Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

"Mój pomysł na zakończenie cyklu Harry Potter" - wyróżnienie

Rozdział 36
Albo ja, albo on


Łódź dobiła do brzegu. Rozglądając się uważnie, Harry wyszedł na nagrzany piasek. Za sobą słyszał zaaferowane szepty Rona i Hermiony.
- To jest ta Przystań Nadziei? – głos Hermiony był sceptyczny. – Jakoś inaczej ją sobie wyobrażałam… Wygląda jak zwykła plaża!
- Muszę cię rozczarować – rzucił Ron. – Na pewno trafiliśmy we właściwe miejsce. Wygląda dokładnie tak, jak opisywali w książce.
Wyjął z torby zniszczony egzemplarz „Magicznych miejsc”, otworzył i podsunął Hermonie pod nos.
- Wszystko się zgadza. To tutaj! – oznajmił triumfalnie.
- Dobra, dobra, nie musisz mi wszystkiego udowadniać. Po prostu myślałam, że tu będzie inaczej – mruknęła zrezygnowana. – Hej, Harry! – zawołała. – Zaczekaj na nas!
Harry był już w połowie drogi do kamiennej wieży, górującej nad przystanią. Kiedy usłyszał głos Hermiony, zatrzymał się i obejrzał.
- Co wy tam tak długo robicie? – odkrzyknął. – Nie mamy czasu na podziwianie przyrody, to nie wycieczka krajoznawcza! Chodźcie!
Dogonili go po dobrych kilku minutach. Kiedy zasapani próbowali złapać oddech, Harry uważnie przyglądał się wysokim dębowym drzwiom wieży. Napis nad nimi głosił: „Quidquid discis, tibi discis”.
- Gdzie my jesteśmy? – zapytała Hermiona drżącym głosem.
- To Exlibris, średniowieczna biblioteka czarodziejów – odpowiedział Ron. – Nie mów, że nigdy o niej nie słyszałaś. Żadna z twoich mądrych książek o niej nie wspomina? – wyszczerzył zęby.
Już chciała się odgryźć, ale Harry przerwał jej bezceremonialnie.
- To nie jest dobry moment na dyskusje o literaturze. Wchodzimy?
- A mamy wybór? – westchnął Ron. – Ale ty pierwszy… No wiesz, na wszelki wypadek.
- Jasne… Dzięki za zaufanie.
Harry wziął głęboki oddech i pchnął ciężkie drzwi. Otworzyły się z potwornym skrzypieniem, jakby od wieków nikt tu nie wchodził.
Powoli przeszli przez próg. Ich oczom ukazała się wysoko sklepiona sala, zastawiona sięgającymi od podłogi do sufitu regałami.
Hermiona westchnęła z zachwytem. Wzięła z półki grubą książkę.
- „Teoria zaklęć zaawansowanych” – przeczytała na głos. – Dlaczego nie przyszliśmy tu nigdy wcześniej?
- Bo w normalnych warunkach – odpowiedział jej Ron – tylko najwięksi czarodzieje mają tu dostęp, jak Dumbledore…
- …albo Voldemort? – dokończył kąśliwie Harry. – Ta biblioteka to dla niego niewyczerpane źródło pomysłów, jak zdobyć nieśmiertelność… I parę innych drobiazgów, na przykład władzę nad całym światem.
- Ciicho! – Ron jak zwykle wzdrygnął się na dźwięk tego imienia. – Wiem, że jesteśmy sami, ale błagam, nie mów tak głośno. Poza tym, to nie jest dla niego żadne źródło, nie mówiąc już o tym, że niewyczerpane.
- Dlaczego? – zapytała Hermiona. – Ostatecznie jest jednym z najpotężniejszych, więc wejście tu nie stanowiłoby dla niego problemu.
- I tu się mylisz. Jesteśmy w Przystani Nadziei, miejscu chronionym bardzo potężnymi czarami. Nie może się tu dostać żaden czarnoksiężnik ani nawet drobny rzezimieszek. Najwięksi czarodzieje przez wieki nakładali na nią skomplikowane zaklęcia ochronne, ostatnim był Dumbledore. Przystań jest nienanoszalna, poza tym chroni ją Zaklęcie Fideliusa, kilka porządnych tarcz i wykrywaczy wrogów. Nawet gdyby Sam-Wiesz-Kto bardzo się starał, nie ma najmniejszych szans na znalezienie jej.
- Skończyłeś wykład z historii magii, profesorze Binns? – rzucił złośliwie Harry. – Super, więc bierzmy się za szukanie.
