Dom Ostateczny
(AdamK)
Pewnego zimowego wieczoru ciszę panującą w księgarni "Esy i Floresy" przerwał dźwięk dzwonka, zwiastujący nadejście nowego klienta. John Zitt podniósł wzrok znad "Najzabawniejszych mikstur świata", by sprawdzić, kim, na brodę Merlina, jest klient przybywający o tak późnej porze (na pół godziny przed zamknięciem sklepu)? W drzwiach sklepu stał wysoki mężczyzna odziany w fioletową pelerynę, obszytą złotymi nićmi. Jego (wyjątkowo długa) jasnosrebrzysta broda, włosy i wąsy błyszczały w świetle lichtarza, stojącego na stoliku. Przybysz miał długi, złamany w conajmniej dwóch miejscach nos i okulary-połówki. Zitt nie miał już żadnych wątpliwości.-Dobry wieczór, profesorze Dumbledore!
Dumbledore wsunął okulary głębiej na nos i przyjrzał się księgarzowi.
-Ach, to ty, Zitt! Witaj! Jak się miewa twoja żona?
-To pan profesor wie, że się ożeniłem?
-Mój kochany, wiem nawet, że pogodziłeś się już z Bode'em.
-Profesor pamięta?...
-Jakżeżbym mógł nie pamiętać największych kłótników z twego rocznika? John Zitt i Broderick Bode- o waszych kłótniach Hogwart pamiętać będzie zawsze...
-No dobrze, panie profesorze. W czym mógłbym pomóc?
-Chciałem się tylko trochę rozejrzeć. O której zamykasz interes?
-Za jakieś pół godziny. Gdyby profesor mnie potrzebował, będę tu, przy tym biurku.
-"Najzabawniejsze mikstury świata". Widzę, że to cię wciąż fascynuje- stwierdził Dumbledore i zniknął za półkami.
Wiedział doskonale, dokąd zmierza. Nie zatrzymał się przy transmutacji, eliksirach, wróżbiarstwie, mugoloznastwie ani nawet przy zaklęciach. Stanął dopiero przed półką z napisem: "Starocie".
Stare książki były, oprócz muzyki kameralnej i kręgli, jedną z pasji Dumbledore'a. W swej kolekcji posiadał takie skarby, jak oryginalne wydanie "Fantastycznych zwierząt" Newta Scamandera, "Quidditch i jego geneza" Alberyka Quirstleya i wiele, wiele innych. Dzisiaj zamierzał kupić sobie jakąś lekturę do czytania w długie zimowe wieczory. Szukając, strącił z najwyższej półki jakiś wolumin bez okładki. Podniósł go, a wówczas spomiędzy stron wypadła jakaś kartka. Profesor wziął ją do ręki i odczytał nagłówek:
SĘDZIOWIE, KTÓRZY BRALI UDZIAŁ W PROCESIE MALFERICKA GRINDELWALDA
Pod tytułem znajdowała się lista około 20 nazwisk. Jedno z nich było dwukrotnie podkreślone i oznaczone wykrzyknikiem.
Było to nazwisko Dumbledore'a.
Dyrektor Hogwartu zamyślił się. Ta kartka przywołała doń wspomnienia, dotyczące tego procesu...
...było to 19 lutego 1946 roku. W sali przesłuchań zebrał się cały skład ówczesnego Wizengamotu na czele z Barneyem Aheadem- ministrem magii. Dumbledore siedział w pierwszym rzędzie. Po swojej lewej stronie miał ministra magii, a po prawej- Jeremiasza Scrimbougera- aurora, który przyczynił się do ujęcia Grindelwalda- najpotężniejszego czarnoksiężnika II wojny światowej. Do rozpoczęcia procesu zostało kilka minut.
