Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Drzwi w Skale: Pojęcie (cz. IV)

Panie i Panowie, nasz utalentowany Adam Aleksander Klimowski powraca w wielkim stylu uwolniony już od trudów i zmagań maturalnych a ze sobą przynosi kolejną część "Drzwi w Skale" - ambitnej opowieści, która podbiła serca naszych czytelników ciekawym stylem, rzeczywistością oraz wydarzeniami, które rozgrywają się w świecie z tajemniczymi wrotami.
— Assarin


Drzwi w Skale (cz. I)

Drzwi w Skale: Achonieci (cz. II)

Drzwi w Skale: Wyjaśnienie (cz. III)




Oddziały Berii Skrzydlatej i Borga Messe weszły do lasu. Były ostatnimi z czajhaków, które Tov Rosły wezwał w okolice Drzwi w Skale.
Wydawało się niemożliwe, by niemały w końcu naród Tertonów zdołał bezpiecznie przekraść się ze wszystkich stron Impromptu w to jedno miejsce, gdzie odnalazł się ich zagubiony kraj.
Udało się. Tov Rosły z zadowoleniem przyglądał się swoim pobratymcom:
– Berii Skrzydlatej, której czajhak przemierzył po wielokroć cały Imprompt i która jako pierwsza używać poczęła składanych stołów;
– Gacbie Zdolnemu, "Tertonowi wybrzeży", którego oddział posiadał wspaniałe, nielękające się wody konie;
– Hlondzie Wzniosłemu, którego wspaniałe wiersze i opowieści poruszały serca potomków niegdysiejszych władców Czajhaku;
– Borgowi Messe, którego czajhak trzymał się gór i jako pierwszy rozpoczął handel drogimi kamieniami z ludami Impromptu;
– Umresowi Władczemu, który stoczył najwięcej bitew.
Tych znał najlepiej. Ale i ci, którzy pierwszy raz o nim słyszeli, rozpoznawali w nim przywódcę i pozdrawiali go, jak nakazywał obyczaj. Odpowiadał im machinalnie, rozmyślając, gdzie może być teraz Bedo.



Bedo był już bardzo niedaleko Drzwi w Skale. Rozpoznawał tereny, którymi podążał, gdy Skała zniknęła z jego pola widzenia. Musiał być bardzo ostrożny– nie chciał w ostatniej chwili natknąć się na jakiegoś wroga Tertonów i wdać się z nim w bezsensowną potyczkę. Chciał też opowiedzieć swoim pobratymcom to, o czym dowiedział się w pokoju wspomnień Achonietów. Zaiste, warto było jechać taki szmat drogi.



Obserwator ulokowany na najwyższej gałęzi zeskoczył z niej i podbiegł do Berii.
– Pani, zbliża się jakiś jeździec. Gdzie jest Tov Rosły?
– Jestem tutaj – oznajmił Tov. – Co się stało? Ktoś się zbliża?
– Tak, panie.
Tov wdrapał się nie bez wysiłku na drzewo i rozejrzał się dokoła. Dostrzegł jeźdźca, o którym mówił wartownik. Nadjeżdżał z tej samej strony, w którą oddalił się Bedo, ale czy to on?
W pewnym momencie jeździec skręcił gwałtownie i wjechał do lasu, znikając Tovowi z oczu. Zeskoczył z drzewa i przykazał wartownikowi dalsze czuwanie. Udał się tam, gdzie stacjonował oddział Deva Mocnego. Spodziewał się, że jeździec– kimkolwiek by nie był– nie umknął uwadze Tertona.



Bedo wjechał w las, kiedy kilku nieznanych mu Tertonów otoczyło go i nie pozwoliło zsiąść z konia. Podszedł do niego ktoś wyglądający na wodza.
– Kim jesteś? – zapytał Dev.
– Jestem Bedo z czajhaku Tova Rosłego, poseł powracający z misji. Czy jest tutaj Tov Rosły?
– Nie, jest zajęty w innej części lasu. Pokaż swój stół.
Bedo spełnił polecenie Deva Mocnego. Wódz dokładnie obejrzał stół i stwierdził autentyczność znaku, wyskrobanego na jednej z nóg. W tym momencie pojawił się Tov. Poznał swojego Tertona i uspokoił ostatecznie Deva.
– Słuchajcie! – zwrócił się do wszystkich w pobliżu. – Powrót Bedo oznacza, że wszyscy Tertonowie są zgromadzeni wokół Drzwi w Skale. Każdemu dowódcy każdego czajhaku oznajmiłem, w jakiej kolejności powinien wejść do Drugiej Ojczyzny. Powiadomcie wszystkich, że za chwilę ruszamy. Ja idę do swojego czajhaku: musimy zdjąć zaklęcie z Drzwi.
Tov Rosły zniknął między drzewami. Za nim udał się Bedo. A za nim wszyscy Tertonowie pospieszyli do swoich oddziałów, by być gotowymi na czas.



