Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień XIII

Czyż noc nie jest godziną spisków?
Czyż noc nie jest godziną zemsty?
Ale czy jej pomocy, z nią przymierza potrzebuje ktoś, kto nie lęka się morderstwa pod słoneczną tarczą?
Czarny Pan był zły. Przynajmniej zdaniem Petera stan ów charakteryzował lorda od dłuższego czasu. Najwyraźniej kolejne słane przez szpiegów notatki nie zawierały dość dobrych nowin, by zrównoważyć wczorajszą wiadomość autorstwa Severusa Snape’a. Co mniej inteligentni obecni w kwaterze Śmierciożercy mieli nadzieję, że Czarny Pan uspokoi się samoistnie. Peter kwitował ich pełne nadziei wypowiedzi pogardliwym prychnięciem i niesłyszalnym dla mądrali „chciałbyś”.
Pettigrew miał doświadczenie.
Wiedział, że wystarczy jedna zła wiadomość, a spadnie głowa nieszczęsnego posłańca. Peter wolałby tylko, by nie należała ona do niego.
Nawet Bellatrix przestała się wymądrzać i siedziała na fotelu ze skwaszoną miną, uparcie wpatrując się w drzwi wiodące do gabinetu swego bóstwa. Dokładnie przed kwadransem Nott zniknął za „wrotami piekieł”. Czarny Pan najwyraźniej czytał raport.
„Crucio” wypowiedziane z taką dozą nienawiści zgromadzeni w sąsiednim pomieszczeniu słudzy przyjęli z ulgą – tak samo jak wrzask bólu Notta. Słońce niechętnie wychyliło pierwsze promienie za linię horyzontu. Jasne macki przyczepiały się do elementów krajobrazu.
Gdzieś – wbrew pozorom całkiem niedaleko – trzy osoby obudziły się jednocześnie.
Pierwsza wymamrotała złowrogo brzmiące w ustach nastolatki przekleństwo, po czym ponownie zapadła w miękkie ramiona Morfeusza, reprezentowanego przez puchową poduszkę.
Druga automatycznie przeszła do pozycji siedzącej i z szeroko otwartymi oczami starała się ocenić sytuację. Po telepatycznym odnalezieniu jednego umysłu i trzykrotnym upewnieniu się, że właściciel owego umysłu jest z nim w dalszym ciągu połączony, wycedziła „A żeby cię…!”, po czym pozwoliła sobie na drzemkę do szóstej trzydzieści.
Harry Potter potarł piekącą bliznę. Potarł ją jeszcze raz, jakby to mogło mu w czymś pomóc.

***

- Grzesiu... trochę cierpliwości. Cierpliwość jest cnotą.
- A ja myślałem, że grzechem głównym... zamiast nieczystości – sarknął wampir.
- Nie chcę jeszcze jednego trupa. Miej tę świadomość, że jeśli tym razem ktoś coś aż tak spaprze, to ze sobą skończę i wówczas cały wasz plan będzie można…
- Zrozumiałem – przerwał mu wampir.
- Mam nadzieję.
- Ciebie powinno się trzymać na oddziale zamkniętym.
- Jak będę musiał, to powieszę się na moich sznurówkach.
- Zapamiętam, by dostarczyć ci miękkie, nieszkodliwe bamboszki.
- Ja NIE ŻARTUJĘ!
- Wiem. – Grzegorz uśmiechnął się. – Mówiłem szefowi, żeby ciebie w to nie wciągać, bo jesteś…
- Dlaczego nie mówisz mu po imieniu? „Robert” nie przechodzi ci przez usta?
- Ten człowiek mi płaci – wyjaśnił wampir. – Jestem jednym z jego licznych Organizatorów Niebezpiecznych Akcji. Kimś w hierarchii.
- A ja jestem nikim, tak?
- Co brałeś? Tylko bez wykrętów.
- Nic.
- To co piłeś? Chuchnij… jesteś kompletnie zalany!
- Nieprawda.

***

Sam wychyliła się z łazienki z zielonym turbanem z ręcznika na głowie.
- Widziałeś moje kapcie? – spytała z nadzieją.
Sławek leżał na podłodze przedpokoju, a mała pantera usiłowała mu odgryźć serdeczny palec lewej ręki.
- Ja tu tylko pilnuję – rzucił, usiłując wyciągnąć kończynę spomiędzy ostrych jak szpilki zębów. – I nie jestem kocią niańką, jakbyś nie zauważyła.
- A ten cały czas swoje – prychnęła Mierzeja. – To nie moja wina, że Aleiss usiłowała cię zjeść. Nie ciebie pierwszego zresztą. Po prostu przesiedziałeś kilkadziesiąt minut na najwyższej półce regału „Czarna magia – praktyczne zastosowanie”. Nic ci się nie stało.
Sławek z obrażoną miną usiłował zmusić kociaka do rozwarcia szczęk. Jego zabiegi były ignorowane, panterka wyglądała na bardzo z siebie zadowoloną, a cała scena nosiła wszelkie znamiona komizmu.
- Puszczaj, zarazo.
- Ibris, daj spokój. On się nie zna na żartach.
Kociak porzucił pastwienie się nad dłonią jednego z lepszych agentów w kraju i z furią zaatakował rozłożony na podłodze dywan.
Mierzeja, ziewając, przemaszerowała do kuchni, znacząc podłogę śladami mokrych stóp.
- Będziesz chora – zauważył Kiślewicz, wstając.
Moment ów wybrał zwierzak na dobranie się do sznurówek jego adidasów.
- Mleko… - Sam otworzyła lodówkę. – Nie ma mleka? Niemożliwe.
Zatrzasnęła drzwiczki.
- A tego nie trzeba przypadkiem karmić butelką? – Sławek dotarł do drzwi z kociakiem uczepionym lewej nogawki dżinsów.
- Możliwe. – Mierzeja przesunęła gałkę otwierającą sprzęt AGD z lewej strony na prawą.
- Będziesz chora – powtórzył, usiłując uniemożliwić panterze wspinaczkę po spodniach.
- Wiem. – Wzruszyła ramionami. Zielony turban na jej głowie przekrzywił się nieco.
Przekręciła gałkę i szarpnęła drzwi do siebie. Z wnętrza wiało chłodem i zapachem kopru.
- Tylko mi nie mów, że jesteś właścicielką Szalonej Lodówki Sekretarki Ministra. – Sławek zrobił wielkie oczy. – Podobno sprzedano ją za cenę wywoławczą pewnej niepozornej staruszce, bo nikt jej nie chciał.
- Niepozornej staruszce – prychnęła Sam, wkraczając w lodówkowe odmęty skąpane w świetle jarzeniówek. – Tak to jest, gdy się rozstawia zaklęcie kroczące dla niestandardowych powielaczy trzeciego i czwartego rzędu połączonych z rozciąganiem podprzestrzeni. Potem ministerstwo pozbywa się takiego „zepsutego obiektu”, bo ktoś zapomniał o tym, że żywność się psuje i niezbędne jest jedno dodatkowe zaklęcie… No… powiedzmy, że dwa.
Sławek wziął panterę na ręce (natychmiast wgryzła się w rękaw jego bluzy) i podążył za Mierzeją.
Przedsionek 3x3 metry porażał bielą i sterylną czystością. Drzwi po prawo – jedne z kilku – były otwarte. Wewnątrz, na znajdującym się w zasięgu wzroku regale piętrzyły się różnorodne sery. Najprawdopodobniej regałów było znacznie więcej, gdyż triumfalny okrzyk „mam!” utonął w powielonej jego wersji.
Po chwili w drzwiach pojawiła się Mierzeja, dzierżąc w ręce butelkę z białym płynem, zwieńczoną smoczkiem.
- Trzymasz tu butelki dla niemowląt?
- Nie zamierzam tłumaczyć ci zasady działania tego urządzenia. – Odebrała mu kociaka, który momentalnie przyssał się do butelki. – Mam dziś o wiele ciekawsze plany.

***

Sobota Severusa Snape’a zapowiadała się podejrzanie spokojnie – tylko „ofiary” mające do odbycia szlaban mogły zakłócić sprawdzanie stosów kartkówek i wypracowań w okolicach godziny szesnastej.
Miszczunio siedział obecnie przy biurku i obserwował efekty czyjejś pracy. Raz po raz na marginesie wykwitały złośliwe uwagi kreślone profesorską ręką, które już w poniedziałek miały stać się przyczyną puchońskiego potoku łez. Snape zerknął na pierwszą stronę mętnego wywodu.
- Anna Sonflow – prychnął. Puchońska pięknotka była irytująca, wiecznie uśmiechnięta i święcie przekonana, że ma rację. Severus z mściwym uśmieszkiem zamaszyście napisał tuż obok wykaligrafowanego nazwiska: „Nie zaliczone. Brak możliwości poprawy”. Owszem, miał świadomość, że bardziej wrażliwą osobę owa notatka przyprawiłaby o ból głowy i załamanie nerwowe, ale Puchonka przejawiała wrażliwość słonia gryzionego przez gzy i przerażała nawet swoich współbraci różową bluzeczką, różowymi wstążkami i skąpą, mdląco-landrynkową spódnicą. Mógł zmusić uczennicę do noszenia szkolnej szaty, ale tylko na eliksirach oraz po zakończeniu zajęć w miejscu zakwaterowania i z owego przywileju korzystał. Władza profesorska nie sięgała jednak na szkolny korytarz, gdzie Anna Sonflow zaprezentowała w piątek kolczyk w pępku.
Severus osobiście nie wnosił żadnych zastrzeżeń, gdy uczennice paradowały po szkole z ciężkimi kolczykami w uszach – nawet, gdy wyglądały wówczas wyjątkowo tandetnie (zarówno uczennice, jak i ich biżuteria), jednakże różowe szkiełko w piętnastoletnim pępku sprawiło, że nawet Snejpowska wrażliwość estetyczna ostro zaprotestowała. Poczuł pewną ulgę, wlepiwszy dziewczynie szlaban z Filchem. Miał nadzieję, że wybrana przez woźnego praca będzie wymagała sporego wysiłku i użycia pomalowanych w diabolicznie różowe kwiatki paznokci.
- Potter – prychnął, odkładając puchoński wywód na stos po prawo i sięgając po kartkę pokrytą nierównym pismem Gryfona.

