Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Sylvia

W pomieszczeniu było ciemno, nienaturalnie ciemno, nawet jak na burzliwą, bezksiężycową noc, ale postać, której obecność była w nim wyczuwalna dzięki zmysłowi słuchu (lekkie chrapanie, tudzież sporadyczne jęki i krzyki) lubiła ciemność, jedynie w tej czerni potrafiła usnąć, chociaż sen też nigdy nie dawał wytchnienia, koszmar trwał, powtarzał się wciąż od nowa, nawet wyraźniej niż we dnie, niż w świadomych wspomnieniach. Nienawidził tych snów, nie potrafił spać bez nich, musiał spać aby żyć, musiał żyć aby wypełnić przysięgę...


***


   SZKOŁA:


Stał w wielkiej sali Hogwartu, chciał mieć już przydział za sobą, a  tymczasem dziewczyna która weszła na podium przed nim, siedziała pod tiarą już od pół godziny, o ile dobrze pamiętał najdłużej (dwie godziny) przydzielany był Gwendolin Wadliwy (tiara nie mogła się w nim doszukać żadnych zalet) dziewczyna była niemiłosiernie brzydka, miała długie, chude kończyny ("przypomina pająka" - to porównanie wygłoszone przez kogoś stojącego za nim go rozśmieszyło) długie czarne włosy związane w warkocz sięgający połowy pleców i (zdążył to zauważyć nim tiara zakryła jej twarz) anormalnie wielkie szare oczy - jakby stale miała wytrzeszcz. (Pomyślał, że ktoś chyba za mocno zacisnął jej wstążkę na tym żałosnym warkoczu - co za infantylizm!) A teraz siedzi tam i marnuje cenny czas, na myśl napatoczyło mu się słowo którym ojciec określał matkę kiedy był wściekły (czyli koło dziesięciu razy dziennie) zaczął ze zniecierpliwieniem potupywać nogą, powinien spodziewać się, że tak będzie, zależało mu na tym aby  mieć tą żałosna ceremonię za sobą (właściwie przerażającą, ale nie on się przecież niczego nie boi, jak ojciec, najwyżej  nie dostanie się do Slytherinu, wielkie mi mecyje! Najwyżej jego życie zakończy się długo i boleśnie w najbliższym czasie... Może tak by nawet było lepiej, lepiej dla niego, dla matki, dla wszystkich...) i oczywiście tuż przed nim musiała stanąć na podium ta ...
-SLYTHERIN!!!
Wrzasnął kapelusz.
Dziewczyna wstała w końcu i odeszła do stołu ślizgonów odprowadzana nieprzychylnymi spojrzeniami jeszcze nieprzydzielonych, potykając się o własne nogi.
Wreszcie wszedł na podium, nadeszła jego chwila, materiał zasłonił mu widok na salę, w uszach zawibrował cieniutki głosik:
-No i cóż, kochasiu, chcesz żeby Cię przydzielić do slytherinu? Czyżby to była jakaś nowa moda, wszyscy tylko slytherin (w głosiku pobrzmiewała wyraźna irytacja), jesteś pewien, że właśnie tam chcesz spędzić siedem lat swojego życia? No cóż, jeżeli tak uważasz, chociaż moim zdaniem, no tak, ale ono Cię oczywiście nie interesuje, ech wy młodzi, myślicie, że pojedliście wszystkie rozumy. No cóż, niech Ci będzie... SLYTHERIN!!!
Podszedł do stołu który był jego przeznaczeniem (przynajmniej zdaniem ojca).


