Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Dom Ostateczny

(AdamK)

Pewnego zimowego wieczoru ciszę panującą w księgarni "Esy i Floresy" przerwał dźwięk dzwonka, zwiastujący nadejście nowego klienta. John Zitt podniósł wzrok znad "Najzabawniejszych mikstur świata", by sprawdzić, kim, na brodę Merlina, jest klient przybywający o tak późnej porze (na pół godziny przed zamknięciem sklepu)? W drzwiach sklepu stał wysoki mężczyzna odziany w fioletową pelerynę, obszytą złotymi nićmi. Jego (wyjątkowo długa) jasnosrebrzysta broda, włosy i wąsy błyszczały w świetle lichtarza, stojącego na stoliku. Przybysz miał długi, złamany w conajmniej dwóch miejscach nos i okulary-połówki. Zitt nie miał już żadnych wątpliwości.
-Dobry wieczór, profesorze Dumbledore!
Dumbledore wsunął okulary głębiej na nos i przyjrzał się księgarzowi.
-Ach, to ty, Zitt! Witaj! Jak się miewa twoja żona?
-To pan profesor wie, że się ożeniłem?
-Mój kochany, wiem nawet, że pogodziłeś się już z Bode'em.
-Profesor pamięta?...
-Jakżeżbym mógł nie pamiętać największych kłótników z twego rocznika? John Zitt i Broderick Bode- o waszych kłótniach Hogwart pamiętać będzie zawsze...
-No dobrze, panie profesorze. W czym mógłbym pomóc?
-Chciałem się tylko trochę rozejrzeć. O której zamykasz interes?
-Za jakieś pół godziny. Gdyby profesor mnie potrzebował, będę tu, przy tym biurku.
-"Najzabawniejsze mikstury świata". Widzę, że to cię wciąż fascynuje- stwierdził Dumbledore i zniknął za półkami.
Wiedział doskonale, dokąd zmierza. Nie zatrzymał się przy transmutacji, eliksirach, wróżbiarstwie, mugoloznastwie ani nawet przy zaklęciach. Stanął dopiero przed półką z napisem: "Starocie".
Stare książki były, oprócz muzyki kameralnej i kręgli, jedną z pasji Dumbledore'a. W swej kolekcji posiadał takie skarby, jak oryginalne wydanie "Fantastycznych zwierząt" Newta Scamandera, "Quidditch i jego geneza" Alberyka Quirstleya i wiele, wiele innych. Dzisiaj zamierzał kupić sobie jakąś lekturę do czytania w długie zimowe wieczory. Szukając, strącił z najwyższej półki jakiś wolumin bez okładki. Podniósł go, a wówczas spomiędzy stron wypadła jakaś kartka. Profesor wziął ją do ręki i odczytał nagłówek:

SĘDZIOWIE, KTÓRZY BRALI UDZIAŁ W PROCESIE MALFERICKA GRINDELWALDA

Pod tytułem znajdowała się lista około 20 nazwisk. Jedno z nich było dwukrotnie podkreślone i oznaczone wykrzyknikiem.
Było to nazwisko Dumbledore'a.
Dyrektor Hogwartu zamyślił się. Ta kartka przywołała doń wspomnienia, dotyczące tego procesu...

