Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Dziesięć minut przed snem

Snape, bóstwa i szaleństwo

"Dziesięć minut przed snem"
czyli o niebezpieczeństwach statystycznego "narrreszcie koniec
dnia!" wieczoru
szczególnie gdy ma się inicjały S.S.
PS. Wbrew pozorom to nie jest reklama marihuany!


***

Kolejny spokojny zimowy wieczór w Hogwarcie... Wreszcie czas na
zasłużony odpoczynek po ciężkim i pełnym wrażeń dniu. Jutro
nadejdzie następny, wypełniony lekcjami, testami z Transmutacji,
przypaloną owsianką i opóźnieniem sowiej poczty ze względu na
złe warunki pogodowe.
Światła w zamku powoli gasły, oddając mury na pożarcie
wszechwładnej nocy i trzymetrowym zaspom skutecznie blokującym
drogę wylotową do Hogsmeade. Tylko jedno paliło się uparcie,
mimo późnej godziny, błyszcząc na wieży jak wściekły świetlik,
który zgubił drogę w mroku i zamarzł w pół ruchu skrzydeł.
Przyjrzyjmy mu się bliżej...

Severus Snape wymruczał pod nosem kilka inwektyw w kierunku
wyżej pojętej Kulawej Sprawiedliwości i Zezowatego Losu po czym
zmiął w ręku obelżywą kartkę. Kartka miała radosny koloryt,
morze, mewy, palemki, muszelki, panią w bikini i mało brakowało,
a Severus by ją zjadł (nie panią, choć ta dziwnym zbiegiem
okoliczności przypominała byłą studentkę). Zamiast tego cisnął
ją do oprawionego w srebrne emblematy Hogwartu kominka i patrzył
przez chwilę jak płonie z satysfakcjonującym sykiem.
To nie zdołało poprawić jego nastroju.
Potoczył wzrokiem po zielonej boazerii, na której marnowało się
bardzo dużo dobrego płótna i farb, pod postacią sporej ilości
sfatygowanych, nieżyciowych a przede wszystkim nie
fotogenicznych twarzy. Skrzat, zdaje się, odkurzył je wczoraj,
bo błyszczały bezczelną świeżością.
Portrety łypały na niego nieprzyjaźnie, ale nie komentowały ani
słowem jego stanu ducha. Wiedziały dobrze kto tu jest panem. I
kto ma dostęp do zdumiewająco skutecznych Samonieodlepnych
Paszczozamykaczek Weasleyów.
Obrócił w palcach pudełko tych gadżetów i uśmiechnął się zimno
słysząc wściekły syk jednego z bardziej antycznych praszczurów.
- Babci Walkirii znowu dokuczają korzonki po ostatnim spotkaniu
z lodowatym jeziorem w charakterze doczepki do kamienia
runicznego? - zapytał idealnie jadowitym głosem.
Brzemienna w rozpalony do białości pogrzebacz (najlepiej w
czyimś tyłku) cisza.

Severus Snape nienawidził bardzo dużej ilości rzeczy. Gdyby
usunąć z Ziemi je wszystkie, ukazałby się nam obraz iście
apokaliptyczny. Zobaczylibyśmy zalane blaskiem gwiazd pustkowie,
kilka uschłych drzew majaczących się widmowo na horyzoncie, parę
ponurych rzek, jednego samotnego testrala który jakimś cudem
przeżył żywiąc się radioaktywnymi muchami i przecinającą ten
cały chłam A1 przy której chińczyk w żółtej czapeczce z daszkiem
sprzedawałby gorące brokuły, po knucie sztuka.
Jednak rok temu jeden szczegół wysunął się zdecydowanie na
prowadzenie, zostawiając inne w zamglonym tyle. Mimo, że Severus
był zupełnie pewien, że nic nie może być gorszego od Pottera,
którego pożegnał trzynaście lat wcześniej z dobrze zasłużonym
uczuciem ulgi.
Mylił się.

Severus Snape absolutnie nienawidził bycia dyrektorem Hogwartu.

I do dzisiaj nie miał pojęcia kto go w to wrobił. Przypuszczał,
że była ich cała szajka. Ktoś musiał się w końcu podpisać pod
jego kandydaturą. O której zresztą on nic nie wiedział. Ale, jak
się okazało, dla Dumbledore'a to drobny i całkiem nieistotny
szczegół.
Próbował wszystkiego, żeby się dowiedzieć imion zdrajców.
Posunął się nawet do zagrożenia Minerwie eliksirem na porost
brodawek. Poskutkowało to jedynie tym, że musiał sobie kupować
nowe meble, gdyż za nic w świecie nie da się siedzieć na
jeżozwierzach a używanie skunksa jako świecznika jest w
najlepszym razie ryzykowne. Nie mówiąc już o jego ulubionej
książce, która pod jego nieobecność zjadła całą jego zbieraną
mozolnie przez lata kolekcję marynowanych winniczków, a potem
przez tydzień odbijało jej się śluzem.
Na tym jego śledztwo skończyło się. Zaś profesor Transmutacji
przez miesiąc dzierżyła na nosie brodawkę rozmiarów małego
kartofla, z której wyrastały dwa imponujące wibrysy. Podcinała
je regularnie nożyczkami do paznokci. W takich momentach miała w
zwyczaju warczeć w stronę Severusa ?Jeszcze ci pokażę!? na co on
słodkim głosem odpowiadał "Doprawdy, Minerwo! Przecież mówiłem
ci tyle razy, żebyś uważała na młodego Wertera! Niepewna ręka,
ostrzegałem!"
Jedyne, co wiedział na pewno, to że na czele stał niejaki Albus
Dumbledore.
Którego bezczelna korespondencja przypomniała mu ów feralny
dzień...

