Książę Miłojeż
Było ciepłe lato i czasem padało, a magiczne miasto StoLat wyglądało w owym deszczu jeszcze bardziej magicznie niż zazwyczaj. Tyle że nikt nie miał o tym pojęcia, a to z powodu, iż owe miasto już od ponad 200 lat uważano za zaginione i w tym czasie jedynymi jego mieszkańcami były różne mniej lub bardziej zabójcze stworzenia (z wyłączeniem ludzi).
Dziś trafił do tego niego niezwykły gość różniący się wielce od tutejszych magicznych mutantów - małe futrzane stworzenie o przewidywalnej długości życia żaby na środku ośmiopasmowej autostrady. Jednak, ponieważ historia lubi niespodziewane rozwiązania takich teoretycznie beznadziejnych sytuacji, darowała owej istocie życie na czas dostatecznie długi, by wydarzyło się coś ciekawego.
Mały różowy nosek otoczony wąsikami wychylił się z kępki trawy. Zakołysał się trochę w powietrzu i po chwili wychylił się za nim futrzany łepek z parą błyszczących brązowych ślepek.
Rudy chomik przebiegł szybko wąską uliczkę i ukrył się wśród gruzów.
* * *
Miasto wznosiło się dość wysoko, ale niewystarczająco, by wybić się ponad korony drzew składających się na las je otaczający. Z owego lasu wyjechała grupka około trzydziestu osób dowodzona przez czarnowłosego, postawnego młodzieńca zwanego Orleanem Młodszym, syna Orleana Starszego.
Wyprawa została zainicjowana przez księcia Miłojeża pragnącego uwolnić się od oblegających go kandydatek na żonę i od macochy pałającej żądzą mordu od chwili, gdy jej kosmetyczka stwierdziła, iż jej pasierb piękniejszy jest od królowej.
Orlean wstrzymał konia i zakomendował:
-Rozbijemy obóz tutaj. Lepiej będzie jeśli na początku do miasta wyślemy zwiad.
Następnie podjechał do młodego jeźdźca wpatrzonego niebo.
-Panie, zatrzymaj już konia - poradził grzecznie.
-Ach! Co? Jak? Gdzie? - odparł zagadnięty rozglądając się dokoła.
-Znowu śniłeś na jawie, panie? - spytał zrezygnowanym tonem Orlean.
-Tak, masz rację - przyznał książę Miłojeż. - Wiesz, wczoraj skończyłem tę książkę o nimfach, wróżkach, smokach i jeźdźcach bez głowy. I wiesz co? Ten chomik, który cały czas pojawiał się w tle, okazał się być zaklętą królewną!
-Dość oryginalne - zauważył Orlean. - Tradycja nakazuje zmienianie młodych królewskich latorośli w żaby, czyż nie tak, Baskir? -tu zwrócił się do zbliżającego się do nich maga.
Magowie w sposób naturalny kojarzą się z dojrzałymi mężczyznami o długich, siwych brodach i w wysokich spiczastych kapeluszach. Ten mag był dowodem na to, iż magowie też kiedyś musieli być młodzi.
-Wyszło z mody sto lat temu - odparł lakonicznie.
-Ale pomyślcie! - Miłojeż uśmiechnął się do obrazów we własnej głowie. - Jakie by to było fascynujące spotkać taką księżniczkę i przyczynić się do uwolnienia jej spod złego zaklęcia?
-Za przeproszeniem, panie, ja bym wolał jakąś normalną dziewuchę, która nie miała w swoim życiu okresu, kiedy była zielona i jadła muchy - sprzeciwił się z niesmakiem Orlean. - A ty, panie, za dużo czytasz owych dziwnych opowiastek, przez które takie pomysły ci się w głowie pojawiły, co ci zwykłej arystokratki za żonę pojąć nie dają.
-Gdybym potrafił, zamieniłbym ewentualną kandydatkę na jakiś czas w żabę i byłoby po kłopocie - powiedział Baskir.
-To by było oszukaństwo - naburmuszył się książę. - I żadnej tajemnicy by w tym nie było.
* * *
Chomik wbiegł do norki, która wyglądała na bezpieczną i która okazała się trochę dłuższa, niż przypuszczał. Wiedziony ciekawością pobiegł dalej i trafił w końcu do miejsca, do którego żadne żywe czy martwe stworzenie nie chciałoby trafić, miejsca, w którym kumulowała się pierwotna magia miasta StoLat.
