się lekko. Odczuła satysfakcję, że przyłbica jest opuszczona i nie musi patrzeć mu oczy.
– Czyżbym był ci wstrętny? – spytał szeptem rubasznie.
– Ależ nie, lordzie. To po prostu wieczorny chłód – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Wybacz mi, lordzie, ale naprawdę muszę już jechać.
Ściągnęła wodze i koń zaczął ruszać.
– Sądziłem, że przed bitwą coś mi się należy – syknął zjadliwie.
Zrobiło jej się gorąco. Skinęła lekko głową.
– Niestety, naprawdę muszę jechać – powtórzyła z ledwo dostrzegalnym przestrachem.
– Nie martw się, zaczekam – syknął, tym razem już z wyraźną złością.
Pokiwała głową z rezygnacją. Puścił jej ramię i chwycił dłoń. Złożył na niej siarczysty pocałunek, i odjechał. Sonia stała chwilę, aż spięła konia i pogalopowała w noc. Strużka potu spłynęła jej po brwi na policzek – jedyna oznaka zdenerwowania, nie licząc zaciśniętych ust.
Wjechała do jakiegoś małego miasteczka. Jedyna ulica była już całkiem wyludniona. Poprawiła zapięcie opończy i zeskoczyła z konia. Poklepała czarne zwierzę po chrapie, a ono, jakby rozumieli się bez słów, pogalopowało w noc. Czarny strój Soni całkiem zlewał się z nocnym mrokiem i tylko lekkie skrzypienie zbroi pozwalało zgadnąć, gdzie jest. Tymczasem ona podeszła do okna wielkiego, świeżo bielonego domu i zapukała mocno do bramy. Rozległ się suchy trzask – rękawica nabijana srebrnymi pierścieniami przebiła spróchniałe deski. Sonia zaklęła siarczyście i kopnęła we wrota. Dało się słyszeć głośniejszy trzask i z domu wybiegł przerażony mężczyzna w długiej białej koszuli i zarzuconym na to kontuszu, w ręku trzymał latarnię i patrzył na dziewczynę, czy raczej miejsce, gdzie podejrzewał, że stoi. Sonia bez wahania przeszła przez resztki bramy, zdjęła hełm, włosy rozsypały się po opończy i na pewno już ją dostrzegł.
– To wy jesteście tu sołtysem? – spytała rzeczowo, nie dopuszczając wieśniaka do głosu.
– Ttak, o ppani… – wykrztusił z siebie. – Nie mamy już wina, naprawdę! – zarzekał się rozpaczliwie – więcej nie mamy, to już całe zapasy… Nie będziemy mieli, za co żyć do żniw… Nie mamy, więcej nie mamy – skończył i zaniósł się kaszlem.
Sonia zmarszczyła nos. Nie podobało jej się to, bo traciła cenny czas przeznaczony na sen.
– Zamknij się – powiedziała chłodno.
Sołtys automatycznie zamknął usta i zaczął się trząść, szlafmyca zjechała mu na tył głowy. Wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy.
– Jutro oszacujecie, ile było tego wina. Chyba, że jesteście w stanie powiedzieć mi to teraz… Nieważne. – Machnęła niecierpliwie ręką, sięgnęła do pasa i odczepiła od niego sakiewkę. – Łap. – Rzuciła mu woreczek pełen brzęczących monet. – Reszta po bitwie, więc módl się, żebym przeżyła.
Wieśniak chwycił sakiewkę, ale trochę złota wypadło na ganek. Rzucił się chciwie na kolana i zaczął zbierać wszystko do najmniejszego pieniążka. Sonia położyła rękę na rękojeści miecza. Gest był aż zbyt wymowny, wieśniak znów struchlał i wstał posłusznie na baczność.
– Ile macie więźniów? – rzuciła oschle pytanie.
– Dwu… Dwunastu… – jęknął, ledwo rozumiejąc, o co chodzi. – Ale pięciu czeka na sąd – dodał pospiesznie.
Sonia nie miała czasu na takie brednie. Zmierzyła grubasa chłodnym spojrzeniem i szurnęła lekko deski, które roztrzaskane leżały pod jej nogami.
– Prowadź do więzienia – zażądała.
Wieśniak pokiwał skwapliwie głową i przeszedł przez to, co pozostało z wrót. Jęknął i zaczął biadolić.
– Ledwo po Wielkiej Nocy, a już brama w gruzach, wino wypite… budzą w środku nocy… – jęczał, chwytając się za głowę.
Sonia pokiwała głową ze zniecierpliwieniem, ale szła milcząc na rynek, w którego podziemiach mieściły się winnice i więzienie. Strażnik oczywiście spał. Królewna Kirkegardu rozejrzała się dookoła. Beczki po winie leżały potrzaskane w kątach, gdzieniegdzie walały się puchary. Od razu było widać obecność lorda Denever. Przez jej zimne oczy przebiegło coś na kształt zniechęcenia i bezradności, ale zaraz ustąpiło to miejsca zniecierpliwieniu. Kopnęła w krzesło ciecia. Noga od razu się wyłamała i stróż wylądował na podłodze. Zaaferowany chwycił gwizdek i zaczął na przemian gwizdać i krzyczeć.
– Ucieczka! Alarm!
Sołtys spojrzał na niego z przestrachem i zaczął go uspakajać.
– Tom! To tylko ja i jedna jaśnie pani. Przestań, na Boga, gwizdać! W środku nocy… – przekonywał go pojednawczo.
Strażnik rozejrzał się z przerażeniem dookoła. Ledwo uchwycił spojrzenie Soni zachciało mu się znów spać.
– Ciszej!
– Hej! Cieć! – z tyłu dobiegły krzyki obudzonych więźniów.
Groteska tej sytuacji doprowadziła Sonię do kompletnej irytacji.
– Zakuj wszystkich w kajdany i za chwilę mają się stawić na rynku – przerwała niecierpliwie.
– Aale, jaśnie pani… panienko, połowa z nich nie miała sądu… – perswadował.
Sonia nie znosiła sprzeciwu. Miała szczery zamiar z miejsca stracić tego bezczelnego wieśniaka, ale obiecała ojcu bezwzględne posłuszeństwo, to oznaczało, że musi stosować się do śmiesznej Konwencji Praw Obywatela, którą podpisał ojciec wspólnie z królem Trettegoru.
– Dawaj ich akta – powiedziała po chwili namysłu.
Dwaj wieśniacy pobiegli do jakiejś służbówki, w końcu wrócili z plikiem teczek. Wyrwała je im niecierpliwie i zagłębiła się w akta spraw takich jak kradzież jabłek, kradzież kury, napad na kupca. Ortografia pozostawiała wiele do życzenia, ale Sonia nie zamierzała się czepiać, bo sama ledwo nauczyła się pisać i czytać i to dopiero wtedy, gdy poznała wymagania dla najwyższych dowódców.
– Tych możesz puścić wolno, a resztę dawaj na rynek – powiedziała po kwadransie.
Rzuciła w niego plikiem teczek i skierowała się do wyjścia.
– Aale pani… Sąd – próbował przypomnieć sołtys.
Odwróciła się od wąskich, ciemnych schodów.
– Właśnie zostali skazani. Pójdą ze mną. – ucięła wszelkie dyskusje.
– Tak, jest.
Obaj głośno przełknęli ślinę i pobiegli po klucze. Sonia miała dość zaduchu, więc sama wyszła na zewnątrz. Pokazał się księżyc. Ledwo wychodził zza szarych chmur. Uśmiechnęła się ponuro. Bardzo adekwatna pogoda. Stróż nie kazał jej długo czekać. Więźniowie szturchani i całkiem zaspani wyszli leniwie na rynek. Niektórzy ośmielili się narzekać, ale ledwo uchwycili groźne spojrzenie i rękę na mieczu, spasowali. Sonia gwizdnęła przeciągle na palcach. Z ciemności wyłoniła się czarna klacz.
– Dobra. Możecie wracać do siebie i śpijcie. Jutro możecie obudzić się w Vastovii, ale co was to do cholery obchodzi. Wy nienawidzicie nas, bo jakiś pierdolony cwel wychlał wam całą winnicę – wyrzuciła z siebie gniewnie i chwyciła łańcuch.
Wskoczyła na siodło i ruszył stępa. Wszyscy więźniowie pobudzili się dopiero, gdy wyrżnęli łbami o końskie odchody i inne gówna, które zlegały na rynku. Sonia wymierzył po trzy baty każdemu i byli gotowi do drogi.
Trzy czwarte obozu było na nogach. Spali tylko żołnierze i dowódcy, ale w każdym namiocie tliła się lampka, przy której wyrabiało się strzały i naprawiało się uzbrojenie. Sonia zeskoczyła z konia i spojrzała na słaniających się więźniów. Przez całą drogę nie zwalniała tempa. Stłoczyła wszystkich na sporym placu.
– Macie niepowtarzalną szansę wywalczyć sobie życie i wolność! – zaczęła.
Wszyscy zamienili się w słuch. Rozejrzała się po tych wynędzniałych, szczurzych twarzach z obrzydzeniem.
– Jako kompletni degeneraci powinniście się orientować, że i tak nie macie szans na to, aby przydać się społeczeństwu, ale dam wam tę szansę. Nie będzie łatwo, ale i tak nie macie wyjścia – powiedziała, patrząc na wszystkich z aż zbyt widoczną pogardą. – Zostaniecie zaprowadzeni na polanę. Ustawicie się kolumną i przebiegniecie całą przestrzeń. Każda piędź ziemi ma mieć odciski waszych butów, czy to jasne? – Nie spodziewała się odzewu, więc kontynuowała. – Nasz wróg wykopał tam wilcze doły, a nasze wojska mogą w nie powpadać – wyjaśniła. Rumieńce na twarzach skazańców automatycznie znikły. – Kto się uchyli zginie albo od naszych strzał albo od wrogich. Tak, czy siak macie szansę przysłużyć się społeczeństwu.