Przyjaciele spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Widząc ich spojrzenia, trochę się zmieszał.
- Przepraszam… Po prostu chcę znaleźć tę książkę jak najszybciej.
Ron nie wyglądał na zachwyconego.
- Jak chcesz znaleźć cokolwiek w tak olbrzymiej bibliotece? Nie wspominając o tym, że szybko, ale znaleźć W OGÓLE?! Lekko licząc, potrwa to co najmniej rok!
- Nie mogą być poukładane przypadkowo, to by było bez sensu… - zamyślił się Harry. – Na pewno jest jakaś zasada.
Spojrzał na grzbiety książek. „Przetransmutuj swoich wrogów”, „Zwierzęta a transmutacja”, „Transmutacja według de Laviere’a”…
- Widzicie? – odwrócił się do przyjaciół. – Są ułożone tematycznie. Te tutaj dotyczą transmutacji, tamte – wskazał półkę, z której Hermiona wyjęła opasłe tomisko – zaklęć. Wystarczy tylko znaleźć właściwy regał.
- A do jakiej dziedziny zaliczyłbyś „Historię Insygniów Śmierci”? – prychnęła Hermiona. – Największe absurdy wszechczasów czy bajki dla dzieci?
- Naprawdę, Hermiono, mogłabyś wykazać więcej zrozumienia dla sprawy – rzucił Ron. - To, że wychowałaś się w mugolskiej rodzinie, nie oznacza, że możesz poddawać w wątpliwość prawdziwość naszych podań!
- Nie kłóćcie się, tylko chodźcie tutaj! – Harry był już w drugim końcu sali.
- Znalazłeś? – Ron podbiegł do niego z podekscytowaną miną.
Harry trzymał w ręku zniszczoną książkę. Jej okładka była tak powycierana, że z trudem dało się odczytać tytuł.
Otworzył ją niecierpliwie na pierwszej stronie i zaczął czytać.
- „Insygnia Śmierci dają temu, kto je zdoła posiąść, nieograniczoną władzę nad życiem. Będzie mógł opóźnić nadejście Śmierci, powstrzymać ją, a nawet wskrzesić tych, którzy już odeszli.” Przynajmniej wiemy, dlaczego Voldemortowi tak na nich zależy… I raczej nie chodzi mu o wskrzeszanie umarłych.
- Harry, Harry, Harry... Naprawdę wierzysz, że one istnieją? – Hermiona nadal była sceptyczna.
- Nie przerywaj mu! – syknął Ron. – Czytaj dalej.
- „Od wieków najpotężniejsi czarodzieje próbowali posiąść tajemnicę Insygniów, jednak żadnemu śmiałkowi się to nie udało. Drzemie w nich bowiem pradawna magia, zapomniana już i niepojęta dla współczesnych czarodziejów. Faktem pozostaje jednak ich niesamowita moc, która, niewłaściwie wykorzystana, może nieść ze sobą zniszczenie i klęski.” No tak, coś o tym wiemy…
Nagle Hermiona upuściła trzymaną w ręku książkę, która upadła na marmurową posadzkę z głośnym łoskotem.
- Słyszeliście to? – spytała szeptem. – Ktoś jest na dole, na przystani.
- Co? Nie, to niemożliwe… – zaczął Harry, ale gdzieś w oddali dał się słyszeć chrzęst piasku – ktoś szedł w stronę wieży.
- Szybko, nikt nie może nas tu zobaczyć!
Pospiesznie wepchnęli obie książki na półkę i ukryli się pod peleryną-niewidką. Wstrzymując oddechy, stanęli w kącie sali, tak, żeby mogli zobaczyć wchodzących.
Odgłos kroków był coraz wyraźniejszy. W końcu drzwi otworzyły się z trzaskiem i do biblioteki weszły dwie zakapturzone postacie. Jedną z nich Harry rozpoznał od razu – była to Bellatriks Lestrange.
- Jak ona się tu dostała?! – zdziwił się Harry. Nagle usłyszał wysoki głos, nieprzyjemnie znajomy.
- Później będziesz miała czas na podziwianie tego zbioru, Bella… A teraz do roboty, wiem, że ta książka musi gdzieś tu być!
Zadrżeli na dźwięk głosu Voldemorta. Spodziewali się wszystkiego, ale nie, że zjawi się osobiście po jakąś KSIĄŻKĘ!
- Może wyjdziemy po angielsku? – zaproponował szeptem Ron.
