Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień XII

Świt wstał niechętnie. Słońce wychyliło się zza horyzontu, ale szybko skryło się za chmurą.
- Jesteś nienormalna – orzekł Sławek. – Ja po takiej ilości eliksiru pobudzającego dostałbym zawału serca i wylewu krwi do mózgu.
- Tak. Jestem nienormalna – warknęła Sam, odstawiając na pół opróżnioną kolbę. – Jeśli dobrze mi się wydawało, to wiewiórki nie mówią ludzkim głosem, nie mają pretensji i nie wyżerają mojego ulubionego dżemu!
- Nie mogłem się powstrzymać. – Sławek dalej konsumował wiśniowy specjał. – Sama robiłaś? Jest świetny. Dasz mi przepis?
- Sławek…! – Mierzeja ostrzegawczo podniosła głos.
- To będzie ciężki dzień – zauważył Kiślewicz. – Jesteś w stanie wskazującym na spożycie czegoś niestrawnego, co w połączeniu z brakiem snu i tym eliksirem…
- Idę sobie – poinformowała go Sam, najwyraźniej tracąc cierpliwość. – Możesz zacząć mnie szukać, gdy ten słoik będzie stał czysty na ściekaczce w kuchni. Do tego czasu żegnam.

***

- Co zamierzasz z tym zrobić? – spytała Jaella, wychylając się zza kolumny.
- Nic. – Mierzeja zaprzestała kontemplacji niezwykle wręcz interesującego napisu na ścianie wielkiej sali. – To znaczy nic nie zrobię w sprawie Ingrid, ale ten napis muszę usunąć. – Oparła rękę o mur. – Nie mogę pozwolić, by jakieś graffiti pojawiało się w nieprzeznaczonym do tego celu miejscu.
- Nawet z nią nie porozmawiasz?
- To byłaby strata czasu. Ingrid jest niereformowalna i najprawdopodobniej postawiła sobie za cel wkurzanie mnie przy każdej nadarzającej się okazji. – Mierzeja wyciągnęła z kieszeni fiolkę z żarówiasto-fioletowym eliksirem. – Mam dość kłopotów. Nie zamierzam się przejmować jakąś rozpuszczoną panną, a szczególnie panną Stupborn.
- A ten tekst? – Jaella wskazała na krwistoczerwony napis.
- Zaraz go nie będzie… - Sam odsunęła się od zabazgranej ściany i cisnęła fiolkę wprost w „o” „narkomanki” wypisanej na wysokości dwóch i pół metra. Szkło rozprysnęło się, a eliksir w oka mgnieniu zmył pokrętny wywód Ingrid.
Jaella stała nieco zdezorientowana i zaskoczona.
- Zapomniałam rozpylacza – wyjaśniła Mierzeja.

***

- Czy możesz mi powiedzieć, Severusie, dlaczego Ślizgoni zachowują się ostatnimi czasy w tak karygodny sposób? – spytała McGonagall, zaprzestając na chwilę dręczenia jajecznicy widelcem.
- Co? – Severus podniósł głowę znad parującej filiżanki kawy.
- Nie „co”, mój drogi, tylko „słucham” – poprawiła go Trelawney.
- Więc słucham – warknął Snape, posyłając Sybilli mordercze spojrzenie.
- Pytałam, dlaczego twoi uczniowie zachowują się wyjątkowo niegrzecznie. – Minerwa dźgnęła jajecznicę.
- Czy masz na myśli konkretne osoby i sytuacje, czy też ogół zjawisk dotyczących MOJEGO DOMU? – Miszczunio powrócił do kontemplacji zawartości własnej filiżanki.
- Mam na myśli to, że prześladują Gryfonów.
- Nic nowego. – Severus wzruszył ramionami. – Gryfoni usiłują się odwdzięczyć tym samym… moim zdaniem dość nieudolnie.
- Oraz – kontynuowała Minerwa – siebie nawzajem.
- Nic nadzwyczajnego – mruknął Snape. – Zdarza się.
- Przyjmujesz to wyjątkowo spokojnie – zauważyła Trelawney.
- Gdybym miał się przejmować wszystkim, co się wokół mnie dzieje, i słuchać bezsensownych wywodów niektórych osób, to zmuszony byłbym do pobytu na zamkniętym oddziale jakiegoś magicznego szpitala.
- Byłam po prostu ciekawa, czy pan Draco Malfoy zgłosił się do ciebie, by omówić warunki swojego szlabanu. – McGonagall ponownie dźgnęła jajecznicę.
- Mogłaś zapytać wprost – warknął Severus.
- Nie powinieneś pić kawy. – Trelawney wygłosiła te słowa konspiracyjnym szeptem, pochylając się ku Miszczuniowi. – Nie jesteś już taki młody i wiesz przecież, że to źle działa na wątrobę i…
- Tak, Sybillo. Zdaję sobie z tego sprawę. Jak sądzę, nie jesteś mnie w stanie zapewnić, że umrę z powodu jakiejś prozaicznej i typowo mugolskiej choroby – przerwał jej Severus. – Pozwolisz więc, że w dalszym ciągu będę się truł tym, na co przyjdzie mi ochota. Niemniej jednak doceniam twoją troskę. – Dopił kawę. – Dziękuję za jakże miłe towarzystwo przy śniadaniu. – Wstał i ruszył w kierunku wyjścia.
Trelawney pochwyciła porzuconą filiżankę z zamiarem uzyskania informacji o najbliższej przyszłości Mistrza Eliksirów, ale element zastawy stołowej wyślizgnął jej się spomiędzy palców i poszybował za oddalającym się Snape’em.
- Dba o swoją prywatność – stwierdziła McGonagall, widząc minę Sybilli.
- Może mogłabym…
- Nie! – Nie pozwoliła jej dokończyć Minerwa, biorąc w obronę swoją filiżankę.

