Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Veritaserum

Veritaserum



Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania
Czarnego Pana...
Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli,
A narodzi się, gdy siódmy miesiąc
Dobiegnie końca...
A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie,
Będzie on miał moc, jakiej Czarny Pan
Nie zna...
I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo
Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje...
Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana,
Narodzi się,
Gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
The Property
Sybille Trelawney


Rozdział 1
Wylana Herbata


Stał na wzgórzu, piękny, majestatyczny, oświetlony pomarańczowym blaskiem czerwcowego słońca. Szklane okna, wielkie jak w pałacu, mieniły się barwą błękitnego nieba, które tego dnia było bezchmurne i jasne. Z wewnątrz dobiegały zwykłe, codziennie odgłosy, takie jak brzęk mytych naczyń, kroki, śmiechy. Z ogrodu słychać było szczękające nożyce ogrodnika. Kwitły kwiaty, śpiewały ptaki, zieleniła się trawa. Pozornie wszystko było takie, jak powinno być.
Ale pozory mylą.
Ogrodnik, Frank Bryce, westchnął, widząc kolejny suchy liść na swej ulubionej jabłoni. Dokuśtykał do gałęzi, zerwał liść, odwrócił się w stronę wiadra, gdzie podobnych liści leżały już setki. Położył liść na kupce. Podniósł oczy.
Znowu się tu kręci, pomyślał obojętnie. Ten czarny wyrostek, który tak mi kogoś przypomina. Kiedyś go już widziałem. Nie jest z wioski, myślał Frank, o nie, co to, to nie. Znam wszystkich mieszkańców Little Hangleton. Ale jednak kogoś mi przypomina...
Frank Bryce odwrócił się, pokuśtykał w stronę leżącej przy ławce laski. Zdjął rękawiczki, ubrudzone w ziemi, położył koło laski, usiadł. Gdy popatrzył w stronę wioski, wyrostka już nie było.
Frank szybko o nim zapomniał. Bo i po co miał pamiętać?

***

Młodzieniec szybko schodził ze wzgórza. Czarna szata powiewała mu na wietrze, plątała się między nogami, przeszkadzała. Chłopak nerwowym ruchem ręki przeczesał gęste czarne włosy, potarł powieki. Był bardzo przystojny, mimo, że miał zmęczoną twarz. Wysoki, postawny. Pewny siebie.
Stanął nagle. Obejrzał się. Dom był już daleko, nikt nie mógł go zobaczyć. Chłopak patrzył na dom niewidzącym wzrokiem. Nagle oczy mu zabłysły. I zmrużyły się niebezpiecznie.
-Dosyć tego- powiedział do siebie, czystym, mocnym głosem. Choć nie było w tym głosie nic z groźby, coś kazało go słuchać. Takiemu głosowi nie dało się sprzeciwić.
-Potrafisz to zrobić. On będzie pierwszy. I ostatni.
Nie, to nieprawda, odezwało się coś w jego głowie. Owszem, będzie pierwszy. Ale wcale nie będzie...
Odpędził natrętną myśl jednym władczym ruchem ręki. W oczach tańczyły mu niebezpieczne ogniki.
-Nienawidzę go!!!- krzyknął. Jego głos potoczył się echem po wiosce, poniósł się daleko po górach i dolinach. Chłopiec zacisnął pieści.
-Nienawidzę- szepnął, już spokojnie. Spojrzał w górę ostatni raz. Odwrócił się. Ruszył.

***

Nastał ranek. Cichy, słoneczny, chłodny. Na wzgórze, kierując się w stronę ogromnego, zadbanego domu, wdrapywała się kobieta. Była szczelnie owinięta płaszczem, na szyi powiewał jej długi, czarny szal. Lato tego roku było wyjątkowo zimne.
Co za życie, myślała kobieta, poprawiając szal. Dzień po dniu harujesz, męczysz się, nie wysypiasz. A ci bogacze? Kobieta z wściekłością spojrzała w stronę domu, klnąc pod nosem i przyśpieszając kroku. Śpią do dziewiątej, a potem wydzierają mordy na biedniejszych od siebie, a to, że pranie jeszcze nie zrobione, że śniadanie nie przygotowane, że nie zagrzane w domu... Tylko o sobie myślą. O innych w ogóle.
Kobieta z przykrością przypomniała sobie swoją własną córeczkę, pięciolatkę, którą musiała zostawić w domu, chorą, rozgorączkowaną, cierpiącą. Zaklęła. Otarła łzę.
Dotarła do drzwi, włożyła klucz do dziurki, przekręciła trzy razy. Na palcach weszła do środka. Rozebrała się, płaszcz powiesiła na wieszaku dla służby. Weszła do kuchni, z zamiarem przyrządzenia śniadania dla śpiących jeszcze chlebodawców, oraz ciepłej herbaty dla siebie. Wstawiła wodę do gotowania, zalała brązowe fusy, wzięła kubek do ręki.
Na stole leżała kartka. Kobieta podeszła, podniosła. Kartka głosiła: ‘PROSZĘ POSPRZĄTAĆ W SALONIE PO KOLACJI. RIDDLE”. Wzdychając, z herbatą w ręce przeszła wolno do salonu, by ocenić, ile pracy jej czeka. Drzwi do salonu były zamknięte. Kobieta nacisnęła klamkę.
Kubek wypadł jej z ręki i rozbił się na podłodze, zalewając wrzątkiem zabytkowy parkiet. Krzyk rozdarł powietrze.
Kobieta wybiegła z salonu, pozostawiając trzy leżące na podłodze trupy samym sobie.

***

Czarny wyrostek usłyszał krzyk. Zobaczył kobietę wybiegającą z domu i pędzącą w stronę wioski. A potem zniknął.