...było to 19 lutego 1946 roku. W sali przesłuchań zebrał się cały skład ówczesnego Wizengamotu na czele z Barneyem Aheadem- ministrem magii. Dumbledore siedział w pierwszym rzędzie. Po swojej lewej stronie miał ministra magii, a po prawej- Jeremiasza Scrimbougera- aurora, który przyczynił się do ujęcia Grindelwalda- najpotężniejszego czarnoksiężnika II wojny światowej. Do rozpoczęcia procesu zostało kilka minut.
Minister zwrócił twarz w stronę dyrektora. Barney Ahead był młodym mężczyzną o ciemnych włosach i długich, sięgających uszu, wąsach. Na jego twarzy malował się spokój, jednak bystry obserwator mógłby dostrzec pod nim przebyte cierpienia, które wyrażały oczy- czarne, puste, na zawsze zamknięte przed jakąkolwiek radością. W czasie bombardowania Londynu zginął jego ojciec i siostra. Od tej chwili stał się zagorzałym zwolennikiem kary śmierci dla zbrodniarzy wojennych. Gdy ktoś wspominał przy nim o jakimkolwiek innej karze dla faszystów, wpadał w furię, w której nie panował nad sobą.
Teraz przywołał na twarz uśmiech, by pogratulować Dumbledore'owi.
-Chciałbym ci podziękować z całego serca, Albusie. Gdyby nie twój pojedynek, z pewnością ten sk... Grindelwald tkwiłby już gdzieś w dżungli amazońskiej, jak reszta tej hitlerowskiej hołoty.
-Ależ Barney, ja tylko spełniłem swój obowiązek. Zapytałeś mnie, czy w razie czego gotów byłbym pojedynkować się z Grindelwaldem, a ja się zgodziłem. To głównie dzięki tobie- zwrócił się do Scrimbougera- możliwy był ten proces.
Scrimbouger był obecny przy pojedynku Dumbledore-Grindelwald, w którym ten ostatni przegrał i próbował zbiec do swej willi w Bawarii. Przebił się przez kordon aurorów, pilnujących starcia i zabił jednego z nich. Podówczas Scrimbouger, nie tracąc zimnej krwi, rzucił się za czarnoksiężnikiem i, roztrącając po drodze swych kolegów, zdołał rzucić Drętwotę. Teraz miał być świadkiem w procesie.
-Nadszedł czas- mruknął Ahead i dodał głośniej:
-Wprowadzić oskarżonego!
Drzwi sali przesłuchań otworzyły się. Najpierw weszło trzech czarodziejów z ochrony.
Zaraz za nimi- Grindelwald.
Malferick Dorogosow Anihilarr Grindelwald, najpotężniejszy czarnoksiężnik dwudziestolecia międzywojennego i II wojny światowej, był 70-letnim mężczyzną bez jednego siwego włosa ("Mugolska farba do barwienia włosów"- mruknął Ahead), o wspaniałej postawie: trzymał się prosto i można było po nim poznać, że jest wysportowany.
Twarz czarnoksiężnika była niezbyt miła oku: żółta, ze śladami po przebytej ospie, z oczami głęboko wepchniętymi w oczodły. Wąsy i broda były niedokłanie ogolone, a włosy, ułożone w pukle i loki, domagały się mycia.
-Więzienie zrobiło swoje- powiedział cicho do Dumbledore'a minister.- Zaczynać?- zapytał po chwili, gdy Grindelwald usiadł na krześle, ustawionym przed sędziami.
-Tak- odparł zapytany.
Ahead wstał. Rozległy się niemrawe oklaski, które po chwili ucichły.
-Dziś, 19 lutego, odbędzie się proces Malfericka Grindelwalda, zbrodnia-arza- głos zaczął mu się lekko jąkać, jak zwykle w chwili zdenerwowania- wo-ojnnego. Oskarżonego sądzić będzie skład nadzwyczajny, składający się z 20 sędziów na czele ze mną. Świadkowie: Albus Persiwal Dumbledore, Jeremiasz Adam Scrimbouger, Indy Carson i Alan Dickmann.
Zwrócił się do Grindelwalda.
-Ty jesteś Malferick D.A. Grindelwald?
Zapytany powoli podniósł wzrok na ministra magii. Jego oczy wyrażały zrezygnowanie i chęć pojednania.
-Jam.
-Czy wiesz, o co jesteś oskarżony?
Milczenie.
-A więc: po pierwsze. Współpraca z okupantem hitlerowskim. Po drugie: członkostwo w NSDAP. Po trzecie: zademonstrowanie swych umiejętności magicznych Hitlerowi i Paulusowi von Arbeckowi (niemiecki minister magii, faszysta), a tym samym złamanie tajności czarów. Po czwarte: sianie na Wyspach Brytyjskich paniki, strachu, stwarzanie atmosfery terroru i zagrożenia. Po piąte: zamordowanie aurora Jima Horrisona i Williama Heartship'a. Po szóste: spiskowanie przeciw Ministerwstwu Magii i próba zamachu na, obecnego tu, Albusa Dumbledore'a.
Ostatni punkt oskarżenia wstrząsnął zebranymi, ponieważ nikt wcześniej o tym fakcie nie wiedział.
W istocie, miała miejsce próba zamachu na Dumbledore'a. Co ciekawe, Grindelwald nie planował użycia czarów, ale zabrał ze sobą fiolkę z kwasem solnym- środek, stosowany zazwyczaj przez mugolskich terrorystów. To jeszcze bardziej dowodziło, jak nisko upadł. Na sali rozległy się szepty, kilka głosów krzyknęło: "Śmierć!" "Pocałunek dementora!" "Dożywotni Azkaban!".
-CISZA!- krzyknął minister.- Nie jesteśmy na jarmarku. Później udzielę sędziom głosu.
Po czym ponownie zwrócił się do Grindenwalda:
-Cz-czemu to uczyniłeś?
Cisza.
-Pytam jeszcze raz. Czemu uczyniłeś to, o-o co się ciebie oskarża?
Cisza.
-Dobrz, skoro oskarżony nie chce mówić... Świadek Scrimbouger!
Auror powstał, z zawziętym wyrazem twarzy spoglądając na czarnoksiężnika.
-Proszę opowiedzieć Wizengamotowi o pojedynku Dumbledore-Grindelwald- rozkazał Ahead.
-Panie profesorze...