***

- Sam! Sam! Sam, gdzie… Auaaa!
- Czy mogę się dowiedzieć, co robisz w moim prywatnym gabinecie o 6.12 rano? – spytała Mierzeja wyjątkowo nieuprzejmie.
- Nie było cię na śniadaniu – zaczął Draco, ale jego wzrok podążający od adidasów przez dżinsy i fioletową bluzkę Jungfrau napotkał na swej drodze jej wyraźnie zagniewane oblicze.
- Najwyraźniej nie miałam ochoty ani na śniadanie, ani na kontakty z kimkolwiek. I racz się podnieść.
- Ale…
- Draco, wstań i wyjdź, zanim stracę cierpliwość. Jak widzisz, nie wzrusza mnie to, że przed chwilą spadłeś ze schodów. Nadziejam, że upadłeś na głowę i szok wywołany uderzeniem nareszcie pozwoli dotrzeć do twojego mózgu sygnałom, które powinny wywołać jakąś reakcję. Konkretną reakcję. Przykro mi, ale nie jestem zainteresowana twoją osobą. Obecnie nie jestem zainteresowana żadną osobą, a nie chcę, byś robił sobie jakieś nadzieje.
- Sami…!
- Draco… wyjdź. Postaraj się zniknąć z mojego życia. Przestań za mną łazić i bawić się w rycerza. Potrafię sobie poradzić sama… I nie mów do mnie „Sami”, bo robię się wtedy niemiła.
- Ale…
- Dotarło do ciebie, Malfoy? – spytała Sam, pochylając się nad siedzącym na podłodze nieco zdezorientowanym Ślizgonem, który odsunął się odruchowo. – Dotarło czy mam powtórzyć? A może powinnam urazić w jakiś sposób twoją dumę? Prawdopodobnie dzięki temu uzyskałabym dobry rezultat. Zapewne zostałbyś moim śmiertelnym wrogiem, a jeden śmiertelny wróg mniej czy więcej nie robi mi w tej chwili różnicy. – Przerwała na chwilę. – Wyjdziesz, czy mam na ciebie rzucić jakąś klątwę?!

***

- Delikatna to ty nie byłaś – zauważył Sławek. – Chłopak miał łzy w oczach.
- Znając życie, przejdzie mu do jutra – prychnęła Mierzeja. – I znowu będę musiała go spławiać.
- Zraniłaś go.
- Mam nadzieję, że dotkliwie.
- Serce mu złamałaś…
- On ma serce z materiałów plastikopodobnych. Sklei je silikonem.
- Nie żartuj sobie. To poważna sprawa.
- Nie żartuję.
- Gdy ja byłem młody…
- Cały czas jesteś młody – zauważyła kwaśno Sam.
- Czepiasz się szczegółów. Gdy ja byłem młody, to byłem wyjątkowo wrażliwy.
- I głupi – dodała Mierzeja.
- I głupi też – zgodził się Sławek. – To były czasy…
- Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego: przewrażliwiony i głupi siedemnastolatek. Pełno takich.
- A ty nie jesteś przewrażliwiona?
- Ja jestem niewyspana i wykorzystywana wbrew swojej woli do nieznanych mi bliżej celów, które wytyczyło sobie ministerstwo. A teraz wychodzimy. Zakładaj to wiewiórcze futro.

***

- W tej chwili musimy zadbać, by nic się jej nie stało. Obie nasze księżniczki muszą trafić w nasze ręce w stanie nienaruszonym.
- Twa troska jest niemal podejrzana.
- To nie troska, a dokładność. Gdyby nie nasza głupota i niedbałość, bylibyśmy bliżej celu. Tymczasem w dalszym ciągu błądzimy we mgle i nie mamy stuprocentowej pewności. Nie wiem, czy to ty, czy Eryk przesadziliście i zamiast informacji otrzymaliśmy topielca. Nie mam zamiaru tego dociekać. Wiem tylko, że szef był wściekły. Niewiele brakowało, a spadłyby głowy. Na domiar złego zarówno stary, jak i młody Kiślewicz zamierzają znaleźć sprawcę tudzież sprawców owej tragedii. Nie wiem, jak jego ojciec, ale Sławomir Kiślewicz zamierza tego kogoś potraktować na modłę wschodnią. Nie rób zdziwionej miny, Grzesiu. Auror zamierza wypatroszyć ciebie, albo Eryka, albo obu naraz i, przybiwszy wasze jelita do jakiegoś drzewa, gonić wokół niego do momentu, aż ogół wnętrzności nawinie się na pień. Mnie nie byłoby do śmiechu. Nawet gdybym był wampirem.

