Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

- Podobno wiedźmin przybył do Rembertowa od zachodu, ulicą Powroźniczą…
- Co też pan opowiada! Powroźnicza to same wertepy, a jego maszyna była zagraniczna! Mój synek – ten co mechanikiem jest, nie ten, co się w poezję bawi… Skaranie Boskie z takim – prawie trzydzieści lat na karku, a starej matce wcale nie pomoże! Nawet grosza nie zarobi! Gdybyż mój Czesio mógł być taki jak mój starszy – Irek… No więc mój Ireczek mówił, że takie coś po pięciu minutach na takiej drodze rozpadłoby się na kawałki!
- Droga pani Piłatowa, nie ma pani za grosz wyczucia! Stara się tu nasz kochany pan Kominek, tyle lat pani od niego marchew kupuje, a teraz psuje mu pani całą opowieść!
- Pani się nie odzywa, pani Wiśniewska! Nie wtrącałabym się, gdyby ta historia się kupy trzymała! Widziałam ja przecież tego wiedźmina! Przecież on wcale nie był siwy, a tego Żebrowskiego to już w ogóle nie przypominał!
- A mój wnuczek mówił mi, że ten aktor Żebrowski do prawdziwego wiedźmina zupełnie niepodobny.
- Pani Mietelnicka, co pani mówi! Przecież pani go nawet na oczy nie widziała!
- Ale swoje wiem.
- A wiedzą drogie panie, skąd u nas się taki odmieniec wziął? – spytał pan Kominek, pochylając się ponad ladą w stronę spragnionych nowości klientek.
- No przecież sam pan mówił, że Powroźniczą przyjechał… - zaczęła pani Wiśniewska.
- Sąsiadka mi mówiła, że ma tu daleką rodzinę i przyjechał na pogrzeb. Dlatego ubrany był od stóp do głów na czarno – powiedziała pani Mietelnicka.
- To panie chyba nie były na mszy w niedzielę! Przecież sam ksiądz proboszcz w kazaniu powiedział, że jak się dowie, kto tego wiedźmina wynajął, to nie udzieli mu rozgrzeszenia! – oznajmiła podniesionym głosem pani Piłatowa.
- A co ksiądz ma do tego? – zdumiała się pani Mietelnicka. – Jak ktoś wiedźmina wynajął, to znaczy, że go potrzebował. I skąd panie wiedzą, że nie przyjechał na pogrzeb?
- Pani to bezbożna jest! – oburzyła się pani Piłatowa. – Żeby księdza proboszcza nie szanować! Wstydziłaby się pani!
- Proszę pani, ksiądz to jeszcze nie Bóg – odparła spokojnie pani Mietelnicka. – A faktem jest, że jeśli wiedźmin był potrzebny, znaczy, że ksiądz nie potrafił czemuś zaradzić.
- Drogie panie, proszę o spokój – zaapelował pan Kominek, zmartwiony, że jego misternie ułożona relacja niedawnych zdarzeń nikogo nie interesuje.
- Pan da tę pietruszkę i idę – rzuciła pani Piłatowa, rozeźlona już na dobre. – Do widzenia.
- Niby taka święta, złego słowa nie da powiedzieć o księdzu, a na swoją rodzinę wyrzeka od rana do nocy – powiedziała z dezaprobatą pani Mietelnicka. – Nie słyszałam nigdy, żeby dobre słowo o tym swoim młodszym synu powiedziała.
- Podobno niedawno został buddystą – przypomniał sobie pan Kominek.
- Boże Wielki! – Pani Wiśniewska przeżegnała się. – Poganin!
- Pogawędziłabym jeszcze, ale obiecałam dziś mojej wnuczce, że upiekę jej ulubione ciasto na podwieczorek. – Pani Mietelnicka zerknęła na swój stary, nakręcany zegarek. – Muszę zdążyć, zanim wróci z przedszkola, a już przecież dochodzi dwunasta. Do widzenia.
- Do widzenia. Skoro już mówimy o innowiercach, to wie pan, że córka tych Krasnojarskich z Republikańskiej…


Wiedźmin do Rembertowa przyjechał autobusem. Wysiadł na przystanku pod ratuszem, objął wzrokiem ów nowotwór architektury warszawskiej i jęknął cicho. Zorientowawszy się w terenie, zarzucił na plecy ciężki plecak ze stelażem i ruszył w odpowiednim kierunku.