***


Biegł jak szalony, musiał zdążyć na transmutację, nie był z niej najlepszy (a mówiąc szczerze był wprost fatalny) a McGonagall zawsze miała mu coś do zarzucenia, miał dziwne wrażenie, że jego ignorancja mniej rzucałaby się w oczy, gdyby nie siedział z pokraką, która okazała się być najlepszą uczennicą z jego rocznika. W dzikim pędzie minął kolejny z zakrętów i wpadł wprost na jednego z piątoklasistów, przeklął w duchu swojego pecha, był to osobnik, którego wszyscy pierwszoroczni unikali niczym zarazy: Lucjusz Malfoy, na dodatek wraz ze swoją paczką.
W oczach starszego ślizgona zobaczył zimną furię.
-Ładnie to tak biegać po korytarzu, smarkaczu? Wiesz, dziecinko, że to nie jest bezpieczne? Mogłeś np. wpaść na tą ścianę, a to byłoby bardzo bolesne, chociaż oczywiście nie uwierzysz mi na słowo, jakby cię tu przekonać dla Twojego własnego dobra, oczywiście... - jego głos ociekał jadowitą ironią, jego obstawa uśmiechała się obleśnie...
-Mud, zaprezentuj panu na jego własnej skórze jak boli zderzenie się ze ścianą. Może to go oduczy biegów po korytarzach.
Wielki osobnik przypominający wyglądem skrzyżowanie lodołamacza z trollem chwycił go za szatę i wykonał zamach, pierwszoroczniak spróbował przygotować się na spotkanie ze ścianą, zasłonił głowę rękami, wiedział, że to niewiele pomoże, ale...
-Nie, doprawdy panie dyrektorze, nie uważam, żeby to był dobry pomysł...
Rozległ się głos McGonagall.
-Za to ja uważam, pozwól, że ci to wyjaśnię, ale nie tutaj, wejdźmy może do sali zaklęć. -Potoczył się korytarzem głos dyra.
Ofiara odczuła gwałtowny wstrząs w okolicy żołądka, zderzyła się nie ze ścianą, lecz z podłogą, zdążyła jeszcze zauważyć znikające za rogiem krańce peleryn prześladowców, gdy zorientowała się, że leży właśnie pod salą zaklęć, a w jej kierunku zmierza dyrektor i jego zastępczyni, w której sali powinna teraz siedzieć przepisując jakieś nudne formułki, serce podskoczyło jej do gardła, zacisnęła powieki, tak jakby dzięki temu, że sama nie widzi, mogła stać się niewidzialna dla otoczenia.
Sekundy przeciągały się w wieczność, a on leżał niczym skamielina niezdolny do podjęcia nawet najprostszych kroków mogących uchronić go od klęski...
-No i czego leżysz baranie? Jesteś spóźniony już dziesięć minut.
Usłyszał lodowato spokojny głos nauczycielki transmutacji, zrozumiał, że musi w końcu podnieść wzrok i zmierzyć się z sytuacją.
-Pani profesor ja...
Urwał gwałtownie, przed nim nie stała dyrekcja, lecz pokraka, usta same, mimowolnie mu się otworzyły.
-McGonagall kazała mi cię sprowadzić, uważa za całkiem prawdopodobne, że przy twoich zdolnościach do nauki po upływie miesiąca nadal nie wiesz jak trafić do jej klasy.
-Bardzo śmieszne.
Warknął, wiedział, że nawet jeśli McGonagall tak właśnie myślała, to z pewnością by tego nie wyjawiła. Zdał sobie też sprawę z tego jak kretyńsko musi wyglądać, natychmiast wstał z ziemi i bez słowa ruszył korytarzem w kierunku sali lekcyjnej, w której powinien siedzieć od jedenastu minut, przez chwilę szli w milczeniu.
-Właściwie, należałyby mi się jakieś słowa wdzięczności.
Rzuciła lekkim, konwersacyjnym tonem.
-Doprawdy? - zapytał głosem, który, miał przynajmniej taką nadzieję, zamrozi ją na amen, nadzieja okazała się być złudną.
-Wiesz gdyby nie ja, to tkwiłbyś teraz rozmiażdżony na tej ścianie w charakterze zgniecionej muchy.
-Doprawdy? - powtórzył (bo nic innego jakoś nie przychodziło mu do głowy) i spojrzał na nią z odrazą, a wtedy zauważył ze zdziwieniem, że się uśmiecha.
-A to niby jakim sposobem? - warknął.
-A takim. - wyszedł z jej ust głos Dumbla. - I takim - powtórzyła sopranem McGonagall.
Severus poczerwieniał.
-Podłe, mugolskie sztuczki!
-Oczywiście, ale przynajmniej skuteczne.
Znowu na nią spojrzał i teraz zobaczył, że nawet już nie próbuje ukrywać uśmiechu.
-Wiesz, naprawdę nie mam pojęcia jakim cudem wpadłeś do slytherinu, w życiu nie spotkałam większej fajtłapy! - wybuchnęła śmiechem, znowu spojrzał na nią bykiem i nagle niespodziewanie dla samego siebie również roześmiał się wesoło. Dziewczyna wyciągnęła do niego rękę.
-Sylvia da Silva, do usług. - powiedziała dygając przekomicznie.
Przez chwile patrzył na tą dłoń a potem wysunął swoją.
-Severus Snape... Miło mi... - dodał po dłuższej chwili wahania. Znowu oboje roześmiali się wesoło i w najlepszej zgodzie podążyli na lekcje.