***

- Dokładnie wiem, co jest twoim problemem, Severusie – oznajmiła Sybilla swoim standardowym głosem wróżbitki.
- Tak? To świetnie. Może mi powiesz, bo ja nie mam pojęcia. – Snape usadowił się na miejscu, które przed chwilą w pośpiechu opuścił jakiś Puchon. Los nie czuwał nad Miszczuniem, przez co musiał znosić towarzystwo Trelawney siedzącej przed nim.
515 mknęło Grochowską.
- To kobieta! – kontynuowała niezrażona kwaśną miną Severusa Sybilla.
- To pasjonujące.
- Znasz ją.
- Zazwyczaj ludzie, których nie znam, nie generują problemów, które mogłyby mnie dotyczyć.
- Ona wkroczyła w twoje życie gwałtownie!
- Zazwyczaj to mężczyźni wkraczają w moje życie gwałtownie…
- To kobieta!
- Już wiem! Mówisz o sobie, Sybillo… ale twoje pojawienie się nie było niespodziewane.
- Kpisz sobie ze mnie – zauważyła Trelawney.
- Nie. To ty kpisz ze mnie. Po pierwsze: nie mam problemów, a po drugie: nikt nie pojawił się w moim życiu w sposób, który mętnie opisujesz – warknął Snape i przepchnął się w kierunku drzwi. Wysiadł na „Przyczółku Grochowskim” i odetchnął.
Sybilla osiągnęła coś, co nie udało się dotychczas zarówno Potterowi, jak i Czarnemu Panu – był wściekły, a do siódmej pozostało jeszcze dziewięć minut. Dodatkowo dokładnie wiedział, kto przewrócił jego życie do góry nogami przynajmniej dwa razy – nie potrzebował pomocy jaśniewidzącej Trelawney.

***

- Emil, to ja. Nie przeszkadzaj sobie – rzuciła Mierzeja, przeciskając się obok baru.
Z zaplecza dobiegły ją odgłosy tłuczonego szkła, mordobicia i liczne wielojęzyczne przekleństwa dobywające się przynajmniej z trojga ust.
Sam odsunęła zasłonę z koralików i ruszyła korytarzem w kierunku wejścia na Mistrza Twardowskiego. Kilka kroków przed nią, po lewo, drzwi otworzyły się gwałtownie i na ścianie rozpłaszczony został trudny do zidentyfikowania osobnik. Barman dusił go prawym przedramieniem. W drugiej ręce dzierżył wyjątkowo paskudnie wyglądającego „tulipana”.
- Nie przeszkadzajcie sobie. – Mierzeja ominęła obu osobników.
- Śliczna, nie aresztujesz nas? – spytał nieco zdziwiony Emil.
Sam obróciła się.
- Nie ma jeszcze siódmej. – Zsunęła okulary na czubek nosa. – Jestem niewyspana, nieco poirytowana, to twój problem, a ja nic nie widzę.
- Jesteś kochana.
- Nie sądzę. Mam po prostu ważniejsze sprawy na głowie. Błahostkami zajmuje się policja.

***

- Jesteś nienormalny – orzekła Leokadia.
- Tak. Oczywiście – zgodził się Teodor. – Jestem wszak popapranym wampirem. Podejrzewanie mnie o normalną psychikę jest z twej strony wysoce niestosowne. Widziałaś mój klucz do skrytki u Gringotta? Jakoś nie mogę go znaleźć.
- Masz skrytkę w goblińskim banku? – zdumiała się Leo. – Nigdy mi o niej nie wspomniałeś.
- Aha. Czyli nie widziałaś.