Pani Krasnojarska zdumiała się, gdy do jej furtki zadzwonił krótko ostrzyżony młodzieniec w czarnej kurtce z wypchanym plecakiem przewieszonym przez ramię. W pierwszej chwili pomyślała, że to jakaś zbiórka świątecznych prezentów dla sierot – w końcu już za parę tygodni miało nadejść Boże Narodzenie.
Chłopiec postawił swój wór na ziemi i zaczął chuchać w zmarznięte dłonie, zerkając niecierpliwie w okno jej domu. Akurat to, z którego go obserwowała. Skąd wie? – przemknęło jej przez myśl. On tymczasem sięgnął do kieszeni swoich ciemnych spodni, wyjął coś, pobawił się tym chwilę i przyłożył do ucha. W korytarzu odezwał się telefon.
Pani Krasnojarska zrozumiała, że to nie pomyłka i ten młody człowiek rzeczywiście ma sprawę właśnie do niej. Czyli jednak będzie musiała opuścić ciepły pokój i wyjść do chłodnego przedsionka, by podnieść słuchawkę domofonu. A już miała nadzieję, że najbliższą godzinę spędzi w ciepłym fotelu z filiżanką dobrej herbaty, czytając bardzo emocjonujący romans. Może nie trzeba było zwalniać tej ukraińskiej pokojówki do czasu znalezienia zastępstwa?
Po pięciu minutach chłopiec już siedział u niej w salonie, rozglądając się bez większego zainteresowania po półkach z porcelaną. Bardziej zaciekawiło go ustawione na honorowym miejscu zdjęcie rodzinne. Korzystając z nieobecności gospodyni, która poszła do kuchni zaparzyć herbatę, podszedł i przyjrzał się pamiątce z bliska.
- To zdjęcie zrobił mój świętej pamięci wuj. Byliśmy na wczasach nad morzem. Bianka miała wtedy pięć lat. – Pani Krasnojarska postawiła filiżanki na stole.
- I to właśnie z nią związany jest pani problem? – Usiadł naprzeciw niej, delikatnie uniósł kruche, porcelanowe naczynie i uważnie mu się przyjrzał. – Biała Maria?
Gospodyni spojrzała na niego z uznaniem. Nie spodziewała się, że wiedźmin może znać się na porcelanie.
- Zgadza się. Serwis ten poleca się jako prezent ślubny, ale mój małżonek podarował mi go z okazji porcelanowej rocznicy ślubu. – Pani Krasnojarska uśmiechnęła się do swoich wspomnień.
- Gratuluję – powiedział uprzejmie młody wiedźmin, po czym upił łyczek herbaty z najdroższej filiżanki, jakiej kiedykolwiek dotykał.
- Pewnie chciałby pan już przejść do omawiania tego… - Pani Krasnojarska zawahała się i spojrzała pytająco na chłopca.
- …zlecenia – podsunął uprzejmie, odstawiając ostrożnie filiżankę na równie drogi spodeczek. – Pan Krasnojarski pisał o problemie z jakimś wampirem.
- Zgadza się, ale najlepiej opowie to panu mój mąż. Wkrótce powinien wrócić z biura. Mam nadzieję, że może pan zaczekać? – Rzuciła mu nieco spłoszone spojrzenie. Bo co to by było, gdyby nie zaczekał?
- Oczywiście, proszę pani. – Uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem, jak dwunastolatek, którego zaproszono na oficjalny bankiet i do którego wszyscy odnoszą się jak do czterdziestoletniego mężczyzny.
Pani Krasnojarska również czuła lekki dyskomfort. Od kiedy skończyła liceum, nie miała do czynienia z młodzieżą płci męskiej, nie licząc syna. Gdy córka jeszcze z nią mieszkała, przyprowadzała całe chmary koleżanek, ale nigdy nie zdarzyło się, by zaprosiła do domu chłopca. Zabawne, że pani Krasnojarska nigdy jakoś nie zwróciła na to uwagi. Chociaż z drugiej strony słyszy się ciągle, że młodzi bardzo boją się rodziców partnera, a swoich się wstydzą, więc może to nic dziwnego?
- A mogę spytać, ile pan ma lat? Wygląda pan bardzo młodo jak na wiedźmina – powiedziała, by przerwać krępującą ciszę.
- Przecież nie liczy się wiek fizyczny, tylko to, na ile się człowiek czuje. – Uśmiechnął się przewrotnie jak małe dziecko zadowolone ze swojego żartu. – Dwadzieścia osiem, chociaż podobno nie wyglądam. Zresztą skoro pani mnie wynajęła, pewnie znalazła pani w internecie moje CV. A tam są podstawowe dane.
- To wszystko wie mój mąż. – Pani Krasnojarska stropiła się nieco. – Spodziewał się pana parę godzin późnej.
- Faktycznie, miałem jechać późniejszym pociągiem, ale jakoś tak wyszło, że jednak jestem wcześniej. Przepraszam za kłopot.
- Nie szkodzi. – Pani Krasnojarska uśmiechnęła się promiennie. – Może ma pan ochotę na ciasteczka ryżowe? Sama piekłam.
- Bardzo chętnie, proszę pani – odparł wiedźmin.