***

Policja nie potrafiła stwierdzić, kto i w jaki sposób zamordował Riddle’ów. Łatwiej było wysunąć hipotezę, dlaczego: Riddle’ów nie lubił nikt. Lekarze także nie umieli jednogłośnie stwierdzić, co się stało.
O sprawie szybko zapomniano. Bo i co miano pamiętać?
Policja przez czas jakiś podejrzewała Franka Bryce’a. Nic jednak mu nie udowodniono. Frank wrócił do swej starej pracy.
Czarnego wyrostka nikt więcej w Little Hangleton nie widział. Może dlatego, że rzeczywiście nigdy więcej go tam nie było, a może dlatego, że nie chciał być widziany?
Riddle’ów pochowano na miejscowym cmentarzu, nieopodal ich własnej rezydencji. Czasami odwiedzały ich groby dzieci, które od dziadków dowiedziały się o tajemniczym zabójstwie sprzed lat.
A potem o grobach zapomniano. Bo i po co miano pamiętać...?


Rozdział 2
Takie Szare Wspomnienia

Tom Riddle leżał na łóżku w ciemnym pokoju. Nie mógł zasnąć. To była już kolejna noc, której nie mógł zasnąć. Ale nie próbował tego zmienić. Nie wierzył w żadne liczenie baranów. Był bardzo sceptyczny, jeżeli chodziło o takie sprawy. Nie lubił też marnować czasu.
Leżąc, wolał rozmyślać. Wierzył, że sen jest potrzebny, by mózg uporządkował sobie pewne wydarzenia. Jeżeli nie mógł zasnąć, jego mózg był pozbawiony możliwości porządkowania tych wydarzeń, co z kolei zmniejszało wydajność jego pracy. Dlatego, nie śpiąc, a rozmyślając, sam uporządkowywał sobie te wydarzenia, które najbardziej go trapiły.
Zwykle udawało mu się to bez zbędnego wysiłku. Tej nocy jednak wyjątkowo nie mógł się skupić. I wiedział, dlaczego.
Tom przekręcił się na drugi bok. Leżał teraz twarzą do lustra, oświetlonego skąpym światłem księżyca. Przyjrzał się sobie.
Tom Riddle był niezwykle przystojnym chłopcem. Kiedy był mały, wszystkie odwiedzające sierociniec rodziny wychwalały jego urodę. Każda chciała go adoptować. Tom był jednak mądrym i inteligentnym dzieckiem, a z każdym rokiem tej mądrości mu przybywało. Nauczył się więc, że jeżeli nie chce być adoptowany (a nie chciał), to musi być jak najmniej grzeczny i jak najbardziej chamski. Tak więc każdy się nim zachwycał, ale tylko do momentu, kiedy „milutki Tommy” otworzył buzię.
Teraz Tom miał już 16 lat. Był szatynem o niebieskich oczach, był wysoki, męski, postawny. Miał wielkie powodzenie u płci przeciwnej. Tom nie byłby sobą, gdyby nie nauczył się tego wykorzystywać. Umiał omotać każdą dziewczynę tak, by ta pracowała na jego koszt. Kiedy przestawała mu być potrzebna, po prostu ją zostawiał…
Tom obrócił się na plecy i zapatrzył w sufit. Mieszkał w sierocińcu, od kiedy pamiętał. Kiedy był mały, myślał, że wszystkie dzieci rodzą się w sierocińcu, a potem po prostu przychodzą jacyś mili wujkowie z ciociami i „kupują” je sobie. To właśnie było dla Toma normalne. Do czasu.
Do czasu, kiedy skończył dziewięć lat. Wtedy właśnie Tom odkrył prawdę.
Jego ojciec pochodził z Little Hangleton. Jego mama również. Byli zaręczeni. Ojciec porzucił matkę, kiedy ta była w ciąży. A potem ona umarła przy porodzie. Rodząc jego.
Tom długo nie mógł otrząsnąć się z szoku. Przez długi czas nie mógł znaleźć swojego miejsca. Kiedyś myślał, że sierociniec był jego domem, i było mu z tym dobrze. A potem jego świat nagle runął…
I wtedy Tom znienawidził swojego ojca. Dzień, w którym to do niego dotarło, bardzo barwnie odcisnął się w jego pamięci.
Był jeszcze jeden dzień, który pozostał w jego pamięci. Ale ten nie był nieszczęśliwy.

***

-Tom! Tommy!
Jedenastoletni Tom obudził się, przeciągnął, przetarł oczy.
-Tommy! Wstawaj! Przyszła do ciebie poczta!
Tom natychmiast otworzył oczy. I to szeroko. Chociaż wiedział, co znaczy słowo „poczta”, to jeszcze nigdy się z nią osobiście nie zetknął. Usiadł na łóżku.
-Oto twój list, Tommy.
Tom spojrzał najpierw na żółtą kopertę, a potem na pannę Margaret. Ta uśmiechnęła się do niego promiennie.
-No masz, weź! To nie gryzie!
Tom nieśmiało wyciągnął rękę i zacisnął palce na żółtym pergaminie. Był miły w dotyku. Może dlatego, że trzymała go panna Margaret, pomyślał Tom.
Tom spuścił oczy i spojrzał na trzymaną w ręku kopertę, na napisane zielonym atramentem jego imię i nazwisko oraz adres sierocińca. Niecierpliwie rozerwał papier.
Posypały się jakieś kartki, zapisane tym samym zielonym atramentem. Rozsypały się po podłodze. Tom wyskoczył z łóżka, usiadł na starym dywanie, oparł się plecami o ścianę. Podniósł pierwszy papier, zaczął czytać swój pierwszy w życiu list.
Za chwilę przeczytał go jeszcze raz.
I jeszcze raz.
A potem, nie zakładając kapci, zbiegł po schodach na dół, prosto do gabinetu panny Margaret.
Panna Margaret uśmiechnęła się do niego swoim ślicznym uśmiechem, wzięła list z jego ręki. Jej oczy spoczęły na pergaminie zapisanym zielonym atramentem. Tom widział jak ruszają się w prawo i w lewo, w prawo i w lewo, w prawo...
Zafascynowany oczami panny Margaret Tom zapomniał, po co właściwie przyszedł do jej gabinetu. Zapomniał nawet przestępować nerwowo z nogi na nogę. Przypomniał sobie o tym wszystkim dopiero, kiedy panna Margaret się zaśmiała.
Tom przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
Potem nastąpiło krótkie spięcie, podczas którego Tom podejmował pierwszą męską decyzję. Spięcie zakończyło się krótkim „na górę, do pokoju”. Tom poszedł. I nie wrócił. Aż do następnych wakacji.
Panna Margaret nie śmiała się więcej.