***

Sam użyła groźnie wyglądającej kołatki przy drzwiach od zaplecza. Na wrotach żadna kartka nie wisiała, ale Sam była pewna, że właściciel potrafi tak zadbać o własne interesy, by ministerstwo nie miało powodów do ingerencji.
Drzwi otwarły się i ukazał się w nich mężczyzna około pięćdziesiątki. Gładko zaczesane, szpakowate włosy wyglądały jak źle dobrana peruka – ale najprawdopodobniej były integralnym elementem alchemika. Poplamiony fartuch świadczył o drobnych problemach z eliksirem rozweselającym.
- Słucham? – spytał nieuprzejmie, wycierając ręce o brudny fartuch.
- Szuka pan asystentki?
- Dziecko drogie… nie. A jeśli nawet, to kogoś starszego, kto potrafi przyrządzić Uśmierzacz Florisa w czasie krótszym niż dziesięć godzin.
- Dziecko drogie może to zrobić w osiem i pół godziny – stwierdziła Mierzeja.
- To dziecko powinno zdobyć bez problemu certyfikat – kontynuował alchemik – a nie włóczyć się i oferować swe usługi porządnym członkom społeczności magicznej.
- Jeśli dobrze mi wiadomo, to pański ostatni asystent wysadził się razem z całym swoim laboratorium i częścią mieszkania.
- Naprawdę?
- Panie Traszewski… - Mierzeja wzięła głęboki oddech. – Ja, wbrew pozorom, doskonale rozumiem, że ma pan tyle zamówień, iż stażyści z eliksirologii nie wystarczają. Wiem również, że najwięcej jest zleceń banalnych, a środki przeciwbólowe znikają z półek szybciej niż się na nich pojawiają.
Alchemik wychylił się i rozejrzał po podwórzu, czy przypadkiem jakiś zbłąkany funkcjonariusz nie plącze się w pobliżu.
- Znikaj – poradził Sam, po czym zamknął drzwi.
Mierzeja jeszcze przez chwilę patrzyła na wrogo nastawioną kołatkę.
- Nie to nie – powiedziała. – Łaski bez. Myślałam, że potrzebuje pan pomocy natychmiast, ale widocznie miałam nieaktualne informacje. – Przerwała na chwilę. – I doskonale wiem, że w tej chwili uważnie słucha pan, czy nie okażę się agentką Ministerstwa Magii, a moja propozycja skrupulatnie przygotowaną prowokacją.
Po drugiej stronie drzwi Traszewski czerwony wręcz niespotykanie oderwał ucho od drzwi.

***

Morphea rozczesywała włosy i starała się nie myśleć o niczym. Czuła wyraźny dyskomfort, którego epicentrum stanowił niewielki obszar u nasady szyi.
Opiekun Domu uparł się, by wysłać sowę do rodziców, a konkretniej do ojca. Na nic zdały się protesty. Profesor Snape skreślił notatkę dotyczącą jej zdrowia i zaznaczył, że nie życzy sobie żadnych protestów. Przynajmniej dla Morphey piątek zapowiadał się wyjątkowo nieciekawie – głównie dlatego, że pani Pomfrey nakazała jej pozostać w łóżku, a profesor Snape nałożył na nią zaklęcie uniemożliwiające opuszczenie pokoju wspólnego.

***

- Podejmijcie działania mające na celu przechwycenie naszego króliczka. Najlepiej, by dokonały tego same władze. Podsuńcie im coś banalnego… - Kłuszycki rozparł się w fotelu. – …ale sensownego. Żadnego gadania, ostrzegania i działań na własną rękę.

***

Czarny Pan czytał.
Na stoliku obok fotela Glizdogon umiejscowił filiżankę kawy i pospiesznie zniknął ze drzwiami, mając nadzieję, że lord będzie miał dziś nieco lepszy humor.
Czarny Pan czytał.
Na skrawku pergaminu drobnym, równym pismem skreślono kilka wielce interesujących zdań. Zdań tak pasjonujących i zawierających wyłącznie dobre nowiny, że lord Voldemort uśmiechnął się.

***

- Zdaję sobie sprawę, że jest wręcz nieprzyzwoicie wcześnie, ale albo twoja szefowa mnie przyjmie, albo ja się poświęcę i postaram się by pani Flora Radej dowiedziała się o twoim zachowaniu. – Krysiak oparł ręce na blacie biurka nieco przerażonej sekretarki.
- Tomasz.
- Tak, Floro? – Krysiak obrócił się.
- Terroryzujesz moją sekretarkę. – Kobieta poprawiła okulary w rogowej oprawce. – Czwartą, jeśli dobrze pamiętam. Poprzednia przeżyła tylko trzy twoje wizyty. Potem złożyła rezygnację.
- Zatrudniasz płochliwe sarenki. – Krysiak otworzył drzwi za plecami sekretarki i poczekał, aż Radej wejdzie do środka. – Gdybyś na miejscu tej panienki posadziła moją podwładną, to nie miałabyś kłopotów nawet z wizytami osób o wiele bardziej przerażających niż ja. – Zamknął drzwi.
- Więc co cię do mnie sprowadza?
- Przejęliśmy opiekę nad naszą dziewczynką, więc nie chciałbym powrotu jakiegoś niekompetentnego ochroniarzyny.
- To zarządzenie odgórne.
- Jego autorem może być i sam szanowny pan minister, ale jeśli zobaczę kogokolwiek, kto kręci się w pobliżu mojej podwładnej, utrudnia jej pracę i jest nieskuteczny, to osobiście postawię go przed obliczem pana Rokity.
- Sądzisz, że mogę coś z tym zrobić? – Radej otworzyła szufladę biurka i wyciągnęła cienką, niebieską teczkę.
- Proponowałbym, żebyś porozmawiała z panem ministrem, bo wydaje mi się, że ingeruje w niezależność Alfy24.
- Przesadzasz, Tomek.
- Możliwe. Całkiem prawdopodobne – zgodził się Krysiak. – Ale przyklejanie do naszej dziewczynki bezwartościowego ochroniarza na pewno nie wpływa dobrze na stan gotowości naszej grupy. Mogę powiedzieć, że to jest działanie celowe, mające obniżyć…
- Zrozumiałam – burknęła Radej.
- My i nasza dziewczynka będziemy ci nieziemsko wręcz wdzięczni. – Krysiak otworzył drzwi. – Dzięki i do następnego razu.
Gdy za Krysiakiem zamknęły się drzwi, Flora otworzyła teczkę i obejrzała nieliczne notatki dotyczące podwładnej Tomasza.
- „Wasza dziewczynka” – prychnęła. – Gdybyś powiedział tak w jej obecności, to zapewne miałaby ochotę wydłubać ci oko. I nie ma pewności, że by nie próbowała.