Pan Krasnojarski przyjechał do domu, gdy na dworze zapadał już wczesny zimowy zmierzch. Szofer wprowadzał jego samochód do garażu, a on już zmierzał do salonu, zostawiwszy okrycie wierzchnie przy wejściu.
Wiedźmin wstał, by się przywitać, i zaraz został zmierzony nieufnym wzrokiem głowy rodziny. Najwyraźniej niepełne 174 centymetry wzrostu, ostrzyżone tuż przy skórze blond włosy i czarne ubranie nie wzbudzały zaufania. Wypchany plecak porzucony u stóp fotela pewnie jeszcze bardziej pogarszał pierwsze wrażenie.
Gospodarz sprawiał za to wrażenie solidnego człowieka, na barkach którego spoczywa ustawicznie ogromna odpowiedzialność, więc nie może sobie pozwolić nawet na najmniejszą pomyłkę, również w sprawach natury prywatnej. Dlatego przez dłuższą chwilę stał w drzwiach i lustrował wiedźmina spojrzeniem, podkręcając lekko wąsa. Jego podwładni zapewne obawiali się tego spojrzenia i odnosili wrażenie, że szef wie o nich wszystko.
- Pan Wercyngetoryks Trojden? – spytał dla pewności. Imię wiedźmina wymówił bezbłędnie, co niewielu się udawało, nawet po kilku próbach.
- We własnej osobie. – Wiedźmin skłonił się lekko.
- Wiktor Krasnojarski – przedstawił się. – Proszę usiąść. – Wskazał gościowi miejsce, a sam zajął fotel, w którym jeszcze kilka minut temu siedziała jego żona.
Wiedźmin usiadł i patrzył na swego zleceniodawcę w milczeniu.
- Panie Wercyngetoryksie, czy od dawna zajmuje się pan zabijaniem potworów? – spytał pan Krasnojarski, wpatrując się uważnie w tego dziwnego, blondwłosego chłopaka. Czy to możliwe, żeby taki dzieciak był jednym z najlepszych specjalistów w kraju? Gdyby chodziło o programistę, mógłby to jeszcze przyjąć do wiadomości. Słyszał przecież o licealistach włamujących się do świetnie chronionych systemów. Ale wiedźmin? Czy do tego fachu nie trzeba lat doświadczeń? Przecież na świecie istnieje mnóstwo rodzajów potworów, a ten młodzian na pewno nie miał do czynienia ze wszystkimi i…
- Tak – odpowiedział wiedźmin, przyglądając się stojącej na regale paprotce w białej plastikowej doniczce. Z kuchni dobiegał cichy szum wody gotującej się w czajniku elektrycznym. Pani Krasnojarska robiła herbatę.
- Panie Wercyngetoryksie… - Gospodarz chyba zdał sobie sprawę z tego, że nie rozmawia z kolejnym zestresowanym dzieciakiem, który koniecznie chce dostać pracę w jego firmie. Wiedźmin to przecież wolny zawód, może przyjąć zlecenie, ale może też je odrzucić. – Pewnie chce pan wiedzieć, po co pana tu ściągnąłem.
Wiedźmin wiedział, że większość ludzi na jego miejscu od razu posłałaby panu Krasnojarskiemu zaciekawione spojrzenie, więc nie zrobił tego. Uśmiechnął się za to do pani domu, która weszła do salonu, niosąc tacę z filiżankami i imbrykiem pełnym gorącej herbaty. Wiedźmin lubił herbatę.
- Irmino, zostaw nas samych – powiedział pan Krasnojarski, gdy jego żona zrobiła krok w kierunku trzeciego fotela. – Przecież wiesz, że to historia nie na twoje nerwy.
- Masz rację, kochanie – odparła i uśmiechnęła się bez cienia żalu. Wzięła ze stolika jakąś książkę w ciemnoróżowej okładce i znikła w czeluści korytarza. Po chwili do uszu wiedźmina doszło jeszcze szczęknięcie klamki otwieranych gdzieś w głębi domu drzwi.
- No więc widzi pan, panie Wercyngetoryksie… Tak, proszę poczęstować się herbatą… Widzi pan… Żona i ja mamy problem. Chodzi o to, że nasza córka została opętana przez wampira. Widziałem go raz, to prawdziwy potwór. Mieszka u córki w piwnicy i…
- Córka nie mieszka z państwem? – przerwał mu wiedźmin, który mimo pozornego zaabsorbowania piciem herbaty uważnie słuchał.
- To może ja zacznę od początku. Nasza córka ma na imię Bianka. – Gospodarz położył na blacie małe zdjęcie, prawdopodobnie oderwane od legitymacji szkolnej. – W listopadzie skończyła dwadzieścia lat. Jest na trzecim roku bałtystyki, no wie pan, uczy się litewskiego i łotewskiego, i w tym roku będzie robić licencjat. Może dziwi pana, że w wieku dwudziestu lat już kończy studia, ale to wyjątkowo zdolna dziewczynka, więc wcześniej posłaliśmy ją do szkoły. Zawsze miała dobre oceny i dostawała najwyższe z możliwych stypendia, nawet to prezesa rady ministrów. Mieliśmy do niej pełne zaufanie, dlatego kupiliśmy jej mieszkanie, gdy tylko zaczęła studiować.
- To bardzo wspaniałomyślnie z państwa strony. Niewielu rodziców stać na taki gest – stwierdził wiedźmin, dolewając sobie herbaty.
Pan Krasnojarski zignorował dwuznaczność drugiego zdania i kontynuował swoją opowieść.
- Przez pierwsze dwa lata studiów nasza Bianka sprawowała się znakomicie. Co pół roku pokazywała nam indeks z samymi piątkami. Mieliśmy do niej pełne zaufanie, aż tu nagle pewnego dnia przyszedł do nas anonim, że nasza córka nie mieszka sama, tylko z mężczyzną. Anonim sam w sobie dość śmieszny – ktoś wyciął wyrazy albo same litery z gazet i wykleił cały list. Przypominało to bardziej kolaż niż porządną epistołę. Pewnie pan sobie wyobraża, jak te doniesienia zdenerwowały mnie i moją żonę. A okazało się, że to jeszcze nie wszystko. Nasza córka zaczęła ubierać się, że tak powiem, nader frywolnie. Przefarbowała włosy i maluje się teraz jak jakaś satanistka.
- A na jakiej podstawie uważa pan, że opętał ją wampir? – spytał wiedźmin. Dotychczas wymienione objawy mogły świadczyć raczej o młodzieńczym buncie niż ingerencji nieczystych sił.
- Sam go widziałem. On jest tym mężczyzną, z którym mieszka moja córka. A w okolicy ktoś napada na młode kobiety i wykrwawia je. Czy to nie jest dowód? – spytał pan Krasnojarski tonem uczonego przekonanego o bezsprzecznej poprawności tezy, którą przed chwilą postawił.
- Czy córka się skarżyła? Czy wyglądała, jakby ją ugryzł?
- Nie skarżyła się. W ogóle przestała z nami rozmawiać, od kiedy on z nią mieszka. Nie widziałem jej od trzech miesięcy. – Pan Krasnojarski posmutniał. Z pewnego siebie managera stał się zgnębionym ojcem dziecka, które wplątało się w poważne kłopoty. – Wiem, że pewnie powinienem odciąć jej kieszonkowe…
- To państwa jedyne dziecko?
- Bianka ma młodszego brata. Tristan ma teraz siedemnaście lat. Chodzi do liceum, ale niestety jego zainteresowania ograniczają się do gier komputerowych i to tych bardziej prymitywnych. Całe dnie może siedzieć przed monitorem i strzelać do wszystkiego, co się rusza. Dlatego tak inwestujemy w Biankę. – Zawiedziony ojciec westchnął.
- Wspomniał pan, że w okolicy zdarzały się napaści na kobiety. Czy któraś z ofiar przeżyła? – spytał wiedźmin. Już jakiś czas temu przestał ostentacyjnie pić herbatę, która zresztą szybko się skończyła, bo imbryk był niewielki, choć na pewno kosztował tyle, ile przeciętna rodzina wydawała rocznie na wyżywienie. Wiedźmin słuchał. Sprawa mogła być poważniejsza, niż początkowo sądził.
- Większość. Chyba tylko jedna zginęła. Był o tym artykuł w „Kronice kryminalnej”… to taki internetowy periodyk, piszą tam o różnych przestępstwach. Normalnie go nie czytam, tylko tak akurat szukałem czegoś związanego ze sprawą mojej córki… Policja niby coś tam robiła, jakieś śledztwo było w toku, ale nic nie ustalili. Jeśli chce pan wiedzieć więcej, powinien pan zgłosić się do dziennikarki, która o tym pisała. Ja wiem tylko, że on opętał moją córkę. Zapłacę panu trzydzieści tysięcy za pozbycie się go. – Pan Krasnojarski usilnie starał się nie wyglądać na zdesperowanego, co niezbyt mu wychodziło.
- Złotych? – spytał odruchowo wiedźmin, bo zdarzyło mu się już, że poważny biznesmen zamiast tysiąca euro wciskał mu tysiąc rubli i to do tego jeszcze białoruskich, twierdząc, że taka była umowa.
- Funtów! – odparł nieszczęsny rodzic, sądząc zapewne, że podał zbyt małą kwotę.
- W porządku. Zobaczę, co da się zrobić – powiedział wiedźmin, dziwiąc się trochę lekkości, z jaką gospodarz szafował tak wielką sumą. Albo bardzo kocha swoją córkę, albo tak wiele w nią zainwestował, że… Ale po co ten cynizm? – skarcił sam siebie wiedźmin. Człowiek chce po prostu ratować dziecko. Pewnie zrobiłbyś to samo na jego miejscu.
Pan Krasnojarski tymczasem uspokoił się. Najwyraźniej pozytywna odpowiedź podziałała jak balsam na jego znękane troską rodzicielską serce.
- Pewnie zastanawia się pan, dlaczego skontaktowałem się z panem dopiero po trzech miesiącach.
Wiedźmin nic nie powiedział. Gospodarz kontynuował więc.
- Na początku sam nie wierzyłem, że to wampir. I nie łączyłem tych napaści z jego obecnością. Myślałem, że po prostu moja mała córeczka się zakochała albo zaczęła się buntować. Większość młodych ludzi przecież się buntuje. Wiem, że jej rówieśnicy chodzą na całonocne imprezy i piją do nieprzytomności. Ale ona nigdy taka nie była. Nie wierzyłem, że się zmieniła. Ktoś musiał na nią wpłynąć. Coś musiało się stać. Poszedłem do niej. Mam klucz, przecież to moje mieszkanie. Tam zobaczyłem go i uciekłem. Wyglądał jak żywy nieboszczyk. Nie wiem, jak moja córka może z nim mieszkać. Wtedy właśnie pomyślałem, że on musiał ją opętać. Prosiłem o pomoc księdza, ale on mnie wyśmiał. Wampirów nie ma, powiedział, a Bianka po prostu popełnia grzech cudzołóstwa z jakimś narkomanem albo satanistą. Potem usiłował przepraszać. – Wargi pana Krasnojarskiego ułożyły się w zły, ironiczny uśmiech. – Chyba ktoś uświadomił mu, że jestem głównym sponsorem remontu kościoła.
Wiedźmin nie skomentował i tego.
- Kiedy mogę oczekiwać… efektów?
- Trudno powiedzieć. Muszę najpierw ustalić, z kim lub czym mam do czynienia. Wampir wampirowi nierówny, niestety. Po wykonaniu zlecenia zgłoszę się do pana po zapłatę. Gdyby coś się zmieniło, zna pan mój numer. – Wiedźmin schylił się po swój nadal leżący na podłodze plecak.
- A co się może zmienić? – zdziwił się gospodarz.
- Wszystko – odparł wiedźmin, wstając. – Mogę? – spytał, spoglądając na porzucone na blacie zdjęcie.
- Oczywiście. Zapiszę panu jej adres. – Pan Krasnojarski nabazgrał coś na odwrocie swojej wizytówki, po czym wręczył ją wraz z portretem córki wiedźminowi. – Będziemy czekać na wieści od pana.
- Do widzenia – rzekł uprzejmie gość. Po chwili jedynym śladem jego obecności była pozostawiona na stole filiżanka po herbacie.