- Nie, poczekajcie – powstrzymał go Harry. – Musimy zobaczyć, czego tu szuka.
- Panie, znalazłam! – chwilę później Bellatriks z dumną miną podbiegła do Voldemorta i podała mu trzymaną w ręku książkę. Z zaskoczeniem zobaczyli, że jest to „Historia Insygniów Śmierci”.
Voldemort przekartkował ją pobieżnie.
- Właśnie tego potrzebowałem… Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko celu, jak dziś. Idziemy! – rzucił przez ramię. – Mam jeszcze parę spraw do załatwienia… A później zostanie mi tylko pożegnalne spotkanie z Potterem – roześmiał się zimno.
- Panie, mówiłeś, że nie wiesz, gdzie on jest!
- Wystarczy, że zjawię się w Hogwarcie. Na pewno będzie chciał ratować przyjaciół… A wtedy nie będę już musiał go szukać.
Wyszli, zamykając dębowe drzwi z głośnym trzaskiem. Harry zaczekał, aż usłyszy ich kroki na plaży, i zrzucił z siebie pelerynę.
- I co, Hermiono? Czyżby Voldemort czytywał bajeczki dla dzieci?
- Daj już spokój, nie miałam racji, przepraszam – odpowiedziała. – Mamy inne problemy. Po pierwsze, jak on się tu dostał?! Co z twoimi tarczami? – odwróciła się do Rona.
- Nie mam pojęcia… Może wszystkie zabezpieczenia diabli wzięli? Skoro my weszliśmy bez problemu…
- Nie jesteśmy najwybitniejszymi czarodziejami wszechczasów, to fakt. Mieliśmy szczęście, że nas nie znaleźli. Pożegnalne spotkanie z Potterem zostałoby przełożone na wcześniejszy termin – rzucił Harry. – Chodźcie. Musimy dostać się do Hogwartu, i to natychmiast.
- Niby jak? – spytała Hermiona. – Masz jakiś pomysł? Teleportacja odpada – dodała, widząc, że Harry już otwiera usta. – Milion razy powtarzałam, że w Hogwarcie NIE MOŻNA SIĘ TELEPORTOWAĆ!
- Na terenie Hogwartu nie, ale Hogsmeade to co innego. Kiedy wracaliśmy z Dumbledorem z tej jaskini, teleportowaliśmy się do wioski.
- Nie pomyślałam o tym – przyznała Hermiona. – No to idziemy, na co jeszcze czekamy?
Pośpiesznie wyszli z biblioteki i zbiegli na Przystań.
- Dobrze, że nie zostawiliśmy tu swoich rzeczy, już byłoby po nas… No dobra, na trzy – rzuciła Hermiona. – Raz, dwa, trzy!
Harry obrócił się w miejscu, koncentrując się całą siłą woli na Hogsmeade. Po chwili uderzył stopami o ziemię. Rozejrzał się. Obok niego stali Ron i Hermiona.
- Chyba się udało… Chodźcie, nie ma chwili do stracenia!
Zaczęli wspinać się stromą ścieżką w stronę zamku. Kiedy stanęli przed kutą bramą, byli przemarznięci do szpiku kości.
- Co teraz? Tak po prostu wejdziemy do zamku i oznajmimy „Słuchajcie wszyscy, Voldemort nas zaszczyci, zróbcie mu herbatkę!”?
- Niech to licho… – zasępił się Harry. – Masz rację.
- Patrzcie! – Hermiona wskazywała jakiś odległy punkt. – Tam jest Ginny! Hej, Ginny! – krzyknęła głośno.
- Nie drzyj się! Zaraz będziemy mieli komitet powitalny.
- A masz lepszy pomysł? – odgryzła się.
Ginny usłyszała wołanie i już biegła w ich stronę.
- Co wy tu robicie? – spytała. – Myślałam, że się gdzieś ukrywacie.
- Przyszliśmy odwiedzić stare kąty – wyszczerzył zęby Ron. – Wpuścisz nas? I w ogóle co robisz na błoniach o tej porze?
- Mam wartę. Wiecie, dla bezpieczeństwa kilka osób z GD każdej nocy pilnuje zamku – wyjaśniła, otwierając bramę. – Dobrze was znowu widzieć – rzuciła się każdemu z nich na szyję.
Okryli się peleryną-niewidką i ruszyli za Ginny w stronę zamku. Harry spojrzał w górę – prawie we wszystkich oknach paliły się światła. Nagle poczuł, że wrócił do domu.
- Gdzie idziemy? – spytała Ginny kątem ust, gdy weszli do środka.