Minister zwrócił twarz w stronę dyrektora. Barney Ahead był młodym mężczyzną o ciemnych włosach i długich, sięgających uszu, wąsach. Na jego twarzy malował się spokój, jednak bystry obserwator mógłby dostrzec pod nim przebyte cierpienia, które wyrażały oczy- czarne, puste, na zawsze zamknięte przed jakąkolwiek radością. W czasie bombardowania Londynu zginął jego ojciec i siostra. Od tej chwili stał się zagorzałym zwolennikiem kary śmierci dla zbrodniarzy wojennych. Gdy ktoś wspominał przy nim o jakimkolwiek innej karze dla faszystów, wpadał w furię, w której nie panował nad sobą.
Teraz przywołał na twarz uśmiech, by pogratulować Dumbledore'owi.
-Chciałbym ci podziękować z całego serca, Albusie. Gdyby nie twój pojedynek, z pewnością ten sk... Grindelwald tkwiłby już gdzieś w dżungli amazońskiej, jak reszta tej hitlerowskiej hołoty.
-Ależ Barney, ja tylko spełniłem swój obowiązek. Zapytałeś mnie, czy w razie czego gotów byłbym pojedynkować się z Grindelwaldem, a ja się zgodziłem. To głównie dzięki tobie- zwrócił się do Scrimbougera- możliwy był ten proces.
Scrimbouger był obecny przy pojedynku Dumbledore-Grindelwald, w którym ten ostatni przegrał i próbował zbiec do swej willi w Bawarii. Przebił się przez kordon aurorów, pilnujących starcia i zabił jednego z nich. Podówczas Scrimbouger, nie tracąc zimnej krwi, rzucił się za czarnoksiężnikiem i, roztrącając po drodze swych kolegów, zdołał rzucić Drętwotę. Teraz miał być świadkiem w procesie.
-Nadszedł czas- mruknął Ahead i dodał głośniej:
-Wprowadzić oskarżonego!
Drzwi sali przesłuchań otworzyły się. Najpierw weszło trzech czarodziejów z ochrony.
Zaraz za nimi- Grindelwald.
Malferick Dorogosow Anihilarr Grindelwald, najpotężniejszy czarnoksiężnik dwudziestolecia międzywojennego i II wojny światowej, był 70-letnim mężczyzną bez jednego siwego włosa ("Mugolska farba do barwienia włosów"- mruknął Ahead), o wspaniałej postawie: trzymał się prosto i można było po nim poznać, że jest wysportowany.
Twarz czarnoksiężnika była niezbyt miła oku: żółta, ze śladami po przebytej ospie, z oczami głęboko wepchniętymi w oczodły. Wąsy i broda były niedokłanie ogolone, a włosy, ułożone w pukle i loki, domagały się mycia.
-Więzienie zrobiło swoje- powiedział cicho do Dumbledore'a minister.- Zaczynać?- zapytał po chwili, gdy Grindelwald usiadł na krześle, ustawionym przed sędziami.
-Tak- odparł zapytany.
Ahead wstał. Rozległy się niemrawe oklaski, które po chwili ucichły.
-Dziś, 19 lutego, odbędzie się proces Malfericka Grindelwalda, zbrodnia-arza- głos zaczął mu się lekko jąkać, jak zwykle w chwili zdenerwowania- wo-ojnnego. Oskarżonego sądzić będzie skład nadzwyczajny, składający się z 20 sędziów na czele ze mną. Świadkowie: Albus Persiwal Dumbledore, Jeremiasz Adam Scrimbouger, Indy Carson i Alan Dickmann.
Zwrócił się do Grindelwalda.
-Ty jesteś Malferick D.A. Grindelwald?
Zapytany powoli podniósł wzrok na ministra magii. Jego oczy wyrażały zrezygnowanie i chęć pojednania.
-Jam.
-Czy wiesz, o co jesteś oskarżony?
Milczenie.
-A więc: po pierwsze. Współpraca z okupantem hitlerowskim. Po drugie: członkostwo w NSDAP. Po trzecie: zademonstrowanie swych umiejętności magicznych Hitlerowi i Paulusowi von Arbeckowi (niemiecki minister magii, faszysta), a tym samym złamanie tajności czarów. Po czwarte: sianie na Wyspach Brytyjskich paniki, strachu, stwarzanie atmosfery terroru i zagrożenia. Po piąte: zamordowanie aurora Jima Horrisona i Williama Heartship'a. Po szóste: spiskowanie przeciw Ministerwstwu Magii i próba zamachu na, obecnego tu, Albusa Dumbledore'a.