***

Siedział wtedy w swym rozkosznym, lodowatym, przypleśniałym
gabinecie torturując wypracowanie jakiegoś nieszczęsnego
trzecioklasisty. Poprawiał sobie przy tym humor koktajlem
własnego pomysłu, zawierającym Johnny'ego Walkera i parę
dodatków niewymienialnych w dobrym towarzystwie (w pewnych
kręgach znany jest on jako "Śmiertelna niespodzianka Snape'a",
ewentualnie "Na dywaniku u dyrektora"). Było mu bardzo dobrze, a
w planach miał cały wieczór rozkosznej lektury o
tytule "Eliksiry w aspekcie transmutacji animagicznej. Zalecenia
i przeciwwskazania?. Czyż można marzyć o czymś więcej?
Oczywiście jedna tylko osoba mogła zniszczyć atmosferę leniwego
wieczoru.
Dyskretne puknięcie do drzwi, będące jedynie nędzną wymówką
uczciwego puknięcia.
I oto stanął w nich uśmiechnięty Dumbledore w słomkowym
kapeluszu, okularach przeciwsłonecznych na nosie... zaś reszta
miała kolor cytrusowo zielony i oczy Snape'a odmówiły
współpracy. Pewnie dlatego nie zauważył trzymanego przez
Dumbledore'a listu.
- Tak? - zainteresował się uprzejmie Severus, zanurzając wzrok z
powrotem w wypracowanie - Czyje dzisiaj obchodzimy urodziny?
Filcha? Przekaż mu ode mnie Nimbusa 2010. Niech biedak sobie
pozmiata.
- Ależ nie. - odezwał się Dumbledore, podchodząc do biurka
Severusa i oświetlając jego blat aurą niezdrowej zieleni - To
przyszło do ciebie. Z Ministerstwa.
Snape spojrzał na oficjalnie wyglądający list i nieufnie
przełamał pieczęć Ministra Magii.
Otworzył list.
Przeczytał.
Dumbledore z właściwą sobie satysfakcją obserwował, jak oczy
Snape'a robią się wielkie niczym spodki.
- Cytrynowego dropsa? - zapytał.
Severus podniósł wzrok i spojrzał na dyrektora jak na ufoludka,
który przyszedł zareklamować odkurzacz wodny firmy Whirpool z
opcją prania dywanów.
- Dzisiaj nie pierwszy kwietnia? - zapytał matowym głosem.
- Minęło dwa i pół miesiąca temu. - odparł pogodnie Dumbledore.
- Ha, ha. Uważaj, bo zaraz ryknę tak, że Irytka wyrzuci kominem
a Minerwa zacznie tańczyć kankana w różowej bieliźnie. -
oświadczył Severus tym samym tonem osoby umarłej dziesięć sekund
temu na zawał - Czy czujesz się usatysfakcjonowany, dyrektorze?
Więc zostaw mnie teraz w spokoju, molom i siódmoklasistom na
pożarcie. Dziękuję z góry.
- Ależ Severusie - Dumbledore uśmiechnął się łagodnie - To jest
naprawdę na poważnie. Pomyślałem, że czas już wybrać się na
emeryturę. Lepiej późno niż później, jak to mówią. A, jak sam
wiesz, szkoła nie może zostać bez dyrektora. Oczywiście, moim
pierwszym wyborem była Minerwa, ale ona powiedziała, że ostatnie
lata życia chce przeżyć spokojnie i że to jest robota dla
mężczyzny, najlepiej takiego z autorytetem.
Snape zamrugał.
Wypił swojego drinka. Wypił jeszcze dwa. I trzy kieliszki wódki.
Dopiero wtedy poczuł, że jest gotowy do normalnej dyskusji.
- Czy ty się czegoś naćpałeś, Albus? - ryknął, waląc pięścią w
rozpostarty list - Jaki autorytet? Moim autorytetem można
wycierać podłogę w Świńskim Łbie! I kto przy zdrowych zmysłach
zgodziłby się na taką kandydaturę?
- A kto powiedział, że ci z Ministerstwa posiadają ową cnotę? -
zapytał niewinnie Albus. - W każdym razie... do widzenia. Na
mnie juz czas. Życzę miłych rządów.
I ulotnił się.
- Zaczekaj! - wrzasnął Snape, do którego nagle dotarła cała
potworność zajścia - Ale ja nie zgłaszałem żadnej kandydatury!
JA NIE CHCĘ BYĆ CHOLERNYM DYREKTOREM!!
Rzucił się do drzwi, ale w tym momencie grawitacja w połączeniu
z alkoholem posłała go na ziemię w towarzystwie huku kilku
przedwiecznych tomów, których się uchwycił.
Gruntownie pijany dyrektor Hogwartu zagapił się przed siebie.
Ze znacznej odległości doszedł go radosny śpiew jego poprzednika:
- Wsiąść do pociągu byle jakiego!
Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet!...

***

Westchnął ponuro i objął zziębniętymi palcami filiżankę herbaty.
Może w lochach było wilgotno, ale tu, na wieży, panowały
straszliwe przeciągi. Raz, podczas burzy, miał wrażenie, że
wiatr oderwał czubek wieży w którym on akurat przebywał i tam
gdzie wyląduje na pewno już nie będzie Kansas.
Nie to, żeby w tej chwili go to martwiło.
Po Dumbledorze odziedziczył wiele nieprzyjemnych rzeczy.
Należały do nich między innymi gabinet dyrektora,
księga ?Dziesięć tysięcy słodkości na poprawienie nastroju?,
parę setek dyrektorskich obowiązków o których istnieniu nie miał
wcześniej pojęcia, stos rachunków szkoły od 1235 roku wzwyż,
malunki gęb poprzedników oraz listy.
Tak, to było zdecydowanie najgorsze.
Kolejny raz obrzucił krytycznym spojrzeniem kolejną część
dzisiejszej korespondencji, którą był list od niejakiego
Ministra Magii P. Weasleya. W dodatku wyjątkowo obraźliwy.
Musiał na niego szybko odpowiedzieć.
Położył przed sobą ozdobną papeterię z godłem Hogwartu w prawym
górnym rogu, ujął w dłoń pióro i napisał:

"Weasley!
Ty zasmarkany świński tyłku!..."

Zamrugał. Tutaj wyraźnie było coś nie tak... Zaraz... Ach, już
wiedział!
Za ładna papeteria.
Przez twarz dyrektora przemknął iście diabelski uśmiech (wcale
nie spłoszony konspiracyjnym szeptem jednego z byłych
dyrektorów "Patrz, sępiszon jednobarwny znowu rozsiewa
łajnobomby! Widzisz ten wyraz twarzy? Widzisz? Taki miała moja
prababka w czasie rytualnego połykania dżdżownic!" "I co?
Zaszkodziło jej?" "A żebyś wiedział! Nawet się potem nie wiła!?").
Snape cisnął poprzednią kartkę do kominka i sięgnął pod biurko,
gdzie chował papier specjalnie na takie okazje. Wyciągnął rolkę,
z pieczołowitą starannością zdjął z niej tekturkę z misiami i
odwinąwszy kawałek zabrał się do pisania.