Udało im się. Ponad wszelką wątpliwość.
Przekradali się grupkami po trzy, cztery osoby. Trwało to dość długo, choć wybrali część lasu, znajdującą się najbliżej Drzwi. Wszyscy byli zdziwieni pustką, rozciągającą się wokół Drzwi– Tov powiedział im o Ycoihu i jego poszukiwaniach. Musieli widocznie zapuścić się dalej– albo po prostu zawrócili tam, skąd przyszli. Tak czy inaczej, nie przeszkodzili Tertonom w ich zamiarach.



Bedo usiłował policzyć wzrokiem wszystkie oddziały, jakie przeszły przez Drzwi. Musiało być ich grubo ponad pięćdziesiąt– w każdym po setce osób, to czyniło pięć tysięcy Tertonów. "Pięć tysięcy... gdy ja widziałem ich miliony..." – zadumał się Bedo.
Większość zajęła się rozstawianiem wszystkich dostępnych stołów. Przygotowywano xahhę, która miała usunąć w niepamięć legendarną ucztę, wyprawioną przez pierwszego władcę Czajohów dla uczczenia zawarcia pokoju z ludem z Wybrzeża. Ze wszystkich stron znoszono mięsa, jarzyny, owoce, orzechy, wino, piwo, źródlaną wodę i inne znakomitości.



W literaturze Impromptu często spotyka się określenie: "i ucztowali siedem dni i noc ósmą", pochodzące z dzieła Aybera Jasnego "O uczcie potężnej, dla uczczenia pokoju przez Czajohów zgotowanej ludom Wybrzeży". Mało kto, czytając te słowa, skłonny jest przyjąć do wiadomości, że ktokolwiek może spędzić siedem dni i osiem nocy tylko na obżarstwie, pieśniach i opowieściach. Ale gdyby popatrzył na Xahhę, uwierzyłby.
Ósmej nocy, kiedy księżyc pojawił się na niebie, ukazując znaczne braki w mięsie i winie, Tov Rosły po raz sam–nie–wiedział–który wzniósł puchar i krzyknął:
– Chwała Tertonom! Niech żyje Druga Ojczyzna!!
Na co Tertonowie po raz sami–nie–wiedzieli–który wznosili swoje (coraz pustsze) puchary i odpowiadali:
– Chwała nam! Niech żyje Odkrywca Ojczyzny, Tov Rosły!!
Po kilku podobnych toastach Tov wszedł na stół i krzyknął:
– Słuchajcie, ludu Czajohów!
Wszyscy umilkli.
– Wielu powieści i pieśni wysłuchaliśmy przez ostatnie kilka dni. A teraz posłuchamy prawdziwej historii Drugiej Ojczyzny! Bedo, jeden z mojego czajhaku, wyruszył daleko na południe, do Achonietów, aby z ich ust poznać prawdę o pochodzeniu miejsca, w którym ucztujemy! Umilknijcie tedy, aby nie posądzono was o zwierzęcość, albowiem bydlęta nie posiadają zdolności mówienia, myślenia i milczenia w chwili stosownej. Słuchajcie! Bedo, rzeknij.
Bedo wniósł na stół pustą beczkę, usiadł na niej i rozpoczął swą opowieść.