Gdyby wiedźmin był poetą, zapewne tak opisałby swoją sytuację: niebo gwiaździste nade mną, zaśnieżony chodnik pode mną, a wokół ziąb okrutny. Wiedźmin jednak poetą nie był, więc tylko wtulił twarz w postawiony kołnierz kurtki. Do hoteliku, w którym zarezerwował sobie pokój, miał jakieś pół godziny marszu.


Krzyki kobiety słychać było w promieniu trzech przecznic. Wyczulone ucho wiedźmina już z daleka rozpoznało całą litanię wściekłych epitetów wywrzaskiwanych histerycznym sopranem najprawdopodobniej pod adresem jakiegoś mężczyzny, którego jednak odpowiedzi nie było słychać. Dopiero wyłoniwszy się z wąskiej, bocznej uliczki, która na mapie wyglądała o wiele lepiej niż w rzeczywistości, wiedźmin zorientował się, że krzyki dochodzą z otwartego na oścież okna na drugim piętrze bloku. Poniżej, na chodniku leżał stos porozrzucanych przedmiotów, głównie ubrań.
- Ja ci ufałam, a ty jesteś podłym, dwulicowym kłamcą! Oszustem! Nie chcę cię więcej na oczy widzieć! – wrzeszczała wściekła niewiasta. – Precz!
Z okna wyleciał laptop i z niemałym impetem pomknął w dół, wprost na wiedźmina.
- Tego już za wiele, kobieto. – Wreszcie na górze odezwał się męski głos. – Jestem w stanie wiele ci wybaczyć, ale teraz przekroczyłaś wszelkie granice. Odchodzę.
Gdzieś wewnątrz budynku trzasnęły drzwi, a z okna posypał się deszcz skarpetek. Niektóre były pozwijane w ciasne kulki – te spadały szybciej; inne spływały smętnie, jak duże ptasie pióra.
Z bramy wybiegł młody, szczupły mężczyzna z rozwianym włosem w kolorze słomy. Na widok wiedźmina dzierżącego w objęciach laptopa zatrzymał się i odetchnął z ulgą.
- Dzięki. Uratowałeś mi życie – rzekł, odbierając swój komputer i gładząc czule jego obudowę. – Nie mam pojęcia, co jej odbiło. Pewnie ma ten zespół napięcia…
- Wszystko słyszałam! – Kobieta wrzasnęła tak, że wiedźmin aż drgnął. – Nie obmawiaj mnie przy obcych, draniu! To moja wina, że ty z tą babą z pasmanterii…?!
Mężczyzna zadarł głowę w górę i spojrzał na wychyloną przez okno boginię zemsty. Twarz wykrzywiała jej wściekłość, a wokół roztaczała się aureola kasztanowych loków.
- Może ty nie byłaś w stanie dać mi tego, co ona? – spytał, już nieco rozeźlony.
- Chodzi ci o guziki czy sznurowała? – odgryzła się kobieta.
- I widzisz! Właśnie o to chodzi! Ty jesteś taka przyziemna! A ja potrzebuję muzy! – odparł, mocno tuląc do siebie laptopa. – A ty nawet sztuki nie szanujesz!
- Sztuki?! Ten twój bełkot nazywasz sztuką?! Nie żartuj! – Wybuchnęła głośnym, złym śmiechem. – Wynoś się, ale już!
Okno zatrzasnęło się. Mężczyzna westchnął ciężko i spojrzał na wiedźmina.
- Jeszcze raz dziękuję za uratowanie dorobku mojego życia. Na tym komputerze mam zapisane dosłownie wszystko. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby to przepadło. Ta kobieta jest po prostu szalona. – Westchnął ponownie. – Czesław Piłat, poeta.
- Trojden, wiedźmin.
Poeta uśmiechnął się melancholijnie, wciąż obejmując swój ukochany komputer.
- Jestem ci coś winien, Trojden. Tylko nie każ mi oddawać tego, czego się nie spodziewam zastać w domu, bo chwilowo domu nie posiadam. – Zerknął jeszcze raz na zamknięte już okno. – Może napisać ci wiersz? Albo piwo postawić?
Wiedźmin uniósł brwi.
- Wiersz? Nie, dziękuję. Ale piwem nie pogardzę.
- No. To teraz potrzymaj mój komputer, a ja pozbieram rzeczy, które mi ta szantrapa porozrzucała.