Jeszcze raz spojrzała na twarze skazańców. W końcu jeden się odezwał.
– Mam żonę… – wydyszał.
– Twoja żona na pewno cieszy się, że taki pijak i złodziej nie będzie jej więcej dręczył – odpowiedziała mu twardo.
Przeczesała włosy palcami, a przynajmniej próbowała, bo były w kompletnym nieładzie, a nie pamiętała zbyt dobrze, kiedy ostatni raz się myła.
– Moje dzieci… Nie ma ich kto utrzymywać… – jęknął ktoś z dalszego rzędu.
Sonia miała tego dość, ale odpowiedziała spokojnie.
– Przejrzymy wasze akta i na pewno zapewnimy waszym bliskim godziwy żywot – uspokoiła ich rzeczowym, chłodnym tonem. – Na pewno będzie im lepiej niż z ojcem rodziny w więzieniu.
Marzyła już teraz tylko o położeniu się do łóżka, ale te szczurze pomioty najwyraźniej nie zamierzały przestać biadolić. Zastanawiała się, czemu w ogóle tego słucha.
– Moja matka… Będzie się martwić. Ma tylko mnie… – jęczał jakiś młody chłopak.
– Jeżeli do was to nie dotarło to wiedzcie, że nie zamierzam przyjmować skarg i zażaleń! – ucięła zniecierpliwiona.
Odwróciła się wpadła dokładnie na dowódcę zaprzyjaźnionych oddziałów z Trettegoru, następcę tronu po królu Stefanie.
– Witaj, pani. – Skłonił się lekko, jakby była ubrana w suknię i minęli się na jakimś balu.
– Czemu ci biedacy tu siedzą? – spytał Filip.
Sonia zmarszczyła brwi. Jakby nie wiedział.
– Ich zadaniem jest odkryć wilcze doły. – odpowiedziała niezrażona.
– Nie wystarczy przygotować zasadzkę w lesie? – zdziwił się książę Trettegoru.
Jego spojrzenie było kompletnie zaskoczone. Wściekła się, że taki delikates pcha się na wojnę.
– Nie, – odpowiedziała twardo. Nie zamierzała wdawać się w dyskusje moralne – jeżeli nie wygramy z Glazurem będziemy zagrożeni od zachodu – wyjaśniła oschle. – Książę raczy wybaczyć…
Chciała wreszcie iść na spoczynek, ale Filip nie zamierzał dać za wygraną. Zastąpił jej drogę i spojrzał w oczy. Przy mdłym świetle księżyca doskonale widać było w jego spojrzeniu determinację i nieugiętość.
– Mam lepszy pomysł – powiedział twardo i sucho.
– Ależ proszę mówić śmiało, książę – zachęciła go głosem pełnym sarkazmu.
Zdawał się nie dostrzegać kpiny. Pociągnął ja za ramię i weszli do Kwatery Głównej. Król jeszcze nie spał i wpatrywał się w mapę.
– O co chodzi książę? – spytał całkiem zdziwiony, ale gdy tylko przeniósł wzrok na zaciśniętą rękę na ramieniu jego córki zaczął mieć złe przeczucia. – Wybacz książę, jeżeli moja córka…
Następca tronu Trettegoru puścił Sonię i lekko się speszył.
– Przepraszam, o panie. Nie miałem złych zamiarów. To czysty przypadek…
Oczy króla zrobiły się wielkie jak spodki, skoro ten chłopak aż tak się kaja to znaczy, że to nie wina jego córki.
– Słucham, książę – ponaglił.
– Ja i pańska córka doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu skazywać na śmierć kilkunastu ludzi, wystarczy zastosować fortel – wyjaśnił Filip.
Bolesław musiał usiąść. Wbił całkowicie skołowane spojrzenie w córkę. Nie dość, że dotychczas nic nie zawiniła, wykonywała jego rozkazy, to jeszcze zrobiło jej się żal kilkunastu wieśniaków. Świat stanął na głowie.
– Nie ojcze, – zaprzeczyła Sonia z zimnym uśmiechem, jakby czytała w jego myślach – książę bardzo szlachetnie chce podzielić się swoim pomysłem jako wspólnym, ale mnie nie zależy na życiu tych nędznych chłopów. Jak dla mnie można by ich używać jako naganiaczy – wyjaśniła zjadliwym tonem, patrząc starcowi w oczy.
Książę Filip patrzył to na jedno to na drugie i usiłował połapać się, o co chodzi. W końcu zaczął kontynuować.
– Sądzę, że lepszym pomysłem… – starzec automatycznie zwrócił na niego wzrok, wydawał się starszy o co najmniej dziesięć lat – będzie szybki podjazd. Trzeba by złożyć ze dwa doborowe oddziały i nękać obóz Glazura. W ten sposób nie zdążą wypocząć do rana, a nasze wojska będą gotowe do walnej bitwy. Będę zaszczycony jeżeli pozwolisz, o panie, aby jeden z tych oddziałów składał się z twoich sojuszników z Trettegoru, a ja będę nim dowodził.
Sonia prychnęła ledwo słyszalnie, ale dość wyraźnie.
– Niezły pomysł, książę. Przyznam, że o wiele bardziej humanitarny niż mój, ale nękanie najlepszych żołnierzy tuż przed bitwą jest dość ryzykowne – starała się wynaleźć jakikolwiek powód, by tylko Filip wyszedł na żółtodzioba w sprawach wojny.
– Rozumiem, o pani, że zostaniesz w obozie, bo nie wytrzymasz trudów takiej nocy, ale w naszym obozie znajdzie się kilku rycerzy gotowych na taki wysiłek – zripostował z pełną troską.
Te słowa doprowadziły ją do wściekłości. Rzuciła szybkie spojrzenie na mapę.
– Ojcze za dziesięć minut zbiorę odpowiednich ludzi z naszych oddziałów i wyruszymy. Do zobaczenie książę.
Wyszła pospiesznie z namiotu. Król Kirkegardu odkłonił się Filipowi, który pospieszył za nią. Bardzo starał się nie śmiać na myśl o minie swojej córki, ale ledwo udało mu się stłumić chichot.
Sonia rozesłała pachołków po namiotach swoich przyjaciół z koszar, a sama pobiegła do namiotu. Nie miała czasu krzyknąć na giermka, żeby pomógł jej zmienić zbroję, więc sama zabrała się za zrzucanie z siebie żelastwa. Kawałki stali ze szczękiem spadły w kąt namiotu. W końcu została w samej koszuli. Rozejrzała się prędko dookoła w poszukiwaniu czegoś, co można by ubrać na bardzo tajną misję. Spojrzała na to, co miała na sobie. Bielizna nie była pierwszej świeżości, bo na wojnie nie miała zbyt wiele czasu, aby zadbać o higienę. Spojrzała niechętnie na miskę z lodowatą zapewne wodą. W dziesięć minut zdążyła się nieznacznie odświeżyć i przebrać w odpowiedni strój. Gdy stanęła punktualnie na placu nikogo jeszcze nie było. Dopiero po chwili nadszedł książę Filip.
– Czarna Żmija Kirkegardu.
Odwróciła się zszokowana. Wbiła spojrzenie w sojusznika.
– Tak mówi się na ciebie w obozie wroga, o pani – wyjaśnił niespeszony.
Wolała nie odpowiadać. Spojrzała na swoje ubranie. Zdawała sobie sprawę z ‘sympatii’; jaką darzą ją jej wrogowie, ale nie spodziewała się, że tak zakłuje ją przytyk z ust lalusiowatego księcia. Chociaż nie można było powiedzieć, żeby był lalusiowaty, bo podobnie jak Sonia, zrezygnował z ciężkiej zbroi na rzecz skórzanego kaftana – w takiej misji liczyła się szybkość i dyskrecja, gdyby zawiedli nawet najlepsza zbroja by im nie pomogła.
– W moim obozie zwykło się mawiać Czarna Sonia – dodał po chwili, a zamyślona królewna nie mogła się z początku połapać, o co chodzi, gadał chyba tylko po to, żeby uniknąć posępnego milczenia.
– Możemy porozmawiać, o czymś innym? – zapytała zirytowana.
Tak naprawdę była kompletnie zszokowana swoją reakcją. Nie zdążyła się jednak zastanowić, dlaczego tak się wkurza na to, z czego była ogromnie dumna, bo usłyszała trzask zbroi i pijacką czkawkę za sobą. Struchlała.
– Koch… kochanie… – Lord Denever widać doprawił się zapasami z wojskowej kuchni. – Wybierasz się znów gdzieś… ?
Kompletnie pijany wódz wyrżnął twarzą w błoto. Sonia paliła się ze wstydu. Patriotyzm to może za duże słowo, ale wolała, żeby w Trettegorze nie sądzili, że Kirkegardczycy to pijacy.
– Jesteśmy już, o pani – zameldował się dokładnie w tej chwili jej doborowy oddział. – O cholera!
Wszyscy spojrzeli na lorda Denever, który najwyraźniej spał w najlepsze. Sonia wolała nie krzyczeć, ani nie robić mnóstwa podobnych rzeczy, które przychodziły jej do głowy. Kiwnęła na dwóch swoich żołnierzy.
– Wrzucić go do łaźni.
Dwaj rycerze skinęli głowami i dźwignęli ostrożnie zalanego w trupa możnowładcę. Reszta oddziału udawała, że wszystko jest w porządku i bez słowa zabrała się za przeglądanie mieczy. Sonia spojrzała na nich z czymś na kształt wdzięczności, dość nieśmiała złapała spojrzenie Filipa. Czyżby to była litość?