Ostatni punkt oskarżenia wstrząsnął zebranymi, ponieważ nikt wcześniej o tym fakcie nie wiedział.
W istocie, miała miejsce próba zamachu na Dumbledore'a. Co ciekawe, Grindelwald nie planował użycia czarów, ale zabrał ze sobą fiolkę z kwasem solnym- środek, stosowany zazwyczaj przez mugolskich terrorystów. To jeszcze bardziej dowodziło, jak nisko upadł. Na sali rozległy się szepty, kilka głosów krzyknęło: "Śmierć!" "Pocałunek dementora!" "Dożywotni Azkaban!".
-CISZA!- krzyknął minister.- Nie jesteśmy na jarmarku. Później udzielę sędziom głosu.
Po czym ponownie zwrócił się do Grindenwalda:
-Cz-czemu to uczyniłeś?
Cisza.
-Pytam jeszcze raz. Czemu uczyniłeś to, o-o co się ciebie oskarża?
Cisza.
-Dobrz, skoro oskarżony nie chce mówić... Świadek Scrimbouger!
Auror powstał, z zawziętym wyrazem twarzy spoglądając na czarnoksiężnika.
-Proszę opowiedzieć Wizengamotowi o pojedynku Dumbledore-Grindelwald- rozkazał Ahead.
-Panie profesorze...
...Dumbledore ocknął się:
-Cooo?- zapytał sennym głosem.
-Panie profesorze, już zamykam. Dobrze się pan czuje?- dodał Zitt, spoglądając na twarz dyrektora.
-Nie, nie, wszystko w porządku; biorę... tę książkę- wskazał na wolumin, z którego wypadła lista sędziów. Sięgnął do kiszeni i dał Zittowi garść sykli. -Powinno wystarczeć. Reszty nie trzeba- powiedział i wyszedł z księgarni.
***
-Dumbledore. List z Ministerstwa- powiedziała Minerwa McGonagall, wchodząc do gabinetu dyrektora.
Żadnej odpowiedzi.
-Dumbledore, przyszedł list.
Znowu nic.
-DUMBLEEEEDOOOORE!
-Czy coś mówiłaś, Minerwo?- zainteresował się dyrektor, zaznaczając palcem stronę w książce.
McGonagall usiadła naprzeciw Dumbledore'a.
-Co się z tobą dzieje, Albusie? Od kilku dni jesteś... no, jakby nieobecny. Nie można się z tobą porozumieć. Nie odpowiadasz na pytania. Co się dzieje?- powtórzyła zdenerwowana czarownica.
Dyrektor bez słowa podał jej książkę.
-"DZIENNIKI MALFERICKA GRINDELWALDA". To ten zbrodniarz, z którym walczyłeś w '45?
-Tak.
-I przez te jego dzienniki stałeś się taki? Dumbledore: a jeśli z tą książką jest tak, jak z "Listami Arbecka"? Wiesz, co nie można się było od niej oderwać. Może to jakiś niebezpieczny, czarnoksięski przedmiot, a ty się tym w ogóle nie przejmujesz! Już zapomniałeś, jak to było z dziennikiem Riddle'a i tą biedną Ginny Weasley?- wybuchnęła McGonagall.
-Uspokój się Minerwo. Czarnoksięska książka w "Esach i Floresach"? Gdyby to był Nokturn, to rozumiem, ale na Pokątnej...
-Jak uważasz. Ja bym była ostrożniejsza. Ten list- położyła pocztę z Ministerstwa i wyszła.
***
...jakiej kary żądacie dla o-oskarżonego?- w czaszce Dumbledore'a rozległ się głos Aheada.
-Proponuję śmierć. W Domu Ostatecznym- po słowach ministra w sali zaległa martwa cisza.