"Wiele setek i tysięcy lat temu, kiedy świat był młodszy, niebo jaśniejsze, słońce gorętsze, lud przyjaźniejszy, a stoły większe, istniało pod słońcem, księżycem i gwiazdami potężne państwo. Nazywano je Rosłym Czajhakiem, albowiem jego zaczątek uczynił Czajoh, zwany Odem Rosłym.
Państwo to nie miało sobie równych w potędze. Obejmowało cały obszar, który dziś nazywamy Impromptem. W jego obrębie znajdowało się Wybrzeże, Jeziora, Góry, Wzgórza i wszystko inne. Na jakiejkolwiek ziemi byś nie stanął– wszędzie znajdowały się bardziej lub mniej wyraźne ślady po nogach stołu. Gdziekolwiek nie spojrzałyś na niebo– wiedziałbyś, że nakrywa ono cały Czajhak. Gdziekolwiek nie świeciłoby słońce– świeciło na chwałę władców Rosłego Czajhaku. Obozowałeś pod księżycem– byłeś na ziemi Czajohów. Oglądałeś gwiazdy– nazywałeś je, mówiąc naszym językiem i pisząc alfabetem poharskim.
W tamtych dniach nie mieliśmy sobie równych w potędze. Wszystkie ludy składały nam przysięgę wierności i dary. Dzieci władców podbitych terytoriów uczęszczały do naszych szkół, uczyły się naszego języka i alfabetu, naszych wierzeń, naszych obyczajów. Później same zostawały władcami i władczyniami i, pamiętając o swojej przeszłości, były nam wierne.
Potęga nasza wbiła nas w pychę. Pychę? Nie, to było coś większego i dostojniejszego. To uczucie władcy, którego stopy stoją na jednym brzegu rzeki, a oczy spoglądają ku drugiemu, a rozum duma, czy lud zza rzeki nie posiada nazbyt wiele ziemi. To uczucie orła, który, przebiwszy warstwę chmur, widzi słońce i duma, czy starczy mu sił, by tam dotrzeć. To wreszcie uczucie dziecka, które, po raz pierwszy zwiedzające okolicę, pyta: "A cóż jest dalej? Chodźmy tam, jeśli możemy."
Rozum Czajohów powiedział: lud zza rzeki zadowoli się mniejszym terytorium. Orzeł rozpostarł skrzydła i pofrunął. Dziecko oddaliło się, by samodzielnie iść tam, gdzie chce.
I stało się, że władcy Czajohów zapragnęli poznać to, o czym nikt nie marzył. Świat, zjednoczony przez jedną nację, zdał im się zbyt mały. Chcieli rozciągnąć swoją władzę poza Góry Południa, poza siedziby tajemniczych Achonietów, których lud tytułuje najstarszą nacją Impromptu.
Skąd przyszło to na nich? Jak dowiedzieli się, że poza Górami nie ma otchłani, lecz niebo i ziemia? Opowieści o terytoriach poza Górami przynieśli rozproszeni w bitwie o Ostatnią Przełęcz. Sporo ich poległo pod toporami krasnoludów, lecz kilku, szukając drogi ucieczki, zabłądziło i po raz pierwszy zobaczyli Świat Za Górami. Poeta tamtych czasów, Jaz Noil, powiedział o nim:
"Ojcowie nasi powiadali: nie masz pod słońcem miejsc, gdzie nie stałby stół nasz.
Oto kraj, którego ojcowie nasi nie znali: jest on pełen słońca i chmur jasnych,
Lasy ciągną się po horyzont, a drewno ich jest dobre na stoły.
Tam oka nie męczy skała ostra i gród kamienny.
Rządzi zieleń, miasta toną w niej niczym gwiazdy w czerni nieba.
Pójdź tam i zobacz, a umrzesz bez żalu, wiedząc, żeś ujrzał,
jak cudowny jest świat..."
Każda pieśń ucho swe i usta odnajdzie, powiada lud i prawdę powiada. Nakłonili Czajohowie i ich władcy uszy ku ustom wędrowców. Powiedzieli: "Tak, ruszymy, by i z tamtego drzewa były stoły nasze." Ale powiedzieli też: "Kto zaopiekuje się krajem naszym, gdy my ruszymy na wojnę? Kto da słowo, że ruszając po nowe imperium, nie utracimy starego?"
Rzekł im wonczas namiestnik południa, Czajoh Gedu Xilny: "Chcecie słowa? Takimi mówi lud Achonietów, a mieszkaniem ich Góry Południa. Niechaj wyruszy wyprawa i nakłoni Achonietów do pomocy". Tak rzekł, a rada jego mądrą wydała się zgromadzonym możnym. Uczynili, jako im rzekł. Przygotowali dary znaczne i udali się na południe, a przewodnikiem im był Gedu Xilny..."