II

Przemykanie się nocą w lesie nie należy do łatwych, zwłaszcza wczesną wiosną. Połowę drogi przebyli w kompletnym milczeniu. Sonia tylko w milczeniu wskazywała kierunek, a reszta podążała za nią. Dopiero niedaleko obozu Glazura zatrzymali się na krótką naradę.
– Proponuję okaleczyć konie – rzucił krótko ktoś z oddziału Kirkegardu.
– Ten kretyn nie ma najlepszej jazdy – zauważył ktoś z Trettegoru.
Sonia milczała i ważyła możliwości. Patrzyła w księżyc i próbowała znaleźć idealne wyjście, nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Opuściła oczy i złapała spojrzenie Filipa, było dość, a nawet bardzo dziwne. Pełno w nim było zainteresowania i jakiegoś namysłu.
– Co ty na to książę? – przerwała ich mierzenie się wzrokiem.
Filip otrząsnął się lekko.
– Ten pomysł z końmi jest świetny, ale obawiam się, że to nie wystarczy – wyraził swoje zdanie całkiem rzeczowo.
Sonia bała się przyglądać się zbyt pilnie, więc spojrzała na jakiegoś ważniejszego rycerza z Trettegoru.
– Moglibyśmy się podzielić. Część zostałaby i pokaleczyła konie, choć zdecydowanie ekonomiczniej byłoby je wybić. Skaleczony koń zacznie rżeć, martwy ma marne szanse. Reszta mogłaby nękać śpiących, strzelaliby z łuku w jakieś istotne punkty, można by zaryzykować podpalenie kwatery głównej lub punktu zaopatrzeniowego – powiedziała, unikając zerkania na Filipa.
Wszyscy rycerze spojrzeli na siebie i wyrazili aprobatę.
– Jest noc, potrzebujemy najlepszych łuczników – powiedział sir Jan – Bez fałszywej skromności proponuję przede wszystkim siebie i ciebie, Sonka.
Jan był starym przyjacielem Sonii, a jako taki zwracał się do niej per ‘Sonka’, w szeregach Trettegoru takie spoufalanie się z władcą było dość dziwne i raczej rzadko spotykane.
– Moglibyśmy wziąć jeszcze Lecha… – zastanowiła się niezrażona dziwnym milczeniem.
– Pozwól, o pani – przerwał jej Filip – to dość ryzykowne. Łuczników najłatwiej złapać…
– I? – ponagliła Sonia, podniosła brwi.
Wszyscy rycerze i z Trettegoru i z Kirkegardu lekko zachichotali.
– Spaliłeś dowcip, Filip – ucięła Sonia chłodno. – Dobra nasza trójka i…