Dom Ostateczny.
Kierowano tam tylko najgorszych przestępców. Po wrzuceniu za Kotarę nie mogli się stamtąd wydostać. Zachowywali głos, wzrok, ale nie mogli powrócić. W tamtych czasach nie znano natury stanu, w jakim znajdowali się mieszkańcy Domu Ostatecznego. Podejrzewano, że jest to rodzaj śmierci, odwrócony skutek pocałunku dementora- brak ciała, obecność duszy. W latach osiemdziesiątych stwierdzono, że dusze skazańców trafiają w to samo miejsce, gdzie dusze innych zmarłych czarodziejów. Możliwy był kontakt- lecz zmarłych można było tylko słyszeć. Nie można było z nimi rozmawiać.
-Proszę o głos.
Wstał Ruderyk Black, mężczyzna o siwych włosach, kwadratowej twarzy, bladej cerze i tym poczuciem wyższości w oczach, charakteryzującym wszystkich Blacków.
-Jestem za dożywotnim pobytem w Azkabanie i konfiskatą całego majątku. Przekażemy go na Fundusz Ofiarom Wojny.
Po Blacku głos zabrała Elloida Gudgeon, niska czarownica o mysich, skręconych w warkoczyki włosach. Mówiła bardzo szybko, z właściwą sobie chrypką:
-Czy nie lepiej byłoby... ekhm... oddać tego człowieka dementorom do... ekhm... ucałowania- w tym miejscu wzdrygnęła się, aż zatrzęsły się jej włosy- i byłby... ekhm... spokój, prawda.
-K-ktoś jeszcze pragnie wypowiedzieć się w tej kwestii?- zapytał minister.
Wtedy stało się coś nieoczekiwanego: Grindelwald poderwał się ze swego krzesła (nie przykuto go) i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Czarodzieje z ochrony ścisnęli w dłoniach różdżki.
-Ja... ja...- zaczął czarnoksiężnik.
-Co oskarżony chce p-powiedzieć? Słuchamy!- odwrócił się do sędziów, którzy znów zaczęli szeptać.
Wszystkie oczy wlepione były w Grindelwalda. Ten wziął głęboki oddech i zaczął jeszcze raz:
-Chciałem powiedzieć, że do końca będę przekonany o słuszności swoich poglądów. Nadal uważam, że ratowanie czystości czarodziejskiej krwi jest zadaniem nadrzędnym i bez tego władza w tym kraju należeć będzie do pół-mugoli. Jak tak dalej pójdzie, za 50 lat na Wyspach nie będzie ani jego czarodzieja czystej krwi!
-To nam raczej nie grozi. Prędzej urodzaj na takich durniów, jak on- mruknął Carson, jeden ze świadków. Sam był "czarodziejem o mugolskich korzeniach" i dlatego słowa czarnoksiężnika bardzo go ubodły.
-Właśnie dlatego podjąłem współpracę z Hitlerem- kontynuował Grindelwald. -On jeden wśród mugoli zauważył, że światu grozi zalew osobników nieczystych rasowo. Co prawda nie mówił on o czarodziejach, ale sama ideologia jest słuszna.
-I dlatego wymordował tylu Ż-żydów, Romów, Polaków? Żeby oczyścić świat z mieszańców? Po to wybudował obozy zagłady?- pytał Ahead pozornie ze spokojem, ale Dumbledore wiedział, że za chwilę nastąpi wybuch.
-Stali mu na drodze- wyjaśnił Grindelwald.
-Ach, tak? Ludzie stanęli mu na drodze? Przecież to byli LUDZIE! NIE BYDLĘTA, ALE LUDZIE! Nie miał prawa ich mordować! Stali na drodze? Na drodze do czego? Do celu? A jaki on miał cel? Władza Niemiec nad całym światem! Tego chciałeś?- krzyczał w kierunku czarnoskiężnika, który zgarbił się pod okrzykami ministra.- Żeby zniknęła Wielka Brytania? Walia? Szkocja? Anglia? No tak, ty przecież miałeś być ministrem-prezydentem magii w dystrykcie angielskim! Ty miałeś tu rządzić, gdy ONI zwyciężą!...- gdzieś zaginęło jąkanie się Aheada. Teraz miał głos czysty i słychać go było doskonale.