...Dumbledore ocknął się:
-Cooo?- zapytał sennym głosem.
-Panie profesorze, już zamykam. Dobrze się pan czuje?- dodał Zitt, spoglądając na twarz dyrektora.
-Nie, nie, wszystko w porządku; biorę... tę książkę- wskazał na wolumin, z którego wypadła lista sędziów. Sięgnął do kiszeni i dał Zittowi garść sykli. -Powinno wystarczeć. Reszty nie trzeba- powiedział i wyszedł z księgarni.

***

-Dumbledore. List z Ministerstwa- powiedziała Minerwa McGonagall, wchodząc do gabinetu dyrektora.
Żadnej odpowiedzi.
-Dumbledore, przyszedł list.
Znowu nic.
-DUMBLEEEEDOOOORE!
-Czy coś mówiłaś, Minerwo?- zainteresował się dyrektor, zaznaczając palcem stronę w książce.
McGonagall usiadła naprzeciw Dumbledore'a.
-Co się z tobą dzieje, Albusie? Od kilku dni jesteś... no, jakby nieobecny. Nie można się z tobą porozumieć. Nie odpowiadasz na pytania. Co się dzieje?- powtórzyła zdenerwowana czarownica.
Dyrektor bez słowa podał jej książkę.
-"DZIENNIKI MALFERICKA GRINDELWALDA". To ten zbrodniarz, z którym walczyłeś w '45?
-Tak.
-I przez te jego dzienniki stałeś się taki? Dumbledore: a jeśli z tą książką jest tak, jak z "Listami Arbecka"? Wiesz, co nie można się było od niej oderwać. Może to jakiś niebezpieczny, czarnoksięski przedmiot, a ty się tym w ogóle nie przejmujesz! Już zapomniałeś, jak to było z dziennikiem Riddle'a i tą biedną Ginny Weasley?- wybuchnęła McGonagall.
-Uspokój się Minerwo. Czarnoksięska książka w "Esach i Floresach"? Gdyby to był Nokturn, to rozumiem, ale na Pokątnej...
-Jak uważasz. Ja bym była ostrożniejsza. Ten list- położyła pocztę z Ministerstwa i wyszła.