***

Herr Kos popatrzył na puste miejsce u boku Mirtle w drugiej ławce rzędu od ściany.
- Können Sie mir sagen, wo Samantha ist?
- Nein, Herr Professor. – Harry siedzący w ławce z Chomikiem ponownie otworzył usta jako pierwszy.
- Sie sah heute nicht gut aus – podjął Deagol. – Ich finde, dass sie krank ist.
- Pozostali są… - Nauczyciel przeliczył obecnych na sali. – Zajmiemy się więc czasem zaprzeszłym. Otwórzcie podręczniki.
Rozległo się pukanie i do sali weszła Mierzeja, pospiesznie zamykając kieszeń plecaka, w której rezydowała wiewiórka.
- Entschuldigung. Ich hatte viele Probleme mit dem Straßenbahn.
Mirtle zaprzestała przeszukiwania podręcznika i zerknęła na Sam. Jungfrau zdecydowanie nie wyglądała na chorą ani śmiertelnie zmęczoną, więc Andy doszła do wniosku, że albo to silna iluzja, albo makijaż.
- Straßenbahn? – spytał z niedowierzaniem Herr Kos. – Warum bist du mit dem Straßenbahn gefahren? Gewöhnlich fährst du mit dem Bus…
- Ich musste etwas machen and ich konnte nicht mit Bus hier fahren. A… ich bin nicht vorbereitet.
- Samantho… - powiedział profesor, wznosząc oczy w kierunku sufitu, a ręką dając znać, by usiadła.
Mierzeja pospiesznie zainstalowała się obok Mirtle.
- Spałaś? – spytała z nadzieją Andy.
„To podkład” – napisała Mierzeja na marginesie zeszytu. – „Przestraszyłam się samej siebie”.
„Wyglądałaś wczoraj potwornie” – napisała Mirtle na odwrocie jakiejś kserówki. – „Nauczyłaś się „Ody”?”.
„Tak, między pierwszą a czwartą nad ranem. Znowu nie spałam. Jakby co, to mnie reanimuj.”
„Jesteś nienormalna.”
„To całkiem prawdopodobne.”
„Fajne rękawiczki.”
„Wydałam na nie fortunę, a dodatkowo dziś rano Traszewski mnie spławił. Powiedział, że nie współpracuje z dziećmi. Żeby mu się tak noga podwinęła, gdy będzie zdejmował z półki veritaserum!”
- Andromedo!
- Ja, Herr Professor?
- Was machst du? Und warum muss ich die Frage wiederholen?

***

Zastępstwa za matematykę zaczynały już nudzić Severusa.
- Gryffindor traci dziesięć punktów – oznajmił, nawet nie unosząc głowy znad przygotowanej przez Sam listy. – Miałbym tylko taką nic nieznaczącą prośbę: postarajcie się nie zniszczyć całego wyposażenia pracowni. Nie chciałbym ponownie tłumaczyć dyrektorowi, że trzy rozpuszczone krzesła dziennie to niezbędne minimum.
Kilku Ślizgonów zachichotało.
Severus otworzył szufladę biurka, a wyciągnąwszy kartkówki, zaczął je rozdawać, przechadzając się po klasie i dodatkowo denerwując uczniów głośnym odczytywaniem co ciekawszych fragmentów oraz komentowaniem wyników pracy na dzisiejszych zajęciach. Wszystko wskazywało na to, że Mistrz Eliksirów jest zły i tylko czeka na sposobność, by wyładować się na dostępnych Gryfonach.