***

Marsz pogrzebowy Chopina dobiegł spod poduszki. Mierzeja posadziła kociaka na kanapie i rozpoczęła poszukiwania telefonu.
- Tak? – spytała po chwili. Po drugiej stronie linii ktoś sapnął. – Kto mówi?
- Czy ja w zaleceniach zaznaczyłem, że masz nabyć różdżkę? – Konrad cedził kolejne słowa, co jego wypowiedź upodobniło do krytycznych uwag Severusa pod adresem Gryfonów, a w szczególności Pottera.
- Cześć, Konrad. Jak się masz, bo ja mam się świetnie. – Sam rozsiadła się na kanapie, co Ibris wykorzystała niezwłocznie i zainstalowała się na Mierzejowych kolanach.
- Sammm…!
- Jak zapewne wiesz, wybieram się na Mistrza Twardowskiego właśnie w tym celu. Jeśli koniecznie chcesz mi towarzyszyć, bo nie wiesz, co robić podczas przerwy, to nie mam nic naprzeciw.
- Za dwadzieścia pięć minut. Pod apteką Tarnowskich. – To powiedziawszy, rozłączył się.
Mierzeja schowała telefon i zgasiła palniki pod trzema dymiącymi kociołkami.
- Sławek, mógłbyś mi pomóc? – Ustawiła cztery puste kolby na blacie.
- Wiewiórki podobno głosu nie mają – zauważył kwaśno.
Pantera wykorzystała sytuację, by wbić zęby i pazury w nogawkę jego spodni.
- I nie mają odpowiednich kończyn, by ci pomagać.
- Łap. – Rzuciła mu parę kuchennych rękawic – czerwonych w białe kropki.
- I niby ja mam to teraz…
- Tak. – Mierzeja rzuciła nieco nerwowe spojrzenie w stronę szafy i, porzuciwszy eliksiry na pastwę swego ochroniarza, podbiegła do drzwi i, otworzywszy je, zajrzała do swego jak najniebardziej niemagicznego pokoju.
- Mama? – spytała lekko zszokowana.

***

Harry Potter przeżuwał kanapkę. Hermiona raczyła się sałatką, a Ron żłopał sok. Ręka Granger drżała nieco, a liść zielonej sałaty spadł z widelca na blat stołu.
- Wampir? – spytała w końcu.
- I atakuje wszystkich. – Harry oznajmił to, rozsiewając okruszki.
- Nawet Ślizgonów. – Ron wskazał na Morpheę siedzącą przy sąsiednim stole.
- I najwyraźniej starzy nie zamierzają nam o niczym powiedzieć.
- Przecież wydali zakaz opuszczania terenu po dwudziestej drugiej – zauważyła Hermiona.
- Ale ostatni napad miał miejsce tutaj. Wśród tych podprzestrzennych murów. – Ron odstawił szklankę. – Może myślą, że to któryś z uczniów.
- Szukacie sensacji. – Hermiona dźgnęła mieszankę warzyw na swym talerzu, licząc na łut szczęścia. – Po prostu nie chcą siać paniki. Wystarczy chyba, że ktoś usiłował mordować uczniów w Hogwarcie. Wyobrażacie sobie, jak zareagowaliby rodzice? Ron, twoja mama byłaby tu szybciej niż „już” i dodatkowo zmusiłaby również bliźniaków do powrotu, argumentując, że przebywają w niebezpiecznej okolicy i podejrzanym towarzystwie. Pogryzienie przez wampira jest poważnym obrażeniem. Podobno w tutejszym ministerstwie jest specjalna komórka zajmująca się eksterminacją krwiopijców łamiących prawo. Na pewno Dumbledore powiadomił odpowiednia służby.
- Ale co to da… - Harry powątpiewał w umiejętności polskich aurorów i całej komórki Pogromców Wampirów.
- Pewnie kogoś przyślą. – Hermiona ponownie dźgnęła sałatkę, która dzielnie zniosła widelcowy atak. – A dyrektor wystosuje do nas przemowę.

***

- Pamiętaj, żeby sprawdzać Piotrkowi lekcje. Ojciec będzie po południu, ale też tylko na chwilę. Przygotowałam ci kilka setek tych miedzianych obręczy z zaklęciem na te beznadziejne zagraniczne miotły. Możesz je zamontować w najbliższej przyszłości? Dostałam list od pewnego Gryfona. Ze skargą. – List wylądował na stole między wypracowaniem z transmutacji a stosem ksiąg o tematyce wybitnie czarnomagicznej. – Mogłabyś być trochę milsza, Sam. Nawet jeśli to ktoś, kogo nie lubisz. Oczywiście dostałam również pisemne zawiadomienie z MM, że należysz do wyjątkowo elitarnej jednostki. – Kolejna karta upstrzyła bałagan na Mierzejowym stole. – Miałam im ochotę odpisać, że nie mam pojęcia, dlaczego mam być dumna, ale uznałam, że szkoda papieru i atramentu. Mogłabym być dumna, gdybyś dostała się na magiczny kierunek SGH… Oczywiście twój lekarz dręczył mnie kilkakrotnie, ale, jak zrozumiałam, żadna straszna krzywda ci się nie stała, więc jeśli chcesz się przekonać, jakie bzdury wypisywał, to nie mam nic naprzeciw. – Dwadzieścia kartek wylądowało na stole. – Ja wolałabym jednak, żebyś najpierw zdała drugi egzamin z eliksirów, a potem zaczęła zajmować się miksturami leczniczymi, ale to twoja sprawa. Tak samo jak kwestia wyboru miejsca zatrudnienia. Widzę, że trochę posprzątałaś i chyba przeniosłaś część rzeczy do tej nowej podprzestrzeni… Ten młody człowiek pomaga ci? Zresztą nieważne. Muszę lecieć. Pa!
Cmoknęła córkę w policzek i wyszła, zostawiając ją w stanie totalnego szoku i lekkiego pomieszania. Z korytarza dało się słyszeć jeszcze:
- Do mnie: moje słoneczne okulary!
Trzaśnięcie drzwi i cisza. Nie trwała jednak długo.
- Sam! Zabierz tę panterę!
Mierzeja rozsunęła wieszaki.
Sławek starał się strząsnąć wspinające się po nogawce dżinsów kociątko. Obie odziane w kuchenne rękawice ręce dzierżyły właśnie kociołek pełen bladożółtego eliksiru.

***

- Tak się składa, że za kwadrans będę na Mistrza Twardowskiego. – Sam obróciła w palcach wizytówkę. – Możemy wówczas porozmawiać o nękającym pana problemie.
Sławek usiłujący zapakować Ibris do zielonej torby w kwiaty podniósł głowę.
- Najpierw różdżka, a dopiero potem jakieś inne spotkania. Nie zapytałem cię, czy idziesz na pogrzeb Zygmunta. Idziesz?
Mierzeja rozłączyła się po uprzednim „Do zobaczenia” i popatrzyła na swojego ochroniarza wilkiem.
- Mogłeś powiedzieć wcześniej. Teraz, nawet jakbym chciała, to nie mogę.
- I dodatkowo umawiasz się na Mistrza z kimś, kogo nie znasz. Może to jakiś podstęp?
Mierzeja westchnęła teatralnie.
- Sławek… czy sądzisz, że Konrad dałby mi telefon do jakiegoś podejrzanego typa? Jestem pewna, że przeprowadził wywiad środowiskowy i zasięgnął opinii osób trzecich, a nawet czwartych.
- Pewna, pewna! – prychnął Sławek. – Może twoje przeświadczenie o jego prawych zamiarach jest mylne. – Kiślewicz w końcu wepchnął kociaka do torby.
- Tak. Oczywiście. A on za wszelką cenę pragnie mnie sprowadzić na złą drogę. Sławek, zdaję sobie sprawę, że jest wcześnie i twoja mania prześladowcza się nasila, ale to jeszcze nie powód, by kogoś oczerniać.
Ochroniarz mruknął coś niezrozumiałego.
- Ujmijmy to tak: rozumiem twoją troskę, ale gdybyś okazywał ją tylko i wyłącznie w sytuacjach zagrożenia, to byłabym ci niezmiernie wdzięczna. A teraz wychodzimy.
W powietrzu zawisł srebrzysty teleport.

***

Słońce za oknem nieco denerwowało Severusa. Dodatkowo świergot ptaków nie poprawiał mu humoru. Przywykł do ciszy lochów i kiepskiego oświetlenia. Rozgrzany słońcem papier całkowicie nie pasował do jego wizji sprawdzania prac.
Wstał, zaciągnął zasłony i usiadł za biurkiem. Przez szparę między zasłonami wąska struga promieni padała na stos uczniowskich prac.
- Pięknie – mruknął. – Cudownie.

***

Wziąwszy pod uwagę to, że wszystkie dotychczasowe próby nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, należało zastanowić się, gdzie tkwi błąd i go wyeliminować.
Łatwo powiedzieć, ale trudniej zrobić… chociaż… - Uśmiechnął się do własnych myśli. - …to wcale nie musi być niewykonalne.
Podniósł słuchawkę i wystukał numer.
Informacja to doskonała broń. Poparta tarczą pieniądza może czynić niepokonanym.

***

Sam wyskoczyła z teleportu. Zielona torba odcinała się na tle białej, letniej sukienki. Kociak wychylał zeń głowę zaciekawiony nagłą zmianą otoczenia, a wiewiórka najspokojniej w świecie siedziała Mierzei na ramieniu.
- Wiem, że uważasz teleport na środku ulicy za rzecz niebezpieczną. – Sam rozejrzała się.
O tak wczesnej porze Mistrza Twardowskiego była wyludniona. Pierwsi właściciele sklepów mocowali się z kłódkami i zaklęciami zabezpieczającymi na drzwiach.
- Nareszcie. – Konrad przestał wystukiwać bliżej niezidentyfikowany rytm na pękniętej płytce chodnikowej. – Myślałem, że już nie przyjdziesz. Teterman zgodził się, żebyś jeszcze raz odwiedziła jego pracownię. Nie pytaj mnie, co musiałem mu obiecać i jakie kroki przedsięwziąć w tym celu.
- Cześć, Konrad. – Sam jakby nie zauważyła wywodu swojego lekarza. – Co u ciebie? Wyglądasz, jakbyś wyjątkowo źle spał.
- Twa spostrzegawczość wprawia mnie w zachwyt – sarknął, prowadząc Mierzeję w kierunku jednej z bram.
- Konrad?
- Czego, kobieto…?!
- Masz coś na twarzy.