***


Właściwie od tamtej pory stali się świetnymi kumplami, siedzieli razem na lekcjach, odrabiali razem prace domowe (okazało się, że Sylvia wcale nie jest taką geniuszką w wielu przedmiotach typu: eliksiry czy historia i teoria magii, zielarstwo, astronomia... Severus był szczęśliwy, że może ją czegoś nauczyć, to dawało mu poczucie przewagi i siły, dzięki temu nie czuł się w jej obecności jak skończony dureń i pajac. Oboje byli świetni z OPCMu. Właściwie, doskonale się uzupełniali, czego nie wiedziało jedno, umiało drugie i na odwrót naturalnie. Poza tym Sil nie była kujonką jak się z początku obawiał, wręcz przeciwnie, z nich dwojga to on więcej czasu spędzał na nauce.) chodzili oglądać mecze Quidittcha grywali w szachy.
Anegdota o tym jak wystawiła do wiatru Malfoya szybko obiegła całą szkołę, jednak ku zdziwieniu wszystkich Lucjusz nie był wściekły, a nawet odnosił się do nich dwojga z czymś w rodzaju sympatii, zwłaszcza do Silvy, którą nazywał swoją małą siostrzyczką :"Fakt, podobni do siebie jesteście jak dwie krople wody" mruknął kiedyś sarkastycznie Sev, czym mocno zdumiał cały pokój wspólny, który nie był jeszcze przyzwyczajony do tego, iż on również posiada talent do szyderstwa, nie gorszy niż Sil.
Rozmyślał o tym, siedząc w tymże pomieszczeniu w tydzień po owym wydarzeniu, sącząc z obrzydzeniem eliksir na ból brzucha. Drzwi otworzyły się gwałtownie i wparowała przez nie rozbawiona banda ślizgonów z Sil na czele, włosy wypadały jej z rozluźnionego warkocza.
Wskoczyła koło niego na kanapę.
-Co? Dalej boli?
Mruknął potwierdzająco.
-Biedny Sevulek.
Pogładziła go lekko po ręce z nieco krzywym uśmieszkiem.
-Chodź musimy pogadać, to ważne.
Stwierdziła, chwyciła jego dłoń i podciągnęła go do pionu.
Po chwili byli już na błoniach, niedaleko zakazanego lasu.
-Poczekaj chwilę. - Mruknęła i zanurkowała w krzaki, po chwili wyszła z nich z miotłą.
-Siadaj i leć.
Severusowi znowu zrobiło się niedobrze, czuł, że jego cera zielenieje, ale jakoś nic nie mógł na to poradzić, Sil wpatrywała się w niego uważnie.
-Wiesz, nie możesz wiecznie wykręcać się od lekcji, przed miotłą nie uciekniesz, to podstawa. Nie bądź baba, wsiadaj!
Spojrzał na nią błagalnie, nic z tego, wiedział już, że jak Sil się uprze, to nie ma mocnych, przełknął gulę w gardle i sięgnął po kij, ostrożnie przełożył przez niego nogę, miotła zaczęła gwałtownie podrygiwać i wyrywać się z jego kurczowego u ścisku... Poczuł jak jego stopy odrywają się od ziemi w chwilę potem leżał już na glebie rozcierając sińce.
-Wcale nieźle, ale lepiej by ci chyba poszło, gdybyś otworzył oczy.
Sil śmiała się wesoło, nie miał jej tego za złe, była jedyną osobą która  mogła się z niego śmiać, w jakiś dziwny sposób wiedział, że to nie pogarda z jej strony, lecz szczera sympatia.
-Może faktycznie lepiej jeszcze trochę się powykręcaj, dopóki nie przećwiczysz, będziemy tu przyłazić codziennie wieczorem i w końcu się nauczysz.


***


Postać leżąca na łóżku jęknęła, pamiętała to, to wydarzenie i setki innych, nie dane jej było zapomnieć.