"Szanowny Panie Ministrze!
Z prawdziwą przyjemnością przeczytałem dzisiaj Pański niezwykle
pouczający list na temat moich sposobów sprawowania władzy w
Hogwarcie. Muszę przyznać, że oświecił mnie on dogłębnie, nie
wspominając o rzuceniu na kolana (bo to standard w Pańskich
listach, nieprawdaż, Panie Ministrze?). Kajam się oto przed
wielkością Pańskiego umysłu, szczególnie dotyczącą akapitu 18,
64 i 128 Pańskiej korespondencji. Tak, uważam, że ma pan
całkowitą i absolutną (to podkreślam! Absolutną!) rację mówiąc
na temat mojej niekompetencji. Jakże mogłem zapomnieć
comiesięcznego sprawozdania z postępów w reorganizacji systemu
nauczania w Hogwarcie!
Żywię jedynie szczerą nadzieję, że w swej szczodrobliwości
wybaczy mi Pan ta karygodną niekompetencję, wynikającą li i
jedynie ze zbliżającego się nieubłagalnie końca roku
podatkowego, co oznacza dla mnie mnóstwo dodatkowej roboty
papierkowej.
Nie, obiecuję drugi raz nie popełnić tego samego (karygodnego!)
błędu.
Pozostaję z szacunkiem
Severus Snape, Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwart."

Włożył list do koperty, przybił pieczęć i oparł się wygodnie na
krześle w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Herbata spokojnie stygła na stole. Za oknami słychać było
malowniczą symfonię wiatru: przeciągłe "Uiiiii!" gdy rozcinała
go iglica, brzęczące "Zzzzzz!" gdy przeciskał się między
dachówkami i basowe "Wuuuu!" gdy odbijał się od kamiennych
ścian. Podstawowy Zestaw Alchemika, malownicza plątanina
kryształowych rurek i zlewek ustawiona na honorowym miejscu obok
wysokich regałów z książkami, rzucał ciepłe cienie na
ciemnozieloną boazerię. Coś podłużnego skrzyło się w kącie
niebieskawym światłem. Nawet ponure gęby poprzedników znikły w
mroku ("Ups! Chyba zapomniałem oświetlić tamtej strony
pokoju!"). Severus powoli zaczął się rozluźniać. Już prawie
zapomniał o pocztówce od Dumbledore'a...
Ziewnął. Czas iść spać.
ŁUP!
Drzwi nagle otworzyły się z hukiem, podrywając Severusa do
pozycji siedzącej.
- Co? - sapnął, wyrwany nagle z półdrzemki - Ja... To znaczy ja
zawsze w was wierzyłem, słowo!
W wejściu stała krwawa bogini Kali trzymająca za ramię
włochatego Pana.

Krwawa (i wyraźnie wściekła) bogini Kali zdecydowanym krokiem
podeszła do biurka Severusa, ciągnąc za sobą mocno opierającego
się satyra, który cały czas próbował rozpaczliwie dopiąć guzik
od spodni. Guzik z jakichś powodów nie chciał współpracować.
- Dyrektorze! - ryknęła Kali, wściekle wymachując środkową i
górną parą rąk - Żądam, żeby pan natychmiast z tym coś zrobił!
Snape, który zdołał przez ten czas odzyskać nieco ze swej
sprawności umysłowej, odezwał się z wymuszoną ironią:
- Obawiam się, że bóstwa pogańskie nie podlegają mojej
jurysdykcji. Radziłbym udać się do Indii albo gdzie tam sobie
chcecie.
"To był błąd" pomyślał, gdy nagle górna para rąk chwyciła go za
poły szaty i gwałtownym ruchem wyciągnęła zza biurka,
zawieszając pół metra nad ziemią.
- Zostaw sobie swoje żarty na później, Snape! - ryknęła Kali -
Swoich kolegów nie poznajesz? Żądam, żebyś coś z tym natychmiast
zrobił! Zobacz tylko jak ja wyglądam! Zobacz jak on wygląda! -
dolną ręką wskazała bardzo przestraszonego satyra, który nie
ustawał w swych zmaganiach bojowych z upartym guzikiem.
"Ona ma naprawdę krwiożercze oczy" pomyślał Severus, u którego
bliskość gniewnej bogini na nowo zahamowała procesy myślowe "A
te zęby... Ciekawe jak to jest kiedy człowiekowi żywcem
wydzierają serce?"
- Kali Ma? - zaryzykował.
- NIE, TY KRETYNIE!! - ryknęła Kali, potrząsając nim
energicznie - JESTEM MINERWA! MINERWA!!
- No, jest. - potwierdził piskliwym głosem satyr - Nie wierz w
ten naszyjnik z ludzkich palców.
- Minerwa? - wydusił wciąż oszołomiony Severus - Co ty...
Zmieniłaś wyznanie?
- Może go lepiej postaw - zaproponował satyr, spoglądając ze
współczuciem na serowato białego Severusa - Bo jeszcze trochę
rozrywki, a kopnie nam w kalendarz i zatrudnią Percy'ego
Weasleya.
Kali zdawała się przez chwilę rozważać tą opcję, po czym
niechętnie postawiła na ziemi dyrektora Hogwartu, który
natychmiast zrejterował za biurko i wyciągnął różdżkę kierując
ją w stronę bogini.
- Mam różdżkę! - ostrzegł ponuro. - Nie ruszać się, bo będę
strzelał!
- A wyrwać ci serce? - zaproponowała tonem swobodnej konwersacji
Minerwa.
Snape zamrugał.
- McGonagal? Flitwick? - wybuchnął, waląc pięścią w stół - Co to
do cholery jasnej ma znaczyć! Nie dość, że zjawiacie się w moim
gabinecie bez zapowiedzi, na dodatek w TAKIM stanie to jeszcze
dopuszczacie się na mojej osobie przemocy cielesnej i grozicie
mi? Chcecie stąd wylecieć zanim zdążycie
powiedzieć "Przepraszam, dyrektorze?"
- Oprzytomniał. - mruknął satyr, jakby go to wcale nie cieszyło.
- Coś ci spada, Flitwick! - zadrwił Severus.
Satyr zapiszczał i skrył się za Minerwą. Zapomniał o guziku!
- A więc - kontynuował nieco spokojniejszym, choć nie mniej
jadowitym tonem Severus, sadowiąc się nonszalancko za biurkiem -
Co was sprowadza w moje skromne progi?
- Chyba nawet ty nie jesteś aż tak ślepy, żeby nie zauważyć
przyczyny? - spytała równie jadowitym tonem Minerwa.
- Mogłem po prostu pomyśleć, że masz za dużo pracy i pomyślałaś,
że przyda ci się dodatkowa para rąk? A nawet dwie? - zapytał
niewinnie Severus - A Flitwick... Zdarza się że u niektórych w
pewnym wieku budzą się zwierzęce żądze...
- To może ja już sobie stąd pójdę? - zapytał słabym głosem
profesor Zaklęć.
- Ale w każdym razie udzielę wam audiencji. - oznajmił łaskawie
Severus - Co więc się stało?
- Tak się składa, że poszłam pod prysznic umyć głowę, a kiedy
skończyłam, zorientowałam się, że niespodziewanie zostałam
szczęśliwą posiadaczką promocyjnych kończyn. - odezwała się
słodkim głosem Minerwa.
- Ja... ja też się kąpałem - wydukał Flitwick - Kiedy nagle
zobaczyłem, że na...
- Błagam, oszczędź nam opisów! - poprosił Severus.
- W każdym razie, dyrektorze, uznaliśmy, że to musi być coś
związanego z tą piekielną wodą. - kontynuowała Minerwa - Ja z
Flitwickiem sprawdziliśmy czy nie zostało rzucone jakieś
zaklęcie... wiesz, jakich przedsiębiorczych mamy ostatnio
uczniów (lewa środkowa machnęła w nieokreślonym kierunku
dormitorium Slytherinu)... ale wygląda to na coś związanego z
eliksirami.
- To nie mogliście wyciągnąć z łóżka McKaffreya? - zapytał
kwaśno Severus.
- Kończyn mu zabrakło. - wyjaśniła zdawkowo McGonagal.
Spojrzał na nią podejrzliwie. Wyglądało na to, że czekała go
bardzo długa noc.
Jak Dumbledore sobie z tym wszystkim radził?
- Wygląda na to, że nie mam wyboru. - oświadczył w końcu,
zrezygnowanym gestem wstając od biurka. Z jednego z kredensów
wyciągnął zestaw Standardowych Odczynników a z drugiego pipety i
zlewki. - Nie mogę pozwolić, żeby krwiożercza bogini Kali
demoralizowała moich uczniów.
- To się lepiej pośpiesz. - poradziła mu Minerwa - Bo zdaje się,
że na dole oczekuje cię już cały panteon.