***

Mirtle wychyliła się z czeluści Mierzejowej szafy i jej oczom ukazał się mniej więcej standardowy widok. Może poza makatką przedstawiającą srebrno-zielonego węża Slytherinu duszącego zsiniałego i podstarzałego już nieco lwa. Rękodzieło wisiało na prawo od drzwi nieznanego przeznaczenia.
Natomiast w powietrzu unosił się wiele mówiący napis: „Mirtle! Wszystkiego najlepszego i takich tam. Niestety, osobiście prezentu wręczyć nie mogę, a szkoda. Ale to to pudełko w papierze w entuzjastyczne mikołaje.” Strzałka wyraźnie wskazywała na coś na kanapie.
Mirtle podniosła małą paczuszkę. Na wysokości wzroku miała właśnie przyszpiloną do ściany listę spraw do załatwienia. Długi zwój papieru niknął gdzieś za kanapą. Andy wyciągnęła celulozową wstęgę na światło dzienne.
Cierpiała ostatnio na nadmiar wolnego czasu, a dzisiejszy dzień pozbawiony miał być jakichkolwiek pożytecznych działań – szczególnie że Potter obiecał zająć się przygotowaniami do imprezy urodzinowej. Zaproponował, by połączyć przewidziane na wrzesień święta i miast organizować coś wielokrotnie w pokoju wspólnym, tym razem pójść na całość. Podczas porannej przemowy do ludu Harry zasugerował, że to ostatnia okazja, bo potem to już tylko na biednych adeptów magii czekają stosy prac domowych i godziny zakuwania do egzaminów. Mówił tak przekonująco, że nawet Hermiona przestała zrzędzić. Być może załamała ją wojownicza postawa Harry’ego i jego poza. Stojąc na fotelu, gestykulował zamaszyście, a przede wszystkim machał różdżką, co zaowocowało ostatecznie stratami materialnymi w postali rozbitego żyrandola. Potterowi brakowało tylko sztandaru i dużego napisu „Wolność wiodąca lud na barykady”. Podjął się nawet przedyskutowania z dyrektorem kwestii udostępnienia Wielkiej Sali na dziś. Jego entuzjazm nieco przygasł, gdy okazało się, że dyrektor nie ma nic naprzeciw, ale ma to być ogólnoszkolna balanga.
Mirtle nie zamierzała protestować, ale brak zajęć wpływał źle na jej psychikę. Potter zarządził zbiórkę pieniędzy (po cztery sykle każdy) i pognał do najbliższej cukierni. Potem miał odwiedzić Zonka i Weasleyowe królestwo.
Mirtle wzięła ołówek i podkreśliła kilka co ciekawszych jej zdaniem zadań. W tej chwili dzień nie wydawał jej się już tak nudny. Zerknęła jeszcze na punkty na końcu listy i westchnęła. Sam najwyraźniej miała zamiar wpakować się w jakieś kłopoty. Andy nie chciała jej przeszkadzać. Gdy Mierzeja sobie coś ubzdurała, działania zapobiegawcze nie miały większego sensu.
Mirtle podkreśliła jeszcze jeden punkt na liście i przystąpiła do działania.

***

Teterman nie miał więcej niż czterdzieści pięć lat. Szyld w bramie głosił, że pracownia jest tu już od 1699 roku. Sprzedawał najlepsze różdżki w kraju, a konkurenci kpili, że na reklamę wydaje trzy czwarte przychodów. Teterman nie komentował tych bzdur. Miał większe zmartwienia niż trzech krajowych i dwu zagranicznych wytwórców różdżek czekających tylko na jego śmierć.
Zgodnie z tradycją powinien przekazać pracownię synowi. Tyle tylko, że los pokarał go trzema córkami. Najmłodsza latorośl nie wykazywała zainteresowania wielopokoleniową profesją. Wolała zaklęcia obronne. Dwie starsze wyprowadziły się niedawno po spektakularnej kłótni. Obie wybrały alchemię.
Osiwiał w ciągu tygodnia i naprawdę nie miał już ochoty na żadne atrakcje. Tyle tylko, że stojąca przy ladzie panna Search sama w sobie była jedną wielką atrakcją. Gdyby nie to, że Larecki przypomniał o tej przysłudze, zapewne zatrzasnąłby dziewczynie drzwi przed nosem. Młodociany lekarczyk siedział teraz w głębokim fotelu przy drzwiach i podejrzliwie przyglądał się taśmie krawieckiej, która mierzyła obwód głowy panny Search. Wyglądał fatalnie – jakby ciężko przeżył poranne spotkanie z maszynką do golenia.
- Dwanaście cali, dąb, włos wili. – Podsunął jej pudełko.
- To nie jest najlepszy pomysł.
- Spróbować nie zaszkodzi.
Klientka uraczyła go spojrzeniem sugerującym brak kompetencji, ale machnęła różdżką na próbę. Gryzący obłok dymu przesłonił ją na chwilę.
- Aha. – Teterman zniknął na zapleczu.
- Jesteś kłopotliwa – zauważył Konrad.
- No co ty nie powiesz… - sarknęła.

***

Severus Snape otworzył drzwi oznaczone jako „Podprzestrzeń” i wyszedł na zewnątrz. Słońce przysłonięte było jakimś zbłąkanym cirrusem, a przed nim rozpościerał się sad. Miał nadzieję, że przynajmniej tu odpocznie od uczniów i paplaniny Trelawney.
W oddali zobaczył jakieś dwie postacie i, nie czekając, krzyknął:
- Abbot! Hufflepuff straci przez ciebie pięć punktów! Macmillan! Przez ciebie również!
Młodzież pognała między wiekowymi czereśniami w stronę zagajnika, skąd po chwili dobiegły odgłosy panicznej ucieczki sporej rzeszy ludzi.
Jakieś zaklęcie nadzorowało zrywanie owoców. Pod każdym z drzew stało już kilka wypełnionych witaminami skrzynek. Snape stanął pod najbliższym drzewem. Gęsta korona rozpoczynała się na wysokości trzech i pół metra. Drzewo wyglądało, jakby ktoś testował na nim złowrogie zaklęcia, a potem starał się nieudolnie naprawić wyrządzone szkody.
Severus oparł się o chropowaty pień. Miał przyjemność spotkać już dzisiaj Search, a raczej jej „Dzień Dobry, Panie Profesorze Snape”, bo tylko tyle powiedziała, mijając go. Kolejnego spotkania nie pragnął. Szczególnie, że była w paskudnym humorze.
Świeże powietrze i słońce nienajlepiej działały na jego samopoczucie, ale jedyną alternatywą było patrolowanie korytarzy w towarzystwie spowitej szalami Trelawney bredzącej aktualnie o czekającej go potwornej migrenie na skutek bliżej nieznanych przyczyn. Być może przyczyną była Sybilla sama w sobie, więc pospiesznie porzucił jej towarzystwo nawet za cenę ewentualnej opalenizny.
Właśnie miał usiąść na murawie, gdy do jego uszu dobiegło przekleństwo okraszone deszczem czereśni i skrzynką na owe, która wylądowała kilka stóp od niego.
Podniósł głowę. Pierwszym, co napotkał jego wzrok, był złocisty warkocz z zieloną gumką, a powyżej znajdowała się reszta fizjonomii Najbardziej Wkurzającej Ślizgonki Wszechczasów. Search wisiała do góry nogami. Wzorem cyrkowców ćwiczących na trapezie asekurowały ją jedynie zagięte na konarze kolana. Biały T-shirt, postrzępione dżinsy i rękawiczki oraz różdżka wystająca jej z kieszeni.
- Nie mogę liczyć na to, że zastosujesz zaklęcie lewitacji, prawda, Search?
- Raczej nie, profesorze.
- Search.
- Tak. Wiem. Mogłabym sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć różdżkę, ale, jak wiadomo powszechnie, jestem łamagą i pewnie bym ją upuściła, a ten sam los spotkałby zapewne i rękawiczki. – Sam wykonała skłon, chwyciła konar i po chwili nań się wdrapała. – Dziękuję za chęć ofiarowania pomocy.
Zabrzmiało to sztywno i wyjątkowo zimno. Severus zmełł w ustach przekleństwo.

***

Mew starała się zobaczyć, kto do niej właściwie mówi, a raczej powtarza bez przerwy, ale było to trudne ze względu na panujący półmrok.
- Dwa życia.
Głos był dźwięczny i zdawał się należeć do kogoś młodego. Pobrzmiewało w nim zdziwienie z nutą zniecierpliwienia.
Mew otworzyła oczy i usiadła. Pod czaszką owa monotonna litania wybrzmiewała jej jeszcze przez chwilę.

***

Mirtle najspokojniej w świecie zajęła się porządkowaniem zawartości zielonego kufra. Najpierw podzieliła stroje. Te oznaczone „na sprzedaż” ułożyła na jednym ze stołów. Pozostałe posegregowała kolorystycznie, a suknie w fazie projektu pozostawiła na manekinach. Pozwijała porozrzucane materiały i zamknęła je w jednej z szaf. Potem zaczęła przeglądać zawartość półek. Po dłuższej chwili zidentyfikowała część znalezisk jako eliksiry. Przy bliższym poznaniu okazało się, że w skład mikstur wchodzi tlenek srebra.
- Trutki na wampiry – doszła do wniosku.
Pod ścianą stała jeszcze bliżej niezidentyfikowana konstrukcja przykryta materiałem. Andy szarpnęła nieco zakurzoną płachtę i jej oczom ukazał się niecodzienny widok.