***


WAKACJE U MALFOY'ÓW
Leżał na łóżku próbując zapomnieć o porannej kłótni rodziców, zapomnieć o tym że to dopiero początek wakacji, że czeka go jeszcze siedem tygodni do spędzenia w tym domu, tym koszmarze, nieustannym chaosie, siedem tygodni uczestniczenia w błędnym kole kłótni i przemocy. Wrzaski ojca na matkę, wyrzuty matki do całego świata, w szczególności zaś do jego i ojca.
Myśli nie chciały odejść, z wyrachowaną przyjemnością strącał kedavrą latające pod sufitem muchy, głupie, brudne, bezmyślne szkodniki, każda z twarzą ojca lub matki, lata taka beztrosko po pokoju utrudniając, uniemożliwiając życie człowiekowi i nie spodziewając się niczego sama traci życie, wystarczy jedno słowo, lekki ruch różdżki i spada zataczając kręgi, zlatuje na zakurzoną podłogę aby już nigdy  nie powrócić do towarzyszek, na zawsze unieszkodliwiona...
Jego rozmyślania przerwał brzęk tłuczonej szyby, zalała go krew, nigdy, nawet chwili spokoju, wyjrzał przez okaleczoną ramę okienną gotów do popełnienia jakiegoś straszliwego głupstwa...
W ogrodzie zobaczył osoby których spodziewał się najmniej w świecie: Sil i Lucjusza.
Błyskawicznie zbiegł po schodach, nie zauważając nawet naburmuszonej miny matki.
-No, w życiu nie zgadniesz! Lucjusz mieszka tu niedaleko, znaczy ma letnią rezydencję i jego rodzice zaprosili mnie na wakacje, musiałam niemal uciekać z domu, wiesz moi starzy to gryfoni -Sil wzruszyła ramionami i potoczyła wkoło wzrokiem w sposób tak śmieszny, że nie sposób było zachować powagi.
-Właśnie, przypomniałem sobie, że gdzieś niedaleko mieszkają jacyś Snape'owie i postanowiliśmy sprawdzić, czy ty się przypadkiem do nich nie zaliczasz. - Mruknął Malfoy tym swoim charakterystycznym nieco pretensjonalnym tonem.
-Czy mi się zdawało, czy też faktycznie zabawiałeś się rzucając kedavrę?- zapytał nagle wpatrując się w niego dziwnie intensywnie, Severusowi zrobiło się nieswojo, zaraz, kimże był ojciec Malfoya, jakąś szychą w ministerstwie o ile dobrze pamiętał, czy to aby nie...
-Nie musisz się bać, mój ojciec nie jest konserwatywny z punktu widzenia urzędników, pytam przez ciekawość, wiesz, niewiele osób potrafi poprawnie rzucić zaklęcie uśmiercające. Ojciec Cię nauczył?
Sev poczuł wzrok Sil na swoich plecach, po raz pierwszy zauważył, że jest coś czym może jej naprawdę zaimponować, nie mógł stracić takiej okazji.
-Ja umiem, ale nie wspominaj o tym ojcu, nauczyłem się z jego książek jak byłem mały, wykradałem je jak dawał mi szlaban, były ciekawsze od moich.
-Och, wierzę. - Mruknął Malfoy wciąż mierząc go wzrokiem - no cóż proponuję udać się na kremowe piwo, ja stawiam. Zapewne spędzimy te wakacje razem, chyba, że masz coś ciekawszego do roboty...
Sev zadrżał, spędzić całe wakacje z Malfoyem i Sil, czy mógł wyobrazić sobie coś piękniejszego?!
-Nic specjalnie ciekawego nie przychodzi mi do głowy.
Ruszyli do najbliższego pubu.


***


Zacisnął w dłoniach poduszkę, może gdyby nie te wakacje, gdyby Malfoy nie zauważył zielonej poświaty, gdyby nie był takim głupcem kiedy zechciał się popisać przed Sil, wszystko potoczyłoby się inaczej. Gdyby nie przeniósł się do tego domu, nie opuścił swoich śmieci... z przygryzionych warg stoczyła się kropla krwi... Sen: wciąż ta sama, wieczna, nieustanna męka...