***

Tak, Tom dobrze pamiętał ten dzień, dzień triumfu. Dobrze pamiętał tę satysfakcję, jaką odczuwał, pakując się w swoim pokoju.
A potem Tom przypomniał sobie jeszcze jeden dzień. Dzień, który, być może, zmienił całe jego życie.

***

Sala była wyjątkowo piękna.
Długa, przestronna, oświetlona była setkami, ba, tysiącami migoczących płomieni zawisłych w powietrzu świec. Cienie kładły się na ścianach, wysokich, sięgających aż do niewidocznego sufitu. Jeżeli sufit był niewidoczny, spytacie, to skąd wiadomo, że w ogóle istniał. Otóż na dworze padał deszcz. Uczniowie zebrani w Wielkiej Sali mogli obserwować spadające krople, uniósłszy głowy do góry. Co było jednak najdziwniejsze, krople te nie kapały im na głowy, ani nie moczyły szat, lecz rozpryskiwały się na niewidocznej magicznej powierzchni, właśnie tam, gdzie powinien znajdować się sufit...
Tom patrzył na to wszystko i nie mógł wyjść z podziwu. Patrzył na cztery długie stoły, ustawione równolegle do siebie, wzdłuż ścian, i na podest na końcu sali, gdzie stał stół piąty, prostopadły do pozostałych. Patrzył na ogromne okna w ciemnych ramach, które zajmowały chyba razem więcej powierzchni niż same ściany. Patrzył na światło igrające w całej sali, światło ognia, światło stwarzające tak miłe uczucie bezpieczeństwa, światło, które sprawiało, że ta wielka, zimna sala wydawała się przytulna i ciasna jak pokoik w sierocińcu.
Tom patrzył na to wszystko i upewniał się coraz bardziej w słuszności myśli, która nawiedziła go w momencie przekroczenia progu zamku. Przeczuciu, które przemawiało do niego cichym głosikiem ukryte gdzieś tam, z tyłu głowy.
Tak, masz rację, pomyślał Tom. Masz rację. To mój nowy dom.
Tom wiedział, że już nigdy nie będzie chciał wrócić do panny Margaret i w ogóle do żadnego zaplutego sierocińca na całym świecie.

***

Tom wrócił jednak, i to nie raz przecież. Musiał wracać tu co rok, w każde wakacje. Rzeczywiście, zawsze próbował wymyślić powód, dla którego mógłby zostać w zamku. W te wakacje jednak postanowił zrobić wyjątek. Musiał wyjechać z Hogwartu. Miał ważną sprawę do załatwienia.
W Little Hangleton.


Rozdział 3
Katharsis

Little Hangleton Tom znał tylko z nazwy. Nigdy tam nie był, nigdy nawet nie widział zdjęć tej miejscowości. Nie miał zielonego pojęcia, w której stronie Wielkiej Brytanii ona leży. Mógł się tylko domyślać.
Lub wziąć sprawy w swoje ręce.

***

Kiedy nareszcie tam dotarł, wszystko wydawało mu się obce, dalekie. Sądził, że gdy znajdzie się na miejscu, może coś mu się przypomni, jakieś obrazy z odległego dzieciństwa, głosy, wspomnienia. Nic takiego się nie wydarzyło. To jeszcze bardziej zirytowało młodego Riddle’a; ojciec zabrał mu nawet wspomnienia z dzieciństwa. Można było nie zaznać w domu miłości, można było kłócić się i płakać, ale wspomnienia miał każdy. Tom nie.
Teraz stał na wzgórzu, patrząc to w stronę domu, to w stronę opustoszałej o tej godzinie wioski. Stał długo. Dopóki nie zauważył go jakiś nieszkodliwy kaleki staruch, wyrywający chwasty w ogrodzie. Wtedy Tom poszedł prosto do pubu, do gospody „Pod Wisielcem”.
Gdy zapadł zmrok, Tom usiadł na łóżku w pedantycznie czystym pokoju, jaki wynajął na tę noc na poddaszu gospody. Z niewielkiej czarnej torby wyjął owinięte w hebanowy materiał podłużne zawiniątko. Odsunąwszy tkaninę, wyciągnął kilkunastocalową drewnianą pałeczkę, prawdopodobnie wykonaną z jesionu. Tom odrzucił materiał na poduszkę. Ujął drewienko w palce obydwu rąk, delikatnie, jakby to było nie drewno, ale porcelana, i długo mu się przyglądał.
Zadzwoniły głucho dzwony w niedalekim kościółku. Szarzało za oknem.
Tom wstał, nadal trzymając w ręku drewienko. Wolną dłoń nonszalancko oparł na biodrze, drugą, ściskającą różdżkę, uniósł, trzymając ją na poziomie oczu. Prawą nogę wysunął lekko do przodu, przenosząc jednocześnie ciężar ciała na nogę lewą. W całkowitej ciszy wykonał kilka skomplikowanych obrotów różdżką. Opuścił rękę.
Jako perfekcjonista i esteta, Tom nie ośmieliłyby się wykonać tak poważnego zadania, nie dopinając wszystkiego na ostatni guzik. To dlatego ubrał się w czarne szaty, a różdżkę zawinął w czarną tkaninę. Teraz też z niesmakiem przyglądał się trzonku różdżki, na którym widniały odciski jego palców. Podniósł z łóżka czarny materiał, długo i pieczołowicie polerował jesionową różdżkę. Niemal unosiła się z niej wąska strużka dymu. Kiedy skończył, odłożył ją tak, by się nie zabrudziła, a sam założył czarne skórzane rękawiczki.
Gdy był już gotowy, przejrzał się w lustrze. Wydawało się, że powierzchnia zwierciadła zafalowała pod jego palącym nienawiścią wzrokiem.
Tom wyszedł z gospody, kierując się w stronę górującego nad Little Hangleton Domu Riddle’ów.
Stanąwszy przed bukowymi drzwiami, nacisnął klamkę. Wszedł. I wyszedł.
Żaden z Riddle’ów nie zdążył nawet krzyknąć.