***

- Dasz mi święty spokój? – spytała Sam z nadzieją.
- Nie. Jesteś nieodpowiedzialna i łatwowierna!
- Świetnie.
- Jak mogłaś się zgodzić?!?! – kontynuował Sławek tym samym tonem. – Przecież to może być pułapka!
- Jakbyś nie zauważył, to w rubryce „Od zaraz” nawet dziś znajdziesz przynajmniej dwadzieścia takich propozycji. I przestań truć z łaski swojej! Dostałam dokładne wytyczne dotyczące niewielkich obszarów. Co mi szkodzi poszukać? Klient wyglądał na indywiduum średnio podejrzane. Jest szansa, że zapłaci i nie będzie robił problemów. A sam doskonale wiesz, że za dwa jutrzejsze egzaminy będę musiała zapłacić. Wypłata od Tarnowskiego wylądowała w całości w kieszeni Tetermana. Dodatkowo jeszcze ten aurorski egzamin! Przecież jeśli go nie zdam, to mogę się od razu powiesić. Krysiak zapowiedział, że najprawdopodobniej pojedynek się odbędzie. Wszystko zależy od decyzji jakiegoś niedoinformowanego urzędnika ministerstwa. On wyznaczy datę, a potem wszystko potoczy się zgodnie z procedurą. – Zaczerpnęła tchu. – Jeśli nie zdam pierwszego aurorskiego, to następny pojedynek odbędzie się dwa tygodnie po pierwszym, a wiadomo, że fizycznie niemożliwe jest jego uniknięcie, bo samo oczekiwanie na wyznaczenie daty egzaminu trwa od trzech do sześciu tygodni!
- Przesadzasz.
- Tak. Masz rację. Jestem łatwowierna, nieodpowiedzialna i przesadzam. Potrafię tylko wpadać w kłopoty i generować konflikty! Świetnie! – warknęła. – Tyle, że ja nie jestem córeczką genialnego magomedyka i moje roczne kieszonkowe nie wystarcza nawet na dwa ministerialne egzaminy pierwszego stopnia! Alfa24 też nie płaci kokosów, a oczekuje cudów. – Zamieszała eliksir. – Jakby nie mogli zamówić eliksiru translacyjnego w aptece.
- Szef cię sprawdza.
- Szef – prychnęła. – To on, a nie ja, ma drugi z eliksirów! A ty jesteś wstrętną paplą, bo nie mogłeś zapanować na językiem! Jestem pewna, że w tym szowinistycznym oddziale są przynajmniej cztery osoby, które mają odpowiednie kwalifikacje, więc dlaczego ja?!
- Sam… nie machaj tak tą chochlą…

***

Organizacja imprezy nie była tak prosta, jak się Harry’emu początkowo wydawało. Dlatego w tej chwili stał pod podejrzanie wyglądającą czereśnią.
- Hej! Jesteś tam?
- Tak, Potter? – Sam zwiesiła się z gałęzi.
- Wydawało mi się, że…
- W sprawie nagłośnienia zgłoś się do mojego brata. – Mierzeja odgadła cel wizyty nieszczęsnego Gryfona.
- A w innych sprawach?
- Potter. Ja staram się odstresować. Jak się nudzisz, to możesz mi pomóc. A jakbyś nie zauważył, to gdzieś tam… - Wskazała bliżej nieokreślony kierunek. - …jest profesor Snape. On też wygląda na lekko poirytowanego.
- Ty mnie znowu usiłujesz przestraszyć – doszedł do wniosku Harry. – Jest już południe, a ja cierpię na typowe problemy logistyczne. To ty mogłabyś mi pomóc.
- Pomóc w czym, Potter? – Mistrz Eliksirów przestał podpierać czereśniowy pień kilkanaście metrów dalej; czego Potter rzecz jasna w swej ślepocie nie zauważył, a ostrzeżenie zignorował; i podszedł do nieszczęśnika.
- Aaa… w niczym, panie profesorze. Małe niejasności w kwestii pracy domowej z wróżbiarstwa – zełgał.
- Profesor Trelawney będzie zachwycona twą nadgorliwością, Potter. Zaraz cię do niej zaprowadzę. – Złośliwy uśmieszek zagościł na obliczu Severusa.
- Ale… ale już wszystko wiem, rozumiem i dziękuję. Do widzenia. – Po czym umknął, zanim Severus zdążył odjąć jakiekolwiek punkty Gryffindorowi.

***

Chomik piekła ciasto. Biorąc pod uwagę fakt, że kuchnia nie należała do ulubionych pomieszczeń Elmiry Ody, a gotowanie czegoś poza eliksirami i wodą na herbatę wywoływało u niej chroniczną migrenę, można było uznać tę chwilę za przełomową.
Chomik wlepiała ślepka w oświetlone wnętrze piekarnika. Ciasto wyglądało świetnie. Czereśniowe ciasto – warto nadmienić. I choć był środek września, to Chomiczyna nie zdziwiła się zbytnio, zastawszy w swej szafie skrzynkę czereśni i kartkę od Sam. Szczerze mówiąc, ostatnio znajdowała w szafie same podejrzane przedmioty – między innymi bladoniebieski, niezidentyfikowany kamień oraz Michała, który niezwłocznie został zaciągnięty do kuchni i, posłużywszy jako tania siła robocza, czynnie przyczynił się do cukierniczego sukcesu Chomika, drylując czereśnie.
Elmira była zdania, że na imprezę nie można przyjść z pustymi rękami – dlatego zmusiła się do upieczenia ciasta. Sam prezent wszak nie wystarczy.

***

Mew położyła broszkę na stole i podejrzliwie się jej przyglądała. Błyskotka nie dawała jej spokoju, rozpraszała uwagę i ściągała wzrok, nie pozwalając na napisanie nudnego i całkowicie zbędnego wypracowania na transmutację. Mew zogniskowała wzrok na leżącym przed nią przedmiocie. Wizje jako takie prześladowały ją od dnia siódmych urodzin. Widziała już wiele mniej lub bardziej makabrycznych opcji najbliższych konfliktów zbrojnych, ostatnio nawet nieznanego pochodzenia góry zwłok, ale ukierunkowanie wizji, by ta dotyczyła danego przedmiotu i jego historii, znajdowało się na skraju jej możliwości. Najbardziej irytujące było to, że czasami robiła to całkowicie nieświadomie. Dotykanie przedmiotu czy mówienie doń też nie przynosiło pozytywnych rezultatów, mimo zapewnień autorów wielu podręczników do wróżbiarstwa. Dodatkowo do działania mobilizował ją fakt, że nie uzyskała pełnej wersji „Legendy o Nie-Sel”. Być może mylnie Mew łączyła owo widzenie z zamierzchłej przeszłości z leżącą przed nią broszką. Doszła jednak do wniosku, że może ewentualnie zostać uraczona nudną historią jakiegoś rodu ze sporadycznie pojawiającymi się morderstwami i jakąś zarazą w tle oraz ewentualnie krótką wzmianką o tym, w jaki sposób błyskotka znalazła się w jej rzeczach osobistych.
Zamknęła oczy i oparła głowę na rękach. Przypominając sobie historię ze szkolną umywalką, postanowiła na wszelki wypadek zaopatrzyć się jeszcze w puchową poduchę.

***

- Tu wasze radio „Golden Angel”! – oznajmił radośnie stary odbiornik.
Mirtle znalazła go na jednej z półek i, podłączywszy do prądu, postawiła na fortepianie, by umilał jej czas poświęcony na przeglądanie i porządkowanie owej dziwacznej konstrukcji. Z założenia miała być to półka. Wyglądała jednak na skrzyżowanie półki z szafą, składem narzędzi oraz broni wszelakiej. Mirtle znalazła dotychczas cztery różne szable w ozdobnych pochwach i dwadzieścia sześć wachlarzy, z czego w dwudziestu ukryte były sztyleciki, szpilki bądź inna bliżej nieznana jej broń kłuta. W pięciu w wydrążonej rączce kryła się ampułka z trucizną, a jeden wyglądał na nieszkodliwy, ale mogło to oznaczać, że Andy po prostu nie zna zasady działania ukrytego z nim mechanizmu. Poza tym znalazła również szkatułkę ze srebrną biżuterią, szesnaście sztyletów do rzutów, komplet metalowych gwiazdek pokrytych cienką warstewką srebra, stempel pogromcy wampirów, kilkadziesiąt słoików z najróżniejszymi odczynnikami alchemicznymi oraz monokl na cienkim łańcuszku. Po bliższych oględzinach zidentyfikowała ciemne szkiełko jako finnor. Zerknęła przezeń – podprzestrzeń jawiła się jako usiana zielonymi nitkami kopuła.
- Komunikat pogodowy – zaskrzeczało radio. Trudno było określić nawet płeć prowadzącego audycję. – Dotychczasowa dobra pogoda jest, jak wiadomo, stanem przejściowym. Załamanie nastąpi najprawdopodobniej w późnych godzinach wieczornych. Bezpośredni wpływ na nie będą miały egzaminy przeprowadzane w okolicach Puław. Mimo apeli ekologów dwa razy do roku ministerstwo sprawdza umiejętności panowania nad pogodą w miejscu jak najbardziej do tego calu nieprzeznaczonym. Podczas tego weekendu dwadzieścia jeden osób będzie zmagać się z naturą. Ekolodzy zapowiedzieli demonstrację na jutrzejsze przedpołudnie. Będą blokować wejście do budynku ministerstwa do uzyskania konkretnych rezultatów. Rzecznik prasowy Ministerstwa Magii zapowiedział, że pan Rokita nie zamierza ugiąć się pod presją „zielonych”, a demonstranci zostaną usunięci siłą. Gwałtowne opady będą przypominać te sprzed dwóch lat. Prosimy zachować szczególną ostrożność podczas lotów miotlarskich ze względu na porywisty wiatr. Pogoda powinna się poprawić we wtorek. A teraz „serwis plotkarski”, jak nazywa to pan minister. Wydział Eliksirologii Warszawskiego Uniwersytetu Magicznego dementuje doniesienia o romansie jednej ze studentek z panem ministrem. Pan minister stanowczo zaprzecza. Zaprzeczają również studentki, a ich słowu najbardziej można wierzyć. WUM zaprzecza również, jakoby pozyskiwał w bliżej nieznany, a co za tym idzie – nielegalny sposób pieniądze. Rektor WUMu nie chciał jednak z nami rozmawiać. Nie pozwolił również na rozmowę ze studentami, a tym bardziej ze studentkami eliksirologii. O fakcie, że dziewczęta zgodnie zaprzeczają, jakoby cokolwiek łączyło je z panem ministrem, poinformował nas sekretarz rektora. A teraz sport.
Mirtle wybrała jeden z sześciu czarnych wachlarzy i, wygrzebawszy się z kufra, położyła go tuż obok przygotowanej już kreacji. Nieopodal umiejscowiła finnorowy monokl, szkatułkę z biżuterią i batorówkę.