- Pokój wspólny – odpowiedział Harry. – Po drodze zbierz wszystkich członków GD, których tylko spotkasz.
Ginny kiwnęła głową prawie niezauważalnie. Harry ze zdziwieniem zauważył, że mimo późnej pory na korytarzach jest mnóstwo uczniów. Co chwilę ktoś pozdrawiał Ginny, a ona odpowiadała uprzejmym uśmiechem i nieodłącznym „Przepraszam, ale mam pilną robotę”. Przy okazji zaczepiała członków GD i gestem nakazywała im iść za sobą.
Całkiem sporą grupą doszli do pokoju wspólnego.
Na widok Grubej Damy Harry’emu szybciej zabiło serce. Jak dobrze było zobaczyć coś – a raczej kogoś – znajomego.
- Clara veritas – Ginny podała hasło, a obraz odsunął się, odsłaniając przejście do pokoju wspólnego.
Przy kominku siedziało kilku pierwszoklasistów.
- Spadajcie do sypialni, mamy naradę wojenną – zażartowała Luna.
Pierwszoroczni natychmiast skierowali się do swoich dormitoriów.
- Ginny, co takiego pilnego się wydarzyło, że przerwałaś wartę? – spytał z zaciekawieniem i strachem Ernie Macmillan.
- Zaraz zobaczycie – uśmiechnęła się tajemniczo.
Harry uznał, że pora na efektowne wejście. Zdecydowanym ruchem ściągnął pelerynę-niewidkę. Kilka osób krzyknęło cicho, niektórzy cofnęli się zaskoczeni. Z fotela przy kominku zerwał się Neville.
- A niech to! Harry! Ron, Hermiona… Skąd się tu wzięliście?
- Mamy do spełnienia ważną misję. I potrzebna nam wasza pomoc – Harry wziął głęboki oddech. – Voldemort zamierza złożyć nam wizytę.
Rozległy się przerażone szepty. Niektórzy zadrżeli.
- Ci członkowie GD, którzy chcą nam pomóc w obronie szkoły – ciągnął Harry – niech zostaną tu, w pokoju wspólnym. Wszyscy inni mają zebrać się za 10 minut w Wielkiej Sali.
Nikt nie ruszył się z miejsca.
- Dziękuję wam – uśmiechnął się. – Ginny, powiedz prefektom domów, żeby wyprowadzili wszystkich z dormitoriów, i przyprowadź tu profesor McGonagall, profesora Fitwicka, profesor Sprout… Kto teraz uczy obrony przed czarną magią? – zapytał.
- Nie warto o nim wspominać. Chyba nigdy w życiu nie rzucił żadnego zaklęcia – odparł Neville.
- Więc to wszyscy. Zajmiesz się tym? – znów zwrócił się do Ginny.
Skinęła głową i wyszła pospiesznie.
- A teraz posłuchajcie mnie uważnie – zaczął Harry. – Voldemort nie zmienił planów ani na jotę, jedyne, czego pragnie, to mnie zabić, a potem przejąć władzę nad światem czarodziejów. Ale jest jeszcze coś, co chce zdobyć… Insygnia Śmierci.
Mówiąc to, wyjął z torby skórzany woreczek i wysypał na stół jego zawartość. Oczom jego przyjaciół ukazało się pięć szlachetnych kamieni – diament, szmaragd, rubin, szafir i topaz.
- Dadzą mu władzę nad życiem i śmiercią. Musimy je zniszczyć, zanim przybędzie do zamku… A później walczyć z nim tak długo, jak damy radę – westchnął.
- No to na co jeszcze czekamy? – Michael Corner obracał w dłoni połyskujący diament. – Chyba nie będziemy bezczynnie siedzieć do jego przybycia?
Przejście pod portretem otworzyło się i weszła Ginny.
- Wszyscy są w Wielkiej Sali, nauczyciele już idą – oznajmiła.
- Dziękuję ci – Harry obdarzył ją ciepłym spojrzeniem. – Posłuchajcie, mamy niewiele czasu. Te kamienie – wskazał na Insygnia – można zniszczyć tylko silnymi zaklęciami. Problem w tym, że nie wiem, jakimi. Mam nadzieję, że wy coś wymyślicie.
Członkowie GD zgromadzili się wokół stołu. Po chwili słychać było tylko formuły przeróżnych zaklęć. W tym czasie Harry próbował opracować plan obrony zamku.