Zebrali piątkę łuczników. Filip dowodził resztą dywersantów. Sonia na samych czubkach wysokich, skórzanych butów podkradła się pod obóz leśny Glazura. Reszta jej grupy podchodziła z różnych stron, aby każda strona była pod obserwacją i ostrzałem. Znalazła wysokie drzewo, tuż obok jakiegoś niewielkiego namiotu. Spojrzała ostrożnie, czy ktoś nie czai się w ciemnościach. Glazur widać nie oszczędzał na świetle, bo środek obozu był rzęsiście oświetlony, ale mdły odblask nie docierał do krańców. Królewna prawie tańczyła na czubkach palców, rozglądając się we wszystkich kierunkach. W końcu dotarła do drzewa. Wpełzła na nie szybko i zwinnie. Wybrała dość wysoką gałąź i położyła się na niej. Przywarła policzkiem do chropowatej kory i wyjęła powoli strzałę. Wszystkie strzały Sonii Kirkegardzkiej miały czarny bełt i różnokolorowe pióra – tym razem białe. To była jedyna odmiana sztuki, jaką zajmowała się królewna, wszystkie strzały były idealnie wyważone i piękne w swej prostocie.
Napięła
cięciwę i wymierzyła. Strażnik krążył niedaleko namiotu usytuowanego w centrum. Sonka zgadywała, że to tam mieści się Kwatera Główna. Jej zadaniem było odciągniecie uwagi od reszty, która zajmowała się końmi. Obóz był dziwnie spokojny. Sądziła, że ludzie tacy jak samozwańczy władca Vastovii będą przed bitwą ostro balować, tak jak robił to lord Denever. Tutaj było zastanawiająco cicho, strażnik uważnie patrolował. Zupełnie nie wiedziała, co o tym myśleć, ale na wątpliwości nie było czasu. Zaczekała, aż stróż oddali się w jak najbardziej ustronne miejsce. Na jej szczęście schronił się w krzakach za potrzebą. Cichy jęk i lekki łoskot były jedynym znakiem, że coś się działo. Sonia kątem oka uchwyciła grupę Filipa, która podchodziła do końskich zagród. Wymierzyła w wejście do głównego namiotu. Czekała cierpliwie na wypadek, gdyby ktoś zechciał sprawdzić, co się dzieje. Nagle usłyszała cichy trzask pod sobą. Ktoś skradał się do jej pozycji. Znieruchomiała. Trzaski były coraz wyraźn
iej
słyszalne. Spojrzała w dół. Niemożność zmiany pozycji zawężyła kąt widzenia, ale zdołała dostrzec postać w ciemnym kaftanie. Była coraz bliżej. Sonia zadziałała błyskawicznie. W ułamku sekundy oplotła udami konar, zwiesiła się z drzewa do góry nogami, złapała intruza za gardło i wyjęła nóż zza cholewy. To był jakiś chłopak. Mógł być dwa lata młodszy od niej samej. Oceniła go na oko. Nie wyglądał jak Kirkegardczyk, więc bez wahania przeciągnęła ostrzem po jego gardle. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z jakim błaganiem w oczach przed nią stał. Wolała o tym nie myśleć, więc bezszelestnie powróciła na swoją pozycję. Ogarnęła wzrokiem sytuację. W obozie nadal panowała wzorowa cisza. Znów wymierzyła w wejście, do namiotu, jakby nie miał miejsca żaden incydent. Kątem oka spojrzała na zagrodę koni. Podkradał się do niej jakiś cień. Nie miała pojęcia, czy to swój, ale wolała nie ingerować, dywersanci byli zabezpieczani przez dwóch łuczników. Znów wymierzyła w kwaterę. Usłyszała jakiś
głos.
– Gdzie jest ten utrapiony chłopak?
Sonia struchlała. Jeżeli szukają gówniarza, to może zrobić się niezbyt ciekawie. Odszukała źródła głosu. To był jakiś żołnierz. Oceniła szybko sytuację. Każde poszukiwania zwracają uwagę na wszystkie dziwny rzeczy. Bezszelestnie wyjęła zza paska małą piersiówkę. Upiła spory łyk i włożyła do buzi kawałek materiału. Potem przywiązała go do grota strzały. Zastanawiała się, jak ma skrzesać iskrę w takich warunkach, ale stwierdziła, że nie ma nic do stracenia, więc po prostu wyjęła zapałkę i podpaliła ją o konar. Bardzo szybko wypuściła podpaloną strzałę w kierunku Kwatery Głównej. Natychmiast wybiegło z niej kilku ludzi i zrobiło się niezłe zamieszanie. Sonia zwiesiła się na rękach z drzewa i z cichym dźwiękiem zeskoczyła na ziemię. Spojrzała jeszcze ostatni raz na obóz i zanurzyła się w gęstwinie drzew. Przepełzła przez gęste zarośla i wyczołgała się na polanę. Prosto przed mały oddział Glazura z nim samym na czele. Nie miała czasu zakląć.
– No, no… Żmija Kirkegardu sama przypełzła w nasze ręce, może nawet gościnne objęcia – powiedział ironicznie rycerz z przodu, samozwańczy król Vastovii.
Skinął na dwóch rosłych żołnierzy. Złapali ją za barki i wywlekli z krzaków. Wykręcili jej ręce na plecy i starannie pozbawili wszelkiej broni, łącznie z wódką przy pasku. Glazur wziął do ręki lekki miecz.
– Zawsze się zastanawiałem, co powiem, gdy ciebie zobaczę – powiedział przyglądając się lśniącemu ostrzu. – Niezły mieczyk, bo chyba tak to należy nazwać… Trudno żeby kobieta nosiła porządną broń…
– Trudno, żeby taki kretyn jak ty zabierał wielkie miecze na podejście pod obóz wroga… – syknęła z jeszcze większą pogardą niż on sam.
Spojrzał na nią z pobłażliwym uśmiechem. Odrzucił miecz i podszedł do niej. Złapał jej buzię. Tak mocno, że musiała wykrzywić usta.
– I już plujesz jadem…? – zachichotał. – Złagodniejesz… – zapewnił ją.
Skrzywiła się z obrzydzeniem. Puścił ją.
– Bierzcie ja do obozu. Przeszukać las – rozkazał.
Sonia szybko przekalkulowała sytuację. Musi zapewnić jakieś zajęcie dla tego oddziału, bo inaczej złapią resztę. Kopnęła jednego z żołnierzy w kostkę. Niewiele to dało, bo miał nagolenniki, a ona zdjęła swoja zbroję, ale zawsze to trochę odwracało uwagę.
– Nie rzucaj się, żmijko, bo możemy cię owinąć jak gąsienicę w kokon, tylko po co. Oboje wiemy, że teraz twoje być albo nie być jest w moich rękach – powiedział zimno Glazur.
Musiała przyznać mu rację, ale trafił na osobę, dla której życie przedstawiało bardzo niską wartość. Uderzyła następnego żołnierza z łokcia. Znów ją zabolało bardziej, bo on miał kolczugę. Reszta zbirów zachichotała rubasznie.
– Panie, może pobawimy się troszkę? – spytał ktoś z tyłu.
Glazur zmierzył ich złym spojrzeniem.
– Bawić mogę się najwyżej ja… – stwierdził krótko.
Sonia struchlała. Bawić się… A właściwie co to za różnica, czy gwałci ją jej narzeczony, czy banda kretynów. Oni przynajmniej byli trzeźwi. Skorzystała z chwilowego rozluźnienia i kopnęła jednego z nich w szczękę. Wszyscy osłupieli, a ona skrzętnie z tego skorzystała. Wsparła się o jednego z trzymających ją facetów i kopnęła drugiego. Kiedy tamten ją puścił wykręciła młynek w powietrzu i musiał ją puścić drugi. Wszyscy rzucili się na nią. Sonia zdawała sobie sprawę, że nic nie wywalczy, ale dawała reszcie czas na ucieczkę. Kopała, gryzła, rzucała się. Glazur tylko spokojnie stał z boku i przyglądał się motłochowi. Kiedy znów była spętana, tym razem na nogach też, podszedł do niej.
– Rzucasz się jak wściekła żmija, ale chyba oszalałaś, jeżeli sądziłaś, że uda ci się zwiać. Takie rzeczy udają się tylko rycerzom z eposów. Muszę jednak przyznać, że się zawiodłem, sądziłem, że Żmija Kirkegardu okaże się kimś niezwykłym…
Znów złapał ją za twarz. Zmusił ją do patrzenie sobie w oczy.
– O cholera! – zaklął nagle – Ruszajcie się! Przeszukiwać las! – wrzasnął na osłupiałych żołnierzy.
Banda rozbiegła się w zaskakującym tempie.
– Jesteś dobra, lepsza niż śmiałbym nawet marzyć… – zachichotał Glazur i skinął na dwóch oprawców, którzy ją trzymali.
Sonia się nie bała. Nie kochała swojego życia, była przyzwyczajona do myśli, że każda chwila jest dobra na to, żeby umrzeć. Spokojnie dała się podprowadzić do obozu i przywiązać do jakiegoś drzewa. Poczuła rosnące zmęczenie, ale stała wyprostowana jak struna. Całe szczęście wojsko przed bitwą miało więcej zajęć niż pastwienie się nad jeńcem, ale Sonia przeliczyła się, sądząc, że zostawią ją w spokoju. Nagle w obozie wybuchła panika. Sonia oglądała się na wszystkie strony i starała się zrozumieć, o co chodzi.
– Konie! Wszystkie konie pouciekały, a reszta zdechła! – wrzasnął jakiś pachołek.
Sonia zdołała wykręcić się tak, żeby widzieć wejście do zagrody dla koni. Zrobiło się tam niezłe zamieszanie, pełno ludzi biegało w różne strony. I nagle pojawił się Glazur. Stanął przed bramką i zapadła cisza.
– Kto jest odpowiedzialny za pilnowanie koni? – spytał krótko.
Z niewielkiej grupki wyszedł cały drżący chłopak. Samozwańczy król spojrzał na niego z pogardą i przez sekundę wydawało się Sonii, że tylko uderzył go w twarz, ale tylko przez bardzo krótką chwilkę, bo ze skroni chłopaka popłynęła krew. Nie mogła oderwać wzroku od martwego chłopca. Nigdy nie przejmowała się, gdy kogoś zabijała, ale to wydawało jej się w jakiś dziwny sposób bardziej barbarzyńskie i nieludzkie, choć tak naprawdę nie znała tego pojęcia. Mrugała dość przerażona.
– Nie przejmuj się, królewno, ty zdążysz zauważyć, że umarłaś – zapewnił ją Glazur
Trochę zajęło, zanim dotarło do niej, że stała się przedmiotem szczególnej uwagi. Wszyscy patrzyli na nią nienawistnie. Wyprostowała się. Skoro musi kryć resztę, to przynajmniej umrze z honorem. Glazur do niej podszedł. Zamachnął się. Mimowolnie zacisnęła powieki, czekała na uderzenie, ale ono nie nastąpiło. Otworzyła powoli oczy. Śmiał się. Dotknął jej policzka i przeszył ją dziwny, złowrogi dreszcz. Podniosła wzrok. Nadal się uśmiechał.
– Nasz uroczy gość chyba maczał palce w tej brzydkiej sprawie, co?
Sonia nie zmieniła wyrazu twarzy. Patrzyła z taką samą nienawiścią, jak wcześniej.
– Może chociaż coś nam na ten temat wyjaśnisz? – spytał już o wiele nieprzyjemniej.
Zamyśliła się.
– Łatwo was podejść… – mruknęła.
Jeżeli chciała skupić na sobie uwagę, tak żeby dać reszcie jak najwięcej czasu.
– A wasze konie nie potrzebowały zachęty, żeby zwiać – dodała o wiele głośniej.
Glazur szybko zmienił się na twarzy. Wziął rękę z jej twarzy. Spojrzał jej w oczy. Mierzyli się wzrokiem. Sonia miała nieodparte wrażenie, że coś się pali. Zrobiło jej się gorąco i nie widziała niczego poza dwiema rozjarzonymi złym światłem źrenicami, topiła się w ich niezdrowym blasku. W końcu on spuścił oczy.
– Zabrać się za szukanie koni, ale już – rozkazał cicho.
Spuściła głowę i zbierała siły po tej dziwnej próbie. Zrobiło się chłodno i zaczęło siąpić. Sonia robiła się zmęczona. Przebierała niepewnie nogami. Chciała udać się na stronę, ale bardzo szczerze wątpiła, żeby ktokolwiek się tym przejmował.