-Uspokój się- mruknął Dumbledore (ten we wspomnieniu), ciągnąc ministra za szatę.- Ogłoś wyrok i skończ to.
-NIE DUMBLEDORE, NIE USPOKOJĘ SIĘ! TO PRZEZ TAKICH LUDZI JAK ON ZGINĘŁA MOJA SIOSTRA I OJCIEEEEC!!!- ostatnie słowa przemieniły się w szloch.
Teraz już nie było wątpliwości. Dom Ostateczny.
-Kto jest za Domem Ostatecznym?- zakrzyknął Carson, jednocześnie podnosząc rękę. Cały loch jednogłośnie wzniósł ręce do góry skandując: "Śmierć za śmierć!"...
... prawie jednogłośnie.
Dumbledore nie podniósł ręki. W powszechnym zamieszaniu nikt tego nie zauważył. Strażnicy wyprowadzili Grindelwalda do lochu, gdzie miał oczekiwać na przeprowadzkę... do Domu Ostatecznego.
***
Kilka dni później- wspominał Dumbledore- w obecności całego Wizengamotu Grindelwalda wtrącono za Kotarę. Zanim to nastąpiło, spojrzał na nas. Oczy, zwykle jakby martwe, teraz błyszczały męczeńskim ogniem. Non omnis moriar- powiedział. -Został po mnie mój uczeń. On otworzy wam oczy.
Po czym sam wszedł za Kotarę, jakby codziennie odbywał takie spacery!
-Na pewno rozum mu się trochę pomieszał ze strachu przed śmiercią- powiedziała profesor McGonagall, bez entuzjazmu mieszając łyżeczką w swojej herbacie. Dumbledore zadowolił się sokiem z dyni.
-A ja odniosłem wówczas wrażenie, że umysł ma jaśniejszy niż kiedykolwiek i że w jego słowach jest sens- zauważył dyrektor sącząc sok przez słomkę.
-Wybacz, Albusie, ale ja nie dostrzegam tego sensu. I obawiam się, że oprócz tego czarnoksiężnika nikt nam nie wyjaśni jego słów. Uczeń ?...
-Taa... - mruknął Dumbledore pogrążając się w rozmyślaniach. - Masz rację, Minerwo... Tylko on mógłby nam to wyjaśnić...
***
"Oprócz Grindenwalda nikt nam nie wyjaśni jego słów". McGonagall jak zwykle miała rację. Należało się z nim skontaktować. Ale jak, skoro znajduje się za Kotarą? Stamtąd nie ma wyjścia, a kto wejdzie, ten... umiera (chyba). Tak sądzili wszyscy.
Oprócz Dumbledore'a.
On jeden wiedział o pewnym odkryciu, dokonanym w Ministerstwie Magii, w Departamencie Tajemnic. Tam uczeni czarodzieje zajmowali się sprawami, o których niemal nikt nie miał pojęcia.
Tym odkryciem była- Lina Półżycia.
Pracowano nad nią ponad 40 lat, aż w końcu pewnego dnia Willy Croaker wszedł do gabinetu ministra magii, powiedział: "Lina gotowa" i zaraz wyszedł.
Lina ta umożliwiała wejście za Kotarę- i powrót bez szwanku. Należało tylko obwiązać ją sobie wokół prawej ręki.
Materiał, z którego upleciono linę, był ściśle tajny. Wiedziano (ci nieliczni, którzy wiedzieli o pracach w Departamencie), że w jej "skład" wchodzi wywar żywej śmierci, kości testrali, liście maronika obwisłego i... włosy trupów.