***

...jakiej kary żądacie dla o-oskarżonego?- w czaszce Dumbledore'a rozległ się głos Aheada.
-Proponuję śmierć. W Domu Ostatecznym- po słowach ministra w sali zaległa martwa cisza.
Dom Ostateczny.
Kierowano tam tylko najgorszych przestępców. Po wrzuceniu za Kotarę nie mogli się stamtąd wydostać. Zachowywali głos, wzrok, ale nie mogli powrócić. W tamtych czasach nie znano natury stanu, w jakim znajdowali się mieszkańcy Domu Ostatecznego. Podejrzewano, że jest to rodzaj śmierci, odwrócony skutek pocałunku dementora- brak ciała, obecność duszy. W latach osiemdziesiątych stwierdzono, że dusze skazańców trafiają w to samo miejsce, gdzie dusze innych zmarłych czarodziejów. Możliwy był kontakt- lecz zmarłych można było tylko słyszeć. Nie można było z nimi rozmawiać.
-Proszę o głos.
Wstał Ruderyk Black, mężczyzna o siwych włosach, kwadratowej twarzy, bladej cerze i tym poczuciem wyższości w oczach, charakteryzującym wszystkich Blacków.
-Jestem za dożywotnim pobytem w Azkabanie i konfiskatą całego majątku. Przekażemy go na Fundusz Ofiarom Wojny.
Po Blacku głos zabrała Elloida Gudgeon, niska czarownica o mysich, skręconych w warkoczyki włosach. Mówiła bardzo szybko, z właściwą sobie chrypką:
-Czy nie lepiej byłoby... ekhm... oddać tego człowieka dementorom do... ekhm... ucałowania- w tym miejscu wzdrygnęła się, aż zatrzęsły się jej włosy- i byłby... ekhm... spokój, prawda.
-K-ktoś jeszcze pragnie wypowiedzieć się w tej kwestii?- zapytał minister.
Wtedy stało się coś nieoczekiwanego: Grindelwald poderwał się ze swego krzesła (nie przykuto go) i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Czarodzieje z ochrony ścisnęli w dłoniach różdżki.
-Ja... ja...- zaczął czarnoksiężnik.
-Co oskarżony chce p-powiedzieć? Słuchamy!- odwrócił się do sędziów, którzy znów zaczęli szeptać.
Wszystkie oczy wlepione były w Grindelwalda. Ten wziął głęboki oddech i zaczął jeszcze raz:
-Chciałem powiedzieć, że do końca będę przekonany o słuszności swoich poglądów. Nadal uważam, że ratowanie czystości czarodziejskiej krwi jest zadaniem nadrzędnym i bez tego władza w tym kraju należeć będzie do pół-mugoli. Jak tak dalej pójdzie, za 50 lat na Wyspach nie będzie ani jego czarodzieja czystej krwi!
-To nam raczej nie grozi. Prędzej urodzaj na takich durniów, jak on- mruknął Carson, jeden ze świadków. Sam był "czarodziejem o mugolskich korzeniach" i dlatego słowa czarnoksiężnika bardzo go ubodły.
-Właśnie dlatego podjąłem współpracę z Hitlerem- kontynuował Grindelwald. -On jeden wśród mugoli zauważył, że światu grozi zalew osobników nieczystych rasowo. Co prawda nie mówił on o czarodziejach, ale sama ideologia jest słuszna.
-I dlatego wymordował tylu Ż-żydów, Romów, Polaków? Żeby oczyścić świat z mieszańców? Po to wybudował obozy zagłady?- pytał Ahead pozornie ze spokojem, ale Dumbledore wiedział, że za chwilę nastąpi wybuch.
-Stali mu na drodze- wyjaśnił Grindelwald.
-Ach, tak? Ludzie stanęli mu na drodze? Przecież to byli LUDZIE! NIE BYDLĘTA, ALE LUDZIE! Nie miał prawa ich mordować! Stali na drodze? Na drodze do czego? Do celu? A jaki on miał cel? Władza Niemiec nad całym światem! Tego chciałeś?- krzyczał w kierunku czarnoskiężnika, który zgarbił się pod okrzykami ministra.- Żeby zniknęła Wielka Brytania? Walia? Szkocja? Anglia? No tak, ty przecież miałeś być ministrem-prezydentem magii w dystrykcie angielskim! Ty miałeś tu rządzić, gdy ONI zwyciężą!...- gdzieś zaginęło jąkanie się Aheada. Teraz miał głos czysty i słychać go było doskonale.
-Uspokój się- mruknął Dumbledore (ten we wspomnieniu), ciągnąc ministra za szatę.- Ogłoś wyrok i skończ to.
-NIE DUMBLEDORE, NIE USPOKOJĘ SIĘ! TO PRZEZ TAKICH LUDZI JAK ON ZGINĘŁA MOJA SIOSTRA I OJCIEEEEC!!!- ostatnie słowa przemieniły się w szloch.
Teraz już nie było wątpliwości. Dom Ostateczny.
-Kto jest za Domem Ostatecznym?- zakrzyknął Carson, jednocześnie podnosząc rękę. Cały loch jednogłośnie wzniósł ręce do góry skandując: "Śmierć za śmierć!"...
... prawie jednogłośnie.
Dumbledore nie podniósł ręki. W powszechnym zamieszaniu nikt tego nie zauważył. Strażnicy wyprowadzili Grindelwalda do lochu, gdzie miał oczekiwać na przeprowadzkę... do Domu Ostatecznego.