***


-Podłe dranie! Nie cierpię ich! Nienawidzę! Jak oni mogą mi to robić?!
Sil zrzuciła z pobliskiej szafki chińską wazę.
-To, że twoi rodzice traktują cię jak gówno, wcale nie usprawiedliwia rujnowania mojego mieszkania. - Rozległ się cichy, sarkastyczny głos Lucjusza.
Sil chrząknęła z zażenowaniem.
-Wybacz Lu, poniosło mnie troszkę.
-Nie szkodzi, nigdy nie lubiłem tej wazy, kiedyś omal nie odgryzła mi palców.
-To mnie nie usprawiedliwia, powinnam lepiej nad sobą panować.
-Fakt. Dlatego właśnie tak cenię Seva, on nigdy nie traci nad sobą kontroli.
Severus leciutko poczerwieniał, komplement od samego Lucjusza Malfoya, niech tylko chłopaki się dowiedzą! Już mu zazdroszczą, że może spędzać całe wakacje u Malfoy'ów, podczas gdy oni są zapraszani tylko na noc balu z okazji urodzin Pani Domu. Zauważył, że patrzą na niego oboje najwyraźniej oczekując jakiejś reakcji.
-A właściwie o co poszło? - zapytał szybko aby odwrócić od siebie uwagę.
-Jak zawsze: o to że Sylvia jest tym, kim jest, a nie tym, czym by chcieli aby była jej rodzice.
-Och... To znaczy?
-Jest ślizgonką, prawdziwą ślizgonką, a jej rodzina próbuje ją powstrzymać przed wypełnieniem obowiązku każdego prawdziwego ślizgona...
-To znaczy?
-Nieważne, nie drążmy już tego, bo stłukę jeszcze parę rzeczy, Lu bądź człowiekiem postaw piwo.
Ton Sil był wyjątkowo stanowczy, zauważył, że zamieniają z sobą jakieś ukradkowe spojrzenia, czy mu się zdawało czy rzeczywiście usta Sylvii poruszyły się bezgłośnie formułując słowa: "Jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas na niego."?
W każdym razie, Lucjusz przystał na propozycję i ruszyli do barku, reszta wieczoru ginęła w mrokach niepamięci (lub zamroczenia).


***
Śmiała się, to nie był zwykły śmiech, to był śmiech szaleństwa, patrzyli na nią w osłupieniu, tylko on zachował resztki przytomności, podszedł i uderzył ją w twarz, urwał się ów przerażający chichot.
-Dzięki Sev, przepraszam was wszystkich, ale... To takie niespodziewane szczęście, w końcu się uwolnić, być wolną od tego wszystkiego, to cudowne uczucie.
Znowu się roześmiała, spojrzał na resztę ludzi, ich twarze wykrzywiał grymas widocznej ulgi.
-Teraz nic już nie stoi na przeszkodzie twojemu przystąpieniu do nas. -Mruknął Lucjusz cicho.
-Tak teraz mogę przystąpić. -Odpowiedziała z uśmiechem.
Dziwna rozmowa, bardzo dziwna, nie wiedział co znaczy, była przecież ślizgonką od pięciu lat, jej rodzice nie mogli jej w tym przeszkodzić, jaki jest sens tej rozmowy?
-Wybaczcie na chwilę, muszę skontaktować się z adwokatem, reszta rodziny pewnie już zaczęła bić się o spadek.
Wyszła szeleszcząc czarną szatą, zebrani rozeszli się do swoich zajęć, on stał. Słyszał już gdzieś ten sam śmiech, po którym nastąpił ten sam złowieszczy spokój, gdyby tylko mógł sobie przypomnieć...
Matka, matka śmiejąca się histerycznie, wrzeszczący ojciec, odgłos wymierzonego policzka, chłodne "chyba jesteś z kimś umówiony za pięć minut", trzask zamykanych wyjściowych drzwi, ręka matki sięgająca po różdżkę, kierująca ją w jej pierś, spokojnie bez żadnych emocji wymówione słowa "Avada Kedavra" błysk zielonego światła... Pogrzeb...
Zauważył, że leży na podłodze, zwinięty w kłębek, przeklęte wspomnienia, przeklęte... Sil, gdzie jest Sil, powinien jej o tym opowiedzieć... Sil... Histeryczny śmiech, spokój...
Gwałtownie zerwał się na nogi, biegł, biegiem przemierzał korytarze i schody, nie zwracając uwagi nawet na wściekłe okrzyki Gwidona Malfoy'a, pędził, wiedział, że czasu jest coraz mniej, nagle do głowy wpadła mu myśl, schowek na miotły, tam gdzie pierwszy raz... Gwałtownie zmienił kierunek...