***

- Znam już trzy zaklęcia przeciwbakteryjne! – pochwaliła się Chomik.
- Jesteś genialna – orzekł Piecek.
- Czyli jeszcze 91 i możesz zaliczać Zaklęcia z grupy B5 – mruknęła Mierzeja, siadając na podłodze i opierają się o ścianę.
- A ja jestem głupia – powiedziała Bu. – W życiu się tego nie nauczę.
- Mogę wam opowiedzieć o hormonach – rozentuzjazmowała się Chomiczyna. Zbliżająca się biologia generowała w niej nieodpartą chęć dzielenia się wiedzą z otoczeniem.
- Jest przerwa – mruknęła Sam, zamykając oczy. – Żadnych hormonów. To sprzeczne z prawem.
- Co? –zdziwiła się Elmira Oda.
- Dręczenie ludzi – doinformowała ją Mierzeja.
- Ja nie dręczę – oburzyła się Chomik. – Ja edukuję!
- Beze mnie. Zgłaszam np. Chcę spać. Moglibyście sobie iść? – spytała z nadzieją.
- Moglibyśmy, gdybyś była na tyle rozsądna, by nam powiedzieć, o co właściwie chodzi. – Piecek spojrzał groźnie na Mierzeję.
- To tajemnica – szepnęła.
- To ja sobie idę. – Chomik pozbierała swoje dodatkowe notatki i odmaszerowała w kierunku Hermiony wyraźnie załamanej wyjątkowo nikłą wiedzą Rona.
- Ja też. – Bu pognała w kierunku toalety.
- Nie śmiem się sprzeciwiać. – Michał uśmiechnął się. – Jeśli nasze towarzystwo ci nie odpowiada, to ja się nie będę na siłę wpraszał, ale…
- Cicho – szepnęła Mirtle. – Przestań pokrzykiwać i idź sobie. Ona śpi. Nie widzisz?

***

- Weasley, mogłabyś mi powiedzieć, co to właściwie jest? – Severus stanął nad kociołkiem Ginny.
- Eliksir zmniejszający – bąknęła, patrząc na silnie dymiącą powierzchnię substancji.
- Jesteś pewna? – Snape pochylił się nad Gryfonką. – Bo ja mam wrażenie, że to nienadające się do niczego pomyje.
Gryfoni przestali siekać korzonki, wyczekując standardowego tekstu Miszczunia.
- Czy masz jakiś pomysł, Weasley? Dotyczący na przykład sposobu uczynienia twojego eliksiru użytecznym? – Severus utkwił wzrok w Gryfonce. – Pięć punktów od Gryffindoru. W poniedziałek chcę zobaczyć na moim biurku wypracowanie pod tytułem „Co znowu zrobiłam źle – eliksir zmniejszający a bagno w moim kociołku”.
Kilku Ślizgonów zachichotało.
Ginny wygięła usta w podkówkę.
- A teraz pozbądź się tego – warknął Severus, podążając w stronę swojego biurka. Pełne wyrzutu, złości oraz nieskrywanej nienawiści spojrzenia nie zrobiły na Miszczuniu żadnego wrażenia.

***

- Siadam w trzeciej ławce – poinformowała dziewczyny Sam. – Niech ktoś da mi znać, jakby miała mnie pytać.
- Nieprzygotowana? – spytał Deagol, pospiesznie tworząc listę osób które nie miały ani czasu, ani ochoty na kontakt z przedmiotem.
- Tak. – Mierzeja wyciągnęła z plecaka samonotujące pióro i kartkę A4 w kratkę.
- Ktoś jeszcze? – Deagol pomachał nad głowami zebranych świstkiem z wielkim napisem „Nieprzygotowani w dniu 12.09.”.
- Normalnie to ja tu siedzę – powiedział Draco, stając nad Sam.
- Przepraszam. Przesiądą się do tyłu. – Zebrała swoje rzeczy i usiadła w czwartej ławce.
Harry stanął nad Mierzeją nieco zdziwiony jej obecnością w danym miejscu i czasie, ale usiadł obok, nie wygłaszając żadnego godnego Gryfona komentarza.
- A co to za pogrom? – zdziwiła się profesorka, przyglądając się liście nieprzygotowanych.
- Musieliśmy nauczyć się „Ody” – wyjaśniła Bu.
- „Ody do młodości” autorstwa naszego patrona? – upewniła się biologiczka, porównując wykaz osób z listą w dzienniku.
- Całej – dodała Lavender.
- Czyli poproszę tutaj Elmirę, by dokładnie wytłumaczyła nam proces syntezy białek, a wy sobie posłuchajcie. A na następnej lekcji chcę widzieć wszystkich przygotowanych, nawet gdybyście mieli się nauczyć całej trzeciej części „Dziadów”.