Severus przecisnął się między Longbottomem, który mimo iż dostał
ptasi móżdżek nadal nie mógł sobie poradzić z brakiem
koordynacji ruchów (co trochę przeszkadza jeśli jest się
zmuszonym do chodzenia bokiem) a Mistrzem Eliksirów,
wyglądającym obecnie jak wielka szara ropucha workowata bez
tylnych nóg ale za to z ogonem i licznymi brodawkami (Snape,
mimo głębokiej znajomości religii świata nie był w stanie
umiejscowić stwora w żadnej z nich). Obrzucił całą religijną
zbieraninę swoim słynnym spojrzeniem nr 5.
- Czy naprawdę każdy musiał dzisiejszego wieczoru wziąść kąpiel?
- Kiwitt! - oburzył się Horus (dawniej Longbottom).
- No wiesz co, twoja kadra nauczycielska składa się ze
schludnych osób! - warknęła Kali, patrząc znacząco na włosy
dyrektora. Dyrektor posłał jej spojrzenie specjalne nr 18
("Obniżyć ci pensję?").
- Skoro tak - mruknął ponuro Severus - pokażcie...
Nagle usłyszał cichy brzęk skrzydełek w okolicach prawego ucha.
- Twój horoskop księżycowy podpowiada, że w przyszły czwartek
rozjedzie cię walec drogowy, chyba, że w ten piątek złapią cię
piraci i obedrą żywcem ze skóry nad stawem z piraniami! -
oznajmił dźwięczny głosik.
- Co to? - zdenerwował się Severus, rozglądając się - A sio!
- Chociaż Mars w aspekcie domu mówi wyraźnie, że pojutrze
zostaniesz śmiertelnie raniony w wojnie domowej na croisanty. -
kontynuował niczym nie zrażony głosik. - To by wykluczało
późniejsze zdarzenia, włącznie z pożarciem przez gumochłona w
przeciągu miesiąca...
- Sio! SIO!! - ryknął Snape, machając rękami w powietrzu jak
wiatrak - Zgiń! Przepadnij!
- oczywiście nie wykluczam rebelii karaluchów...
Tuż koło jego ucha świsnęła packa na muchy, uderzając z
trzaskiem w ścianę.
- Pełno komarów tej zimy. - oznajmiła spokojnie McGonagal,
otrzepując packę - Wyjątkowo dokuczliwe stwory.
Snape pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Przypomnij mi, żebym powiedział Filchowi by rozsypał jakąś
trutkę. No dobra... Zaprowadźcie mnie do tej jaskini cudów.