Pensjonat, w którym zamierzał zatrzymać się wiedźmin, nosił antyczną nazwę Odyseja i mieścił się przy jednej z mniej uczęszczanych uliczek. Gdyby nie umieszczony nad drzwiami szyld, można by go wziąć za zwykły budynek mieszkalny.
Przy wejściu powitała go uprzejmie recepcjonistka w wieku przedemerytalnym. Z uśmiechem wpisała go do księgi gości i wręczyła klucz do pokoju. Na breloczku namalowane było eleganckie zero.
- Cześć, ciociu – powiedział poeta, uśmiechając się przymilnie do starszej pani.
- Czesio? A co ty tu robisz? – zdziwiła się.
- Bo ja, proszę cioci, właśnie się rozstałem z dziewczyną… - oznajmił, przybierając minę zbitego psa. – Wyrzuciła mnie z domu, jak stałem… Nie mam się gdzie podziać… - Rzucił jej błagalne spojrzenie.
- Biedaku… - Recepcjonistka pokiwała głową ze współczuciem. – Dobrze, że chociaż zdążyłeś wziąć ze sobą tę walizkę z rzeczami.
- Tak, ciociu, to prawdziwe szczęście – przyznał melancholijnie pociotek. Nie miał zamiaru tłumaczyć, że tak naprawdę walizkę wyrzuciła przez okno bogini zemsty w przypływie złości.
- Masz, dziecko, klucz do jedynki. Przy okazji zaprowadzisz gościa. – Ponownie uśmiechnęła się do wiedźmina.
- Tak jest, proszę cioci! – Poeta odebrał kluczyk i ruszył w stronę schodów. – Chodź, Trojden.


Pokój wiedźmina mieścił się na parterze, za klatką schodową prowadzącą na piętro. Obok drzwi z numerem zero znajdowały się jeszcze jedynka, dwójka, trójka i czwórka.
Izdebka była niewielka, a jej wyposażenie stanowiły łóżko, niewysoka szafka, stolik i dwa krzesła. Stare, wąskie okno w nieco wypaczonej drewnianej ramie wychodziło na ogródek i sąsiednią posesję.
Wiedźmin zdjął plecak i oparł go o szafkę. Kurtkę powiesił na oparciu krzesła, które skrzypnęło ostrzegawczo, gdy je przestawiał. Powoli usiadł na łóżku, wypróbowując jakość materaca. Test wypadł pomyślnie, więc wiedźmin rozciągnął się na posłaniu, uważając, by nie pobrudzić pościeli butami.
Zasnął od razu, chociaż wcale nie miał takiego zamiaru.


Obudził się jak zwykle o szóstej rano. Na dworze było jeszcze zupełnie ciemno, mrok rozpraszał tylko pomarańczowy blask lamp ulicznych. Na parapecie przysiadł bury kociak i przyglądał się nowemu gościowi pensjonatu.
- Psik! – syknął wiedźmin, wstając.
Kot nawet nie drgnął. Na domiar złego na parapecie pojawił się drugi dachowiec, tym razem czarny jak smoła.
Ignorując tę niespodziewaną widownię, wiedźmin doprowadził odzienie do w miarę reprezentacyjnego stanu i wyszedł na korytarz. Zamknął za sobą drzwi swojego pokoju i rozejrzał się. Pensjonat tonął w półmroku; tylko nad drzwiami prowadzącymi prawdopodobnie do ogrodu delikatnie świeciła informacja o wyjściu awaryjnym. Postanowił pozwiedzać i przy odrobinie szczęścia znaleźć coś do jedzenia, ponieważ jego żołądek już zaczynał dopominać się śniadania.
Na piętrze wiedźmin nie odkrył nic ciekawego – ot, kopia parteru. Z tą tylko różnicą, że w miejscu recepcji i hallu wejściowego znajdowały się pokoje bez numerów – pewnie mieszkania pracowników albo zwykłe pomieszczenia gospodarcze. Rozczarowany zszedł na dół i nagle poczuł, że coś się zmieniło. Zamarł, nasłuchując.
Narastający szum dobiegał z części parteru, której wiedźmin jeszcze nie zwiedził. Poza tym w całym korytarzu pachniało czymś… apetycznym. Co to mogło być?
Nos zaprowadził Trojdena prosto do kuchni.
Nad blatem świeciła podwieszona do szafek lampa. Ubrana w zbyt duży T-shirt i spodnie od dresu dziewczyna z dużą wprawą kroiła rogaliki maślane. To właśnie one roztaczały ten niebiański zapach, który przyciągnął wiedźmina.
- Dzień dobry.
Dziewczyna drgnęła i szybko odwróciła się w jego stronę.
- Dzień dobry – odpowiedziała. Wyglądała na mocno przestraszoną.
- Jestem Trojden, zameldowałem się w tym hotelu wczoraj wieczorem. – Uśmiechnął się starając się wyglądać niegroźnie, co nie bardzo mu wychodziło.
- Alla Ruslanowna Dziwnowicz – przedstawiła się, wciąż przyglądając mu się nieufnie. – Kucharka. Zawsze pan sje tak skrada?
Wreszcie uśmiechnęła się. Napięcie opadło. Dziewczyna wróciła do krojenia pieczywa.
- Pan glodny? – spytała, zerkając z ukosa na stojącego w drzwiach gościa.
Wiedźmin skinął głową.
- O której jest tu śniadanie?
- O której gość sobie życzy. Do Rembertowa malo gości przyjeżdża, a jeszcze mniej mieszka tutaj. – Dziewczyna wyjęła z lodówki masło i zaczęła smarować połówki rogali.
Woda w czajniku zabulgotała gwałtownie, a głośne pyknięcie oznajmiło światu, że wrzątek można już nalewać do szklanek. Alla przełożyła rogaliki z deski do krojenia na talerze i postawiła na stole.
- Pan usiądzie. Kawa? Herbata? Mleko? Cappuccino? – Wstawiła masło do lodówki i schyliła się po mleko, które stało na niższej półce.
- Poproszę herbatę. – Wiedźmin usadowił się na kuchennym stołku przy obitym ceratą stole.
Po chwili dziewczyna postawiła przed nim szklankę pełną wrzątku i wręczyła mu torebkę z herbatą. Sama zamierzała pić kawę.
- Cukier? – Usiadła naprzeciw i wsypała do swojej szklanki trzy kopiaste łyżeczki cukru. Przyrządzona w ten sposób kawa z mlekiem musiała smakować jak cukierek kawowy w płynie. Wiedźmin aż wzdrygnął się na tę myśl i zrezygnował ze słodzenia swojej herbaty.
- Smacznego – powiedział i zaczęli jeść. Rogaliki były wyśmienite i nad wyraz sycące. Alla jadła powoli, jakby rozkoszowała się każdym kęsem. Wiedźmin skończył szybciej, więc mógł już spokojnie przyjrzeć się młodej kucharce. Była dosyć blada i drobna, a jej jasne, obcięte parę centymetrów poniżej linii uszu włosy układały się w niektórych miejsca w delikatne fale, a nawet loczki.
- Czemu tak pan sje przygląda, Trojden? – spytała, uchwyciwszy jego spojrzenie między jednym a drugim łykiem przesłodzonej kawy.
- Myślę. – Wiedźmin zerknął teraz przez okno na wciąż ciemne niebo. – Gdzie tu w okolicy można skorzystać z internetu? Muszę znaleźć pewien artykuł.