***

- Zajmijmy się więc teorią – powiedział Mistrz Eliksirów. – Mamy wszak tylko jedną godzinę. Nadziejam, że wszyscy są przygotowani… Wielu z was uzna zapewne tę lekcję jak i wszystkie inne za stratę czasu, ale ta wiedza przyda się nawet w życiu codziennym. Chciałbym teraz usłyszeć, jakie właściwości posiadają wymienione eliksiry. – Machnął różdżką i na tablicy wykwitła licząca 69 pozycji lista. – Potter, 3. – Severus zaczął przechodzić między stołami.
- Veritaserum… - przeczytał Harry, poprawiając okulary. – Eliksir prawdy. Przezroczysty, piekielnie mocny, warzy się go cały miesiąc.
- Mało – orzekł Severus. – Weasley, 7.
- Tempus acid. – Ron wychylił się z ławki, by zobaczyć, co też Mistrz Eliksirów nabazgrał na tablicy. – Działa na ubrania. Powoduje ich rozkład. Potrzebny jest ząb krokodyla i mysz.
- Mało. Granger, 27. Tylko konkretnie.
- Eliksir wiecznego spokoju. – Hermiona zmarszczyła nos. – Srebrzysto-niebieski, bezwonny, niepalny. Przygotowanie do trzech godzin. Nie zawiera składników egzotycznych i niewymienialnych. Prosty. Nie uzależnia.
- Chomik, 21.
- Eliksir czyszczący Santora. Popularny, o zapachu mięty, koloru zgniłozielonego. Nie usuwa plam po eliksirach, do wytworzenia których użyto takich składników jak jaja kruka i smocze łuski.
- Parkinson, 1.
- Eliksir pieprzowy. Niejednolity, ostry, niemalże niemagiczny.
- Mirtle, 31.
- Eliksir Foultona, gojący drugiego stopnia. Konsystencja kremowa, kolor granatowy. Pachnie jak moja pasta do zębów.
Severus popatrzył na nią groźnie, ale nie skomentował wygłaszanych rewelacji.
- Crabe, 49.
- Eliksir zmniejszający. Należy pamiętać o możliwości wywołania pożaru. Dość kosztowny – odczytał Vincent z podręcznika.
- Longbottom, 57.
- Eliksir szybkiego wzrostu. Często stosowany w szklarniach. Skraca czas rozwoju roślin o połowę. Ciemnozielony. Palny.
- No proszę… - mruknął Snape. – Stupborn, 52.
- Uśmierzacz Bearleya i Slenta. Szybki. Skuteczny. Czerwony. Niepalny. Należy dokładnie posiekać wszystkie składniki.
- Search, 68.
- TRI. Silna trucizna czwartego stopnia. Niestandardowa – poinformował Severusa zaspany głos z pierwszej ławki. Najwyraźniej Jungfrau ucięła sobie drzemkę na jego zajęciach. – Niepalna. Zakazana w szesnastu europejskich krajach, w tym również w Zjednoczonym Królestwie. Bezbarwna, bezwonna, o posmaku truskawek. W Polsce dopuszczona do sprzedaży w 1872. W małych dawkach stosowana jako lek nasercowy. Większe dawki doprowadzają do zgonu.
- Zapiszcie temat: Eliksir wielosokowy.
Stojąc na końcu sali, Severus doskonale widział wszystkie sunące po papierze pióra. Fioletowe z pierwszej ławki całkowicie mu się nie spodobało.
- Co ja mówiłem o samonotujących piórach?! – Ruszył w kierunku drażniącego oczy przedmiotu.
Element wyposażenia biurowego hasał sobie po arkuszu A4 w kratkę i wszystko starannie notował. Panna Search spała natomiast najspokojniej w świecie, opierając głowę na dłoniach. Siedzący obok niej Draco miał minę skrzywdzonego trzylatka. Najprawdopodobniej Mierzeja powiedziała mu coś niemiłego, a on nie był w stanie się z tym pogodzić.
Severus stanął nad Sam, oczekując jakiejś reakcji. Popielata wiewiórka uważnie obserwowała czynione przez fioletowe pióro notatki.
- Ktoś chce opowiedzieć, jak przyrządzić ten eliksir? – Wzrok Miszczunia spoczął na Hermionie, która poczerwieniała z lekka. – Może wszystkowiedząca panna Granger?

***

- Jeśli on coś spaprze, to marny twój los.
- Mój los i tak jest marny i z góry przesądzony. Ale wszystko będzie punktualnie. Przesiedzi kilka godzin w areszcie, a ty będziesz miał czas na znalezienie Sposobu.

***

Hermiona powiedziała wszystko.
Snape uśmiechnął się.
- Na zakończenie tej jakże ciekawej godziny chciałbym was poinformować, że Gryffindor traci tylko sześć punktów: za niewiedzę pana Pottera i Weasleya oraz pastę do zębów panny Mirtle. A teraz żegnam.
Uczniowie wysypali się z sali, mamrocząc wersy „Ody do młodości” i upewniając się, że na pewno wszystko dobrze zapamiętali.
- Search? – Snape oparł ręce o blat stołu.
Wiewiórka ofuknęła go, spacerując po ramieniu Sam i usiłując obudzić ją, ciągnąc za lewy kolczyk.
- Search! Ja też mam przerwę! Chciałbym zamknąć pracownię!
Mierzeja natychmiast ze stanu snu przeszła do aktywnego działania polegającego na zebraniu swych rzeczy oraz ewakuacji poprzedzonej nadspodziewanie szczerym „Przepraszam”. Dziś nie wyglądała tak potwornie jak wczoraj, co nie znaczyło, że nie była równie zmęczona.
- Jestem draniem – mruknął, podnosząc z ziemi fioletowe pióro.

***

- Selise, czy mogłabyś mi powiedzieć, kto dźwiga twój plecak? – spytała Lady.
- To Mauzol. I jakbyś się pytała, to ja wcale nie chciałam – odparła Selka. – Nie mogłam mu odmówić.
Flora popatrzyła na nią podejrzliwie.