Łazienka męskiej części kadry wyglądała całkiem niewinnie.
Cztery chorobliwie błękitne ściany, prysznic, basen, szlaczek
nad sufitem, obrazek obleśnej nimfy i jeszcze bardziej obleśnej
syreny. Snape widywał już o wiele przyjemniejsze łazienki.
Pewnie dlatego rzadko z tej korzystał.
Założył rękawiczki ze smoczej skóry i rzucił wyzywające
spojrzenie w stronę najbliższej ściany.
Ściana milczała tajemniczo i błękitnie.
- Hatta ma da beriko da notte. - odezwał się nagle McKaffrey
Snape odwrócił się nagle.
- Co on gada? - warknął.
- Skąd mam wiedzieć? - odpowiedziała mu pytaniem Minerwa.
- Możesz mu powiedzieć, że nie zatrudniam ludzi z którymi nie
mogę się porozumieć. - wycedził Snape - Przerośniętych ropuch
też nie.
- Uma hatt! Muju muju mawima! - Mistrz Eliksirów wyglądał na
dosyć zdenerwowanego, przynajmniej jak na płaza.
Dyrektor zazgrzytał zębami. Już otworzył usta, by wysypać z nich
lawinę przekleństw, ale po chwili doszedł do wniosku, że mu nie
wypada. Posłał więc jedynie w nieokreśloną przestrzeń wściekłe
spojrzenie (po drodze był Longbottom, który natychmiast wpadł na
ścianę) i zabrał się do roboty.

- I to było zawsze w czasie kąpieli? - zapytał Severus,
wygrzebując coś białego, tłustego i najwyraźniej żywego
spomiędzy glazury i wkładając to do jednej z probówek.
- Tak. Ci, którzy zachowali zdolność mowy mogą potwierdzić. -
odparła Minerwa, prawą środkową podając mu kolejną probówkę. -
Jestem bardzo ciekawa co to jest.
- A ja jestem bardzo ciekawy jak to się dostało do wody. -
odparł Snape, zdrapując osad z kranu. - I to dziwnym zbiegiem
okoliczności do tej, w której kąpie się kadra Hogwartu.
- Zamach na dyrektora! - rozległ się z tyłu teatralny szept.
Snape odwrócił się błyskawicznie, ale nie dość szybko by
uchwycić sprawcę. Na twarzach (ew. pyskach, ew. dziobach)
profesorów malowała się idealna niewinność. Na należącej do
Longbottoma dodatkowo ptasia inteligencja, co i tak, według
Severusa, było sporą poprawą w stosunku do stanu poprzedniego.
- Ja bym raczej podejrzewał ofensywę uczniowską w celu
zapobieżenia zbliżającym się egzaminom semestralnym - wycedził
Snape - Zresztą zdumiewająco skuteczną. Wpadliście na pomysł,
żeby obudzić młodego Creevey'a ? Będzie z tego piękne zdjęcie
pamiątkowe.
Dobiegły go pełne złości pomruki.
- Jeśli ktoś mógł się poszczycić takim czynem to tylko młody
Klein. - oświadczyła stanowczo McGonagal.
Severus przerwał zapełnianie probówki i wyprostował się
spoglądając na nią ze złością.
- Co wy w ogóle do niego macie? - warknął, biorąc się pod boki. -
Już od trzech lat robicie z niego największego opryszka
wszechczasów, chociaż niczego mu do tej pory nie udowodniono!
Jesteście po prostu uprzedzeni do Slytherinu!
Minerwa także wzięła się pod boki, co, Severus musiał przyznać,
wyglądało o wiele bardziej efektownie. Nie wspominając o
naszyjniku z ludzkich palców, rzecz jasna.
- A teraz słuchaj ty! - wysyczała, wyglądając wyjątkowo
krwiożerczo - Gdyby cokolwiek mu udowodniono, już dawno
wyleciałby z tej szkoły z wilczym biletem! To, że w tym czasie
kiedy działy się wszystkie ?wypadki? ty siedziałeś w swoim lochu
i miałeś to w nosie nie znaczy, że miałeś pełną kontrolę nad
swoimi podopiecznymi! Ale teraz, skoro już raczyłeś zająć posadę
naszego szefa nie możesz więcej przymykać oczu na występki tego
młodego zbrodniarza! Czy dotarło to do ciebie... dyrektorze?
- To mógł być ktokolwiek, nie zapominajcie że mamy w swojej
szkole kolejne pokolenie Potterów! - bronił się Snape czując, że
traci grunt pod nogami.
- Mówisz o tej jedenastoletniej dziewczynce? - upewniła się
Minerwa.
- Wcześnie teraz dzieci zaczynają. - mruknął Severus.
- Hę?
Musiał przyznać, że dodatkowy metr wzrostu i krokodyle zęby dają
profesor Transmutacji jeszcze jeden niezbity argument.
- No dobra. Jak chcesz to zawołaj tego swojego Kleina. Pogadamy
z nim. - wycedził Severus, swoim tonem zwiastując podejrzanemu
długie i powolne konanie.
- W porządku. - Minerwa odwróciła się na pięcie i ruszyła do
wyjścia.
Snape patrzył za nią przez długą chwilę.
Nagle coś sobie przypomniał.
Zbladł.
- Poczekaj! - wrzasnął, biegnąc za nią - Ja go przyprowadzę!!