***
Dumbledore wszedł do jednej z sal Departamentu Tajemnic, zwanej przez wtajemniczonych Domem Ostatecznym, choć bardziej przypominała starożytny amfiteatr niż dom. Ale tak zadecydowało Ministerstwo, a z nim się nie dyskutuje (aforyzm autorstwa Eliasha Eliseussa Dumbledore'a, ojca Albusa). Przewodnikiem dyrektora był Paul Silvous, wysoki mężczyzna o trupio bladej cerze i długich, pająkowatych rękach. Ubrany był w turkusowo-białą szatę.
-Tędy, dyhektorze- wymawiał h zamiast r, co brzmiało bardzo zabawnie. Prowadził Dumbledore'a aż do Łuku, na którym rozpięta była Kotara.
-Niech pan wyciągnie phawą dłoń, dyhektorze.
Dumbledore posłusznie podniósł prawą rękę. Silvous wyciągnął z kieszeni kłębek Liny i obwiązał.
-Z kim pan chce hozmawiać?- zapytał, jak się dyrektorowi zdawało, bardzo wścibskim tonem.
-A dlaczego pan pyta?
-To zależy od długości Liny. Jeśli cofa się pan o 600 lat, trzeba hozwinąć 600 cali Liny. Jeśli 40- 40.
-Dobrze. Rozwiń... od roku 1946.
-Hozkaz, sir. Miłej hozmowy!- dodał, gdy Dumbledore wchodził za Kotarę.
***
Gdy dyrektor znalazł się za Kotarą, poczuł zimno. Przerażające. Przewiercające do szpiku kości. Obezwładniające. Upadł na jakąś miękką, sprężynującą powierzchnię.
W pewnym momencie poczuł, że ktoś nad nim stoi. Jakaś wielka postać. Nie widział jej (było bardzo ciemno), ale wyczuwał ją swoją inituicją.
-Wstawaj!- krzyknęła postać. Dumbledore poznał głos Grindenwalda. -No wstawaj, i tak już nie wrócisz do życia. Jesteś za Kotarą i umarłeś, i nic się nie da z tym zrobić.
-A właśnie, że się da- powiedział spokojnie dyrektor.
-DUMBLEDORE!- rozległ się radosny okrzyk czarnoksiężnika.- Nawet nie wiesz, jak się cieszę... że cię uśmiercili- w momencie zmienił ton głosu. Stał się teraz zimny, jak otaczające ich powietrze, i bardzo złośliwy. - Wiedziałem, że po mojej śmierci ktoś zrobi z tobą porządek. Za co cię skazali- zaciekawił się w końcu.
Dumbledore nie wiedział, co mu powiedzieć. Że on nie umarł i za chwilę może wrócić do życia? Przecież mu nie uwierzy. I jak mu zadać TE pytanie?
-Rozumiem. Nie musisz nic mówić. Skazali cię za twoją miłość do mieszańców, bo ministrem został jakiś czarownik z rodowodem, nie?
-Nie.
-Jak to? A kto jest teraz ministrem?
-Korneliusz, syn Oswalda Knota.
-Wiem. Tego drania z Departamentu Międzynarodowej Współpracy, który przyczynił się do mego zamknięcia.
-Dokładnie.
-Zaraz, zaraz. Czegoś nie rozumiem: skoro mówisz, że ministrem nie jest fanatyk czystej krwi, to za co cię tu wrzucili?
Dumbledore wziął głęboki oddech.
-Może mi nie uwierzysz, ale ja w każdej chwili mogę stąd wrócić.
-Nie.
-Ależ tak.
-Więc... obezwładniliście... Śmierć???- choć zdaje się to niewyobrażalne, za kotarą zrobiło się jeszcze zimniej.
-Nie. Po prostu, możemy wejść za Kotarę i stamtąd powrócić.
-To niemożliwe! Nie chcesz się przyznać, że wrzucili cię tu za jakąś machlojkę i teraz zmyślasz bajkę, w którą ja mam uwierzyć. Za stary ja wróbel na takie plewy!
-Jak mam ci to udowodnić?- zapytał lekko rozzłoszczony dyrektor.