III

Gdy nadszedł świt była już kompletnie wycieńczona. Całe poprzednie tygodnie spędzała w większości w siodle, wożąc rozkazy i poselstwa, nie zdążyła się wyspać od niepamiętnych czasów, ale rzadko zdarzało się, aby wyprawa wojenna była tak wyczerpująca. Ojciec nie tolerował, żeby ktokolwiek ośmielił się funkcjonować krócej niż on, ale gdy chodziło o Sonię to nie potrafił zrozumieć, że ona w ogóle potrzebuje jedzenia i spania. Na początku zapomniał nawet dać jej upoważnienia na racje w stołówce. Teraz jednak było zdecydowanie najgorzej. Zasypiała na bardzo krótko, bo budziły ją albo głód, albo szarpnięcie ramion, gdy osuwała się na ziemię, albo jakiś głos.
W końcu obóz się rozbudził. Sonia rozglądała się w półprzytomnie, podczas gdy wszyscy żołnierze krzątali się w przygotowaniach do bitwy. Nie zdążyła zauważyć, jak załatwili problem koni, ale teraz niewiele rzeczy ją interesowało. Nareszcie ktoś ją dostrzegł. Podeszło dwóch wyrośniętych rycerzy i odcięli ją od słupa. Nie miała siły utrzymać się na nogach i opadła bezwładnie na ziemię. Poczuła ziemię w ustach.
– Księżniczka się nie wyspała? – spytał drwiąco jeden z tych, którzy się nią „zaopiekowali”.
Ledwie usłyszała chrzęst zbroi, bo zarobiła potężnego kopniaka w żebra. Skuliła się z bólu, ale nie zareagowała żadnym dźwiękiem. Oprawcy zarechotali.
– Rozumiem, że doskonale Wasza Wysokość wypoczęła – dosłyszała drugiego i na wszelki wypadek osłoniła twarz.
Najwyraźniej postanowili się zabawić, bo cios nie nadszedł. Zdziwiona odsunęła ręce od buzi i zaraz sypnęli ją ziemią. Znów zaczęli rechotać. Nie mogła zrozumieć własnej reakcji. Jakimś cudem poczuła gulę w gardle i zachciało jej się płakać. Spięła się ostatkiem sił, aby nie doznać uszczerbku na honorze. Podniosła się lekko i spróbowała wstać. Poleciały kopniaki. Już nie miała siły liczyć uderzeń. Zasłaniała nerwowo twarz, ale to niewiele pomagało na okute żelazem buty. Nie potrafiła się opanować i tylko zacisnęła zęby, aby stłumić krzyki. W ustach poczuł smak krwi. Oprawcy cały czas rechotali, nie mogła zrozumieć tego, co do niej mówili. Ciągle czuła na sobie uderzenia i chciała zemdleć. Chciała się wyłączyć, żeby już nic nie czuć. Chciała umrzeć. Od lat.

– Oszaleliście!? – ten głos ledwo przebił się do jej mózgu.
Jedynym, co stwierdziła na pewno, była przerwa w kopniakach. Spróbowała otworzyć oczy, ale nie mogła ich przyzwyczaić do światła. Czuła że cała spuchła. Dolna warga wydawała się jej dziesięć razy większa niż zazwyczaj.
– Będziecie się z tego tłumaczyć! Teraz marsz do swoich chorągwi! – darł się dalej jakiś tajemniczy głos.
Sonia odwróciła twarz do ziemi. To nie był pierwszy raz, gdy była w niewoli, ale jeszcze nigdy nie miała pomysłu, czy też nie chciała go mieć, aby uciec i ocalić życie. Pierwszy raz tak ja potraktowano. Pierwszy.
– …tak? – nie dosłyszała pytania.
Spróbowała się odwrócić, ale nie miała siły, a w dodatku wszystko ją bolało. Poczuła delikatny uścisk i ktoś podniósł ją na nogi. Nie mogła się na nich utrzymać, więc tajemniczy ktoś cały czas ją podtrzymywał. Otworzyła oczy. Przeszkadzał jej w tym rosnący w zastraszającym tempie siniak. Przez mgłę i łzy zobaczyła jakiegoś mężczyznę. Patrzył na nią, ale wyrazu twarzy nie mogła rozszyfrować. Miała niejasne poczucie, że skądś go zna, ale to na pewno nie był Glazur. Wybawca zarzucił ją sobie na ramię i gdzieś z nią poszedł. Poczuła ostry zapach skór i siana. Z niestabilności wydedukowała, że leży na wozie, ale wszystko było jej doskonale obojętne. Poczuła jakiś delikatny dotyk na twarzy. Rozpłakała się. Czuła gorące łzy na twarzy i chciała, żeby to był już koniec. Chciała umrzeć teraz. Płakała, bo nie miała pojęcia do czego wróci. Nie chciała, żeby ją ktokolwiek ratował – skazałby ją na kolejne lata takiej egzystencji. Płakała, bo nienawidziła siebie. Płakała, bo właśnie k
toś
całkiem obcy z obozu wroga okazał jej cień współczucia, którego ona nie potrafiła z siebie wykrzesać. Płakała, bo chciała, żeby ta chwila trwała wiecznie, a ona odchodziła coraz szybciej i szybciej.
– Nie płacz… – usłyszała stłumiony głos. – To już nie potrwa długo – dodał ktoś.
Pewnie, że to nie potrwa jeszcze długo. Gdy stała parę godzin przywiązana do słupa, ani na chwilę nie straciła kontaktu z rzeczywistością. Dokładnie czuła zimno, pragnienie, rosnący pęcherz, narastające zmęczenie. Nie przegapiła żadnego uderzenia. Kurczowo trzymała się życia, którego wcale nie chciała.
W końcu skończyła użalanie się nad sobą. Wóz ruszył, więc osoba, która się nią zajęła odskoczyła. Jedyne, co zdołała zauważyć z wyglądu swojego wybawcy to czarne włosy i niebieski kamień na rękojeści miecza. Wóz ruszał coraz szybciej. Rycerz z niebieskim kamieniem przy mieczu skinął jej ręką. Jedyne, co mogła zrobić to bardzo słabe podniesienie dłoni i dokładnie w tej chwili nadeszło upragnione omdlenie.