- To na nic – powiedział zrezygnowanym tonem do Rona i Hermiony. – Jesteśmy tylko bandą dzieciaków, a on ma na swoje usługi wszystkie magiczne typy spod ciemnej gwiazdy, z olbrzymami na czele.
- Nie możesz tak mówić! – krzyknęła Hermiona. – Skoro Voldemort tu przybędzie – a przybędzie – to musimy zapobiec zbiorowemu morderstwu. Nie raz i nie dwa udało ci się ujść cało ze starcia z nim, a teraz nie jesteś sam. Masz nas – z uśmiechem wskazała tłum wokół stołu.
- Może masz rację… - Harry odwzajemnił uśmiech.
- To nie ma sensu! – usłyszeli zdenerwowany głos Seamusa. Odwrócili się jego stronę i zobaczyli, jak z wściekłością ciska jeden z kamieni w ogień. – Ich się po prostu NIE DA zniszczyć!
W tej samej chwili rozległ się głośny huk, a z kominka wystrzeliły turkusowe płomienie. Seamus odskoczył do tyłu.
- A niech mnie! Harry, widziałeś to? – podszedł do ognia, który znów miał zwykły, pomarańczowy kolor. – Chyba się udało!
Rzeczywiście, po kamieniu nie było śladu.
- Coś takiego… - Hermiona pokręciła głową. – Zwykły ogień…
Teraz po kolei wrzucali kamienie do ognia. Za każdym razem rozlegał się głośny huk, a płomienie zmieniały barwę.
Kiedy ostatnie z Insygniów Śmierci przeszło do historii, wszyscy wyczekująco spojrzeli na Harry’ego.
- Zadanie wykonane, szefie – roześmiał się Seamus. – Co teraz?
W tym momencie weszli nauczyciele.
- Co takiego ważnego kazało ci wyciągać nas z łóżek o tej porze, panno Weasley? – spytała ze złością McGonagall. Nagle zauważyła nocnych gości. – Wielkie nieba! – usiadła na najbliższym fotelu, trzymając się za serce. – Co wy tu robicie?
Harry nie sądził, że tak ucieszy się na jej widok.
- Nie ma czasu na wylewne powitania. Pani profesor, lada chwila pojawi się tu Voldemort, musimy zorganizować obronę zamku.
- Dobrze… Dobrze – do profesor McGonagall chyba nie dotarł sens jego słów. – Potter! – zerwała się nagle. – Co ty mówisz?! Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać przybędzie do Hogwartu?!
- Tak, pani profesor – odpowiedział spokojnie. – On nie wie, że będziemy przygotowani, musimy go zaskoczyć.
McGonagall jak zwykle szybko odzyskała pewność siebie.
- Przygotujemy mu serdeczne powitanie, Potter. Idziemy!
Wyszła pospiesznie, a za nią reszta nauczycieli i członków GD.
W Wielkiej Sali był już tłum uczniów. McGonagall pokrótce wyjaśniła im całą sytuację.
- Profesorze Flitwick, Krukoni… oczywiście pełnoletni… obstawią wieże. Profesor Sprout, Puchoni pójdą z panią do Sali Wejściowej. Nie sądzę, żeby ktoś ze Slytherinu zechciał pomóc… – spojrzała na Ślizgonów.
Nikt się nie odezwał.
- Doskonale. A więc ja z Gryfonami idę na błonia.
- Pani profesor… - Harry chciał zaprotestować.
- Nie powiesz mi, Potter, że nie umiem walczyć – uśmiechnęła się krzepiąco. – Myślę, że poradzimy sobie przez jakiś czas. A co potem?
- Mam nadzieję, że tego „potem” uda się uniknąć… Sytuacja jest prosta – albo ja, albo on.
McGonagall zbladła. Chyba nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Po chwili jednak opanowała się.
- Jakieś pytania? Wszyscy na swoje miejsca!
Spora grupa uczniów ruszyła w kierunku drzwi. Harry ucieszył się widząc, że zostali tylko najmłodsi.
- Powodzenia, Harry! – roześmiani Creeveyowie machali do niego.
Odwzajemnił uśmiechy i wyszedł. Czekał, aż McGonagall zabezpieczy drzwi do Wielkiej Sali i razem wyszli na błonia.
Gryfoni stali już w równym szyku, strofowani przez Rona i Hermionę. Nagle rozległ się krzyk.
- To oni! – Padma Patil wychylała się z Wieży Astronomicznej.