***

Tom nie czuł się winny.
Kiedy był mały, często nadużywał słowa „nienawiść”. Panna Margaret była na niego wtedy bardzo zła. Twierdziła, że nie powinno się używać słów, których się nie zna. Tom obrażał się i upierał przy swoim. Któż mógłby nie znać słowa „nienawiść”...?
Teraz wiedział już, że się mylił. Teraz wiedział już, że nienawiść to zbyt wielkie uczucie, by można było wyrazić je słowami. Zbyt silne, by można było je kontrolować. Teraz rozumiał, że wyraz „nienawiść” jest zaledwie namiastką tego, co w rzeczywistości czuł. Tom zastanawiał się tylko, skąd panna Margaret mogła to wszystko wiedzieć.
Tom był już tak owładnięty nienawiścią, że nie potrafił nad tym zapanować. Właśnie dlatego musiał to zrobić. Musiał pojechać do Little Hangleton.
A kiedy stamtąd wrócił, poczuł, jak to obezwładniające uczucie nienawiści ulatuje z niego niczym para z kubka wrzącej herbaty. Poczuł, że znowu odzyskuje wolną wolę. Że znów staje się Tomem Riddle’em.
Tom ostatni raz przekręcił się na łóżku. Skrzypnęły sprężyny zużytego tapczanu. Zasnął.
I wcale nie miał koszmarów.


Rozdział 4
Czysta Krew

Hogwart był taki jak zawsze we wrześniu- ruchliwy i głośny. Uczniów, żyjących jeszcze dopiero co minionymi wakacjami, rozpierała energia. Korytarze stały się miejscem zabaw i bijatyk. Co chwila wybuchały niekontrolowane śmiechy. Młodsi studenci biegali w tą i z powrotem, co chwila na siebie wpadając i potrącając starszych uczniów, którzy byli zbyt zajęci sobą, by to zauważyć. Ogólnie mówiąc, było bardzo wesoło. Atmosfera w Hogwarcie panowała iście świąteczna.
Tom nie brał w tym wszystkim udziału. Czuł się ponad tym. Poza tym był prefektem, musiał dawać przykład, być chodzącym wzorem. Drażniło go to. Drażniły go te biegające dzieci, nie rozumiejące najwyraźniej, że Hogwart to szanowana szkoła, której sława i pamięć nie powinna być bezczeszczona w ten sposób. Drażniło go, że nic nie jest takie, jak było kiedyś, za starych, dobrych czasów, w których niestety nie było dane mu żyć. Wtedy nie wpuszczano do Hogwartu byle kogo. Tom wiedział o tym, czytał dużo książek o tematyce historycznej.
Czuł się jak intruz, jak obcy, czuł się inny w tej gromadzie rozwydrzonej smarkaterii. Wiedział, że jest inny. Że nie jest czarodziejem czystej krwi. Czuł się jak napiętnowany, naznaczony. Oddałby wszystko, by móc to zmienić. Nigdy w życiu nikomu by się nie przyznał, że jego ojciec był mugolem. Nie cierpiał mugoli ani niczego, co miało z nimi jakiś związek. Nie mógł znieść ich widoku. Patrząc w lustro przez długi czas nie mógł myśleć o sobie inaczej jak „dziecko mugola”. I było mu z tym źle.
Zdecydował się zrobić coś wspaniałego, coś wiekopomnego, coś, co sprawi, że już nikt nigdy nie pomyśli o nim jako o mugolu. Postanowił coś zmienić.
Zaczął od nazwiska.

***

-Lord Voldemort, nazywam się Lord Voldemort. Voldemort.
Tom stał przed lustrem, wpatrywał się sobie w twarz. Było już późno. Za ciemnymi oknami wiał wiatr. Świszczał i wył, potrząsał koronami drzew Zakazanego Lasu. Noc była pochmurna, ale od czasu do czasu zza którejś z szybko pędzących chmur wysuwał się srebrny rogalik księżyca.
Tom poprawił na sobie czarną szatę, przypiął do niej zieloną odznakę prefekta Slytherinu.
-Voldemort…
Tak się będę kazał nazywać, kiedy tylko wydostanę się poza te mury, pomyślał. Zapiszę się w historii jako Lord Voldemort. Niech nazwisko Riddle na zawsze odejdzie w niepamięć.
Spojrzał w lustro ostatni raz. Nie, nie mógł być mugolem. Wiedział, że jest kimś więcej. Że jest wyjątkowy.
Voldemort, zawył wicher poza murami zamku.
Po co w zamku te wszystkie szlamy, pomyślał Riddle, zaciskając pięści. Nie mogę zniszczyć wszystkich mugoli świata, ale na szczęście zostały mi szlamy Hogwartu. Zrobię to dla dobra szkoły. Dla dobra całego świata czarodziejów. Ci ślepcy! Sami zakładają sobie w domu gniazdo os! Sami karmią zdrajców, którzy potem doprowadzą do naszej zagłady! A wtedy nikt nam już nie pomoże!
Riddle przeczesał włosy palcami.
-Dobrze- powiedział Tom, przypatrując się swojemu odbiciu w lustrze.- Dobrze, że chociaż ja jeszcze mogę temu zapobiec.
Voldemort, szumiał wiatr w Zakazanym Lesie.