Tymczasem sprawca całego zamieszania siedział w jednym z
dziesiątków istniejących w Hogwarcie mniej lub bardziej
tajemnych przejść i obecnie zastanawiał się intensywnie co tym
razem poszło nie tak.
- Miało ich zmienić w ślimaki winniczki - poskarżył się istocie
płci żeńskiej, która podpierała mocno udekorowaną pajęczynami
tajną ścianę. - I to tylko na jeden dzień. Nie chcę mieć testu z
Transmutacji z krwiożerczą boginią Kali. A co będzie jak wyrwie
mi serce za złą odpowiedź?
Istota płci żeńskiej, uzbrojona przez naturę w słuszny wzrost,
lekko podkrążone żółtawe oczy i okoloną kurtyną ciemnobrązowych,
idealnie prostych włosów bladawą twarz którą z braku lepszego
określenia można nazwać zmysłową wzruszyła ramionami kontynuując
podpieranie ściany.
- Kuzyn napisał, że ta receptura jest stuprocentowo skuteczna. -
burknęła.
- Chyba wiesz jaką opinię w społeczeństwie ma twój kuzyn? -
zapytał chłopak. Był to jeden z tych ludzi, o których na
pierwszy rzut oka można powiedzieć ?rasowy ślizgon?. Spod
grubych czarnych brwi patrzyły oczy zielone i bezczelne a na
twarzy o nieco arabskich rysach wypisana była czysta pogarda dla
całego świata.
- Nie, ale chętnie się dowiem. - dziewczyna spojrzała na niego
wyzywająco.
- Faceta który nie trafił do świętego Munga tylko dlatego, że
się go boją tam trzymać ze względu na stan mebli.
- To wielki wynalazca, tyle że niedoceniany! - oświadczyła
gorąco.
- Nasi belfrowie właśnie doceniają jego wielkość - zauważył
chłopak - W dodatku jest wilkołakiem.
- Jak prawie wszyscy w naszej rodzinie. - wzruszyła ramionami -
Każdy ród ma swoje tradycje. Mnie to nie przeszkadza.
- No pewnie. - uśmiechnął się z przekąsem. - Rodzina wilkołaków
z tradycjami. Jak dla mnie bomba.
- Słuchaj, Kevin. - szepnęła - Trzeba ich odczarować bo inaczej
naprawdę możemy mieć kłopoty. Masz nadal to antidotum?
- Jasne. - potrząsnął szklaną fiolką z ciemnozielonym płynem -
Kłopot tylko w tym, żeby to na siebie wylali.
- Hmm... - dziewczyna zmarszczyła brwi - Można by... Czekaj! Co
oni tam robią?
Zza ściany dochodziły ich przytłumione głosy.
Chłopak odwrócił się do ściany i dotknął jej fragmentu. Powstał
niewielki okrągły otwór dający doskonały widok na męską łazienkę.
Pozostaje się tylko zastanawiać do czego ów otwór był potrzebny
budowniczym Hogwartu...
- Snape zdrapuje to czego nie zdołały odczyścić skrzaty -
mruknął po chwili chłopak - I kłóci się z McGonagal... O cholera!
Dwójka uczniów spojrzała na siebie.
- Sokół bystrooki po ciebie leci - szepnęła dziewczyna.
- Tak, jest tylko jeden problem. Mnie tam nie ma. - powiedział
sam wielki Kevin Klein.

Detyriusz Besmin został zerwany ze snu o siedmiu testach zdanych
i siedmiu niezdanych (tych siedmiu ostatnich z Transmutacji,
nieomylny znak, że chłopak w przyszłości zostanie wielkim
wróżbitą). Zerwany dosłownie, obudził się bowiem w pozycji
wiszącej, potrząsany brutalnie przez parę silnych rąk. Pole
widzenia przesłonił mu zaś wyjątkowo wystający nochal i para
czarnych oczu w bladej i wściekłej twarzy.
- Gdzie on jest! Powiedz natychmiast gdzie on jest!! - ryknął
prosto w jego ucho głos dyrektora.
Detyriusz zaskomlał.
- To nie ja! - zawył - Przysięgam, że to nie ja!
- Nie ty co?
- Ja... Ja nic nie zrobiłem! Zupełnie nic! To nie moja wina, że
ona namówiła mnie do zjedzenia czekoladki, kiedy babcia
zabroniła mi jeść czekolady! Nieee!! Proszę tego nie robić!
Jestem niewinny! Panie dyrektorze, przysięgam! Proszę mnie nie
wyrzucać przez okno! Tam na dworze jest strasznie zimno!
BŁAAAAGAM!!
Snape zdał sobie w tym momencie sprawę, że stał się obiektem
powszechnej sensacji. Pięciu czwartoklasistów spoglądało na
niego zafascynowanym wzrokiem.
- Niech go profesor przypiecze w kominku. Wszystko wyzna! -
zaproponował jeden z nich.
Snape ze złością cisnął śmiertelnie przerażonego chłopaka na
łóżko.
- Spać! - warknął i wypadł z dormitorium.
Nie zdążył nawet wybiec z lochów, kiedy natknął się na...
Kleina, obładowanego naręczem kremówek, udek kurczaka i
smażonych pomidorów.
- Ups. - powiedział chłopak, zatrzymując się. - Dobry wieczór,
profesorze Snape.
Severus przybrał swoją najbardziej autorytatywną postawę.
- Czy ja mogę wiedzieć, Klein - wycedził tonem o temperaturze
zera absolutnego - Co ty robisz poza dormitorium w czasie ciszy
nocnej?
- Byłem bardzo głodny... - wyznał Kevin, robiąc skruszoną i
nieporadną minę. Severus musiał przyznać, że doskonale mu to
wychodziło. - Przepraszam... Naprawdę nie chciałem...
- To znaczy, że nie chciałeś zamienić całej kadry profesorskiej
w panteon pogańskich bóstw? - zapytał łagodnym głosem Severus -
Ja cię naprawdę rozumiem... To się w końcu każdemu może
zdarzyć...
Ale Klein nie dał wpuścić się w maliny.
- Co? - zrobił zdumioną minę, która mogłaby zdobywać laury w
konkursach szczerości - Jakich bóstw? Co się stało profesorze?
To znaczy, że... że jutro nie będzie testu z Transmutacji? -
teraz jego twarz przybrała dla odmiany wyraz czarnej rozpaczy -
To niemożliwe!
- Tak? - zastanowił się uprzejmie Snape - A ty zapewne jesteś do
niego doskonale przygotowany?
- Ja? Oczywiście, że tak! - oświadczył z mocą Kevin.
- To ucieszy cię zapewne wiadomość, że nie zostanie on
przełożony.
- C... To wspaniale! - Kevin uśmiechnął się szeroko.
Ułamek sekundy. Ale Severus nie bez powodu zdobył
przydomek ?sokół bystrooki?. ?To jego sprawka. Wstrętna, mała
żmija!? pomyślał ze złością.
Jednym błyskawicznym ruchem wyciągnął różdżkę i skierował ją na
chłopaka.
- Accio rzeczy Kleina! - warknął.
Z natychmiastowym skutkiem zwaliło się na niego pół tuzina udek
w chrupiącej panierce, dziesięć pieczonych pomidorów, siedem
kremówek, pół torebki suszonego żabiego skrzeku, jeden włochaty
pająk i jeden otwarty scyzoryk, który nieomal go uśmiercił.
Nie było między nimi żadnego eliksiru, czy choćby pustej fiolki
po eliksirze.
Nic, zero dowodów.
W dodatku zdawało mu się, że chłopak mruknął ?Dzięki za
potrzymanie?.
Coś się w nim zagotowało.
Cisnął udkami, pieczonymi pomidorami, kremówkami, skrzekiem i
scyzorykiem o podłogę (bardziej przedsiębiorczy pająk zdołał
uniknąć tego losu) i chwycił chłopaka za połę szaty.
- Minus dwadzieścia punktów od Slytherinu za włóczenie się po
nocach, minus trzydzieści punktów od Slytherinu za bezczelność w
stosunku do dyrektora i minus pięćdziesiąt punktów od Slytherinu
za kłamstwo!! - ryknął dyrektor Hogwartu.