Rzeczywiście, przy bramie stała co najmniej setka zakapturzonych postaci. Bez trudu sforsowali zamki, ale zatrzymały ich zaklęcia Flitwicka.
Gryfoni i Krukoni wydali ryk radości. Po chwili jednak zamilkli.
- Głupcy! Myślicie, że to nas powstrzyma? – zimny, wysoki głos był aż nadto znajomy. – Cóż za naiwność!
Zaklęcie zostało złamane i tłum śmierciożerców wpadł przez bramę.
- Widzę, że spodziewaliście się nieproszonych gości… - głos Voldemorta niósł się echem po błoniach. – Nawet przygotowaliście się do tej wizyty! Nic wam to nie da! Ale nie bójcie się, nie przeleję dziś dużo krwi… Jak tylko Potter się tu zjawi, przerywamy bitwę.
Ron rzucił Harry’emu szybkie spojrzenie – pomyśleli o tym samym.
- Harry, nie! – szepnął. – On cię wykończy! Mamy szansę się obronić, nie idź tam!
Już go nie słyszał, już zdecydował. Wyszedł przed szereg Gryfonów.
- Jestem! – zawołał. – Zostaw ich w spokoju, masz mnie! Przecież tego chciałeś, prawda?
Zaskoczył go. Voldemort przez chwilę milczał.
- Potter! – zawołał w końcu. – Co za niespodzianka! Gratuluję odwagi – tak dumnie iść na śmierć… Chodź tutaj, a nikomu nie stanie się krzywda… oprócz ciebie, oczywiście! – zadrwił.
Harry ruszył w jego stronę, czując na sobie setki spojrzeń, słysząc przestraszone głosy przyjaciół. Ktoś na wieży szlochał rozpaczliwie.
Stanął wreszcie naprzeciw Voldemorta. Patrzył prosto w jego czerwone oczy, ale w ogóle nie czuł strachu. Wiedział, że nie ma wyboru, od dawna oswajał się z myślą, że ta chwila nadejdzie.
- Znaj mój gest – przemówił w końcu Voldemort. – Mógłbym cię załatwić jednym zaklęciem, ale dam ci szansę. Co powiesz na mały pojedynek? – nie czekając na odpowiedź Harry’ego, wyjął różdżkę.
Harry błyskawicznie sięgnął po swoją.
- Nie będziemy walczyć tutaj – Voldemort uśmiechnął się drwiąco. – Mógłbyś zginąć na oczach swoich przyjaciół, ale oszczędzę ci tego wstydu. Volatum! – krzyknął.
Harry poczuł, że odrywa się od ziemi. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, był już w powietrzu, a obok niego leciał Voldemort.
Nie wiedział, ile czasu minęło, zanim upadł na ziemię. Przetoczył się na plecy i natychmiast zerwał się na nogi, rozglądając się uważnie.
- Poznajesz, Potter? – usłyszał głos Voldemorta. – Dolina Godryka, twoje rodzinne strony. Będziesz miał okazję zginąć tam, gdzie twoi rodzice – zaśmiał się zimno. – Kończmy tę farsę – wyjął różdżkę. – Avada kedavra!
Harry uchylił się w ostatniej chwili. Zaklęcie uderzyło w kamienną kolumnę tuż za jego plecami i roztrzaskało ją w drobny mak.
- Cóż za refleks! – zadrwił Voldemort. – Wstawaj i walcz, mistrzu!
Kolejna śmiertelna klątwa śmignęła w jego stronę. Tym razem zablokował ją Zaklęciem Tarczy.
- Chyba cię nie doceniałem, Potter! Ale nawet jeśli ujdziesz z życiem – w co wątpię – niczego to nie zmieni. Już wkrótce zyskam pełnię władzy nad światem i nawet śmierć mnie nie powstrzyma!
- Liczysz na Insygnia Śmierci albo swoje horkruksy? – rzucił Harry.
To pytanie zbiło Voldemorta z tropu. Nie sądził, że on wie aż tyle.
- Nie dostaniesz ich w swoje ręce – ciągnął. – Zniszczyłem je, co do jednego, i horkruksy, i kamienie!
- Głupcze! Horkruksów nie mogłeś unicestwić, nie wierzę w to, ale tak po prostu ZNISZCZYŁEŚ INSYGNIA ŚMIERCI? Jak mogłeś pozbyć się takiej potęgi, mając ją W ZASIĘGU RĘKI?! – Voldemort wpadł w szał. – Zupełnie jak Dumbledore… On też gardził władzą, zależało mu tylko na pokoju na świecie! – zadrwił. – Niczego pożytecznego cię nie nauczył. Był starym głupcem, a ty jesteś taki sam!