Nawet mieszkające tu istoty, zazwyczaj bardzo pewne siebie, wiedzione instynktem omijały to miejsce szerokim łukiem. Ów instynkt mówił im, że jeśli chcą zachować charakterystyczną dla swego gatunku liczbę odnóży, czy też przynależeć do tego samego gatunku, co dotychczas, nie powinny zbliżać się do tej na wpół zawalonej świątyni.
Chomik był nietutejszy, nikt więc go nie poinformował o takich zaleceniach, także bez strachu stanął na głównym ołtarzu.
I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego.
* * *
-Czy zwiad już wrócił? - spytał Miłojeż, wychodząc późną nocą ze swego namiotu, przecierając rozmarzone oczy. Orlean zbliżył się do niego.
-Tak - odpowiedział. - Na szczęście był z nimi Baskir, inaczej pożywiałyby się nimi naprawdę interesujące zwierzątka. - Spojrzał na księcia i ruszył w stronę ogniska. - Zresztą sam zobacz.
Przy ognisku leżało dziwaczne stworzenie wyglądające na skrzyżowanie niewielkiego byka ze skrzynką na listy.
-Było ponoć jeszcze sporo innych odmieńców, ale wszystkich nie byliby w stanie przynieść.
-Niesamowite - wyszeptał Miłojeż, wpatrując się. - Takiego stwora nie widziałem w żadnym bestiariuszu.
-Baskir twierdzi, że to zasługa pola magicznego w tym mieście. Poza tym gada jeszcze o jakichś chromosomach, genach i różnych innych dziwnych rzeczach, ale kto by tam zrozumiał magów.
* * *
Chomik czuł się dziwnie. Magia pobawiła się jego genotypem i nagle zostawiła go w spokoju.
Pierwszą wyraźną myślą było stwierdzenie, iż znajduje się wysoko i nie jest mu z tym dobrze, bo ma lęk wysokości.
Drugą: "Zimno mi."
Trzecią: "Gdzie moje futro?"
Czwartą: "Co z moją anatomią?"
Piątą: "Skąd ja znam takie słowa?"
Szóstą: "I w ogóle, to ja chcę napić się takiego brązowego płynu w filiżance, ale nie wiem, co to jest i dlaczego o tym myślę."
Siódmą: "Dlaczego ja jestem naga?!"
* * *
Wzeszło słońce błyszczące wieloma kolorami, zazwyczaj niewidzianymi przy takiej okazji.
-To znowu to pole magiczne - oznajmił Baskir. - Lepiej obejrzymy sobie to miasto i znikajmy stąd, bo nam też przytrafi się coś niezwykłego.
-Baskir ma rację - poparł maga Orlean. - Możesz, panie, znaleźć normalne niemagiczne ruiny i tam wzdychać nad przemijaniem tego świata.
-No dobrze - mruknął książę. - Ale chcę tam przynajmniej zajrzeć.
-No to ruszajmy. - Orlean odszedł do reszty grupy wydać rozkazy.
* * *
Przemierzali miasto ostrożnie i co za tym idzie - powoli. Miłojeżowi to jednak nie przeszkadzało.
-Jej, widzicie tą pięknie zachowaną rzeźbę? A ten łuk, to cud, że się jeszcze trzyma, wygląda jakby miał się zawalić!
-Coś dzisiaj książę wyjątkowo rozmowny - szepnął Baskir do Orleana.
-Służę już przy nim od pięciu lat. - odszepnął Orlean. - To normalne zachowanie na początku zwiedzania.
-A co się stanie potem?
-Zamilknie i zacznie wzdychać.
Rzeczywiście, wiedza Orleana na temat książęcych zachowań była dokładna. Przez jakiś czas jechali w ciszy przerywanej tylko cichymi westchnieniami. Nagle Miłojeż zapytał:
-A jakie przeznaczenie miał ten wysoki budynek na lewo od nas?
Baskir zmrużył oczy, by lepiej widzieć w porannym świetle i po chwili odparł:
-To prawdopodobnie jakaś świątynia. Wygląda na nieźle zniszczoną, ale może któryś ołtarz się zachował.