***


Biegł, znowu biegł, może gdyby nie biegł, gdyby wcześniej pomyślał byłoby lepiej, och głupi, głupi szalony bieg, pięść z furią uderzyła miękki puch poduszki...


***


Leżała na podłodze, z bladą pozbawioną wyrazu twarzą, szklistymi oczyma wbitymi nieruchomo w ciemność, z butelką w ręku, nie chciał w to uwierzyć, nie mógł w to uwierzyć, wyciągnął dłoń aby po raz ostatni poprawić niesforny kosmyk włosów, trzeba będzie powiadomić tych którzy ocaleli z jej rodziny, no i Malfoy'ów...
Czy mu się zdawało, czy na szyi wyczuł lekki ruch skóry, poruszony gwałtowną nadzieją wyrwał z jej dłoni butelkę, powąchał, szalona radość chwyciła jego serce, wystarczy parę oczek żuka, parę oczek żuka, które zawsze nosił w kieszeni aby nastraszyć  DedrieVague. Wrzucił je do flaszki, potrząsnął, ostrożnie przyłożył do warg Sil, przez jej ciało przebiegł gwałtowny spazm, zdążył złapać jej głowę zanim dostała ataku drgawek i uderzyła nią o kamienną podłogę, gdy jej ciało odrzucało truciznę.
Zamrugała, spojrzała na niego półprzytomnie.
-Dlaczego Sil? Przecież oni cię nienawidzili, pomiatali tobą traktowali jak...
-Byli moją rodziną, byłam krwią z ich krwi i kością z ich kości...
Mówiła cicho, chrapliwie, co jakiś czas przerywając aby umożliwić truciźnie opuszczenie organizmu.
-Kochałam ich, nie możesz tego zrozumieć?
Wpatrywała się w niego szarymi, przepełnionymi bólem, goryczą, samotnością i strachem oczyma, widziała w jego spojrzeniu niezrozumienie i jakiś żal, czy tęsknotę...
-Nie, nie potrafię. - Powiedział w końcu zduszonym głosem.
-A ja ich kochałam... -Słowa wypowiedziane szeptem, a jednak najgłośniejszy i najrozpaczliwszy krzyk o pomoc jaki kiedykolwiek słyszał, choć miał ich później usłyszeć, najróżniejszych, niemal setki.
-Nie rozumiesz?!
Poczuł jak jej drobne pięści uderzają z furią o jego pierś, delikatnie złapał ją za nadgarstki i unieruchomił, patrzyła na niego z furią i nagle zobaczył, że jej szare oczy wilgotnieją, poczuł całą jej bezradność i zagubienie, a jednocześnie nie miał pojęcia co zrobić, instynktownie przygarnął ją do siebie, po chwili poczuł jak jego szata robi się mokra łez...


***


Severus przeglądał się w lustrze, swoim zdaniem wyglądał idiotycznie w zielonej szacie ze srebrnym wykończeniem, w ogóle sam pomysł tego balu był idiotyczny, bał się pomyśleć co by było gdyby nie Sil, zarumienił się, Malfoy szedł z Narcissą, najładniejszą dziewczyną w całej szkole, Stiup z Dellą która miała znakomite nogi, Mud zaprosił Tinę o fenomenalnych oczach. Tylko on i Sil wypadną beznadziejnie Nietoperz i Pajęczyca - coś pięknego! Usłyszał szelest sukni sunącej po podłodze, odwrócił się, za nim stanęła, nie! - Za nim stanęło zjawisko, wcielona Platońska idea piękna, coś co raz ujrzawszy, można było umrzeć, wiedząc, że niczego wspanialszego niż ten widok już się w życiu nie doświadczy, choćby się żyło i tysiąc lat.
Istota idealna uśmiechnęła się lekko, z zażenowaniem.
-Fatalnie, co? To w końcu tylko jeden wieczór i może można będzie założyć maski.
Przez chwilę nie mógł zrozumieć dlaczego bogini mówi głosem Sil, a potem zrozumiał niesamowitą prawdę: Sylvia da Silva, nie była już tą pokraczną dziewczynką którą zawsze do tej pory w niej widział, stała się kobietą i to piękną kobietą! Mimowolnie zaczął zastanawiać się kiedy to przeistoczenie miało miejsce i czemu je przegapił...
-No chodź raz kozie śmierć!
Westchnęła i dumnie uniósłszy  głowę ruszyła do wielkiej sali, podał jej ramię tuż przed wejściem.
Gdy przekroczyli próg skierowały się na nich wszystkie spojrzenia, właściwie na nią, zauważył czerwonego niczym burak Stiupa, a za nim Dela i innych chłopaków. Uśmiechnął się do nich z wyższością.