Rembertów Alla Ruslanowna znała bardzo dobrze, więc wiedźmin bez problemu trafił do wskazanej przez nią kawiarenki internetowej. Całe przedpołudnie spędził na przeszukiwaniu sieci i archiwum „Kroniki Kryminalnej”. Niestety, okazało się, że pan Krasnojarski grubo przesadził, opisując szczegółowość artykułu – tak naprawdę była to tylko krótka notatka na pół strony. Wszystko w tym tekście wskazywało na to, że autorka wie całkiem sporo na temat tajemniczych napaści. Wiedźmin zanotował sobie jej nazwisko. Może ktoś w pensjonacie będzie widział, gdzie dziennikarka mieszka.
Prosto z kawiarenki internetowej Trojden udał się na wstępny rekonesans. Zlokalizował osiedle, w którym mieszkała Bianka Krasnojarska ze swoim wampirem: trzy stosunkowo nowe bloki otoczone metalowym ogrodzeniem; trzy otwierane domofonem furtki i dwie bramy wjazdowe; podziemny parking, prawdopodobnie piwnice; nad ziemią w sumie pięć kondygnacji. Wiedźmin zanotował to wszystko w pamięci.
Ktoś właśnie wstukiwał kod w domofonie. Skrzypnęła otwierana furtka. Wiedźmin wsunął się na teren osiedla za jakimś wracającym z zakupów mieszkańcem. Rozejrzał się. Nad drzwiami prowadzącymi do poszczególnych klatek schodowych wisiały tabliczki z numerami lokali, do których dane schody prowadziły. W ten sposób bez problemu ustalił, którędy wejść do mieszkania „ofiary”.
Spojrzał na nieciekawe zdjęcie piegowatej nastolatki z pryszczem na brodzie i burymi włosami zaplecionych w dwa mysie ogonki. Bianka nie była nawet brzydka. Gdyby była brzydka, wyróżniałaby się z tłumu. A ze zdjęcia patrzyła na niego obojętnym wzrokiem idealnie przeciętna dziewczyna.
Wampir zwykle wybiera „szarą myszkę”, której nikt prócz nauczycieli nie traktuje poważnie; taką wystarczy lekko skomplementować, a już robi się miękka jak wosk. Po ugryzieniu dziewczyna staje się bezwolną marionetką w rękach krwiopijcy i, co ciekawe, prawie zawsze niesamowicie wręcz pięknieje. Nie ma jednak szansy, by długo cieszyć się nową, magicznie uzyskaną urodą, ponieważ bardzo szybko umiera w skutek anemii lub zwykłego wykrwawienia. A wtedy wampir zaczyna szukać sobie nowej ofiary.
Bianka ze zdjęcia idealnie pasowała do tego schematu. Fakt, że jeszcze żyje, trzeba chyba przypisać sile jej organizmu. A może niewielkiemu apetytowi krwiopijcy? To się jeszcze okaże.