Gdy się obudziła, przez chwilę była przekonana, że to wszystko było tylko jakimś głupim snem, a ona leży na swoim posłaniu w namiocie, ale zaraz poczuła swój spuchnięty łuk brwiowy i skrzepy w ustach. Do tego doszedł ból całego, potłuczonego ciała. Miała spory problem z oddychaniem. Nie miała siły się podnieść, więc nie wiedziała, gdzie jest. Wóz zdecydowanie zwolnił. Wywnioskowała, że wróg zajmuje pozycje. Nie wiedziała, na ile jej ojciec jest przygotowany, ale nie miała wątpliwości, kto wygra. Znała doskonale swoją armię. Od dziecka bawiła się w wojnę w koszarach. Musieli wygrać.
Do wozu podjechało dwóch konnych. Zmrużyła oczy, bo blask białej flagi był nie do zniesienia w pełnym słońcu. Znów ruszyli. Poselstwo? Nie miała pojęcia, po co. Jej ojciec i tak nie zapłaci złamanego centa za jej nędzne resztki doczesne. Król Kirkegardu nigdy nie poszedł na kompromis.
– Poselstwo do króla Bolesława III od króla Glazura! – wrzeszczał herold.
– Czego chcecie?! – usłyszała znienawidzony, chamski głos lorda Denever.
Cała struchlała. Zachciało jej się śmiać na myśl, że woli wracać do obozu wroga niż do swoich. Sama nie wiedziała, jak to się stało, ale zachichotała dość głośno. Odpowiedziało jej pełne napięcia milczenie.
– Czyżbyście wieźli ze sobą księżniczkę Sonię?! – głos Denevera nie stracił rezonu.
Tym razem posłowie Glazura lekko zarechotali, ale nie na tyle głośno, by usłyszeli ich w obozie Kirkegardu.
– Tak mamy księżniczkę Sonię, która bezprawnie wtargnęła do naszego obozu i wystrzelała nam wszystkie konie!
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Co w związku z tym?!
Sonia struchlała. Miała wielką ochotę wstać i zabić posłów, a potem w pełni wyprostowana stanąć jeszcze do bitwy. To był głos jej ojca. Tym razem po stronie Glazura zapadło milczenie. To nie było to, czego spodziewali się posłowie.
– Król Glazur w akcie dobrej woli i szacunku dla ciebie, panie, pragnie oddać ci córkę w zamian za gwarancję pokoju! – wrzasnął herold, gdy już odzyskał rezon.
Władca Kirkegardu zaśmiał się na cały głos. Ten śmiech był wyrokiem śmierci. Sonia nie miała pojęcia, czemu jest jej aż tak przykro.
– Nie interesują mnie układy z wywrotowcem i kimś, kto o łamaniu prawa nie powinien się wypowiadać! – odkrzyknął wciąż rozbawiony król.
– W takim razie twoja córka, o panie, zostanie stracona! – wrzasnął ze złością poseł Glazura. – Spójrz na nią ostatni raz, starcze!
Jeden z konnych zeskoczył na ziemię. Sonia poczuła szarpnięcie za włosy i została wyrzucona z wozu. Podtrzymali ją na tyle, by nie upadła. Spojrzała na swojego ojca. Zabawne uczucie widzieć kogoś ostatni raz. Jego broda wyglądała olśniewająco w pełnym słońcu. Sonia poczuła gorzką dumę. Umrze za sprawę, za naród, za to, w co powinna wierzyć. Nagle jej wzrok natknął się na Filipa z Trettegoru. Jej ojciec też na niego spojrzał i buławą nakazał mu pozostanie na miejscu. Filip rzucił jej ostatnie zrozpaczone spojrzenie i posłusznie stanął w miejscu.
– Chcieliśmy ci ją oddać w dobrym stanie, ale po bitwie na pewno będzie nieco wybrakowana. Swoją drogą byłaby dość ładna, gdyby raczyła zsiadać czasem z konia i się myć! – obaj posłowie zarechotali okropnie.
Sonia spojrzała ojcu w oczy. Z rozbawieniem, z pełnym rozbawieniem. Nie przeraziła ją wizja okropnych cierpień. Patrzyła jak zahipnotyzowana w piwne oczy wysokiego starca. Niewiele o nim wiedziała, a znała go na wylot. Sprzedałby własną matkę, aby zachować stabilność państwa. Tacy ludzie byli potrzebni w trudnych czasach.
– Żałuję, że nie spotkamy się w przyszłym życiu, ojcze! – zdołała z siebie wykrzesać.
Została brutalnie wrzucona na wóz i poselstwo wróciło do obozu z niczym.

Sonia wyczuła minorowy nastrój w szeregach Glazura. Teraz umysł zaprzątało jej tylko jedno – egzekucja. Wymyślała, co powie w chwili śmierci. Cieszyła się, że umrze chwalebnie – jak na żołnierza przystało. Tym razem zostawiono ją samą sobie w wozie. Była przywiązana za oba nadgarstki do dyszla, ale mogła przynajmniej leżeć w miarę wygodnie. Właśnie snuła ponure wizje, jak to przed śmiercią obcina zamaskowanym sztyletem ręce paru katów, gdy nadszedł Glazur. Musiała lekko zadrżeć. Coś ją do niego ciągnęło. Kompleks ofiary. Czytała gdzieś o tym w trakcie studiów w Akademii Wojskowej. Glazur mógł się zresztą podobać tylko delikatnym damom, które zaczynają nerwowo chichotać na widok takiego „brutala”. Był średniego wzrostu, ale bardzo szeroki w barach. Na oko Soni spokojnie zmiażdżyłby czaszkę jakiegoś człowieka. Zresztą sama widziała, jak uderzył strażnika zagrody końskiej. Ciekawe, co takiego wymyśli dla niej?
– To jednak z nami zostaniesz… – powiedział. Czyżby to był zawód?
Sonka starała się jak mogła uśmiechnąć zjadliwie, ale spuchnięta warga nie dawała jej zbyt wiele możliwości. Glazur podszedł do niej.
– Kto cię tak urządził? – spytał twardo i odwrócił do swoich żołnierzy. – Który?!
Ona sama lekko struchlała. Trzeba przyznać, że głos miał strasznie potężny. Nic nie widziała, ale doskonale potrafiła wyobrazić sobie konsternację w szeregach. Nie rozumiała tylko, czemu Glazur bawi się w takie rzeczy przed bitwą.
– Panie padł lewy oddział łuczników. Połowa przeszła na stronę wroga! – zameldował nagle ktoś.
Sonia stłumiła pogardliwe prychnięcie. Dowódcy siedzieli w obozie, a zwyczajni żołnierze ginęli na polu. Doskonale rozumiała łuczników.
– Panowie, nie ma czasu. Zbieramy się i w nogi – powiedział Glazur po chwili ciszy.
Była w kompletnym szoku.
– Zaraz do ciebie wrócę, żmijko – rzucił w jej stronę.
Wszyscy się rozeszli. Została na placu całkiem sama. Gdyby miała jakiekolwiek chęci i siły próbowałaby ucieczki właśnie teraz, ale przyzwyczaiła się do myśli o swojej śmierci i nawet sprawiało jej to pewną przyjemność. Wymościła się trochę wygodniej na sianie i zamknęła oczy.
Nagle ktoś potrząsnął jej ramieniem. Zobaczyła nad sobą parę roziskrzonych, niebieskich oczu. Wzięła szybko oddech. Nieznajomy położył jej rękę na ustach.
– Ćśśś… Sonka… To nasza jedyna szansa – wyszeptał prędko.
Wyjął jakiś sztylet i przeciął jej więzy. Była kompletnie skołowana. Kto to mógł być? Biernie leżała, podczas gdy sznury na nadgarstkach spadły na ziemię, a ona sama stanęła na nogach. Przyjrzała się uważniej „wybawcy”. Niebieski kamień na rękojeści! Nie zdążyła zaprotestować, gdy wrzucił ją sobie na ramię i prawie na palcach wbiegł w las. Chciało jej się krzyczeć. Nie zrobiła tego z tylko jednego powodu – obciachowo zabrzmiałoby „Zostaw mnie tam, mam szczerą ochotę umrzeć!”. Po raz czwarty w swoim dorosłym życiu i drugi tej doby zachciało jej się płakać. Zewsząd dochodziły odgłosy bitwy. Nieznajomy wbiegł z nią na polanę i cicho gwizdnął. Znikąd pojawił się kasztanowy koń.
– Powinno się udać. Mamy naprawdę wielkie szczęście, że Glazur jest aż tak głupi – odezwał się po raz pierwszy.
Sonia nie potrafiła powstrzymać łez. Kapały jej po spuchniętej twarzy. Patrzyła na „wybawcę” i próbowała nie krzyczeć. Jego reakcja całkiem ją rozbroiła. Zmarszczył czoło.
– Co za barbarzyńcy! Glazur tak powołuje się na Konwencję z Eretrii, a sam ją złamał – pomstował.
Nie miała siły go naprostowywać. Posadził ją pod jakimś drzewem.
– Będzie dobrze… – powiedział, a zabrzmiało to dość niezręcznie.
Wyciągnął nieśmiało rękę, jakby chciał pogładzić ją po włosach. Mimowolnie uległa pieszczocie. Spojrzała w jego czyste oczy. Nie potrafiła go nienawidzić, bo chciał dobrze.
– No, no… Żmijka z jakimś dezerterem.
Sonia aż podskoczyła. Na drugim końcu polany stał Glazur z dwoma przybocznymi. Bezwiednie spojrzała na nieznajomego. Bez słowa podał jej niezauważalnie sztylet, a sam złapał za rękojeść miecza.
– Nie bądź głupi – roześmiał się Glazur.
Niebieski kamień zalśnił w słońcu, gdy rycerz podchodził do środka polany. Sonia, opierając się o drzewo, próbowała powoli wstać. Niezdarnie stanęła na nogach. Sztylet ukryła za plecami. Patrzyła z pewną obawą na swojego podwójnego wybawcę. U niego nie było widać śladu wahania. Wyszedł na środek i wyciągnął miecz przed siebie. Dwaj przyboczni samozwańczego króla podchodzili do niego z paskudnymi minami. Żmija Kirkegardu zważyła sztylet w dłoni i spojrzała z wahaniem na roześmianego Glazura. Nie patrzył na nią. I całe szczęście.
Wyciągnęła przed siebie rękę, zamachnęła się i rzuciła nożem. Nie miała zbyt pewnego oka, a i rękę była dość słaba. Utkwił w brzuchu. Przyboczni podbiegli do pana, który spojrzał na nią z nienawiścią, ale nie zdążyła się temu przyjrzeć. Nieznajomy porwał ją na konia i pogalopowali w stronę bitwy.
– Nie zdążyłam ci podziękować – powiedziała, gdy na horyzoncie zamajaczył obóz.
Nie odpowiedział. Ona też nie była skora do rozmów. Ominęli bitwę bez przeszkód. Milczeli całą drogę. Sonia wolała dostać jakąś zbłąkaną strzałą. Nie nadleciała.