Kamyk upadł na kamienny stół. Achonieta spojrzał ku wylotowi i zastygł w tej pozie, dopóki nie otworzyły się drzwi i nie wprowadzono króla Czajohów, Kemeza Całego.
– Niech imię twoje spoczywa jeno na wargach prawych przyjaciół twoich i rodu twego. Jam jest Kemez Cały, król Rosłego Czajhaku.
– Witaj, dostojny panie – odpowiedział Achonieta. – Czy omylę się, dufając, że usłyszałeś o moim ludzie raz pierwszy z ust Gedu Xilnego?
– Nie... panie. Nie mylisz się – odpowiedział lekko zaskoczony król.
– Xilny jest mi przyjacielem. To rozumny Czajoh. Jeśli będziesz kiedyś dumał, królu, kim obsadzić stanowisko wymagające rozumu, mowy stosownej i takiegoż milczenia, pamiętaj o Gedu Xilnym, namiestniku południa. Z czym przybyłeś do mnie?
Kemez obrócił się, jakby spodziewał się dostrzec za sobą przywiezione dobra, spostrzegł się i powiedział:
– Twoi... słudzy, panie...
– Ziomkowie, jeśli łaska, wasza wysokość.
– Twoi ziomkowie z pewnością oznajmią ci, jakie dary...
– Nie z nimi przybyłeś do mnie. Nie z winem, nie z mięsiwem, nie z drogocennościami. Taki dar można posłać przez namiestnika. Mów.
Król powiedział Achoniecie to, co miał mu powiedzieć. Potem z uwagą wysłuchał Achoniety, starając się zrozumieć używane przez niego terminy ("współczynnik degrengolady", "stała destroicyzacyjna", "przypadek zZz" i inne) i wyłowić to, co go przede wszystkim interesowało: ile to wszystko będzie kosztować?
Oczywiście, Achonieta doszedł i do tego: cena wydała się królowi olbrzymią. Lecz i dzieło było olbrzymie, rzekło królewskie sumienie, i Kemez Cały wyciągnął do Achoniety rękę. Ten podał królowi dwa pergaminy. Władca musiał je wypełnić pod dyktando władcy potężnego kunsztu.



"Powrócił więc Kemez Cały, władca Czajohów, Gedu Xilny, namiestnik południa, potężni panowie i rycerze o stołach z drewien cennych.
Powiadają kroniki ówczesne, że nigdy ludzie nie byli tak przerażeni, jak podczas tych dni, gdy Achonieci swą mocą przekształcali świat. Oto bowiem oczy ich widziały padające jakby pod ciosem topora odwieczne drzewa, kruszenie się gór potężnych, wodę krwawo spływającą w miejsce rzek, huragany potężne, zwierza dzikiego wychodzącego z lasu, zielone łuny na niebie północnym, mrozy straszliwe w środku lata, upały u kresu zimy, wyschnięte morza, dymy snujące się licznie ku ziemi, ludzi wykrzykujących słowa niezrozumiałe, władców szaleńcami, możnych ubogimi, żebraków pełnych mądrości, ziemię falującą jako morze, księżyc harcujący po niebie i słońce gasnące w dzień.
To ujrzały ludu Impromptu. Wtedy to narodziły się pierwsze plotki o konszachtach władców z czarnoksiężnikami. Plotki te jednak znikły, gdy ujrzano nędzę, w jaką wpadł dwór Kemeza. Król zmuszony był wyrzec się stołów hebanowych i mahoniowych. Wielkie xahhy, na które spraszał lud okoliczny, uległy zapomnieniu. Ten stan trwał około dwu lat.
Trzeciego roku nastąpiła poprawa. Wszystko wróciło do normalności, ale kolejne dwa lata trwało usuwanie wszystkich szkód. Król zaszył się w zamku myśliwskim na szczycie wzgórza Yoj.
Wreszcie, piątego roku po kontrakcie Czajohów z Achonietami, król rzekł, że droga do Świata Za Górami stoi otworem."



– Droga do Świata Za Górami stoi przed nami otworem – rzekł król Kemez. – Jeżeli powrócimy i zastaniemy kraj nasz obrócony w ruinę (od czego niech nas jednak los strzeże, los strzeże, los strzeże), nie rozedrzemy szat ni w rozpaczy stołów nie połamiemy, lecz z uśmiechem zadumy obrócimy się ku Skale – tu król wskazał berłem drewnianym na Drzwi w Skale – i zagramy w naszą grę, w "dziewięć wyrazów". A kiedy wygramy, nasza ojczyzna stanie przed nami (lub naszymi potomkami) otworem.