Pensjonat „Odyseja” wypełniał apetyczny zapach zupy pieczarkowej. Wiedźmin ukłonił się recepcjonistce i skierował się prosto do kuchni – był piekielnie głodny i miał nadzieję, że Alla posiada interesujące go informacje.
- O, Trojden! Cześć! – Czesław Piłat wyszczerzył się do wiedźmina znad talerza zupy.
- Proszę siadać, zaraz nalożę panu zupę. – Alla zerwała się ze swojego miejsca. Siedziała naprzeciw poety, a jej talerz był pusty – pewnie podczas posiłku on mówił, a ona jadła. Tym razem miała na sobie ładną sukienkę, podkreślającą jej nienaganną figurę. Od rana zdążyła porządnie uczesać włosy.
- Wiesz, właśnie mówiłem Ali, jaki wiersz napisałem pod wpływem wczorajszego burzliwego rozstania – oznajmiła poeta. – Siadaj, zaraz ci zadeklamuję.
Wiedźmin przysunął sobie stołek i usiadł przy stole.
- „Wstąpiłem w piekła czeluść. Duszę moją szarpią
kleszczami rozgrzanymi aż do czerwoności,
me ciało wystawili na pożarcie harpiom,
wtłoczyli wrzątek w żyły, zgruchotali kości.
Alla postawiła przed Trojdenem parujący talerz zupy. On skinął jej głową i zabrał się do jedzenia.
- Na pożarcie karpiom? Przecież te ryby chyba jedzą tylko rośliny? – Alla wróciła na swoje miejsce wyraźnie rozbawiona.
- Myli się pani. Karpie żywią się drobnymi zwierzętami wodnymi – poinformował ją wiedźmin, przerywając konsumpcję ciepłego posiłku. – Ale rzeczywiście nie byłyby w stanie zjeść ciała człowieka.
Poeta westchnął ciężko.
- Jakie znowu karpie? Ja o harpiach pisałem! Przez „h” jak Hel!
- Jak pieklo! – Kucharki wciąż nie opuszczała wesołość. – Ale co to są te harpie przez „h”?
- Ptaki z rodziny jastrzębiowatych – powiedział wiedźmin.
- Nie! Mi chodziło o takie mitologiczne stworzenia! Z mitologii greckiej! Naprawdę nigdy nie słyszeliście o harpiach? Takie pół-kobiety, pół-ptaki. Groźne i drapieżne.
- A, garpii! Tak, slyszalam, ale nie po polsku. – Jej wesołość w jednej sekundzie ulotniła się. Alla spojrzała na wiedźmina, który pałaszował swoją porcję zupy. – Jestem z Ukrainy.
Trojden skonstatował, że dziewczyna oczekuje od niego jakiejś odpowiedzi.
- A ja z Pragi Południe – rzekł, wywołując niespodziewany przypływ wesołości u poety.
- No to ja się już nie dziwię, że nie doceniacie pięknej, polskiej poezji pisanej trzynastozgłoskowcem – powiedział, zadzierając nieco nosa.
- A ty nie bądź taki Milosz! Nagrody Nobla jeszcze nie dostaleś! – odgryzła się Ukrainka.
- Sami tego chcieliście. Teraz już nie przeczytam wam dalszej części mojego poematu. – Poeta naburmuszył się i zaczął w końcu jeść swoją zupę, która do tej pory niemal zupełnie wystygła.
- Trojden, dolać panu zupy? – spytała uprzejmie Alla.
- A jest jakaś szansa na drugie danie, Alla Ruslanowna?
- Szczerze mówiąc: niewielkie. – Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
- W takim razie poproszę dokładkę. – Wiedźmin podał jej swój talerz. – Wie pani może, gdzie znajdę dziennikarkę „Kroniki Kryminalnej”, Zytę Stentorowską?
Alla zaprzeczyła ruchem głowy, a poeta zakrztusił się zupą.
- Chyba nasz Milosz ją zna. – Kucharka włączyła palnik pod garnkiem z zupą. – Zaraz się nagrzeje.
- A po co ci ona? – Czesław Piłat najwyraźniej wciąż był na nich obrażony.
- To ona wczoraj wyrzuciła cię z mieszkania, prawda? – domyślił się wiedźmin.
- Nie zamierzam z wami współpracować. Żegnam. – Poeta wstał i wyszedł bez słowa.
- Do kolacji, Milosz! – rzuciła za nim Alla, chichocząc.
- Pani jest studentką? – spytał Trojden.
- Nie. Nielegalnym uchodźcą spoza Unii Europejskiej. Satysfakcjonuje pana taka odpowiedź? – Jej humor znów zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. – Nie? To może dodam, że moja matka była driadą.
- A ojcem Dziadek Mróz? – zakpił.
- Nie, cholerny człowiek! Zwykly, przeciętny. I na domiar zlego wziąl mnie do siebie i wychowywal w miasteczku, z dala od lasu. A ja zawsze różnilam sje od normalnych ludzi. Pan jest wiedźminem. Od razu poznalam. Przyslal pana pan Krasnojarski? Ma pan pozbyć sje potwora, którego jaśniepan hodowal na wlasnym lonie? Potwora, którego chcial zaciągnąć do lóżka, ale potwór sje nie dal, więc potwora sje zwolnilo, a potem wynajęlo sje wiedzmaka, żeby pozbyl sje potwora… - Alla rozpłakała się nagle, czym zupełnie zaskoczyła Trojdena. Usiadła ciężko na swoim stołku, oparła ręce o stół, schowała twarz w dłoniach i zaszlochała.
- Myli się pani – powiedział powoli. – Rzeczywiście wynajął mnie pan Krasnojarski. Ale pani nie jest potworem i nie przyjąłbym zlecenia na panią. Nie musi już pani grzać tej zupy. – Wiedźmin wstał, zdjął ze stojącego przy drzwiach wieszaka kurtkę, założył ją i wyszedł bez słowa.