***

Sam usiadła na kanapie, zastanawiając się, czy wszystko zapakowała. Sławek od kilkunastu minut rozmawiał z kimś przez swoją komórkę, chodząc nerwowo między regałami. Najwyraźniej wszystko było gotowe – nawet pełny strój na wieczorne wyjście w towarzystwie wampira, o czym na razie Kiślewicz nie miał tak naprawdę pojęcia.
- To idziemy. – Sławek schował telefon do kieszeni i chwycił niebieską torbę, do której osobiście zapakował przygotowany przed godziną eliksir translacyjny. W jednej z wielu kieszeni niebieskiej torby było antidotum, wyprodukowany przez Sam specyfik, ale o tym Sławek nie wiedział. Zauważył natomiast, że Sam poza lustrem, które tym razem było mniejsze, oraz niezbędnymi odczynnikami zabrała też butelkę z wodą święconą i posrebrzany sztylet.
- Filip czeka na nas przed domem.
Mierzeja powlokła się w kierunku wyjścia. Jej brak entuzjazmu był niemożliwy do niezauważenia.
- Piotrek! Widziałeś moją panterę? – spytała jeszcze, usiłując otworzyć drzwi do pokoju swego brata, ale od środka podpierała je chwiejnie wyglądająca konstrukcja.
- To to badziewie, co zeżarło pół mojego zeszytu od matmy? – Głos był rozdrażniony, a w szparze ukazała się głowa Piotrka oraz trzymanej przez niego Ibris.
- Aha. Popilnuj jej.
- To cię będzie drogo kosztować, siostra.
Sam zignorowała tę wypowiedź, bo do jej uszu dobiegł dźwięk klaksonu.

***

Mew wpatrywała się w broszkę. Złośliwość rzeczy martwych osiągnęła dla Ślizgonki poziom krytyczny. Broszka leżała na blacie biurka i nie zamierzała współpracować. Ba! Nawet śmiała stawiać opór!
- Ty chromowano-plastikowa podróbo! – warknęła Panna-Ciemność-Widzę. – Zatrzymaj swoją nudnawą tajemnicę!
Świat przed oczami Mew eksplodował fontanną różnobarwnych iskier. Setki obrazów zamigotały jej pod powiekami. Migawki były niesamowicie krótkie, a jednocześnie wyraźne. Ślizgonka zdała sobie sprawę, że znaczna część obrazów nie dotyczy jej świata.
„Przecież takie zwierzę nie istnieje” – pomyślała, widząc włochaty okaz przypominający nieco oposa, tyle że futro miał upstrzone wzorkiem z żółto-zielonych rombów.
„Koreańska podróba” – pomyślała pod adresem broszki.
Pstrokato ubarwione zwierzę zniknęło, a jego miejsce zajął znajomy już widoczek. Momentalnie zrobiło jej się mdło, szczególnie że w drgającym świetle pochodni zauważyła przynajmniej jedną ściętą głowę i parę rąk trwale odłączoną od korpusu. Przez chwilę miała ochotę oślepnąć – nie chciała spojrzeć ani na górę zwłok przed sobą, ani tuż obok, nie mówiąc już o patrzeniu pod nogi. Ostatnio zabłąkana gałka oczna wyprowadziła ją z równowagi i nie dowiedziała się przez to niczego nowego. Szukanie tutaj jakiegoś „znajomego” trupa też nie było dobrym wyjściem.
- Oszukujesz – warknęła pod adresem biżuterii.
Otworzyła oczy. Coś lśniło idealnie na wysokości jej wzroku. Było przypięta do zagranicznie wyglądającej szarfy, a spod zakrzepłej krwi wychylał się jedynie fragment złotego zapięcia.
- Oszukujesz – powtórzyła, zeskrobując zakrzep. To była broszka – ta sama, która budziła podejrzenia Mew.

***

- Że co proszę? – Leonette zamarła nad patelnią ze wzniesionym widelcem.
- Dokładnie to, co usłyszałaś. – Teo wziął drugi widelec i dźgnął podsmażaną różyczkę kalafiora. – Idę do Domu Sabatowego. Z panną Samanthą Search, a raczej wybranką mego serca: Isabell.
- Upadłeś na głowę – skwitowała jego słowa Stęporek, dźgając go widelcem w pierś. – Odbiło ci. Kompletnie cię odmóżdżyło, Teodorze Restaud!
- Ostrymi przedmiotami nie w moją stronę – zasugerował wampir, wycierając wyimaginowaną tłustą plamę z klapy marynarki i profilaktycznie odsuwając się o krok.
- Popapraniec! – dodała Leokadia, w dalszym ciągu grożąc atakiem widelcowym.
- Powinnaś wziąć coś na uspokojenie albo zatrudnić się jako statystka w roli walkirii. Masz odpowiedni wyraz twarzy.
Leonette odetchnęła. Teodor przygotował się na najgorsze – ucieczkę z kuchni w akompaniamencie fruwających sztućców i jednego rondla.
- Teoś… - zaczęła przymilnie. – Ty pożyczyłeś tamtym czterem wampirom pieniądze, tak?
- Tak. – Wampir odsunął się jeszcze o krok.
- Na duży procent?
- Lichwiarski, rzecz jasna.
- To do jasnego Merlina po co ty tam idziesz, dodatkowo w towarzystwie tej mdlejącej dziewoi?! – wybuchnęła Leo. – Czy ratowanie świata wymaga pchania się w paszczę lwa?!
- Wiedziałem, że na ciebie nie mogę liczyć – wyjaśnił spokojnie. – Poza tym to odgórna sugestia. Sam nie wpadłbym na to, żeby wciągnąć w całą sprawę akurat tę małoletnią czarownicę, ale tutejsze Ministerstwo chyba bardzo chce, żeby ona zniknęła. Odnoszę nieodparte wrażenie, że jej trup byłby kilku osobom na rękę. Osoby owe nie wiedzą jednak nic o planach wampirów względem panny Search. Zamierzam więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie tylko spłyną do mnie informacje dotyczące obsydianu, ale również dziewczęcia opisywanego jako rącza brunetka, ewentualnie szatynka, w napierśniku 115D.
- Jeśli takie informacje w ogóle do ciebie dotrą. – Powątpiewaniem w głosie Leo można by ostudzić zapał angielskiej reprezentacji Quidditcha.
- Dotrą.
- Potraktujesz pannę Search jako doskonałe odwrócenie uwagi.
- Dokładnie.
- A jakby coś poszło nie tak, to rzucisz ją na pożarcie, a sam się ewakuujesz.
- Leo! – oburzył się Restaud. – Jak możesz coś takiego insynuować! Szczególnie że, znając tę pannicę, mogę śmiało powiedzieć, że to ja zostanę potraktowany jako nic-nie-warty-balast-przeznaczony-na-ucztę-dla-krwiopijców. Gdyby coś poszło nie tak, mogę spodziewać się, że nie tylko ministerstwo wyciągnie wobec mnie konsekwencje. Panna Search może mnie na przykład zadźgać przez przypadek, szczególnie że już raz to zrobiła.

***

Sam zatrzasnęła drzwi opla i ruszyła dziarsko w stronę Zaginionego Peronu Dworca Wschodniego. Filip wyłączył silnik i wyczekująco spojrzał na Sławka.
- Idę, idę… - mruknął Kiślewicz, opuszczając pojazd.
Niebo było podejrzanie bezchmurne jak na połowę września, a żar lejący się z nieba sugerował raczej przełom lipca i sierpnia. Filip upewnił się, że wszystkie niezbędne akcesoria zostały zabrane i podążył za nimi.
- Dwuminutowe spóźnienie – zauważył kwaśno Krysiak. Jego opalenizna doskonale współgrała z hawajską koszulą w kwiaty i jasnymi, materiałowymi spodniami. Brakowało mu tylko koktajlu z parasolką i słomkowego kapelusza, a wyglądałby na okaz żywcem wzięty z karaibskiej plaży. Jego cygaro dymiło, dopełniając jeszcze obrazu niezadowolonego urlopowicza.
- Pociąg ma siedem minut spóźnienia – bąknął nieśmiało ktoś ze stojącej obok grupy.
Szef dla pewności zgromił wzrokiem wszystkich, co nie przyniosło niczego poza zbiorowymi jękami, że przełożony znowu jest w fatalnym humorze.
Sam usadowiła się na zielonej ławce i, odebrawszy Sławkowi niebieską torbę, zaczęła w niej zawzięcie grzebać.
- Wasze bilety. – Krysiak z morderczą miną wręczył je przybyłym.
Mierzeja wzięła swój, przerywając na chwilę poszukiwania, po czym wręczyła go Sławkowi, by na powrót zająć się wybebeszaniem torby.
- Czegoś zapomniałaś?
Jungfrau oderwała wzrok od pojemnego wewnętrza swego bagażu i uraczyła stojącą przed nią osobę spojrzeniem nieco zdziwionym w rodzaju tych mówiących: „Nie zabiło cię? Jaka szkoda…”.
- Granatu ręcznego i pełnego zestawu do autopsji. – Sam uśmiechnęła się promiennie. – Ale może ty masz coś w tym stylu…?
- Robert! Jak dobrze, że jesteś! – Filip rzucił się na szyję niczego niespodziewającego się kumpla. – Kiedy cię wypuścili? Gadaj! – Za plecami Roberta pokazał Sławkowi uniesiony kciuk.
Kiślewicz odetchnął. Naprawdę nie miał ochoty na wysłuchiwanie słownych ataków obu stron i ewentualne odciąganie Stachowiaka od Sam, gdyż zapewne ten w końcu straciłby nad sobą panowanie.
- Twój bilet – stwierdził Krysiak. – Sześć minut spóźnienia.
- Sorry, szefie. – Robert wyswobodził się z czułych objęć Filipa, by wpaść w morze uścisków od reszty grupy. Został odciągnięty na papierosa i poddany szczegółowej obserwacji kolegów, szczególnie że słał mordercze spojrzenia w stronę ich „Maskotki”.
Pociąg w końcu wtoczył się na peron w obłoku gryzącego dymu.
- Wsiadamy – warknął Krysiak pod adresem podwładnych.
Pospiesznie pogasili papierosy i zainstalowali się w dwu przedziałach.