***


Śpiący widział przed oczyma jej postać, żywą, śmiejąca się, w długiej srebrnej sukni, szczupłą, kruchą sylwetkę, jej wyraziste oczy okolone czarnymi rzęsami, szare gdy był smutna, niebieskie gdy była szczęśliwa, jej lekkie, powolne, nieświadome swej zmysłowości ruchy, sarkastyczne uwagi jakimi zbywała innych chłopców proszących ją do tańca, nerwowe zakładanie kosmyka włosów za ucho gdy próbował jej wyjaśnić...
Na poduszkę upadła łza, nie smutku lecz goryczy...


***


-Nie Lucjuszu, on się nie nadaje!
-Potrafił rzucić kedavrę już w drugiej klasie, kto się nadaje jeśli nie on?
-Pomyślmy, może np. ktoś kto nie jest fajtłapą?!
-Czarny Pan potrafi skutecznie wyleczyć z gapiostwa i nieudolności.
-Lucjuszu, to nie dla niego, znam go najlepiej z Was i mówię, że on się nie nadaje!
-Nie rozumiesz Sil, Pan chce go zdobyć, jeżeli ty w tym nie pomożesz to on zajmie się tym osobiście.
-To nie dla niego!
-Jakaś ty uparta, nie rozumiesz, że ten argument jest śmieszny, to Pan decyduje kto jest godzien zostać jego sługą. Wybrał Ciebie, umożliwił Ci wstąpienie do szeregu swych podwładnych, dał Ci wolność, zniszczył twoje więzy, dał ci same dobrodziejstwa, Sev jest Twoim przyjacielem, a nie chcesz aby i on został wyrwany troskom, aby i jego życie upływało szczęśliwie w służbie Panu?!
-To co jest szczęściem dla mnie, nie oznacza że będzie szczęściem dla Seviego...
-Jesteś śmieszna, przecież wszyscy wiemy, o czym myśli zabijając te swoje muchy czy inne robactwo, kogo widzi w każdej ofierze, Pan zrobi to za niego, zdejmie z niego grzech ojcobójstwa, wiesz że on go prędzej czy później popełni, chyba, że ktoś to zrobi za niego...
-Nie Lucjuszu, nie przyłożę do tego ręki, nie chcę...
Miał już dość tego podsłuchiwania, siedzenia w kucki pod stołem, niepewności i był wściekły...
-Nie potrzebuję, żebyś odgrywała rolę mojej niańki!
Spojrzeli na niego z zaskoczeniem, twarz Lucjusza wykrzywił uśmiech.
-Z przyjemnością przystąpię do Pana, Lucjuszu, kimkolwiek by on nie był, ktoś  kto czyni dobrodziejstwa, nie może służyć niesłusznej sprawie...
-Nie pożałujesz tej decyzji.
Lucjusz wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi. Sev spojrzał na Sil, jej widok go zszokował, nigdy  jeszcze nie widział na jej twarzy przerażenia, strach owszem, ale nigdy takiego dzikiego, zwierzęcego przerażenia, była blada, sinymi ustami wyszeptała:
-Sev, coś ty zrobił... W coś ty się wpakował...
-Wszystko co jest wystarczająco dobre dla ciebie, jest dobre i dla mnie!
Warknął wściekle.


***


Kłótnia, ta właśnie kłótnia i ponad rok milczenia, rzucania złych ukradkowych spojrzeń "Dlaczego nie ostrzegła mnie wprost?" "Dlaczego nie powiedziała, że nic jej z nim nie łączy?" "Dlaczego koniecznie chciał wtykać nos w moje sprawy?" "Dlaczego mnie nie słuchał?"  "Jakim cudem ją zwabili?" "Dlaczego w to wszedł?" Nie zadane pytania: unoszące się w powietrzu, zatruwające atmosferę, niszczące to co było między nimi...
Dlaczego dał się ponieść ambicji i gniewowi, dlaczego jej nie zaufał?
Pióra z rozprutej zębami poduszki wolno opadały na podłogę...