***

Kilka dni później- wspominał Dumbledore- w obecności całego Wizengamotu Grindelwalda wtrącono za Kotarę. Zanim to nastąpiło, spojrzał na nas. Oczy, zwykle jakby martwe, teraz błyszczały męczeńskim ogniem. Non omnis moriar- powiedział. -Został po mnie mój uczeń. On otworzy wam oczy.
Po czym sam wszedł za Kotarę, jakby codziennie odbywał takie spacery!
-Na pewno rozum mu się trochę pomieszał ze strachu przed śmiercią- powiedziała profesor McGonagall, bez entuzjazmu mieszając łyżeczką w swojej herbacie. Dumbledore zadowolił się sokiem z dyni.
-A ja odniosłem wówczas wrażenie, że umysł ma jaśniejszy niż kiedykolwiek i że w jego słowach jest sens- zauważył dyrektor sącząc sok przez słomkę.
-Wybacz, Albusie, ale ja nie dostrzegam tego sensu. I obawiam się, że oprócz tego czarnoksiężnika nikt nam nie wyjaśni jego słów. Uczeń ?...
-Taa... - mruknął Dumbledore pogrążając się w rozmyślaniach. - Masz rację, Minerwo... Tylko on mógłby nam to wyjaśnić...

***

"Oprócz Grindenwalda nikt nam nie wyjaśni jego słów". McGonagall jak zwykle miała rację. Należało się z nim skontaktować. Ale jak, skoro znajduje się za Kotarą? Stamtąd nie ma wyjścia, a kto wejdzie, ten... umiera (chyba). Tak sądzili wszyscy.
Oprócz Dumbledore'a.
On jeden wiedział o pewnym odkryciu, dokonanym w Ministerstwie Magii, w Departamencie Tajemnic. Tam uczeni czarodzieje zajmowali się sprawami, o których niemal nikt nie miał pojęcia.
Tym odkryciem była- Lina Półżycia.
Pracowano nad nią ponad 40 lat, aż w końcu pewnego dnia Willy Croaker wszedł do gabinetu ministra magii, powiedział: "Lina gotowa" i zaraz wyszedł.
Lina ta umożliwiała wejście za Kotarę- i powrót bez szwanku. Należało tylko obwiązać ją sobie wokół prawej ręki.
Materiał, z którego upleciono linę, był ściśle tajny. Wiedziano (ci nieliczni, którzy wiedzieli o pracach w Departamencie), że w jej "skład" wchodzi wywar żywej śmierci, kości testrali, liście maronika obwisłego i... włosy trupów.