***

Kiedy Tom był w trzeciej klasie, zorientował się, że właściwie nie powinien być w Slytherinie. Do tego domu trafiały bowiem tylko osoby czystej krwi- a Tom, jakkolwiek bardzo tego żałował, taką osobą nie był. Zaczął się więc na poważnie zastanawiać, co takiego jest w jego krwi, co stało się ważniejsze od przeklętych genów jego świętej pamięci mugolskiego rodzica. I właśnie wtedy, w trzeciej klasie, Tom spotkał się po raz pierwszy z legendą o Komnacie Tajemnic.
Historię Komnaty Tajemnic opowiedział im sam profesor Guipess, mistrz zaklęć, opiekun domu Slytherinu. Legenda zafascynowała uczniów, którzy dzień po dniu odkrywali wokół siebie nowych potomków Slytherina. Tom nie odzywał się ani słowem, ale w jego głowie kiełkowało podejrzenie.
Riddle zmienił taktykę: teraz w bibliotece szukał informacji o Salazarze Slytherinie, a nie o swojej matce. Dowiedział się, że Slytherin opuścił zamek ze względu na kłótnię ze starym przyjacielem, Godrykiem Gryffindorem. Niektóre źródła utrzymywały jednak, że był to tylko pretekst. Że stosunkowo młody jeszcze czarodziej zrezygnował ze swej przyszłości w szkole magii dla ukochanej kobiety. Nazwisko kobiety pozostało nieznane.
W woluminie pozostała jednakże rycina, przedstawiająca portret anonimowej wybranki. Tomowi wydawało się, że skądś zna jej twarz.
Niedługo potem Tom dowiedział się, że Salazar Slytherin posiadał niezwykłą umiejętność. Można by rzec: paskudną umiejętność. Umiał mianowicie rozmawiać z wężami. To dlatego właśnie godłem Slytherinu był wąż. Tom bardzo lubił węże.
Jeszcze w tym samym tygodniu Toma spotkało coś dziwnego.

***

Było już późno. Transmutacja już się zaczęła. Tom zamknął torbę, trzęsącymi się z pośpiechu rękami zasznurował buty. Pędem wybiegł z dormitorium.
Kiedy zbiegał po marmurowych schodach, noga ześlizgnęła mu się i wpadła w jeden z tych schodków-iluzji; zaliczanych do licznych pułapek, niespodzianek i ekscesów Hogwartu. Tom nie złapał w porę równowagi i wyłożył się jak długi- torba zleciała mu na dół, a on sam leżał na marmurze, poobdzierany i poobijany. Na lewej dłoni skóra zdarła mu się aż do krwi. Klnąc i złorzecząc, Tom ruszył w kierunku najbliższej łazienki, jaka była w okolicy- łazienki dziewcząt.
Tom dobrze przewidywał- o tej porze w łazience nikogo nie było. Wszedł do środka i zatrzasnął za sobą drzwi.
Nie zdziwił się wcale, widząc, że damska toaleta jest przestronniejsza i w ogóle lepiej i porządniej wyposażona od tych męskich. Przez ogromne witrażowe okno, znajdujące się na ścianie po prawej stronie Toma, do pomieszczenia dostawały się rozbite przez pryzmat szkła kolorowe promienie słońca, nadając barwę marmurowej posadzce. Wielobarwne plamki światła odbijały się w lustrzanych kafelkach nad umywalkami, które prawdopodobnie wykonane były z najlepszej jakości porcelany (wzmocnionej oczywiście magią, aby zapobiec ewentualnym wypadkom). Dopiero dalej wysokie drzwi prowadziły do kabin, z których każda z osobna mogłaby starczyć na jedną domową łazienkę (taką, jakie zwykle spotyka się w mugolskich mcdonaldach).
Widok był imponujący.
Tom zbliżył się do jednej z umywalek, rzucając na podłogę torbę z książkami. Podkasał rękawy, i nie chcąc niczego ubrudzić, samą siłą woli zmusił kurek do przekręcenia się. Była to sztuczka, której nauczył się jeszcze w sierocińcu.
Łazienkę wypełnił plusk lanej wody. Tom nabrał w dłonie przejrzystej cieczy i przez chwilę rozkoszował się jej chłodem- lodowata woda działała kojąco na jego podrażnioną skórę. Odgłos strumienia uderzającego o dno umywalki, spotęgowany jeszcze przez echo w toalecie, uspokajał jego nerwy. Tom znowu nabrał wody w ręce i chlusnął nim sobie na twarz. Nachylony nisko nad umywalką, jeszcze raz przemył sobie oczy.
Gdy je otworzył, spostrzegł, że prawie muska nosem dwóch jarzących się na czerwono punkcików.
Tom nie przestraszył się. Odsunął się tylko odrobinę, tak, by móc zobaczyć co takiego zostało wyrzeźbione na miedzianej szyjce kranu.
Był to wąż. A nawet dwa węże.
Tom przejechał po nich opuszkiem palca. Wydawało mu się, że są odrobinę cieplejsze od reszty kranu. Tom nie mógł tego wiedzieć, ale wskazywało to na obecność magii. Riddle miał bezbłędną intuicję.
-Nie jesteście tu przypadkiem...- szepnął sam do siebie. Miał wrażenie, że szkarłatne oczy gadów rozjaśniały na moment.
W pamięci Toma zachował się pewien film. Opowiadał on o człowieku, który potrafił porozumieć się z krokodylami. Sześcioletni Tom był zafascynowany tą umiejętnością, i przez kilka miesięcy po obejrzeniu filmu próbował nawiązać kontakt z każdym zwierzęciem, jakie znalazło się w sierocińcu. W większości były myszy i skorki. Po pewnym czasie Tom zniechęcił się i zaprzestał prób. Tym razem coś mu jednak mówiło, że się uda. Mimo, że węże nie były prawdziwe.
-Otwórz się.-syknął Tom. Syknął, nie powiedział.
Zgrzytnęły kamienie, do których przymocowana byłą umywalka. W powietrzu pojawiła się nikła woń stęchlizny.
Zszokowany Tom zastygł w bezruchu. Patrzył, jak umywalka odsuwa się od ściany, odsłaniając czarną wnękę w murze. Tom czuł na twarzy chłodny powiew powietrza. W dół prowadziły schody.
Tom nie poszedł tego dnia na transmutację.