-W takim razie ruszamy tam.
* * *
Świątynia była niewątpliwie największym budynkiem w mieście i kiedyś zapewne również najwyższym - po jej wieży pozostały już jednak tylko ułożone poziomo gruzy, ale nie wyglądała, jakby się zapadła do środka, było więc duże prawdopodobieństwo, iż da się ją w miarę bezpiecznie zwiedzać.
Baskira zainteresowały runy zapisane na drzwiach frontowych.
-Co oznaczają? - spytał Orlean, zbliżając się do czytającego maga.
-Hm, to może być "Zgubiłem hulajnogę, więc pożycz mi swój rowerek, proszę", "Czemu zaglądasz do mojego talerza?", "Zabierzcie tego psa, panie sąsiedzie, w przeciwnym razie wezwę milicję i dobrze panu tak, a pańskiemu kundlowi jeszcze lepiej" i równie dobrze "Jeśliś homo sapiens, wstąp bez obawy, jeśli do innego gatunku należysz, rzucone na ciebie zostanie losowe zaklęcie zmiany kształtu (lecz zapewne nie jesteś w stanie owego ostrzeżenia przeczytać).
-No i co wybierasz? - uśmiechnął się zdziwiony Orlean.
-Chyba prawidłową interpretacją jest ta ostatnia - oznajmił Baskir. - Czyli ta świątynia służyła nie tylko do praktyk religijnych, ale też do ochrony przed zwierzętami. Szkoda, że nie pomyśleli o tym, że zwierzątka zazwyczaj nie czytają.
- A chroniła też przed pchłami, wszami i tym podobnymi? - zaciekawił się Orlean.
-Mnie nie pytaj.
* * *
Pierwsi do budynku chcieli wejść oczywiście żołnierze, ale książę uparł się, że to on pierwszy postawi stopę w zrujnowanej świątyni. No i postawił tę stopę. Potem nawet drugą. I na tym skończył.
-Panie? - spytał pełen niepokoju Orlean i, nie otrzymawszy odpowiedzi, wcisnął się obok niego do środka. Podążył spojrzeniem za wzrokiem Miłojeża i ujrzał...
-Może to świeżo odczarowana księżniczka - oznajmił słabym głosem Baskir, spoglądając ponad ramionami kolegów w stronę ołtarza i przy okazji rudej dziewczyny. - Wiecie... żaby zazwyczaj nie noszą ubrania.
Książę Miłojeż drgnął, jakby go ktoś ostrogami spiął. Następnie zdjął płaszcz, przeszedł przez główną nawę i okrył domniemaną księżniczkę, a niewątpliwie piękną i niewątpliwie nagą dziewczynę, patrzącą na niego z czymś, co można by bardziej opisać jako zdziwienie niż niepokój.
-Mogę prosić filiżankę herbaty? - spytała grzecznie.
* * *
Książę Miłojeż stwierdził, iż okoliczności znalezienia owej panny, jak i sama panna, są wyjątkowo jak na aktualne realia tajemnicze, więc zrobił to, co powinien - zakochał się i pojął ją wkrótce za żonę. Żyli mniej lub bardziej szczęśliwie, a w każdym razie znikł problem małżeństwa wybrednego księcia, a królowa zmarła wkrótce z ciężkiej zgryzoty wywołanej pojawieniem się w zamku kolejnej piękniejszej od niej istoty.
Valaraukar: Aktualizacja kolejna w sobotę, a nawet dwie aktualizacje: opowiadanie Ivanki i mój artykuł :)
Chomik vel Alchomik
25.05.2004, 18:35
Myślodsiewnia
I think you are wrong.
9.06.2007, 02:19Yep, I think its right.
9.06.2007, 02:19I think you are wrong.
8.06.2007, 18:18Yep, I think its right.
8.06.2007, 18:18Ma Nishma?
8.06.2007, 15:28Shalom
8.06.2007, 15:28Ma Nishma?
8.06.2007, 10:53Shalom
8.06.2007, 10:53z5eidmbtp2pcistx btwggwte 0rx84r60tytlr2gui
5.06.2007, 14:18ltoyb5lnj1qmv ooe3x5bco30p jbm29ahxbe
5.06.2007, 04:48