-Hmm... jak tu wchodziłeś, to zobaczyłem światło (przy uchyleniu Kotary). Jak będziesz wracał, też powinna się otworzyć. Idziesz czy he, he, zostajesz?- zaśmiał się Grindelwald, ubawiony ze swego, wątpliwej jakości, kawału.
-Idę- powiedział Dumbledore, po czym pociągnął za linę.
***
-Już koniec, sir?- zapytał (z żalem?) Silvous, wpatrując się, jak dyrektor drży z zimna.
-Jeszcze nie- mruknął- po prostu mój rozmówca nie wierzył w możliwości Liny.
-Aha. Czyli, pan tam whóci?
-No- powiedział Dumbledore i znów wskoczył pod kamienny Łuk.
-Dziwny facet. Bahdzo mhukliwy i burzliwy- pomyślał Silvous po odejściu dyrektora.
***
-Wybacz, Dumbledore. Miałeś rację.
-Cieszy mnie to- zgryźliwie odpowiedział Dumbledore. - Czy mógłbyś mi odpowiedzieć na jedno pytanie?
-Oczywiście, panie sędzio- powiedział Grindelwald. - Chce pan zapytać o swój zamach?
-Nie. O twojego... ucznia.
-Ach, o to ci chodzi? O moje słowa przed śmiercią. "Non omnis cośtam, zostawiam wam ucznia etcetera"?
Wiesz, tak powiedziałem, żebyście sądzili, że moja nauka nie zaginęła. A ona, k..., zaginęła!!! Już nikt nie działa taka aktywnie na rzecz czystości krwi...
Dumbledore w milczeniu wysłuchał jęków Grindelwalda na upadek obyczajów, na zanieczyszczenie rasy itp. Potem zaczął nasłuchiwać...
-... nawet mój wierny uczeń, z którym korespondowałem w czas wojny, mnie opuścił!
-Jaki uczeń?
-Miałem kiedyś ucznia- powiedział z goryczą czarnoksiężnik. - Napisał do mnie list ... chyba jeszcze przed atakiem Niemców na Sowietów. A propos, kto jest teraz przywódcą ZSRR?
-ZSRR rozpadło się kilka lat temu. Prezydentem jest taki jeden... jak on miał?...
-Prezydentem? Ach ci Rosjanie, wieczni eksperymentatorzy! Najpierw carat, później komunizm, teraz, widzę demokracja... Ciekawe, co będzie dalej?
-Miałeś mówić o tym uczniu.
-Aha. No i ten uczeń pisał mi, że uważa mnie za swego idola, że ja jeden z Hitlerem zrobię porządek ze szlamami, takie tam... nie będę ci ranił uszu. Nauczyłem go (listownie !) wszystkiego, co umiałem. Był bardzo tajemniczy, w liście nie zdradził mi imienia, tylko inicjały: T.M.R.
-Tom Marvolo Riddle! Lord Voldemort!
-Voldemort? Nie znam takiej rodziny. On był Anglikiem, znałeś go?
-Voldemort to przydomek. Tak, znam go, chodził do Hogwartu, jak dyrektorem był Dippet.
-Pamiętam. Taki siwy staruszek z cichym głosem, nie?
-Tak. No i teraz przeszedł (Tom, nie Dippet) mnóstwo transformacji i stał się Lordem Voldemortem. Poł-człowiek, pół-wąż... Walczy ze mną, bo ja bronię mugoli i mieszańców, a on chce ich zniszczyć. Dobrał sobie armię Ślizgonów: Malfoy, Black, Lestrange...
-Hm, same szlachceckie nazwiska. Zaraz, Black?! Przecież jeden z nich był sędzią na moim procesie! Co to znaczy?
-Nie wiem dokładnie, ale chyba młodemu Blackowi podobały się nauki Voldemorta.
Przez chwilę trwała cisza. Potem odezwał się Grindelwald.
-Więc jednak moja nauka nie zaginęła, żyje, istnieje... Doskonale. Dzięki ci, Dumbledore. Przywróciłeś mnie do życia. O ile to jest tutaj możliwe, he, he- rozległ się jego krótki śmiech.