***
Wtedy Tom był zbyt młody, by zapanować nad grozą zamkniętą w komnacie. Wiedział jednak na pewno, że to on jest potomkiem wielkiego czarnoksiężnika. Teraz był gotów do próby.
Zabawa trwała rok. Ale musiała się skończyć. Pierwsza ofiara, dziewczynka, zginęła w toalecie. Dyrektor Dippet był bardzo zaniepokojony; Hogwart chylił się ku upadkowi; lada chwila szkoła miała zostać zamknięta. Nie tego Tom chciał; gdyby nastąpił koniec Hogwartu, musiałby wrócić do panny Margaret, do sierocińca. Nie, Hogwart nie miał zostać zamknięty, miał być tylko oczyszczony ze szlam. Przez jakiś czas Tom miotał się po zamku, wściekły. Nie wiedział, co zrobić. I wówczas wpadł na pewien pomysł.
Po szkole włóczył pewien mutant, wielki, włochaty chłopak imieniem Rubeus. Tom widział go kilka razy na szkolnym korytarzu. Plotka mówiła, że wielgus interesował się magicznymi zwierzętami, silnymi, nieposłusznymi i trudnymi do opanowania przez człowieka. Potworami. Tom postanowił to wykorzystać.
Podążał za chłopakiem jak cień, chodził za nim na spacery brzegiem Zakazanego Lasu, gdzie Rubeus odwiedzał gniazdo hipogryfów, godzinami przesiadywał nad jeziorem, obserwując z wielgusem ogromną kałamarnicę. Mimo, że plotka wydawała się prawdziwa, to Hagrid, (bo tak nazywał się chłopak) był najwidoczniej niezwykle uczciwy; i mimo najszczerszych chęci Tom nie potrafił znaleźć niczego, co mógłby wykorzystać przeciwko niemu. Tom miał bowiem nadzieję, że chłopak przemyca do zamku nielegalne zwierzęta, w walizce ma kolekcję marynowanych głów mandragor lub przynajmniej nosi przy sobie kły wyhodowanego przez siebie smoka. Nic jednak na to nie wskazywało. Tom bardzo się zawiódł. Ale nie na długo.
Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
W sobotę wszyscy uczniowie mogli wybrać się do Hogsmeade, wioski czarodziejów, pełnej magicznych sklepów i pubów. Tom wszedł do jednej z mniejszych knajpek; szyld nad drzwiami, oderwany do połowy, głosił ambitną nazwę Płonąca Dziura. Rzeczywiście, Riddle miał wrażenie, że znalazł się w jakiejś podziemnej norze lub nielegalnej fabryce tytoniu. Przez uchylone drzwi do wnętrza wślizgiwał się cienki strumyk światła, które w oleistej atmosferze wydawało się niemal namacalne, oślizgłe i całkowicie nie na miejscu.
Zmasakrowane i naznaczone licznymi bliznami twarze na raz zwróciły się ku stojącemu w drzwiach Tomowi. Riddle nie spuścił wzroku. Zamknął drzwi i nagle pub ogarnęła ciemność, w której widoczne były tylko błyskające białka oczu siedzącej klienteli i rozżarzone fajki. Dym unoszący się w pomieszczeniu był tak gęsty, że niemal stawiał opór przy chodzeniu. Wił się i zmieniał kształty nad płonącymi świecami.
Tom przestąpił z nogi na nogę. Parkiet pod jego stopami złowrogo zatrzeszczał.
Pod ścianą, prawie przy samym barze, stał wolny stolik. Był już tak często szorowany, że stracił swoją pierwotną barwę i stał się niemal biały. Riddle wolno ruszył w jego stronę. Kiedy szedł przez salę, białka oczu irytująco uważnie śledziły każdy jego ruch. Ktoś chrząknął.
Krzesło było twarde i zimne. Prawdopodobnie było też brudne, ale tego już Tom nie mógł wiedzieć.
Tom czuł, że powinien coś zamówić, ale wiedział z doświadczenia, że trunki w takich są tak mocne, że nie byłby w stanie ich przełknąć. A wówczas nie mógłby liczyć na tolerancję swojej obecności w pubie, która zresztą już teraz była chwiejna.
Dopiero teraz, siedząc na niewygodnym, twardym krześle, Tom dostrzegł znaczne niedociągnięcia w swoim genialnym planie. Właściwie przyszedł tu sądząc, że nie zdąży nawet zająć miejsca przy eleganckim stoliku, a już któryś z klientów baru zaczepi go i zaproponuje kupno... no właśnie. Czego? Tom miał widoczne luki w wiedzy. I co teraz? Nie może wyjść, bo zwyczajnie mu nie pozwolą, wezmą go za jakiegoś szpiega i zabiją na miejscu. Było to oczywiście dość nieprawdopodobne, ale takie właśnie mało optymistyczne myśli snuły się w umyśle młodego Riddle’a. A może podejść do baru i zwyczajnie spytać tego grubego, wąsatego jegomościa, który, rzucając groźne spojrzenia spod krzaczastych brwi, wyciera kufle brudną do niemożliwości ścierką? Albo może…
-Dzień dobry.
Tom nie podskoczył ani nie westchnął. Nie odwrócił się zaskoczony. Nawet nie poruszył czarnowłosą głową. Za to skrzywił blade wargi w triumfującym uśmiechu.
Zobaczył, jak jakiś długowłosy mężczyzna, ubrany w dziurawą skórzaną kurtkę, starte dżinsy i mocno przybrudzone błotem czarne buty, odsuwa bezgłośnie krzesło obok niego i równie bezszelestnie na nim siada.
Siedzieli w milczeniu. Mężczyzna wpatrywał się w twarz Toma swoimi bladymi, wyłupiastymi oczami, które kiedyś może były niebieskie, a teraz przywodziły na myśl jedynie popielaty dym palonego tytoniu. Tom nie odwracał wzroku, ale nie był nachalny, nie obserwował przybysza ani nie zmuszał go do mówienia. Czekał.
-Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem.
Tom skinął głową. Nie uważał za stosowne odpowiadać na to pytanie. Milczał. Mężczyzna nie zwrócił na to uwagi. Rozparł się wygodniej na krześle i zaczął pucować sobie buty mankietem rękawa, położywszy nogę na stole; była to czynność równie nieoczekiwana, co bezsensowna; buty nie wyglądały bowiem ani trochę czyściej.
-Nic nie zamawiasz?- spytał mężczyzna, nie przerywając czynności.- Nie masz pieniędzy?
Tom wpatrywał się w niego z lekkim, trochę irytującym uśmiechem. Mężczyzna dostrzegł to. Nagle przerwał czyszczenie, wyprostował się, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Nie powiedział. Za to przyjrzał się uważnie Tomowi. Zmrużył oczy.
-Czego tu szukasz? Czego szukasz w ogóle?
Tom pochylił się nad stołem, bardzo, bardzo powoli.
-Przesyłki.