IV

Przez kilka dni na przemian traciła przytomność i wymiotowała. Dostała kilkanaście solidnych kopniaków w brzuch, więc to jej nie zaskoczyło. Gorzej z tym, że nie przyswajała żadnych pokarmów i ustawicznie była wykończona. Nie miała nawet czasu pomyśleć o ewentualnych odwiedzinach ojca.
To był jeden z tych dni, gdy wiedziała mniej więcej, co się z nią dzieje. Właśnie nachylała się nad wiadrem i zwracała kolejne śniadanie. Zaczynało ją to cholernie bawić. Nie wiedziała, czemu tak strasznie chichocze. Podeszła do niej jakaś kobieta w fartuchu.
– Coś z panią dzieje? Stało się coś? – pielęgniarka nachyliła się nad wymiotującą i chichoczącą jak opętaniec księżniczką.
Sonia pokiwała przeczącą głową. Chyba już zwróciła wszystkie posiłki z ostatnich pięciu lat, bo położyła się na wznak i dalej chichotała, przerywając na jęczenie z bólu.
– Czy coś panią boli? – dopytywała pielęgniarka, która najwyraźniej nie miała pojęcia, jak się zachować.
– Nie… nie nic mnie nie boli… – wykrztusiła z siebie, więc kobieta co prędzej odeszła do innych chorych.
Dziewczyna przewróciła się na bok. Było jej trochę mniej do śmiechu. Od kilku dni leżała w kompletnej samotności, mimo że wokół pełno było innych rannych i lekarzy. Personel medyczny znienawidził ją od pierwszych kilku dni. Najpierw zwymiotowała cały obiad na jakiegoś dowódcę z Trettegoru, potem spłoszyła pielęgniarkę, która „umilała” chorym wegetację grą na gitarze. Potem już ciągle mdlała z osłabienia i od ran, więc nie dawała się we znaki.
Teraz jednak musiała pogodzić się z paleniem w brzuchu, trudnościami z oddychaniem, bólem głowy i wrednymi spojrzeniami. Podszedł jakiś lekarz.
– Znów pani nie jadła – pokręcił głową z dezaprobatą.
– Jeżeli doktor nie wierzy, że jednak jadłam to proszę zajrzeć do kubła. – zaproponowała słabo. – Można odróżnić marchewkę od ziemniaków
Złapała się za brzuch. Zaczął cholernie rwać. Miała szczerą ochotę zemdleć. Cyrulik podszedł do niej i zbadał puls. Pokręcił głową.
– Podamy ci zioła – przeszedł nieoczekiwanie na „ty”. – Nie mam pojęcia, co zdziałają, bo w tak beznadziejnym przypadku zostaje już tylko modlitwa, ale trzeba złapać się ostatniej szansy.
Sonia lekko zesztywniała. Odwróciła głowę do medyka.
– Umieram… – to nie było pytanie.
Lekarz uśmiechnął się. Za każdym razem, gdy widział tak infantylnych pacjentów, którzy chcą zgrywać bohatera to chciało mu się śmiać.
– W takich warunkach nie ma szans na wyzdrowienie dla połowy ludzi, – wskazał rękę na mroczne wnętrze namiotu – ale pani na pewno dojdzie do siebie.
Księżniczka powiodła spojrzeniem za jego wzrokiem. Po bitwie zawsze było sporo rannych. Ona sama kilka razy leżała w takim szpitalu polowym lub odwiedzała kolegów, więc nie robiło to na niej wrażenia.
Po rozmowie z lekarzem znów urwał jej się film. Jedynym, co przyswajała było okropne w smaku zioła, które miały rzekomo osłonić jej organizm i go wzmocnić. Wprawdzie ona nie zdążyła poczuć różnicy, bo nadal bardzo często mdlała, ale przestał ją rwać brzuch i nie musiała już kulić się z bólu. Po kilku dniach wstała i ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu stwierdziła, że jest głodna. Pielęgniarka nie dała się namówić na normalne żarcie i karmiła Sonię jakimiś papkami, ale przynosiło to efekty. Po paru dniach już wstawała, ale kategorycznie zabroniono jej wychodzić poza namiot szpitalny. Właśnie siedziała i obserwowała jakiegoś giermka, który flirtuje z młodą pielęgniarką. Zabawnie to wyglądało, gdy ona co rusz odchodziła i wracała do jego posłania. Księżniczka z jakąś dziwną fascynacją patrzyła na jej delikatne ruchy, gdy zmieniała mu bandaże i jego spojrzenie, gdy mówił „Dziękuję”.
– Rozkaz od króla! – zakrzyknął ktoś obok niej z werwą.
Aż podskoczyła, ale obejrzała się posłusznie.
– Król żąda, o pani, żeby stawić się u niego dziś wieczorem – dokończył herold.
Sonia zbladła i opanowały ją lekkie dreszcze. Kiedyś trzeba się było tego spodziewać. Właśnie miała odpowiedzieć, gdy podbiegł lekarz.
– To jeszcze pacjentka. Absolutnie nie wolno jej jeszcze wstawać – zaprotestował twardo.
Herold to taki urząd, gdzie przejmuje się cechy usposobienia dowódcy. Z tym nie było inaczej. Spojrzał chłodno na medyka i wycedził.
– Król żąda, aby księżniczka Sonia stawiła się u niego najpóźniej o zachodzie słońca.
Sonka spojrzała na cyrulika i pokręciła głową.
– Przybędę najprędzej jak się da – powiedziała cicho.
Herold dobrze znał swojego pana i jego maniera strasznie mu się udzieliła, więc dodał.
– Ojciec twój pragnie też, abyś zażyła kąpieli i stawiła się w porządnej zbroi – wysyczał.
Nie zwróciła na niego uwagi i zaczęła się zbierać. Przy wstawaniu z łóżka zakręciło jej się nieznacznie w głowie, więc oparła się o poręcz łóżka. Lekarz patrzył na nią z politowaniem.
– Proszę wracać do chorych – poleciła mu, znów wbijając się w rolę dowódcy.
Medyk pokręcił głową, ale posłusznie skierował się do innych pacjentów. Gdy Sonia wychodziła z namiotu siedział przy jakimś ciężko rannym mężczyźnie i szeptem opowiadał mu teksty z Księgi Rodzaju. Chory miał taki spokój na twarzy, że aż przystanęła. Gdy tylko złapała spojrzenie jednej z pielęgniarek pospiesznie wymaszerowała.