A mury prawiecznej szkoły zatrzęsły się w posadach...

Do Severusa nagle dotarło to, co zrobił.
Odetchnął głęboko dwa razy i puścił bladego jak ściana
Kleina. ?Ten zawód wykańcza mnie nerwowo? pomyślał ponuro.
- A w promocji - dodał, już o wiele spokojniejszym głosem - masz
dwa tygodnie szlabanu u wszystkich profesorów po kolei.
Zaczynasz jutro u profesor McGonagal. I pamiętaj - dorzucił z
nutą groźby w głosie - że jeśli tylko ktoś z nas złapie cię na
gorącym uczynku to nie tylko nasza szkoła magii nie będzie cię
chciała uczyć... Dobranoc.
Musiał przyznać nie bez dumy, że młody Ślizgon zmiatał aż się za
nim kurzyło.
W trochę lepszym nastroju ruszył do profesorskiej łazienki.

- Przypomnijcie mi, dlaczego poparłem jego kandydaturę jako
dyrektora.- mruknął Flitwick, siadając na tej części podłogi,
która znajdowała się możliwie najdalej od wszelkiej instalacji
hydraulicznej.
- A nie pamiętasz innych kandydatów? - zapytała z przekąsem
McGonagal. - Tego przynajmniej znamy. I nie jest z Ministerstwa.
Nie ma stu dwudziestu lat. Nie ma stwardnienia rozsianego. Nie
jest nałogowym alkoholikiem. Nie jest niedocenianym śpiewakiem
operowym. Nie jest księgowym. I nawet czasami da się z nim
podyskutować.
- Kiwitt! - oświadczył z dezaprobatą Longbottom.
Inni profesorowie tylko rzucili jej ponure spojrzenia.
- No, ja z nim w zeszłym miesiącu dyskutowałam - odparła
McGonagal - Przyznacie, że te parę rozbitych krzeseł i jeden
niewielki pożar były warte posiadania tradycyjnych świąt Bożego
Narodzenia z ozdobami, choinką i świątecznym obiadem.
Nad sufitem zaczynała się gromadzić zielonkawa mgła...

Ukryta w tajnym przejściu dziewczyna wykonując delikatne ruchy
różdżką rozproszyła mgłę po całym pomieszczeniu. Wpatrzone w
maleńki otwór oko już zaczynało ją piec. Żeby tylko nie
zauważyli...
Jedno machnięcie i mgła zagęściła się, spadając kroplami na
wszystkich ludzi zgromadzonych w łazience.
Dziewczyna, nie czekając na efekt, pobiegła korytarzem.

Niespodziewany deszcz zrosił całą kadrę.
- Co się dzieje? - wykrzyknęła profesorka Transmutacji. W tym
samym momencie poczuła, że jej ciało zaczyna się zmieniać,
maleje, jej dwie dodatkowe pary rąk zanikają i...
- Aaa! - wrzasnęła McGonagal, chwytając najbliższy ręcznik.
Nie była w tym geście osamotniona.

Severus krokiem człowieka dogłębnie zniechęconego życiem wszedł
do pokoju nauczycielskiego i spojrzał zdziwiony na swoich
podwładnych.
- Co? Już jesteście normalni? To o co był ten cały szum?
Osunął się na najbliższy fotel i utkwił w barku zamglony wzrok.
Nauczyciele spojrzeli po sobie.
- Dobrze się czujesz? - zapytała z troską McGonagal.
Snape potrząsnął głową.
- Właśnie odjąłem Slytherinowi 100 punktów.
-...
- Eee... Dyrektorze?
- Tak?
- Chcesz się napić czegoś mocnego?

W pokoju wspólnym Slytherinu wielki Kevin Klein chodził w kółko
i zżerała go wściekłość.
- Daj spokój. - mruknęła czarnowłosa dziewczyna, rozłożona na
pokrytej zielonym pluszem sofie. - Idź lepiej spać, jutro test z
Transmutacji. Chyba nie chcesz stracić więcej punktów?
- To się tak nie może skończyć, Pat! - wybuchnął Kevin - Ten
facet nie miał prawa tego zrobić!
- To dyrektor. On ma prawo do wszystkiego. - zauważyła Pat. -
Może cię wywalić kiedy mu się żywnie podoba. Ciesz się, że tego
nie zrobił i nie naginaj struny.
- O nie! - stanął i spojrzał na nią twardo - Mam mu pozwolić na
takie zwycięstwo? Myśli, że może mnie wywalić? Niech tylko
spróbuje!
- I na co te płomienne przemowy? - Pat uśmiechnęła się
ironicznie - Daj se siana, człowieku! To były śmierciożerca! Nic
mu nie zrobisz a tylko pogorszysz swoją sytuację!
- Sam sobie nie poradzę. - zgodził się Kevin - Ale razem może
czegoś dokonamy... Zawiadom Benja, Andy, Leo i Paula. Ogłaszamy
walne zebranie. Przewrócimy tą budę do góry nogami!
- Wariat. - mruknęła Pat, potrząsając głową.