- Potraktuję to jako komplement – odkrzyknął Harry, blokując jedno zaklęcie za drugim.
Nagle usłyszał za sobą jakiś szelest. Obejrzał się machinalnie, wpatrując się w ciemność. Voldemort wykorzystał tę chwilę nieuwagi i rzucił kolejne śmiertelne zaklęcie. Zielony promień chybił o cal.
- Ładnie to tak, atakować od tyłu?! – krzyknął Harry, czując, jak serce wali mu ze strachu. – Sam mnie uczyłeś zasad pojedynkowania, pamiętasz? Ukłon, uśmiech i tak dalej… Gdzie twoje maniery?
- Pal licho maniery! Giń, Potter! – Voldemort z wściekłością zaczął miotać zaklęcia na prawo i lewo.
Harry czuł, że nie da rady długo się bronić. Voldemort miał rację, za każdym razem po prostu miał szczęście. A teraz jest sam, to już koniec…
Zaklęcie oszałamiające trafiło go w brzuch. Przeleciał w powietrzu parę metrów i uderzył o ziemię z głuchym łoskotem. Półprzytomny patrzył, jak Voldemort pochyla się nad nim.
- Nie myślałem, że to będzie takie proste – zadrwił. – Jakieś ostatnie życzenie, Potter?
Nagle przypomniał sobie rodziców, Syriusza, Dumbledore’a, swoich przyjaciół. Dla nich będzie walczył do końca. Z wysiłkiem uniósł różdżkę.
- Expelliarmus! – krzyknął, bardziej instynktownie niż świadomie.
Voldemort nie spodziewał się tego. Jego różdżka wyrwała mu się z ręki i upadła w trawę kilka metrów dalej.
- Lubisz się bawić, co, Potter? – w głosie Voldemorta wyczuł nutkę irytacji. – Różdżka nie jest mi potrzebna, żeby z tobą skończyć.
Harry wstał z trudem. Widział, że Voldemorta to bawi, a jednocześnie czuł, że to ostatnia szansa, za chwilę któryś z nich zginie. Brzydził się tym, co musiał zrobić, ale wiedział, że nie ma wyjścia.
- Avada kedavra! –krzyknął, pierwszy i ostatni raz w życiu.
Voldemort nawet nie próbował się uchylić, widać nie uwierzył, że horkruksy są zniszczone, a Harry’ego stać na użycie tego zaklęcia. Zielony promień trafił go w pierś, a drwiący uśmiech powoli znikał z jego twarzy.
- Nieeeeeee! – wysoki krzyk zdawał się przeszywać Harry’ego na wylot. Blizna zapiekła nagle, jakby rozgrzana do białości. Harry osunął się na kolana i objął rękoma głowę, a straszny wrzask dzwonił mu w uszach. Otoczyła go ciemność…
Kiedy się ocknął, zobaczył nad sobą Ginny, Rona i Hermionę. Przez chwilę nie mógł przypomnieć sobie, gdzie jest i co się stało. Nagle wspomnienie ostatniej nocy wróciło z ogromną siłą. Zerwał się z łóżka.
- Voldemort… Co się z nim stało? Gdzie my jesteśmy?
- Spokojnie – Ginny pchnęła go z powrotem na poduszki i uśmiechnęła się ciepło. – Wszystko jest w porządku. Jesteś w Hogwarcie.
- Ale jak…? Kiedy…? Dlaczego…? – nic nie rozumiał. Przecież byli w Dolinie Godryka!
- Udało nam się powstrzymać śmierciożerców jeszcze przez jakiś czas. Kiedy nie wracaliście, zaczęli się niepokoić. Namierzyli was, ale kiedy tam dotarliśmy, byłeś tylko ty. I my, i oni zrozumieliśmy, co się stało, ale udało nam się zwiać z powrotem do Hogwartu. Myśleliśmy… Myśleliśmy, że nie żyjesz – Ginny załamał się głos.
- Już dobrze – objął ją ramieniem. – A wam nic się nie stało? – dopiero teraz zauważył, że Hermiona ma na ramieniu głębokie rozcięcie.
- Nic poważnego. Lavender i Seamus są trochę poturbowani, ale na szczęście śmierciożercy nie wdarli się do zamku. Nie podejrzewałam, że McGonagall jest aż tak dobra w pojedynkach… - odpowiedziała Hermiona. – A z tobą co się działo? Jak go pokonałeś?
Harry uśmiechnął się.
- Chyba znowu miałem więcej szczęścia niż rozumu…