Pół godziny później nie była już tak pewna siebie. Była już wykąpana. Umyła włosy i porządnie je wyczesała. Jak zwykle ubrała się na czarno, na ciemnej pelerynie mignął lśniący motyw żmii. Wzięła parę głębokich wdechów i weszła do środka kwatery głównej.
Tego się nie spodziewała. Miała świadomość, że będzie źle, ale coś takiego było przesadą. Naprzeciw wejścia, na długich ławkach siedzieli wszyscy dowódcy. Pośrodku stał tron zastępczy, a na nim siedział jej ojciec. Wszyscy wbijali w nią spojrzenia. Odcienie były różne od jawnej wściekłości (ojciec), przez dyskretne politowanie (Edward de Inive), do obleśnego współczucia (lord Denever). Sonia przyklękła na jedno kolano.
– Wzywałeś, mój panie… – schyliła głowę.
– Gdybym nie wzywał, to by cię tu nie było – burknął starzec. – Zdasz raport z misji – rzucił rozkaz.
Księżniczka zajęła wskazane miejsce i zaczęła ciągnąć opowieść. Ojciec cały czas jej przerywał na cięte, ale niestety celne uwagi o brakach i niedociągnięciach. Często wtrącał swoje ulubione słowo („Niedorzeczność”). W końcu doszła do momentu, w którym ją wzięto do niewoli. Opowiedziała, nie bez pewnej dumy, jak próbowała utrzymać na sobie uwagę żołnierzy Glazura.
– Stop! – zatrzymał ją starzec – Ta misja miała wymęczyć wojska tego kretyna, a ty nie pozwoliłaś im rozproszyć się po lesie! – pienił się – Dzięki twojej zmyślności i „bohaterstwu” – to słowo wypowiedział z taką pogardą, że musiała się zarumienić – mamy pełen namiot szpitalny i poległo więcej ludzi niż powinno.
Nie odważyła się protestować. Milczała, pokornie czekając na wyrok.
– Na co czekasz?! – burknął opryskliwie ojciec – Nie zamierzamy obserwować twojego spóźnionego poczucia winy.
Sonia znów spłoniła się rumieńcem.
– Oczywiście, mój panie.
Dokończyła raport już bez emocji. Zapomniała tylko wspomnieć o tym jak dwóch oprychów ją zmaltretowało. Teraz już tylko czekała spokojnie na decyzję ojca. To, że był wściekły, jak jeszcze nigdy, było widać gołym okiem. Nawet wtedy, gdy jako dwunastolatka pobiła jedną z dam dworu za to, że tamta chciała zostać jej nową „mamą”, wtedy tylko zmarszczył brwi i kazał jej zejść z pola widzenia i nie pozwolił wystąpić na turnieju giermków. Teraz wyglądało to dość poważnie.
– Panowie… – zaczął król, patrząc na córkę zmęczonym wzrokiem – Parę słów?
Propozycja przeszła bez echa. Sonia nie liczyła na wsparcie, więc była uradowana, że nikt nie dolewa oliwy do ognia. Radość okazała się jednak przedwczesna, bo nagle usłyszała znienawidzony głos.
– Twoja córka, o panie zasługuje na specjalne względy… Jest też moją narzeczoną i z której strony byśmy na to nie spojrzeli, jest też tylko kobietą. Nie wymagajmy od niej, aby przeprowadziła idealne podchody… – w Soni zawrzało – Księżniczka nie zasługuje na potępienie tylko na wyrozumiałość. Panowie zdają sobie sprawę, że każdy z nas zachowałby się inaczej…
– Nie wątpię, Denever – przerwał mu jakiś kpiący głos w ciemności.
Sonia odwróciła się zaskoczona w tamtą stronę, ale nic nie dojrzała. Zrobiło się lekkie poruszenie, bo zwykle nikt nie podskakiwał lordowi, w obawie przed reakcją króla, ale głos spokojnie kontynuował.
– Skoro ty, Denever, sądzisz, że byłbyś taki świetny w misji, na którą posłano księżniczkę Sonię, to dlaczego zostałeś w obozie? – rzucił drwiąco głos.
Lord przełknął ślinę, ale nie stracił rezonu.
– Zawsze musi być ekipa logistyczna, nieprawdaż panie…?
Sonia nie mogła nie dostrzec nienawiści w jego wzroku, gdy próbował dojrzeć jej obrońcę w ciemnościach.
– Nie wątpię, lordzie. – Nieznajomy widać nie miał zamiaru ujawniania swoich personaliów. – Uważam, że księżniczka świetnie dała sobie radę, zresztą zdałem już raport w tej sprawie.
Dziewczynę zatkało. Czyżby to był tajemniczy obrońca z niebieskim kamieniem na rękojeści? Rzuciła ukradkowe spojrzenie na ojca. Porobiło się zamieszanie. Wszyscy wymieniali pospieszne uwagi między sobą. Skończyło się to jednak zaraz, gdy król uniósł rękę do góry. Spojrzał na swoją córkę, ona unikała jego wzroku jak tylko mogła.
– Dość tego. Ze względu na okoliczności łagodzące przewinienia zostają darowane, ale ostatni raz – zaznaczył. – Jeszcze dziś masz wziąć konia i pędzić do pałacu. Sassyvan ma być gotowy na przyjęcie gości za dwa tygodnie. Zejdź mi z oczu – polecił jej.
Sonia powoli skinęła głową i pospiesznie wyszła z namiotu. Była kompletnie wykończona, a i brzuch dawał o sobie znać. Ruszyła wolnym krokiem do swojego starego namiotu.
Nic się tam nie zmieniło. Znalazła dwa saki i zaczęła je pakować, ale już po chwili zrezygnowana usiadła na łóżku. Wszystko ją cholernie przygnębiało. Nie miała pojęcia, ile czasu strawiła na bezczynnym siedzeniu, ale przerwał jej lord Denever. Wszedł jak do swojego i rozejrzał się kpiąco.
– No, no… Moja droga… – zamruczał z dezaprobatą.
Oblał ją zimny pot. Spojrzała na niego nerwowo. Wolała nic nie mówić.
– Taki chojrak z tego naszego agenta specjalnego… Zobaczymy, kiedy Bolek się z nim rozprawi – odgrażał się dość niezrozumiale.
Nienawidziła, gdy Denever tak mówił o jej ojcu. Tak naprawdę irytowało ją to, że taki kretyn ma tak silną pozycję na dworze, ale sama nie chciała tego przyznać. Nagle zmartwiała. Usiadł koło niej.
– Niezły numer mi odwaliłaś z tymi podchodami – syknął i złapał ją za kolano. Zadrżała. – Przychodzę, a twój giermek gęsto się tłumaczy, że poszłaś na specjalną misję z księciem Filipem.
Przesunął rękę nieco wyżej. Jak za każdym razem żałowała, że nie ma jej gdziekolwiek indziej – nawet w niewoli u Glazura. Oczywiście potem poszło mu jak z płatka. Po kilkunastu minutach zgnębiona i poniżona Sonia zbierała drżącymi rękami swoje rzeczy z podłogi, a jej narzeczony ze stoickim spokojem zapiął spodnie i zarzucił sobie pelerynę na plecy. Wyszedł, nie zaszczyciwszy jej nawet spojrzeniem.


30 VII 2005, Valaraukar: Kolejne części tego opowiadania są w archiwum Strefy, http://prorok.pl/fikcja/str-all.html.

MarVelle
8.06.2005, 15:50

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

NIzIkdLD

RGGkzm hi jonsf!

24.06.2007, 19:22
usingergey

HIIII!!!!!

14.06.2007, 05:55
usingergey

HIIII!!!!!

14.06.2007, 05:55
usingertth

HIIII!!!!!

14.06.2007, 04:00
None

I try it

10.06.2007, 13:55
None

MToik

10.06.2007, 13:54
None

I think you are wrong.

8.06.2007, 21:50
None

Yep, I think its right.

8.06.2007, 21:50
None

Shalom

8.06.2007, 12:55
None

Ma Nishma?

8.06.2007, 12:55