Wybiła trzecia po południu, gdy wiedźmin zadzwonił do drzwi Zyty Stentorowskiej. Otworzyła mu nie wczorajsza bogini zemsty, ale zmęczona młoda kobieta o zaczerwienionych oczach.
- O, proszę, pan wiedźmin – stwierdziła, zanim on zdążył cokolwiek powiedzieć. Z jej twarzy momentalnie znikło zmęczenie i troska; w jej oczach błysnęło żywe zainteresowanie, a na usta wypłynął figlarny uśmieszek. – Proszę, niech pan wejdzie.
Trojden dał się zaprowadzić do przytulnego saloniku i posadzić na kanapie. Gospodyni przysiadła obok.
- Proszę pani…
- Tylko nie „proszę pani” – przerwała mu dość niegrzecznie. – Nie jestem siedemdziesięciolatką ani nauczycielką, żeby się do mnie tak zwracać. Jestem Zyta.
- Trojden – przedstawił się wiedźmin. – Zyto, potrzebuję informacji o serii napadów w Rembertowie. Podobno podejrzewasz wampira?
- Dobrze trafiłeś, specjalizuję się właśnie w tej sprawie. – Dziennikarka uśmiechnęła się jak studentka na egzaminie, która wylosowała bardzo łatwe pytanie. – Ktoś cię wynajął, żebyś pozbył się tego wampira? To nie będzie proste. Zresztą wcale nie jestem pewna, że tych napaści dokonał wampir. Ale od początku. Napaści zaczęły się trzy miesiące temu, w pierwszej połowie września. Ktoś napadał na wracające późno kobiety, mniej więcej jedną na tydzień. Napastnik ogłuszał ofiarę, podcinał jej żyły na nadgarstku i zbierał krew. Potem bandażował szczelnie ranę. Czasami wzywał pomoc. Dlatego wszystkie ofiary przeżyły.
- Podobno była ofiara śmiertelna?
Zyta skinęła głową.
- Tak, pierwsza. Widocznie napastnik jeszcze nie nabrał wprawy. Może ciął za głęboko albo nie potrafił sprawnie zabandażować rany? W każdym razie dziewczyna się wykrwawiła.
- Podcinanie żył? – Wiedźmin zmarszczył czoło. Coś mu tu nie pasowało. – Przecież wampir by czegoś takiego nie zrobił. Rozdarłby ciało zębami i to raczej na szyi niż na nadgarstku. A do tego to bandażowanie…
- Właśnie, Trojden. To wygląda na robotę człowieka, nie jakiejś istoty nadprzyrodzonej. Dlatego przykro mi, ale raczej się tu nie przydasz. – Dziennikarka spojrzała na niego pytająco; może miał jeszcze jakieś pytania.
- Człowieka? Myślisz, że to jakiś psychopata? – zdziwił się wiedźmin, bo nie przyszło mu to wcześniej do głowy.
- Nie wykluczałabym takiej możliwości. Zresztą na samym początku września zdarzył się taki wypadek: dentysta przewrócił się, trzymając w ręce włączone wiertło. Przewracając się, trafił nim w swoje oko. Dziura była na wylot, przez mózg. Widziałam zdjęcia. Okropieństwo. – Aż wzdrygnęła się, gdy o tym opowiadała. – Pomyślałam, że ten „wypadek” jest mało prawdopodobny. Mam pewną teorię… Tylko nie obalaj jej od razu, dobrze? Otóż mam teorię: dentysta nie znosił wampirów, bo jeden z nich zabił jego córkę. Ale to jeszcze nie teoria, to fakt. No więc pomyślałam, że ten dentysta w jakiś sposób schwytał wampira i powyrywał mu zęby. Ale wampir uciekł, przy okazji mszcząc się na dentyście. I teraz taki bezzębny krwiopijca grasuje po Rembertowie. Nie może przegryzać szyj, to tnie nadgarstki.
- No dobrze, ale dlaczego w takim razie potem je bandażuje? Przecież zazwyczaj wampiry nie mają takich skrupułów – zauważył wiedźmin.
- Właśnie. Dlatego mam wątpliwości. – Dziennikarka potarła twarz dłońmi, po czym odrzuciła do tyłu rude loki, które spłynęły jej na oczy. – Krążą plotki, że wampir ma swoją siedzibę gdzieś w nowych blokach. A napaści miały miejsce w promieniu pół kilometra od nich. Czyli pasowałoby do teorii o okaleczonym wampirze. Albo… Jeśli wampir może opętać człowieka, to może zmusił kogoś, by napadał i wykrwawiał ofiary dla niego…? – Pobladła. Zgroza malowała się na jej piegowatym obliczu.
- Mało prawdopodobne. Opanowanie ofiary w tym stopniu wymaga znacznej mocy, a kaleki wampir na pewno taką nie dysponuje. Jeśli masz rację i ten dentysta rzeczywiście zemścił się umiejętnie, to wampir może nigdy nie wrócić do pełnej sprawności. – Wiedźmin zadumał się. Rozmowa okazała się o wiele ciekawsza, niż się spodziewał, i naprowadziła go na zupełnie nowe tropy.
- Miasto cię wynajęło, żebyś pozbył się tego potwora? – spytała niespodziewanie dziennikarka.
- Nie, osoba prywatna. Nie mogę o tym mówić. Ustawa o ochronie danych osobowych. – Uśmiechnął się kwaśno.
Zyta odpowiedziała mu tym samym.
- Ja tu się obnażam, opowiadam ci najgłupsze nawet teorie, a ty nic! – Pokręciła głową, jakby niedowierzała, ale najwyraźniej wcale się nie gniewała. – No cóż, pewnie po prostu nie zdążyłeś się jeszcze nad tym wszystkim zastanowić. Ja miałam całe trzy miesiące, a ty przyjechałeś… wczoraj? A tak, to ty jesteś tym wybawicielem komputera Cześka.
Wiedźmin zerknął niepewnie w jej stronę – a nuż na wspomnienie ubiegłego wieczoru obudzi się w niej żądza mordu. Ale nie, dziennikarka tylko westchnęła ciężko i ponownie odrzuciła loki z oczu.
- On chyba nigdy nie zmądrzeje. – Pokręciła głową, nie patrząc nawet na gościa. Przez chwilę wydawało się, że zaraz wybuchnie płaczem, ale ona tylko odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się z wprawą zawodowego sprzedawcy. – Może napijesz się czegoś? Może jesteś głodny?
- Napiłbym się herbaty – przyznał Trojden.
- Już robię. – Zyta wstała, poprawiła dolną część swetra, która zaczepiła jej się za pasek od dżinsów, i wyszła. Zaraz w sąsiednim pokoju rozległ się szum wrzącej wody. Po pięciu minutach gospodyni wróciła, niosąc herbatę w wielkim kubku, na którym widniała dosyć zabawnie narysowana krowa.
W czasie nieobecności gospodyni wiedźmin miał czas, aby spokojnie pomyśleć i podsumować ich rozmowę. Doszedł do wniosku, że powinien wreszcie odwiedzić piwnicę, w której według pana Krasnojarskiego zadomowił się wampir. Niestety, za oknem zdążył już zapaść zmrok, a wampira nie należało w żadnym wypadku nachodzić po ciemku. Dlatego tę eskapadę Trojden zaplanował na przedpołudnie następnego dnia.
- Ale powiesz mi, jeśli dowiesz się, kto napadał na te kobiety? – spytała Zyta, stawiając przed nim parujący napój.
- Jeśli sytuacja i kodeks mi na to pozwolą – odparł, wiedząc, że taka odpowiedź jej nie zadowoli.
- Chyba to wszystko, na co mogę liczyć z twojej strony – westchnęła. – Powiedz…
Wiedźmin podniósł kubek z – jak się okazało – zieloną herbatą, której nie znosił. Zyta patrzyła na niego jakoś inaczej, a jej oczy świeciły dziwnym blaskiem.
- Powiedz… spotkasz go dzisiaj?
Zrozumiał, że chodzi jej o wiarołomnego poetę.
- Tak. Myślę, że tak.
- To przekaż mu… - Odchrząknęła, a jej głos stał się nagle twardy jak stal: - Niech ten drań usunie swoje pliki i odda mi komputer!


cdn.
[Agrypine] Bo całe się nie zmieściło! [/Agrypine]


Przeczytaj(!):

Idol Hogwartu (1)

Idol Hogwartu (2)

Order Feniksa

Order Feniksa cz. III i IV

Order Feniksa cz. V i VI, ostatnia


Andromeda Mirtle
22.07.2008, 10:20

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

V.

Nie, czemu. Ćwiczę silną wolę i nie zaprotestowałem przeciwko niezrozumieniu pojęcia alegorii. Ja się nie kłócę. Mam rączki tutaj i jestem niewinny.

11.08.2008, 20:18
Lebannen

*Szanowni

10.08.2008, 16:49
Lebannen

A teraz, Szanownie Państwo, zostaniemy uraczeni pokazem z cyklu: "jak mozna pokłócić się o nic"...

10.08.2008, 16:49
Agrypine Sirrah

A może jednak?

8.08.2008, 11:55
V.

Nie, dziękuję.

8.08.2008, 00:35
Agrypine Sirrah

Obrazu?

7.08.2008, 23:50
V.

Alegorii?

7.08.2008, 08:42
Agrypine Sirrah

Nie rozumiem alegorii.

26.07.2008, 22:47
Maks

Nie rozumiesz aluzji?

26.07.2008, 22:41
Agrypine Sirrah

Zachwaszcza?

26.07.2008, 15:16