***

Dumbledore wszedł do jednej z sal Departamentu Tajemnic, zwanej przez wtajemniczonych Domem Ostatecznym, choć bardziej przypominała starożytny amfiteatr niż dom. Ale tak zadecydowało Ministerstwo, a z nim się nie dyskutuje (aforyzm autorstwa Eliasha Eliseussa Dumbledore'a, ojca Albusa). Przewodnikiem dyrektora był Paul Silvous, wysoki mężczyzna o trupio bladej cerze i długich, pająkowatych rękach. Ubrany był w turkusowo-białą szatę.
-Tędy, dyhektorze- wymawiał h zamiast r, co brzmiało bardzo zabawnie. Prowadził Dumbledore'a aż do Łuku, na którym rozpięta była Kotara.
-Niech pan wyciągnie phawą dłoń, dyhektorze.
Dumbledore posłusznie podniósł prawą rękę. Silvous wyciągnął z kieszeni kłębek Liny i obwiązał.
-Z kim pan chce hozmawiać?- zapytał, jak się dyrektorowi zdawało, bardzo wścibskim tonem.
-A dlaczego pan pyta?
-To zależy od długości Liny. Jeśli cofa się pan o 600 lat, trzeba hozwinąć 600 cali Liny. Jeśli 40- 40.
-Dobrze. Rozwiń... od roku 1946.
-Hozkaz, sir. Miłej hozmowy!- dodał, gdy Dumbledore wchodził za Kotarę.

***

Gdy dyrektor znalazł się za Kotarą, poczuł zimno. Przerażające. Przewiercające do szpiku kości. Obezwładniające. Upadł na jakąś miękką, sprężynującą powierzchnię.
W pewnym momencie poczuł, że ktoś nad nim stoi. Jakaś wielka postać. Nie widział jej (było bardzo ciemno), ale wyczuwał ją swoją inituicją.
-Wstawaj!- krzyknęła postać. Dumbledore poznał głos Grindenwalda. -No wstawaj, i tak już nie wrócisz do życia. Jesteś za Kotarą i umarłeś, i nic się nie da z tym zrobić.
-A właśnie, że się da- powiedział spokojnie dyrektor.
-DUMBLEDORE!- rozległ się radosny okrzyk czarnoksiężnika.- Nawet nie wiesz, jak się cieszę... że cię uśmiercili- w momencie zmienił ton głosu. Stał się teraz zimny, jak otaczające ich powietrze, i bardzo złośliwy. - Wiedziałem, że po mojej śmierci ktoś zrobi z tobą porządek. Za co cię skazali- zaciekawił się w końcu.
Dumbledore nie wiedział, co mu powiedzieć. Że on nie umarł i za chwilę może wrócić do życia? Przecież mu nie uwierzy. I jak mu zadać TE pytanie?
-Rozumiem. Nie musisz nic mówić. Skazali cię za twoją miłość do mieszańców, bo ministrem został jakiś czarownik z rodowodem, nie?
-Nie.
-Jak to? A kto jest teraz ministrem?
-Korneliusz, syn Oswalda Knota.
-Wiem. Tego drania z Departamentu Międzynarodowej Współpracy, który przyczynił się do mego zamknięcia.
-Dokładnie.
-Zaraz, zaraz. Czegoś nie rozumiem: skoro mówisz, że ministrem nie jest fanatyk czystej krwi, to za co cię tu wrzucili?
Dumbledore wziął głęboki oddech.
-Może mi nie uwierzysz, ale ja w każdej chwili mogę stąd wrócić.
-Nie.
-Ależ tak.
-Więc... obezwładniliście... Śmierć???- choć zdaje się to niewyobrażalne, za kotarą zrobiło się jeszcze zimniej.
-Nie. Po prostu, możemy wejść za Kotarę i stamtąd powrócić.
-To niemożliwe! Nie chcesz się przyznać, że wrzucili cię tu za jakąś machlojkę i teraz zmyślasz bajkę, w którą ja mam uwierzyć. Za stary ja wróbel na takie plewy!
-Jak mam ci to udowodnić?- zapytał lekko rozzłoszczony dyrektor.
-Hmm... jak tu wchodziłeś, to zobaczyłem światło (przy uchyleniu Kotary). Jak będziesz wracał, też powinna się otworzyć. Idziesz czy he, he, zostajesz?- zaśmiał się Grindelwald, ubawiony ze swego, wątpliwej jakości, kawału.
-Idę- powiedział Dumbledore, po czym pociągnął za linę.