***
-Ale tehaz to już chyba koniec, co, sir?
-Teraz tak. Bierz tę Linę i wyprowadź mnie stąd. Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem...- mruczał do siebie Dumbledore. Był zły na siebie, że wieściami o Voldemorcie uradował Grindelwalda. Przecież nie o to mu chodziło.
***
-Jak mogliśmy tego nie dostrzec?- zapytała profesor McGonagall, gdy siedziała z Dumbledorem w "Trzech miotłach" nad kuflami likieru jagodowego.
-Po prostu, Minerwo. Czasami nie dostrzegamy czegoś, co jest tuż przed naszymi oczami, jak mawiał mój brat.
-Ale Albusie, to się przecież rzucało w oczy. Jeden i drugi- mieszańcy. Jeden i drugi- walczący z mieszańcami (w tym miejscu skrzywiła się niemiłosiernie) i mugolami. Uczeń i mistrz: to było takie proste, a my tego nie mogliśmy dostrzec...
-Kiedyś i tak musielibyśmy do tego dojść. Choćby wtedy, gdybyśmy starali się porównać, kto był gorszy. Dostrzeglibyśmy wtedy, jak wiele ich łączyło.
-No to jedna zagadka z głowy.
-Została jeszcze jakaś?- zaciekawił się dyrektor, odstawiając swoją szklankę po likierze.
-Tak. Kiedy się doczekamy takiego procesu, jak miał Grindelwald, w którym oskarżonym będzie: Tom Marvolo Riddle alias Lord Voldemort...
Valaraukar: Z wielką radością pragnę oznajmić, że w najbliższy czwartek (26 VIII) pojawi się w Strefie kolejny dzień "Dziewicy Slytherinu". Kolejna aktualizacja już normalnym trybem wtorkowo-sobotnim. Życzę wszystkim radości z ostatnich przebłysków wakacyjnego słońca tudzież ostatnich kropel wakacyjnego deszczu!
Adam Klimowski
24.08.2004, 07:41
Myślodsiewnia
Prośba twa będzie spełniona, bo właśnie pracuję nad nowym opowiadaniem
2.10.2004, 19:20Ciekawa teoria na temat tego co jest za kotarą.Brakuje atmosfery tajemnicy, wolę jak jest trochę niedomówień, ale ogólnie dobrze się czyta. Gratuluję i proszę o więcej twoich opowiadań :)
26.09.2004, 12:51ciekawe, ale Dumbledor jakis taki inny jest u ciebie niz normalnie...
12.09.2004, 16:34Bardzo ciekawe!!!! Naprawdę, jestem pod wrażeniem!
31.08.2004, 17:25Ja mam tylko drobne zastrzeżenia do stylu mówienia - jest zbyt młodzieżowy, nawet jeżeli ma to być twoja postać.
29.08.2004, 21:30Qrcze, sam chciałbym napisać jakieś opko, ale nic dobrego mi nie wychodzi. (może dlatego, że jestem chłopakiem)
29.08.2004, 09:51Wiem, że było opowiadanie Barona... Widzisz, wszystkie dziewczyny do Ciebie/na Ciebie lecą...
26.08.2004, 11:49AdamK, każde kolejne opowiadanie będzie mile widziane. Aibhill, już był Crach an Craite czy jak to się tam pisało, ale faktycznie coś tu zniewieściało ostatnio. A, no przecież było opowiadanie Krwawego.
25.08.2004, 18:04Chłopak w Strefie Fikcji? :> To przecież wielkie wydarzenie!!! Val, dawaj kredę, zapiszemy na jakiejś ścianie ;)
25.08.2004, 16:38Dziękuję bardzo za te przychylne dla mnie komentarze. Nie wiedziałem, że mój debiut okaże się tak udany! Wysyłajcie na mój e-mail inne tematy, które można by spożytkować na opowiadania. P.S. WIELKIE podziękowanie dla Valaraukara, który zamieścił tu moje opowiadanie
25.08.2004, 15:37