***

Świtało. Ranek był chłodny, pochmurny. Zanosiło się na deszcz. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że od dwóch tygodni panował miesiąc grudzień.
Po opustoszałej ulicy miasteczka Hogsmeade wolnym krokiem szła zakapturzona postać w czarnym płaszczu sięgającym ziemi. Poruszała się cicho, starając się nie rzucać w oczy. Co prawda wszystkie okiennice były szczelnie pozamykane, a drzwi zatrzaśnięte, ale ostrożności nigdy nie za wiele, a strzeżonego pan Bóg strzeże.
Nieoczekiwanie od strony pogrążonej w cieniu wąskiej bramy dobiegł odgłos kroków. W ciszy, jaka panowała w miasteczku, dźwięk wydawał się głośny, nieprzyjemny dla ucha. Niepokojący.
Z zaułka wyłoniła się wysoka postać, nosząca brązowy niegdyś, a teraz brunatno żółty płaszcz zakrywający buty. Twarz przybysza pogrążona była w mroku, w rękach natomiast spoczywało czarne zawiniątko.
Obydwie postacie wolno zbliżyły się do siebie. Drgnęło chowane pod ciemny płaszcz zawiniątko, zaszeleściła podawana z ręki do ręki koperta.
A potem na opustoszałą ulicę miasteczka Hogsmeade spadł rzęsisty, lodowaty deszcz.

***

Rubeus Hagrid dostrzegł leżące na podłodze korytarza czarne zawiniątko. Rozejrzał się podejrzliwie. W okolicy nikogo nie było, przynajmniej nie w zasięgu jego wzroku.
Chłopiec zbliżył się, powoli, statecznie. Kiedy wyciągał rękę, zawiniątko drgnęło silnie. Hagrid cofnął dłoń. Szturchnął zawiniątko nogą.
Czarny materiał opadł. Rubeus przez chwilę przyglądał się czemuś, co leżało na podłodze. Potem szybko pochylił się, a kiedy się wyprostował, trzymał w ramionach ruchliwe zawiniątko koloru hebanu.
Rubeus Hagrid zaczął biec. Wkrótce znikł za rogiem korytarza.

***

Tom odbył z profesorem Dippetem krótką, ale niezwykle treściwą rozmowę. Kiedy wyszedł z gabinetu dyrektora, stwierdził, że czas już działać.
Od pamiętnej transakcji w Hogsmeade minęły już dwa miesiące, w czasie których Tom dyskretnie, ale regularnie podpatrywał Hagrida. Jak dotąd wszystko szło po jego myśli. Chłopak codziennie schodził w głąb lochów zamkowych, w miejsca tak wilgotne, ciemne i ponure, że nigdy nie odwiedzane przez uczniów. W miejsca zapomniane. Po co tam chodził, wiedział tylko on. Oraz Tom Riddle.
Tom spojrzał na zegarek. Zbliżała się piętnasta. Pora karmienia.
Tom szybkim krokiem kierował się ku marmurowym schodom. Zbiegł po stopniach w dół. Korytarze, które mijał, były puste. Wszyscy byli na obiedzie, na lekcjach, w dormitorium, na błoniach. Prawie wszyscy, poprawił się w myśli Tom, niemal biegnąc. Hagrid...
Hagrid był w podziemiach.

***

Tom siedział w pokoju wspólnym Slytherinu. Był sam, jeżeli nie liczyć leżącego na stole złotego odznaczenia, małej czarnej książeczki i padającego za oknem śniegu. Tom siedział, wpatrywał się w ogień kominka niewidzącym wzrokiem i gładził złotą nagrodę, przyznaną mu przez profesora Dippeta na wieczornej uczcie. Muskał palcem wygrawerowane litery. Tak, aby na zawsze wryły mu się w pamięć. Tom czuł pod opuszkiem palca ich wypukłość. Tom Riddle, Tom Riddle. Jego własne nazwisko na błyszczącym, twardym, zimnym metalu. A pod spodem napis, trochę mniejszy: Za Zasługi dla Szkoły.
Tom uśmiechnął się do siebie poprzez mgłę wspomnień. Kąciki warg uniosły mu się w sarkastycznym, triumfującym grymasie, oczy zwęziły, czoło wygładziło. Tom Riddle był bardzo zadowolony.
Rubeus Hagrid płakał w gabinecie dyrektora Dippeta.