***

-Już koniec, sir?- zapytał (z żalem?) Silvous, wpatrując się, jak dyrektor drży z zimna.
-Jeszcze nie- mruknął- po prostu mój rozmówca nie wierzył w możliwości Liny.
-Aha. Czyli, pan tam whóci?
-No- powiedział Dumbledore i znów wskoczył pod kamienny Łuk.
-Dziwny facet. Bahdzo mhukliwy i burzliwy- pomyślał Silvous po odejściu dyrektora.

***

-Wybacz, Dumbledore. Miałeś rację.
-Cieszy mnie to- zgryźliwie odpowiedział Dumbledore. - Czy mógłbyś mi odpowiedzieć na jedno pytanie?
-Oczywiście, panie sędzio- powiedział Grindelwald. - Chce pan zapytać o swój zamach?
-Nie. O twojego... ucznia.
-Ach, o to ci chodzi? O moje słowa przed śmiercią. "Non omnis cośtam, zostawiam wam ucznia etcetera"?
Wiesz, tak powiedziałem, żebyście sądzili, że moja nauka nie zaginęła. A ona, k..., zaginęła!!! Już nikt nie działa taka aktywnie na rzecz czystości krwi...
Dumbledore w milczeniu wysłuchał jęków Grindelwalda na upadek obyczajów, na zanieczyszczenie rasy itp. Potem zaczął nasłuchiwać...
-... nawet mój wierny uczeń, z którym korespondowałem w czas wojny, mnie opuścił!
-Jaki uczeń?
-Miałem kiedyś ucznia- powiedział z goryczą czarnoksiężnik. - Napisał do mnie list ... chyba jeszcze przed atakiem Niemców na Sowietów. A propos, kto jest teraz przywódcą ZSRR?
-ZSRR rozpadło się kilka lat temu. Prezydentem jest taki jeden... jak on miał?...
-Prezydentem? Ach ci Rosjanie, wieczni eksperymentatorzy! Najpierw carat, później komunizm, teraz, widzę demokracja... Ciekawe, co będzie dalej?
-Miałeś mówić o tym uczniu.
-Aha. No i ten uczeń pisał mi, że uważa mnie za swego idola, że ja jeden z Hitlerem zrobię porządek ze szlamami, takie tam... nie będę ci ranił uszu. Nauczyłem go (listownie !) wszystkiego, co umiałem. Był bardzo tajemniczy, w liście nie zdradził mi imienia, tylko inicjały: T.M.R.
-Tom Marvolo Riddle! Lord Voldemort!
-Voldemort? Nie znam takiej rodziny. On był Anglikiem, znałeś go?
-Voldemort to przydomek. Tak, znam go, chodził do Hogwartu, jak dyrektorem był Dippet.
-Pamiętam. Taki siwy staruszek z cichym głosem, nie?
-Tak. No i teraz przeszedł (Tom, nie Dippet) mnóstwo transformacji i stał się Lordem Voldemortem. Poł-człowiek, pół-wąż... Walczy ze mną, bo ja bronię mugoli i mieszańców, a on chce ich zniszczyć. Dobrał sobie armię Ślizgonów: Malfoy, Black, Lestrange...
-Hm, same szlachceckie nazwiska. Zaraz, Black?! Przecież jeden z nich był sędzią na moim procesie! Co to znaczy?
-Nie wiem dokładnie, ale chyba młodemu Blackowi podobały się nauki Voldemorta.
Przez chwilę trwała cisza. Potem odezwał się Grindelwald.
-Więc jednak moja nauka nie zaginęła, żyje, istnieje... Doskonale. Dzięki ci, Dumbledore. Przywróciłeś mnie do życia. O ile to jest tutaj możliwe, he, he- rozległ się jego krótki śmiech.