***

Kolejny spokojny dzień w odciętym od świata Hogwarcie...
- Śniegu jest za dużo, psorze Snape - tłumaczył Hagrid,
wykonując przy tym szerokie ruchy rękami. - Chciałem puścić
testrale z pługiem ale nie chcą ciągnąć.
- Daj im więcej siana. - odparł Severus.
Gajowy popatrzył na niego dziwnie.
Drzwi do jego gabinetu otworzyły się i stanęła w nich McGonagal.
- Z góry dziękuję za pukanie. - powiedział Snape, nie podnosząc
oczu znad jednego z listów, które dotarły do Hogwartu z
tygodniowym opóźnieniem. List był od jednej z matek z pytaniem,
co się stało z sową, która dostarczała dyrektorowi Hogwartu
wyjec.
Postanowił napisać krótką notkę zawierającą szczere kondolencje
z powodu utraty sowy i poradę, by poszukać jej spalonych
szczątków gdzieś po drodze.
- Myślę, że będzie trzeba wytopić ścieżkę w śniegu. -
kontynuował Hagrid.
Severus spojrzał na niego.
- To na co czekasz?
- Naprawdę mogę użyć smoków? - ucieszył się Hagrid i wyszedł pośpiesznie w obawie, że dyrektor się rozmyśli.
- Smoków? - zapytał Severus pół minuty później.
Minerwa odchrząknęła.
- Ach, tak. Czego chcesz?
- Raport z dnia dzisiejszego. Wygląda na to, że nikt się nie
przyznał do zamiany nas w pogańskie bóstwa.
- Do przewidzenia. - oznajmił Severus, zabierając się do
kolejnej korespondencji.
- W każdym razie pan Filch był nam uprzejmy wyjaśnić jakim
sposobem eliksir trafił do naszej wody. Okazuje się, że jeśli
rury doprowadzające wodę zamarzają to Hogwart korzysta z
własnych, samonapełnianych i podgrzewanych zbiorników
znajdujących się na poziomie jeziora. Jak dostali się tam
uczniowie, to już przekracza moje pojęcie.
- Jedno pytanie: W czyich rękach znajduje się obecnie Mapa
Huncwotów? Bo na pewno nie w rękach Pottera. Wiem, bo pytał się
o nią parę razy.
McGonagal wzruszyła ramionami.
- Chcesz przeprowadzić rewizję?
- Myślę, że nie będzie to konieczne. Wystarczy poczekać.
- Jak wolisz. Kontynuując, muszę powiedzieć, że większość
nauczycieli prowadziła bez przeszkód zajęcia, mimo wydarzeń
ostatniej nocy. Co prawda wynikł mały problem, gdyż nauczycielka
Wróżbiarstwa nie zjawiła się na lekcje... Ale sądzę, że do końca
tygodnia się pojawi. Poza tym kilku uczniów uznało, że zabawa na
śniegu będzie dobrym pomysłem... Już ich odkopaliśmy. A pan
Klein dostał o dziwo A na teście z Transmutacji...
- Taak? - Severus uniósł jedną brew - No, wyduś to z siebie
wreszcie.
- No więc - Minerwa odetchnęła głęboko - Wydaje się, dyrektorze,
że w obecnej chwili nie dysponujemy Mistrzem Eliksirów.
- Słucham? Wydawało mi się, że McKaffrey nie złożył oficjalnej
rezygnacji?
- Nie, ale oficjalnie spakował walizki i wyniósł się stąd przed
południem Powiedział, że ten zawód jest jak dla niego zbyt
niebezpieczny.
- Tak powiedział?
- W dużym skrócie. Było jeszcze dużo o bezsensownym narażaniu
życia, wariatach, braku podstawowych zabezpieczeń i petycjach do
Ministerstwa o zamknięcie placówki. - Zamyśliła się na chwilę -
Wyglądał na bardzo wzburzonego. Obawiam się, że przebywanie w
ciele dwutonowej żaby z mózgiem źle na niego wpłynęło.
- Ach tak. Doskonale. - Severus uśmiechnął się lodowato i
Minerwie momentalnie zrobiło się żal pechowego Mistrza
Eliksirów. - W takim razie ogłoś w Proroku i gdzie się da, że
potrzebujemy kogoś na stanowisko. Zobaczymy kto będzie na tyle
zdesperowany, żeby przybyć w taką pogodę - spojrzał znacząco na
okno, za którym średnich rozmiarów śnieżyca zamieniała się
właśnie w burzę śnieżną. - W tym czasie ja się zajmę Eliksirami.
Severus westchnął z satysfakcją i wstał od biurka. W jednym z
kredensów leżały jego stare programy nauczania i pomoce naukowe.
Chociaż wcale nie musiał do niech sięgać, znał je w końcu niemal
na pamięć... Tak, czasami miło jest choć na chwilę wrócić na
stare śmieci.
Może nawet dłużej niż na chwilę. Nie zanosiło się na to, żeby do
lata ktoś się zgłosił.
Za oknami zima stulecia sprawowała niepodzielną władzę nad
światem.




No cóż, Valaraukara nie ma, ale Lacigam trzyma ręke na pulsie i ciągle są opowiadania. Czytajcie więc i pocieszajcie się po poprzednima artykule który usunięto na prosbe pewnej organizacji nie lubiącej konstruktywnej krytyki.

Leonette
2.07.2004, 08:28

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Czokolino

Zdecydowanie mój ulubiony fanfic. Strasznie sie cieszę że jest jeszcze na serwerze

20.08.2007, 16:59
missing-letters

świetne :)

9.11.2005, 21:28
Szarancza_

To opowiadanie jest ekstra!!! Snape na stanowisku dyrektora. BUHAHAHAHA!!! A te sytuacje, teksty, wypowiedzi, humor. Poprostu bomba!!!

8.11.2005, 21:43
Ogonken

Rewelacja!!!!!!!

15.11.2004, 08:25
Ksia

Exstra! W ogóle nierozumiem ludzi którzy twierdzą że to opowiadanie jest nudne. Mnie się bardzo podobało!

23.08.2004, 22:22
mara

dobre! Bardzo mi się podobało Gdzie niegdzie przynudzałaś ale może być Mini :)

2.08.2004, 11:40
Nawia

hahahahahahehehehehehehehehe o bogowie, nie strzymam ;)))) po prostu świetne; będzie ciąg dalszy ???

1.08.2004, 20:02
Kluska

komu sie chce to niech czyta. ja osobiście wole zdjęcia

1.08.2004, 09:33
Hiermi-ją-nina

myślę że to trochę przesadzone nie powinnas pisac takich rzeczy to obraza dla samej rowling chociaz musze prezyznac ze calkiem niezle ci to idzie jednak to wszystko takie wymuszone jakbys probowala podrobic joanne kathleen pisz tylko nie o tym

31.07.2004, 16:36
Bartek

Napewno wypali,ja tez jestem za:)

29.07.2004, 19:32