***

Fred najspokojniej w świecie układał towar na półkach. Transparent rozwieszony w sklepowej witrynie zaowocował masą przyklejonych do szyby dzieciaków. Nowe dropsy truskawkowe powodujące czasową utratę pamięci już cieszyły się powodzeniem, nie mówiąc o innych produktach, na widok których włosy pani Weasley stanęłyby dęba. Nawet dwa razy. Szczególnie zaś zielonej galaretki powodującej wyrośnięcie na czole rogu dwurożca oraz fioletowych landrynek o smaku jabłkowym gwarantujących objawy smoczej grypy.

***

- Szef woła. – Sławek wskazał drzwi sąsiedniego przedziału. – Wszystkich – dodał, widząc, że koledzy nawet nie drgnęli.
- Dziesięć osób w sześcioosobowym przedziale – zauważył ktoś wepchnięty w kąt. – Czy możecie zabrać te łokcie?
- Zasłonki – warknął Krysiak.
Filip opierający się o drzwi przedziału chwycił element dekoracyjny i zadbał, by niepożądany wzrok ciekawskich nie miał wstępu do przedziału zajmowanego przez Alfę24.
- Nasz ptaszek. – Krysiak zaprezentował zdjęcie. – Narcyz Marceli Tarnowski. Lat dwadzieścia trzy. Podpisawszy kontrakt z MM, zniknął po trzech tygodniach. Obecne miejsce pobytu: Moskwa. Miejsce akcji to stacja metra Smolienskaja. Plany stacji. – Rozdał cztery egzemplarze. – Jak doskonale wiecie, ale powtórzę dla tych, którzy spali, gdy tłumaczyłem to poprzednio, nasza zagubiona owieczka zaliczyła trzeci egzamin z magii czasu. Ministerstwo życzy sobie, by dostarczyć obiekt nieuszkodzony, ale my musimy też dbać o własne bezpieczeństwo. Polecana jest broń jak najbardziej konwencjonalna. Nie chcemy przecież, żeby się przestraszył i zwiał. Mapa tegoż obszaru, widok naziemny. – Kolejne cztery kartki zostały rozchwycone. – A teraz wszyscy na zewnątrz.
Sam szarpnęła zasłonkę, a potem drzwi przedziału.
- Ale ty, moja droga, zostajesz.
Mierzeja wyszła na korytarz, by przepuścić usiłujących się jak najszybciej wydostać agentów.
- Ja jestem na korytarzu. Jakby co, to krzycz. – Sławek otworzył okno i oparł się o framugę.
Sam rzuciła mu pobłażliwe spojrzenie i wróciła do przedziału.
- Drzwi – warknął Krysiak.
Zasunęła wrota i usiadła naprzeciw szefa.
- Po pierwsze: nie życzę sobie żadnych komunikatów przekazywanych telepatycznie – zaczął. – Komórkę masz i tylko wiadomości, które dotrą do mnie za jej pośrednictwem, będą uznane za wiarygodne. Zrozumieliśmy się? Nie mam zamiaru tłumaczyć się potem, dlaczego Tarnowski się nam wymknął. Uprzedzając twoje pytanie: tak. To jest syn Śmierciożercy. Tyle że w przeciwieństwie do ojca on może nam nabruździć. I nie życzę sobie, by przez przypadek coś poszło nie tak. Pod pojęciem „przez przypadek” rozumiem „bo przecież on chciał się tylko urwać z ministerialnej smyczy”. Nikt go nie zmuszał.
Mierzeja prychnęła.
- Już ja doskonale wiem, jak wygląda „w pełni dobrowolne” podpisywanie ministerialnego kontraktu.
- Nie będziemy w tej chwili dyskutować o metodach pana ministra – zastrzegł Krysiak. – Szczególnie że każdego wysokopoziomowego maga traktuje się jak własność państwową. Akurat temu się nie dziwię, bo rokrocznie spada liczba przeprowadzanych egzaminów, a tym samym również odkrytych i zarejestrowanych posiadaczy poziomu powyżej 25.
- Pan minister jest sam sobie winny. – Mierzeja wzruszyła ramionami. – Są trzy wyjścia: mugolizacja, emigracja albo podporządkowanie się. Ja wybrałam najgorsze.
- To nie przez własną głupotę, jak ci się wydaje. Trzy lata zwodzenia ministerstwa zasługuje na uznanie.
- A potem kończy się, podpisując cyrograf, gdy dwadzieścia luf mierzy prosto w twoją głowę. – Sam zacisnęła dłonie w pięści.
- Tylko bez samookaleczania się – zaapelował. – Możesz z tym poczekać do momentu wykonania zadania? Wiem, że dotykamy w tej rozmowie drażliwego tematu, ale nie płacą nam za ocenianie poczynań ministerstwa. Druga sprawa… Sławek jest potrzebny w zupełnie innym miejscu niż to, w którym ty się pojawisz. Z tobą zostanie Filip. Pojawisz się tu. – Postukał długopisem w zielony punkt na mapie. – Grabski będzie na ciebie czekał na peronie. Pozostali mają się pojawić przy tych dwu wejściach cztery minuty przed tobą. I oczywiście trzeci punkt naszego spotkania. Odchodzę na emeryturę.
Mierzeja zamrugała.
- Oni jeszcze nie wiedzą. Moje miejsce zajmie albo Filip, albo jakiś nadęty „Człowiek z Wizją” z kancelarii pana ministra. Osobiście wolę Filipa. Chcę więc, żeby dziś wszystko przebiegło sprawnie, bezproblemowo i bezpiecznie. Wypadek Roberta to wybitnie moja wina. Nie mam zamiaru powtarzać błędów i narażać was na zbędne niebezpieczeństwo. Wybierz najbardziej niepozorne z zaklęć rozpoznających. Nie chcę, by Tarnowski cofnął się o kilkanaście sekund i przyłożył lufę swojego glocka do głowy jednego z moich podwładnych. I jakby cokolwiek było nie tak, chcę być o tym natychmiast powiadomiony. To, że w Warszawie musimy cię pilnować, nie znaczy, że w Moskwie będziesz bezpieczna. – Wstał i z półki ściągnął walizkę. Wyciągniętym z kieszeni kluczem otworzył pierwszy z siedmiu zamków. – Sukienka, buty, podkolanówki, wstążki… - Kolejno podawał rzeczy Mierzei. – O! I jeszcze tuba na rysunki.
Sam popatrzyła podejrzliwie na tarczę szkolną na ramieniu sukienki i biały kołnierzyk odcinający się na granatowym tle.
- Co to właściwie ma być? – spytała.
- Kamuflaż. Szkoły prowadzone przez zakonnice uchodzą za elitarne. W soboty w przynajmniej trzech z nich organizowane są zajęcia plastyczne. Nie będziesz wzbudzać podejrzeń. A teraz idź do sąsiedniego przedziału i oznakuj naszych chłopców w taki sposób, by bez twojej zgody nie mogli uwolnić się spod mocy zaklęcia.

***

- Sie masz, Harry!
Potter zachwiał się na drabinie i kilkanaście różnobarwnych balonów znalazło się na podłodze. Zaklęcie lewitacji, którym posługiwał się, by przystroić jeden z kandelabrów, chybiło celu i fontanna serpentyn wylądowała na głowie bardzo z tego faktu niezadowolonego Rona.
- Syriusz? – Potter uśmiechnął się promiennie. – Dobrze, że jesteś! Kiedy cię wypuścili?
- Tak mniej więcej… - Black zerknął na zegarek. – Dziesięć minut temu. Pomóc wam?
- Mógłbyś. – Hermiona wyplątywała Weasleya z dekoracji. – Mam nadzieję, że nie uciekłeś ze szpitala.
- O cóż mnie podejrzewasz, niewiasto! – zakrzyknął Syriusz, udając święte oburzenie.
- O najgorsze – przyznała Granger.
- A widzieliście może Sam?
- Chyba masz dziś wolne, prawda? – Harry zszedł z drabiny.
- Oczywiście. Tak tylko spytałem. To jak, mogę wam pomóc?
- Potter, wykorzystujesz rekonwalescenta?
Harry obejrzał się, słysząc znajomy głos ociekający jadem. Snape wykrzywiał wargi w półuśmiechu. Kolorowe dekoracje wydawały się wyjątkowo nie na miejscu, zwłaszcza w zestawieniu z czarną szatą Mistrza Eliksirów drgającą na lekkim przeciągu.
- Nietoperz wyfrunął z lochów – mruknął Syriusz najciszej jak potrafił.
Harry starał się zachować kamienną twarz. Snape najwyraźniej domyślił się, że poczyniono uwagę godzącą w jego osobę, i zamierzał profilaktycznie odjąć Gryffindorowi punkty, ale Łapa przeszedł do ataku.
- Jak dobrze, że jest tu mój ulubiony Ślizgon. – Pospiesznie przemierzył dzielącą ich odległość i usiłował go objąć ku uciesze, zdumieniu i zniesmaczeniu zgromadzonej na sali gawiedzi. Snape odtrącił niepożądane (gryfońskie) ręce i dla zachowanie zasad bezpieczeństwa i higieny cofnął się o krok. – Severusie! Ja się daję wykorzystywać z miłą chęcią. Ech… Ale co ja ci będę opowiadał… Ty przecież nie znasz tego cudownego uczucia, gdy ktoś wbrew twojej woli daje ci to, czego skrycie pragnąłeś… - ściszył głos do szeptu. – Spełnia twoje mroczne zachcianki z samego dna smolistej duszy…
- Bredzisz, Black – zauważył Snape przez zęby. Cerę miał bladą, a oczy sypały iskry.
- No… ale z tobą to nigdy nic nie wiadomo. Może czerpiesz z czegoś perwersyjną przyjemność…? Może raz na jakiś czas dajesz się do cna wykorzystać?
Policzki Severusa zabarwił ceglasty rumieniec.
- Tak! Jak widzisz, chcę się dać wykorzystać! – zakrzyknął Syriusz. – Hermiono! Zrób to!
Harry i Ron zerknęli na przyjaciółkę.
- Przynieś nam więcej konfetti z przedpokoju Sam.
- Ja miałem na myśli coś mroczniejszego. – Black wyglądał na nieco zawiedzionego.
- I butelkę wody mineralnej – dodała po chwili namysłu. – Prędziutko!
Snape uśmiechnął się. Black, durne psisko, sam się podłożył. Do panny Granger dwuznaczne komentarze nie docierały. Młode pokolenie adeptów magii nie wykazało jednak tyle opanowania co Gryfonka i w najlepsze chichotało.
- Czerpiesz przyjemność z butelki wody mineralnej. Perwersyjnie mroczną przyjemność, tak, Black? – spytał Severus.
Łapa mruknął coś niezrozumiałego, a zapewne również niesłownikowego i powlókł się po konfetti.