"Dumne były królewskie słowa, lecz Czajoh mający opiekę nad skarbem uświadomił władcy, że wciąż brak pieniędzy na wyprawę.
Niewiele się namyślając, Kemez Cały zarządził podatek dla wszystkich ludów pomieszkujących Rosły Czajhak. Powiedział wonczas Ro Pelon, Bard Wybrzeża:
"Nie masz radości w narodzie na głos trąbki. Drzewiej
następowała po nim xahha, na której król sam był
nadgospodarzem. Lecz któż dziś bierze udział w uczcie króla?
Nie ma już takiej, a trąbka ogłasza nową należność.
Pieniądz, stół, prosię– wszystko bierze król nasz.
Z tegoż przyrządzi nową xahhę– sobie. Nikt z ludu
nie będzie więcej oglądać stołu królewskiego."
Nikt nie oglądał już stołu królewskiego ni jego osoby. Syn Kemeza, Rotyf, ukazywał się ludowi tylko przy nadzwyczajnych okazjach. Zanikał powoli obyczaj przybywania do sąsiada, by wspólnie urządzić xahhę. Każdy zamknął się w swoim dworku i nie wyglądał na świat. Nikt już nie wspominał o wyprawach do Świata Za Górami. Drogę do tamtych ziem zasypał pieniądz, dorzucany do królewskiego skarbca.
Uległa także zapomnieniu Skała i jej Drzwi. Tylko niekiedy, wieczorami, starsi Czajohów rozmawiali między sobą o Drugiej Ojczyźnie– miejscu, które przygotowano za dawnych lat i do którego udadzą się wszyscy godni tego zaszczytu. Tak oto fakt historyczny stał się mitem, sycącym serce uciskanych przez władców Czajohów.
Wiele lat później władcy Wybrzeża, Gór, Jezior i innych krain Impromptu uznali, że należy uczynić kres Rosłemu Czajhakowi, który z państwa prawdziwie wielkiego stał się czymś, co w żadnym stopniu nie przypominało dzieła (szanowanego przez wszystkie ludy Impromptu) Czajoha zwanego Ordem Rosłym.
Wiele lat trwała walka słabnącego Czajhaku z władcami podwładnymi. Ostateczne zwycięstwo przypadło im właśnie. Wkroczyli oni do naszych dworów, zamków, spichrzów i stolarni. Uciekaliśmy jak niepyszni z granic swojego państwa. A ponieważ było one równe co do rozmiarów Impromptowi, uciekaliśmy najdalej jak było można.
Błąkaliśmy się niczym liście popychane wiatrem. Nigdzie dłużej nie mogliśmy zagrzać miejsca, przeganiani nienawiścią chłopów, mieszczan, szlachty i władców. Zaniedbali nazwy nam właściwej: przezwali nas Tertonami, lecz myśmy to wyzwisko przejęli jako nazwę nową naszego narodu, bo czymże Czajoh bez Czajhaku? Zostaliśmy więc Tertonami, Stołownikami Impromptu, ludem koczowniczym, o którym powiada skald Buva:
"Świat nie jest już nasz,
lecz my jesteśmy świata własnością.
On ciska nas, gdziekolwiek zechce, lecz
miłosierny jest: nie pozbawia nas konia, jadła
ni stołu, pamietającego Czajhak Rosły.
Gdzież kraj nasz? Czemu zaginął pod kopytem
konia sługi naszego, czemuż nie przetrwało państwo–świat?
Dziś koń światem naszym, a stół państwem. Los łaskaw
nie wybił nas wszystkich do nogi. Trwajmy więc,
Tertonowie, potomkowie Czajohów Rosłych."
A dziś odnaleźliśmy kraj nasz. Zrozumieliśmy, skąd się wziął i jak powstał. Mamy do niego prawo. Mamy prawo porzucić nazwę naszą: Tertonowie. Znów jesteśmy Czajohami, bo oto zmartwychwstał Rosły Czajhak..."



Były to ostatnie słowa, wypowiedziane przy tej okazji. Po opowieści Bedo wszyscy zgromadzeni udali się na spoczynek.
Zasnęli– już jako Czajohowie, poddani Rosłego Czajhaku.

A. A. Klimowski
30.07.2007, 17:04

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

loco

Hm. Opowiadanie fajniutkie. bardzo. Pamiętam którąś z wcześniejszych części "Drzwi", le dość słabo. chętnie przeczytam teraz wszystkie. :)

8.08.2007, 14:16
Agrypine S.

A jak przeczytam bez zapoznania się z poprzednimi, to będę coskolwiek rozumiała? :P

4.08.2007, 20:20
Assarin

Proszę państwa, zapraszam do dyskusji i oceny. Niech autor poczuje się czytany i doceniany, bo się zbuntuje i przestanie pisać!

3.08.2007, 23:29
Adam Klimowski

Gdzieżbym śmiał mieć za złe :D Dla Waszej wiadomości: szykuje się jeszcze jedna, ostatnia część cyklu o "świecie z tajemniczymi wrotami" (jak to ładnie powiedział Assarin), zatytułowana "Czajohowie".

2.08.2007, 13:30
Agrypine S.

Chyba nie ma sensu, bym teraz czytała, bo wpierw musiałabym przeczytać poprzednie części. A.A.K., nie miej mi tego za złe... Jeszcze przeczytam, zdążę... :)

30.07.2007, 21:03