***

Biała dłoń o długich, bladych palcach pogładziła czarny jedwab, delikatnie, z uczuciem. Strzepała niewidoczny pyłek z miękkiej, lejącej się tkaniny. Wygładziła zagięcia, poprawiła długi, trójkątny kaptur koloru hebanu, lekko spływający po wyprostowanych plecach mężczyzny.
Rozległy się kroki. Podeszwa czarnego, matowego buta uderzyła o ciemną marmurową posadzkę raz, drugi, trzeci. Mężczyzna przyśpieszył. Doszedł do końca skrytego w półmroku korytarza, skręcił. Towarzyszyła mu cisza. I zawarta w tej ciszy groźba.
Zdawało się, że nawet martwe przedmioty czują przed nim respekt. Tylko nie...
-A więc taką drogę wybrałeś.
Albus Dumbledore stał, nieruchomy niczym kamienny posąg, oparty o poręcz schodów. Srebrzysta broda, sięgająca kolan, mieniła się promiennie w nikłym blasku nielicznych świec. Błękitne oczy straciły figlarny błysk, tak zwykły dla spojrzenia rzuconego znad okularów-połówek. Cała postać czarodzieja budziła nie sympatię, nie Cossss, ale grozę. Grozę tak silną, że pogłębiła ona jeszcze ciszę, która dokoła panowała.
Choć mężczyzna bardzo chciał coś usłyszeć, nie mógł usłyszeć nic. Chrząknął, by sprawdzić, czy nie stracił słuchu.
Dumbledore nie poruszył się. Siwa broda migotała, muskana lekkim podmuchem chłodnego powietrza.
Biała dłoń o długich, bladych palcach niezauważalnie, bez szmeru, wpełzła do jedwabnej kieszeni.
-Nie masz potrzeby tam sięgać. Nie będę cię próbował zatrzymywać.
-Wiem.- mężczyzna nie cofnął dłoni. Jego głos był zimny, cichy, świszczący. Ale stanowczy. Bardzo stanowczy. Mało kto mógłby oprzeć się rozkazom i poleceniom wydanym takim głosem.
Oczy obu mężczyzn spotkały się. Dumbledore z zadumą wpatrywał się w kocie źrenice, otoczone zielonożółtą soczewką. Zdało mu się, że gdy mężczyzna poruszył nieznacznie głową, oczy zapłonęły na chwilę ogniem; złym, czerwonym i chłodnym ogniem, ogniem nienawiści, winy i kary.
-Dokąd pójdziesz?
Mężczyzna nie odpowiedział. Nie odwrócił też wzroku.
-Powiedz, nie podążę za tobą. Nie zostawiłbym Hogwartu. Nie zostawiłbym... domu.
Znów ten ogień, pomyślał Dumbledore, znów ten ogień. Młody chciałby się bronić, ale nie może, jeszcze nie. Wie o tym. Stacza wewnętrzną walkę, spala się od środka. Spala w sobie wszystko. Płonie w nim jego przeszłość, płoną wspomnienia. Zostaje tylko...
-Dokąd pójdziesz?
-Pójdę tam, gdzie...- mężczyzna zamilkł na chwilę, wpatrzył się w nieokreślony punkt na przeciwległej ścianie. Niewidzące oczy płonęły od środka.
Dumbledore westchnął. Mężczyzna spojrzał na niego. Źrenice zwęziły się.
-Pójdę tam, gdzie będę mógł wypełnić zadanie, które zostało mi powierzone.
-Wierzysz, że coś ci zostało powierzone? Wierzysz, że istnieje coś takiego jak przeznaczenie? Fatum?
-Muszę w to wierzyć.
Dumbledore kiwnął głową. Czytał…czytał między wierszami.
-Może masz rację. Tak, na pewno w pewnym stopniu ją masz. Ale pamiętaj o jednym. Pamiętaj, że to, co było, nie może zostać zmienione. Nawet gdybyś bardzo tego chciał. Będziesz potężny, ale nie aż tak… Wiesz, o czym mówię. Nie zmienisz… sam siebie. Zawsze będziesz tym, kim jesteś. Zawsze.
-Nieprawda.- nie podniósł głosu. Nie zmienił wyrazu twarzy. Był stanowczy. Stanowczy jak zawsze. Stanowczy… stanowczy aż do bólu.
-Za co się mścisz?
-Za przeszłość.
-Myślisz, że zemsta...
-Pozwoli mi zapomnieć. Tak, tak myślę. Wiem o tym.
-A inni?
-Innym zemsta… przypomni.
Czerwony ogień w oczach. Czerwony ogień w źrenicach. Czerwony ogień w głowie, w żyłach, w sercu. Czerwony ogień. Czarna, wysoka postać w czerwonym ogniu. Krew... postać we krwi.
-Wtedy, trzy lata temu... to byłeś ty. To byłeś ty, nie Hagrid. Prawda?
-Przecież wiesz. Zawsze wiedziałeś.
-Tak.
Stali w ciszy. Przypatrywali się sobie. Bez wrogości, bez nienawiści. Z zaciekawieniem. Żaden z nich nie rozumiał drugiego. Żaden z nich nie próbował zrozumieć.
A potem rozległy się kroki. Ciężki but uderzył o marmurową posadzkę, raz drugi, trzeci. Sylwetka wysokiego mężczyzny malała, rozpływała się w mroku. Dumbledore patrzył.
Dumbledore patrzył, jak Tom Marvolo Riddle, Lord Voldemort, morderca, oszust i czarnoksiężnik, bezkarnie odchodzi z Hogwartu.

Cathe
12.01.2005, 10:58

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Aronia

idealnie odwzorowuje proces psychologiczny jaki zachodzi w młodym Voldemorcie-jak się zmienia i co na to wpłynęło. świetne.najbardziej obiektywne i realne.zawsze chciałam jakis wątek romantyczny,ale...

13.12.2006, 22:01
Jucha

Cathe- piszesz świetnie! Bardzo wiarygodnie i ze smakiem! Styl pisania dobze pasuje do harrego potter. Przynajmniej piszesz fakty (w wiekszosci) a nie same bzdurywymyślone. pisz dalej!

2.11.2005, 22:29
ant.do BzMG

bączek z mórowanej gośliny to , ty Monia?

17.09.2005, 18:27
Karen

Boskie, cudowne, swietne, fantastyczne...

26.08.2005, 18:14
madzialena

ktos mi tu chyba nik kradnie :(

28.02.2005, 19:54
Madzialena

Przeczytałam wiele opowiadań na tej stronie i jak na razie to jest najlepsze. Moim zdaniem, Cathe, powinnaś napisać książkę, bo to naprawdę jest fascynujące i bardzo wiarygodne jak na Harry'ego Pottera. Może nie jest śmieszne tak, jak różne inne opowiadania o Harrym, ale najciekawsze. Chciałabym, żebyś opisała jak najszybciej co się działo dalej i zabicie rodziców Harry'ego.

22.02.2005, 15:47
Guśka

Podobało mi się... Ale, Pan Bóg chyba powinien być z dużej litery;]. Sorki, takie zboczenie zawodowe.

19.02.2005, 13:00
monia

Twoje opowiadanie jest FANTASTYCZNE. Naprawde :) Czekam na więcej

18.02.2005, 01:05
bączek z Murowanej Gośliny

skad to wiesz? wymuślilaś? genialne opowiadanie super super bomba !!!!!!!!!!!

8.02.2005, 19:04
jaszczurka_wróciła

tego nie da się opisać słowami

5.02.2005, 12:51