Valaraukar: Kontynuację można znaleźć pod adresem http://prorok.pl/fikcja/str-all.html.

Ivanka
15.05.2004, 19:09

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Wiewióreczka

Ivanko to jest dobry temat, ale to powinno być bardziej sarkastyczne i Malfoj za miły...

22.07.2004, 23:01
Zarrow

Hmmm... Kilka dobrych dialogów, momentami naprawdę nieźle napisane. Tylko pa czemu to takie pourywane? Niby zabieg celowy, ale chybiony... Bo tak to se skaczemy z kwiatka na kwiatek i nie za bardzo wiadomo, o co w tym wszysktim chodzi...

30.06.2004, 15:25
Ivanka

Gdzie się podziali dawni szydercy, gdzie te sarkazmy, gdzie tamten świat?:) Mierzeję uwielbiam i powtarzać to będę póki sił:), dziwne lubię pisać dziwne rzeczy:) I pięknie wszystkim (nie) dziękuję:)!

22.05.2004, 11:21
sonka

O cholera!Intrygujące..Hipnotyzujące i wogóle wszystko co najlepsze.Ciekawe..Jednym słowem:Super.I eczytać dalszy rozdział.Super Snape:)

18.05.2004, 20:59
Zamyslona

Fajne, ale troche dziwne.

18.05.2004, 19:30
Ethel

Tak, kiedyś Ivanka pisała co sądzi o Mierzei, ale cóż to ma do rzeczy, kiedy pisałam o tym co sądzę ja? ;) Dobra, już nie nudzę. Powiem tak: "Dziewica..." to nie mój typ. I koniec. Hm, ciekawe ile razy już to powiedziałam? Do diabła, już nic nie mówię na ten temat! Anka, w pewnym sensie masz rację; swoje zdanie wypowiedziałam niejeden raz i już nie chce mi się go wyrażać w bliższy sposób, jak to powiedziałaś....:)

18.05.2004, 16:39
A.Katarsis

Ojej ojej:) A ja sie pochwale:) Przeczytałam to teraz poraz drugi raz( za pierwszysm czytałam to na tej takiej stronie) i coraz bardziej mi się podoba)(nie to żeby mi się nie podobało wcześniej;) ) ale podoba mi się to w taki sposób ,ze przeczytam to poraz trzeci:)

18.05.2004, 13:56
Jane

Ivanko, bardzo dobre :) Ech, ja nie mam cierpliwości pisać długich opowiadań, bo zwykle mi się nudzą po zaskakująco krótkim czasie :/ A jeszcze co do Mierzei, to ja tam uwielbiam jej dzieła, zresztą Ivanki też :) I zgadzam się, że nie ma po co ich porównywać...

18.05.2004, 08:42
(Czarna) Łapa

Przyznaję rację (i to ogromną) Ance i Valaraukarowi. Osobiście ubustwiam obydwie autorki. Czego nie ma w dziełach Mierzei, to znajdę u Ivanki. Każdy, kto przysyła tu swe opowiadania ma własny, odrębny styl. Nie sposób porównywać jakichkolwiek 2 autorów, bo to się mija z celem. Ludzie, dostrzeżcie to!!! Opowiadanie jest fenomenalne. Świetnie zostały opisane uczucia i przeżycia wewnętrzne. Całość podtrzymuje niezwykłą atmoserę. A czytając D.S. można się za to pośmiać. Wielkie brawa dla Ivanki i Mierzei!!!!!!!!

17.05.2004, 20:16
Anka

Droga Ethel, ja ty się w całości zgadzam z Valem... Może ty nie widzisz stylu Mierzei, albo masz na ten temat swoje zdanie, ale wolisz go nie wyrażać w bliższy sposób, nie wiem... Ale u Mierzei fenomenem jest to, że cały komizm sytuacji (bądź jej powagę) można ujżec dzięki dialogom. Są sytuacje których po prostu nie da się przedstawić za pomocą (nawet dwustronicowego, bardzo szczegółowego i świetnie napisanego) opisu! Pozdrawiam!

16.05.2004, 21:24