***

Sam wyciągnęła z niebieskiej torby cienki pędzelek i smoliście czarny tusz kreślarski.
- Skoro poprzedni sposób został przez was zgodnie uznany za nieodpowiedni, dziś wypróbujemy coś nowego – oznajmiła.
Ośmiu facetów jęknęło zgodnie.
- Rękę proszę. – Mierzeja zanurzyła pędzelek w tuszu.
- Moją? – upewnił się Sławek. – Ale przecież ty jesteś dla mnie jak siostra!
- Bez wygłupów. – Sam otarła pędzel o brzeg pojemnika z tuszem.
- Dobra, chłopaki. Wyciągać łapy. – Filip podsunął swoją rękę przed Mierzejowy nos.
Nagryzmoliła na niej zagranicznie wyglądający krzaczek.
- A mogę mieć coś takiego na piersi? – spytał niepozornie wyglądający blondyn.
- Jeśli jest ci to niezbędnie potrzebne do szczęścia… Jak chcesz, to mogę ci namalować znak „Tsu-ni” na czole. Dla mnie nie ma różnicy, na której części ciała zostanie umieszczony. – Wzruszyła ramionami.
Blondyn zaczerwienił się, a pozostali się rozchichotali – najwyraźniej podpuścili kolegę. Po chwili wszyscy mieli już krzaczki wymalowane na rękach.
- Okres działania wynosi dwanaście godzin. Uprzedzając wasze pytanie: nie. Nie można tego zaklęcia zdjąć wcześniej, chyba że chcecie, żeby was odmóżdżyło. A teraz chciałabym uzyskać kilka niezbędnych informacji.
Spojrzeli na nią wyczekująco.
- Chce znać wasze imiona i zaliczone egzaminy ministerialne. Nie wierzę, że tylko ja zaliczyłam mistrzowski z teleportacji. Nie myślcie sobie, że cała robota spadnie na mnie. A więc po kolei proszę.
- Dobrze. To ja zacznę. – Sławek wstał z trudem i potknął się o nogi kolegów. – Sławek Adam Kiślewicz. Zaliczone trzy mistrzowskie egzaminy.
- Zaklęcia ofensywne pierwszego, drugiego i trzeciego rodzaju. Nie chwal się – doradził mu zgodny chórek.
- Wcale się nie chwalę.
- Siadaj. Teraz ja. – Filip stojący przy drzwiach wyprostował się, co kilku jego kolegów wprawiło w jeszcze lepszy nastrój. – Cicho tam! Filip Grabski. Mistrzowski egzamin z zaklęć ofensywnych trzeciego i czwartego rodzaju oraz spirytystyki. Mam też zaliczony drugi z teleportacji.
- Brawo – mruknął ktoś wciśnięty w kąt. W głosie pobrzmiewał całkowity brak entuzjazmu.
- A tam, przy oknie, za tym rudzielcem, to nasza ósemka – wyjaśnił Filip, identyfikując bezentuzjastyczny głos. – Wstawaj, wstawaj…
- Niby jak? – spytał czarnowłosy, wyraźnie niezadowolony, że padło na niego. – Łukasz! Zabieraj łapę z moich dredów!
- Ależ wy jesteście gościnni – prychnął Sławek, jakimś cudem rozsuwając i tak ściśniętych jak sardynki w puszce kolegów i usiłując zrobić miejsce dla Sam. – No chodź. Przecież nie mamy złych zamiarów.
Mierzeja popatrzyła na niego z lekkim powątpiewaniem.
- Chłopaki! Posunąć się! – Sławek jeszcze się rozepchnął, czyniąc przestrzeń adekwatną do wymiarów Mierzei. – Zabierać nogi! – Poderwał się i, chwyciwszy Sam za rękę, pociągnął ją pośród gąszczu kolan.
Nadal spoglądała na niego dziwnie, ale usiadła.
- Dla mnie miejsce pod oknem! – Blondynek, który uprzednio chciał mieć wymalowany „krzaczek” na nagiej piersi, zerwał się i pospiesznie wylądował między stopami kolegów.
Sławek usiadł obok Sam.
- Marek… - Filip wyczekująco spojrzał na posiadacza dredów.
- Marek Mariusz Schulz. Obronne pierwszego i drugiego rodzaju oraz nekromancja.
- U kogo? – zainteresowała się Sam.
- U Borodina rzecz jasna. De la Cruss stwierdziła, że się nie nadaję po tym, jak wpadłem w pułapkę przy fontannie.
- Teraz ja! – Rudzielec siedzący obok niego zerwał się z siedzenia. – Siódemka. Łukasz Morieson, eliksiry, defensywne drugiego rodzaju oraz teleportacja. – Usiłował usiąść, ale jego miejsce zostało już zajęte przez tę część Alfy24, która nie znosiła być ściskana. Wzruszając ramionami, również usadowił się na podłodze, co uniemożliwiło reszcie wstawanie podczas prezentacji.
- Barnaba Zając – oznajmił ostrzyżony podobnie do Filipa chłopak obok Łukasza. – Tak zwana trójka. Spirytystyka, defensywne drugiego i trzeciego rodzaju.
- Feliks Kałużny. – Szatyn z włosami zaplecionymi w sięgający łopatek warkocz uścisnął rękę Sam. – Trzy egzaminy: zaklęcia regeneracyjne, antyuroki i pierwsza pomoc magiczna. Mam też państwowy egzamin magmedyczny.
- Franek Boguszewski – przedstawił się ów niepozorny blondyn siedzący między stopami kolegów. – Piąteczka. Regeneracyjne oraz ofensywne piątego i dwunastego rodzaju.
- Na ofensywną dwunastkę to on nie wygląda, ale jest naprawdę niezły. – Filip oparł się o drzwi.
- Robert Stachowiak. Obronna trójka, ofensywna czwórka i teleportacja. Zadowolona?
Sam zastanawiała się przez chwilę.
- Czy macie jakieś niebezpieczne hobby albo inne egzaminy na niższym poziomie? Łukasz?
- Jeśli pytasz o to, co robię nielegalnie, to opracowuję nowy wzorzec teleportu. Ten niewykrywalny.
- P2 ci nie wystarcza? – Mierzeja uniosła nieco brwi.
- W ministerstwie są już dwie osoby, które wyłapują P2 bez większych problemów. – Morieson usiłował usiąść wygodnie. – To jakieś nowe sztuki. A wracając do moich nielegalnych praktyk, to jestem na etapie testów.
- Wczoraj musiałem go wyciągać – mruknął Filip.
- Mały błąd w obliczeniach. A ty czego używasz?
- Standardowego wzoru P1, ale zazwyczaj z małymi modyfikacjami. Czasami też D1S3, ale to gdy chcę mieć pewność, że ministerstwo na pewno nie będzie wiedziało, gdzie jestem.
- Zakłócasz pole? – Łukasz popatrzył na nią ze zdziwieniem. – Przecież potem taki obszar z anomalią widać jak na dłoni!
- Nikt w ministerstwie tych anomalii nie szuka. Ich interesują teraz tylko dwa wzorce teleportów. Możemy przejść dalej? – spytała.
- Nie wiem, dlaczego nas wypytujesz. Alex też tak robił, ale dopiero po pierwszej wypłacie. – Feliks ziewnął. – Nielegalnie hoduję smoka. Zadowolona?
- Szukam dokumentów potwierdzających działania ministerstwa sprzeczne z Konwencją Praw Człowieka – oznajmił Marek.
- Takich dokumentów nie ma – burknął Robert.
- Tylko ty tak twierdzisz – odparł Schulz, potrząsając swymi dredami.
- Mam pierwszy egzamin z teleportacji i zaklęć regeneracyjnych, ale ani jedna, ani druga dziedzina mnie nie pociąga. Spełniłem tylko marzenie ojca. Nadmienię, że jest okropny…
Zgodny jęk pozostałej części grupy nie pozwolił Sławkowi dokończyć.
- A zajmuję się truciznami, amatorsko rzecz jasna. – Kiślewicz przekrzyczał „O bogowie, on znowu zaczyna!”, „Ratunku!” oraz „Mógłbyś się zwierzać później?”.
- Jestem porządnym obywatelem – burknął Robert. – W przeciwieństwie do was. – Powiódł oskarżycielsko wyciągniętym palcem po stłoczonych w przedziale, co ci zignorowali. Najwyraźniej tego typu oświadczenia Stachowiaka były na porządku dziennym. Tak samo jak utyskiwania Kiślewicza nad niewychowawczym postępowaniem głowy rodu.
- Chciałabyś może nabyć nieco niewymienialnych produktów klasy A? – spytał niespodziewanie Franek.
- Przemycasz? – zainteresowała się Mierzeja.
- Nie. Hoduję – wyjaśnił Boguszewski, uśmiechając się promiennie.
- To sobie hoduj te oślizgłe żyjątka – prychnął Barnaba. – Ja tam wolę demony i zamierzam zostać czołowym demonologiem kraju.
- Szkoda, że ministerstwo nie przeprowadza egzaminów z tej dziedziny. – Feliks ziewnął ponownie, prezentując migdałki. – Byłbyś już wielkim i sławnym członkiem komisji egzaminacyjnej.
- Demony to istoty rozumne, jakbyś nie zauważył – prychnął Zając. – Kto jak kto, ale ty powinieneś to wiedzieć, biorąc pod uwagę twoje pochodzenie i…
- „Gdybyś ujrzeć chcia-a-a-a-ał! Nadwiślański świ-i-it!” – zanucił Filip, fałszując niemiłosiernie, ale odraczając również wyrok w postaci wykładu z demonologii.
- Moje ucho! – zauważył z pretensją Łukasz. – Miałeś ostrzegać o możliwości uszkodzenia słuchu!
- A ja wyłapuję młode talenty. – Grabski wydawał się niezainteresowany słowami przedmówcy.
- I zjadasz je dobrze wysmażone – dodał Sławek, masując swoje małżowiny.
- Dajcie spokój, bo naprawdę zacznę śpiewać – ostrzegł Filip, nabierając powietrza.
- Jesteśmy nienormalni, co nie? – Marek odepchnął nieco przyciskających go do ściany kolegów.
- A widzieliście normalnego maga powyżej poziomu 25? – Sławek powiódł wzrokiem po kolegach.
- No weź nie żartuj – upomniał go Barnaba.
- A ty? – zainteresował się nagle Franek. – Co zdałaś? Poza, rzecz jasna, tym animagicznym badziewiem.
- Teleportację. Jutro czeka mnie pogoda i nekromancja trójka. Dwójkę już mam.
- Czekaj. Ty mówisz, a my ci te warkoczyki zapleciemy. – Filip dotąd dzierżący dzielnie bojowy strój maskujący Mierzei rzucił Sławkowi dwie czerwone wstążki.
- Tylko bez protestów – poradzili Sławek i siedzący obok Sam Feliks.
- Spoko. Ładnie będzie. Mam wprawę i młodszą siostrę – dodał Kałużny.
- Również mam niezarejestrowane zwierzę. Za dwa tygodnie czeka mnie drugi egzamin z eliksirów i, jak powszechnie wiadomo, jestem negatywnie nastawiona do obecnie prowadzonej polityki ministerstwa. – Sam zerkała raz w lewo, raz w prawo, obserwując ręce, które poradziły sobie z kucykiem i obecnie plotły dwa warkocze.
- Jesteś niepoprawna politycznie – zauważył Marek. – Witaj w klubie!
- Ja jestem porządnym obywatelem – burknął Robert.
- Tak, oczywiście! A ta bella-bellissima-gigantyczna-mamma-mia-stonka-ognista w twoim ogródku to było złudzenie, co? – spytał Marek. – Za dużo jabłkownika i kiełbasek z grilla?
- Tłumaczyłem. – Robert westchnął teatralnie. – To stonka mojej mamy.
- Co nie znaczy, że jest hodowana za zezwoleniem.
- Jest!
- Niech to przeanalizuję… - Sławek zawiązał kokardkę na końcu warkocza. – Twoja mama jest w RPA i wspomaga pieniądzem i czynem kampanię rozmnażania pufków. Ktoś tę potworę musi karmić… i komuś musi nie przeszkadzać, że codziennie spopiela sześć metrów kwadratowych trawnika. Hm… To TOBIE nie przeszkadza, więc TY nielegalnie hodujesz! – Wskazał na kolegę.
- Niczego nie hoduję! – zaprzeczył gwałtownie Robert. – To się samo przyplątało!
- A ty przygarnąłeś – dodał Łukasz. – Przygarnąłeś i karmisz, czyli jest twoim zwierzem w myśl obowiązujących przepisów. Prawda, Sam?
Mierzeja od dłuższego czasu z zainteresowaniem obserwowała dyskusję, wodząc wzrokiem po twarzach zebranych. Najwyraźniej dobrze się bawili.
- Należało fakt przybłąkania zgłosić departamentowi MM. – Uśmiechnęła się.
- Sfoja est! – Feliks wygłosił owo zdanie, które wywołało aplauz zebranych, trzymając wstążkę w zębach i potrząsając lewym Mierzejowym warkoczem.
Drzwi przedziału otworzyły się i stanął w nich szef. Uśmiechy w pośpiechu spełzły chłopakom z twarzy.
- Filip, Sławek, Marek i Łukasz. – Wykonał zachęcający gest. – Zapraszam do mojego przedziału.