Anna Krentowska
21.02.2008, 20:09

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

...

za mało napięcia, jak ktoś to już powiedział. Moim zdaniem za szybko sie skonczyło. Niemożliwe, żeby Harry pokonał Voldemorta jednym zaklęciem. Jest to za mało opisane. Ale to moje zdanie....

9.03.2010, 15:32
zuza

http://www.percyjackson.fora.pl/ Zapraszam na forum! :)

19.01.2010, 21:57
Fan Harrego

A co do tytułu to cykl Harrego się skończył.

17.06.2009, 18:43
Fan Harrego

avada kedavra to jest zaklęcie niemożliwe do odbicia!!!

17.06.2009, 18:42
Adelaide

To nie możliwe, by odbił śmiertelne zaklęcie, zaklęciem tarczy!!! Poza tym bardzo interesujące...

10.05.2009, 12:58
blackavril

ok ale prze avada kedavra nie da się uchronić dzięki zaklęciu tarczy to poważny błąd literacki

21.02.2009, 14:02
JiI

no, fajne :)

15.02.2009, 19:15
Ols

mi sie podoba

15.02.2009, 19:15
MAtt

a mi sie specjalnie nie podobało.. jakos tak zamało napięcia w tym wszystkim było;) ale powiem że Prginalnemu HP dorównuje;]

11.11.2008, 10:08
Zakuro

o wiele lepszy niż oryginalny potter

30.09.2008, 19:23