***

-Ale tehaz to już chyba koniec, co, sir?
-Teraz tak. Bierz tę Linę i wyprowadź mnie stąd. Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem...- mruczał do siebie Dumbledore. Był zły na siebie, że wieściami o Voldemorcie uradował Grindelwalda. Przecież nie o to mu chodziło.

***

-Jak mogliśmy tego nie dostrzec?- zapytała profesor McGonagall, gdy siedziała z Dumbledorem w "Trzech miotłach" nad kuflami likieru jagodowego.
-Po prostu, Minerwo. Czasami nie dostrzegamy czegoś, co jest tuż przed naszymi oczami, jak mawiał mój brat.
-Ale Albusie, to się przecież rzucało w oczy. Jeden i drugi- mieszańcy. Jeden i drugi- walczący z mieszańcami (w tym miejscu skrzywiła się niemiłosiernie) i mugolami. Uczeń i mistrz: to było takie proste, a my tego nie mogliśmy dostrzec...
-Kiedyś i tak musielibyśmy do tego dojść. Choćby wtedy, gdybyśmy starali się porównać, kto był gorszy. Dostrzeglibyśmy wtedy, jak wiele ich łączyło.
-No to jedna zagadka z głowy.
-Została jeszcze jakaś?- zaciekawił się dyrektor, odstawiając swoją szklankę po likierze.
-Tak. Kiedy się doczekamy takiego procesu, jak miał Grindelwald, w którym oskarżonym będzie: Tom Marvolo Riddle alias Lord Voldemort...




Valaraukar: Z wielką radością pragnę oznajmić, że w najbliższy czwartek (26 VIII) pojawi się w Strefie kolejny dzień "Dziewicy Slytherinu". Kolejna aktualizacja już normalnym trybem wtorkowo-sobotnim. Życzę wszystkim radości z ostatnich przebłysków wakacyjnego słońca tudzież ostatnich kropel wakacyjnego deszczu!

Adam Klimowski
24.08.2004, 07:41

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Paulina Duchnowska

hihahihahahiha farte śmiechu hihahihahihihaha

31.05.2010, 18:27
Dumbledor

Bardzo, ciekawa i interesująca opowieść, podoba mi się. Szkoda tylko że nie był dokładniej opisany sam pojedynek. prof. A. Dumbledor

28.09.2005, 17:31
Voldemort

Niesamowite, tylko dlaczego nie jest tu napiszane że przerosłem, mistrza.

28.09.2005, 17:28
AdamK

Nic takiego nie zostało w Potterze zapisane. Jest tylko: "Albus Dumbledore(...) znany ze swego pojedynku z czarnoksiężnikiem Grindenwaldem". (HPiKF)

26.02.2005, 18:39
MalGanis

Ekstra... tylko mi się wydawało, że Dumbledore zabił Grindelwalda w pojedynku !

11.02.2005, 11:05
emoticonka

Bardzo ciekawe opowiadanie, tylko jedno mi w nim nie pasuje... Dumbledore mówi więcej niż zazwyczaj, do tego jakimś takim innym językiem... wiem, czepiam się. Fajne.

18.01.2005, 17:18
Aga

Naprawdę mi się podoba!!!!!!!!!!!!!!!!

3.01.2005, 22:07
AdamK

Nowe opowiadanie jest już wysłane, czekajcie, aż Val je opublikuje.

23.12.2004, 11:39
mr 44

na tej stronie podany jest bledny mail valaraukara. nie brzmi on valaraukar@dolamroth.z.pl, tylko liszt@poczta.onet.pl. radzilbtym to zmienmic, bo wtedy listy nie docierają

17.10.2004, 17:46
Romen

Składam ci dzięki AdamieK ;))

3.10.2004, 16:06