***

Mirtle popatrzyła na dekoracje. Były niezaprzeczalnie efektowne. Szczególnie że Syriusz Black wisiał głową w dół pośród złotych serpentyn i przyczepionych doń cukrowych motylków poruszających skrzydłami. Wyglądał zaiste słodko – zwłaszcza obsypany tym złotym pyłem, który, miast przyozdobić kandelabry, wylądował w całości na ubraniu Łapy.
- Łamaga – wymamrotała Mirtle, przesuwając zaklęciem drabinę tak, by Syriusz mógł jej dosięgnąć.
Ślizgońska część widowni piała z zachwytu. Gryfonów na sali było raptem kilku, ale i oni głośno śmiali się, widząc, jak zaklęcie lewitacji przestaje niespodziewanie działać, a Black usiłuje nie potłuc swoich cennych części ciała, chwytając się kolorowych wstążek. Zapewne, gdyby na sali był Harry, w tej chwili wyzywałby Draco na pojedynek, który skończyłby się podobnie jak poprzedni. Snape stojący teraz tuż obok drabiny wyglądał na wyjątkowo zadowolonego z siebie. Malfoy zapewne dostał instrukcje od Mistrza Eliksirów, bo kilka minut temu szeptali o czymś zawzięcie, ale równie dobrze mogła to być samorzutna inicjatywa Ślizgona, za którą nie poniesie on konsekwencji.
Na szczęście Harry właśnie wykłócał się o rabat z dostawcami Weasleyów i Zonka, więc nie zobaczył zadziwiających akrobacji w wykonaniu swojego ojca chrzestnego.
- Powietrzny balet, Black? – spytał Severus, gdy stopy Syriusza dotknęły już ziemi.
- Nowy szampon, Snape? – odgryzł się Łapa, wytrząsając z czupryny kilogram złotego proszku.

***

- Zaraz zaczynamy… Wynocha! – Sam wypchnęła ostro protestującą część Alfy24 za drzwi i zaciągnęła zasłony.
Zaczęli pukać.
Dla pewności nałożyła na drzwi podwójną blokadę i dopiero wtedy przebrała się w sięgającą kolan sukienkę.
- Świetnie – burknęła, zakładając podkolanówki i trampki.
- Wchodzimy! – zapiały dwa głosy.
- Idioci – ocenił ich bas Sławka. – Szef woła.
Tupotowi kilku par stóp towarzyszyły odgłosy rozlokowywania się zbyt dużej ilości ludzi w sąsiednim przedziale.
Sam rozsunęła zasłony i popatrzyła na podejrzanego typa w waciaku, poplamionych spodniach i z tygodniowym zarostem na twarzy.
Otworzyła drzwi.
Osobnik zionął na kilometr przetrawionym alkoholem.
- Nie poznałabym cię – przyznała.
- Wyglądasz na czternaście lat!
- Sławek… bez przesady, proszę. I zadbaj, by wszyscy wypili to zaraz po teleportacji. – Wręczyła mu fiolki. – Nie wiem, w jaki sposób to zrobisz. To już nie mój problem.

***

Mew w dalszym ciągu przypatrywała się broszce. Złośliwy przedmiot nie dawał za wygraną. Nawet przekleństwa pod jego adresem nie przynosiły już rezultatów. Nie widząc sensu w dalszym bezproduktywnym siedzeniu przy biurku, postanowiła wybrać jakiś odpowiedni strój na nadchodzącą imprezę. Właściwie nie miała ochoty iść, ale jedyną alternatywą był tylko wieczór z jakąś nudną lekturą w łóżku. Dodatkowo dziewczyny na pewno us

Mierzeja
2.06.2007, 11:43

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Luthien

czy będą wstawione stare części dziewicy ponieważ jest dzień I i II a potem jest dopiero X

16.07.2009, 22:30
Andromeda Mirtle

Nie wiem, kto to dodawał, ale rzeczywiście tekst jest ucięty. Na forum prorokowym w dziale fan-fiction jest całość do tej pory przepisanej "Dziewicy".

14.05.2009, 23:45
Nieogarnięta

Mam pytanie- czy pomiędzy "dziewica slytherinu dzień I i II" a "dziewica slytherinu dzień X" są jakieś inne części? Bo nie mogłam ich znależć. Pomoże mi ktoś?

22.02.2008, 23:55
Luthien

Kiedy będzie ciąg dalszy??

21.02.2008, 17:25
sally

mam na mysli odcinki w całosciach a nie caly tekst;/

13.10.2007, 09:25
Sally

uprzejmnie pprosze o zamieszczanie tekkstow w calosci a nie byle jak;/.Nawet Prusowi udało sie to wykonacXD

13.10.2007, 09:24
Morgana

Kiedy będzie następna część Dziewicy Slytherinu ??

8.08.2007, 19:24
Latinae

Ej, czy aby na pewno ktoś nie zapomniał dodać części dalszej, która w tej oto drugoczerwcowej odsłonie została ucięta? :/ Podobnie zresztą jak odsłona poprzednia.

26.06.2007, 18:34
Jess

Śmiesznie się denerwuje?? A to dość ciekawe. Nie mam tylko już siły i czasu na wdawanie się z tobą w bezowocne dyskusje. Co do tamtego "po" to rzeczywiści emacie racje, pomyliło mi się.Ja też chce Matrixa!!! ;p

20.06.2007, 10:30
Mary

Jess oczywiście. Uwaga, uwaga, niech tylko tu wejdzie. LoL, nacisnełam jakąś kombinacje klawiszy (teraz próbuję sobie przypomnieć jaką) przez przypadek i mi się wyświetlił Prorok w htmlu. Nawet się to wszystko fajnie czyta :D Moze się przerzuca na Matrixa? Więcej wrażeń i w ogóle, bo cuś tu nudno ostatnio.

19.06.2007, 22:24