***

- Dziś przez dwie godziny recytujemy „Odę do młodości” autorstwa naszego patrona – powiedziała Dementorka. – Ktoś na ochotnika? – Nadzieja rozkwitła na jej twarzy.
- Spać… - szepnęła Sam. Siedząca obok niej Hermiona bezgłośnie powtarzała tekst.
- Może Samantha? – Frau Dementor uśmiechnęła się promiennie.
Parvati i Lavender siedzące w pierwszej ławce wymieniły zniesmaczone spojrzenia i odsunęły się jak najdalej. Mierzeja powlokła się pod tablicę.
- Jeśli użyje Dziewiczego Głosu, to ja zastosuję mesmeryzację – ostrzegła Chomika Mirtle.
Sam wyrecytowała „Odę” zaskakująco wyraźnie, nieco krzycząc na zebranych.
- Brawo! – zachwycała się nie wiedzieć czemu polonistka.
Po Mierzei pod tablicę powędrowały Bu, Mirtle i Lavender oraz Malfoy i Hermiona.
- Harry. – Dementorka zachęcająco wskazała miejsce pod tablicą.
Potter mówił powoli, przypominając sobie z trudem kolejne wersy.
- „Dzieckiem kolebce kto łeb urwał chytrze,
ten młody skusi Izaurę,
piekłu ofiarę wytrze,
do nieba pójdzie po Laurę.”
Część klasy zachichotała, a polonistka zrobiła nieco zdziwioną minę, ale kolejne, już poprawne, wersy popłynęły bez większych problemów, więc nie przerwała Harry’emu.
Z różnych wariantów poszczególnych wersów zaprezentowanych na tej godzinie możnaby stworzyć nową wersję „Ody”.
Lavender przedstawiła zaskakujący dwuwers:
„Niechaj, kogo wiek zaskoczy,
chyląc ku ziemi podrapane czoło”.
Pojawiło się również „oko słonia”, „jednością silni, rozumni szkwałem” oraz „to szkieletów dudy”. Ale dopiero Ron skłonił profesorkę do zaprzestania działalności.
Weasley stanął na środku sali, a nie przy profesorskim biurku, w pozie napoleońskiej i z promiennym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- „Bez serc! Bez ducha! To trupy!” – wygłosił z mocą, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia, ale zdając sobie sprawę, że nic nie pamięta.
- „Minerwo! Podaj mi miotłę!
Niech nad martwym wzlecę światem
w rajską dziedzinę bezwiedzy!
Kędy stado nietoperzy
terroryzuje oświatę
bardzo nieciekawym batem!” – kontynuował Ron.
Hermiona patrzyła na niego jak na samobójcę.
- „Niechaj, kto ten wiek przekroczy,
chyląc ku ziemi ubrudzone czoło,
takie widzi wozu koło,
jakie swoimi zakreśla oczy!”
- Wystarczy – przerwała mu polonistka. – Co to za profanacja?!
- Profanacja? – spytał Ron.
- Jestem zmuszona postawić ci jeden. A teraz zapraszam na przerwę.

***

- Nareszcie koniec! – Mirtle, wygłosiwszy to zdanie, zapchała się drożdżówką.
- Czy mi się wydaje, czy też nasza Dementorka zrobiła się na koniec blada, potem sina, a ostatecznie przybrała barwę zieloną? – spytała Bu.
- Biedna kobieta. – Chomik oznajmiła to, rozpakowywując swoje śniadanie. – Doprowadziliśmy ją do stanu załamania nerwowego.
- Trudno – rzekła Andy, rozsiewając wokół okruchy.
- I tak miała szczęście, że Andromeda recytowała prawidłową wersję. – Mierzeja ziewnęła.
- „Niechaj, kogo cios zamroczy!” – Mirtle z ekspresją wyciągnęła trzymaną w prawej ręce drożdżówkę, przez co Piecek musiał się odsunąć.
- „…ostrym mieczem prosto w nagie czoło,
a mózg jego rozpryśnie się w koło,
nie zobaczy mnie na oczy!”
- Twórczość godna Rona – mruknęła Chomik, przerywając na chwilę konsumpcję.
- Twórczość godna Mirtle – odparowała Andy.
- Ja chcę spać.
- Cicho, Mierzejo. – Piecek popatrzył na nią z naganą. – Przespałaś prawie cały polski.

***

Severus Snape nakazał opuścić pracownię. Dwie zapłakane Gryfonki zostały otoczone wianuszkiem koleżanek i ewakuowane do najbliższej toalety. Mistrz eliksirów patrzył na całą scenę nieco zniesmaczony. Przywykł do tego, że brać uczniowska okazuje mu lodowatą bądź pełną pasji nienawiść, ale uczennice zalewające się łzami działały na niego jak płachta na byka. Czy zakazał im studiowania odpowiednich lektur do późnych godzin wieczornych? Nie! Czy zmusił je do przyrządzenia nienadających się do niczego eliksirów? Nie. Czy kazał im się rozryczeć? Również nie!
Jakiś głos wewnątrz sugerował, że przyczyną było odjęcie punktów Gryffindorowi oraz utylizacja cuchnącej zawartości kociołków. Severus nie zamierzał słuchać żadnego wewnętrznego głosu i robił się coraz bardziej zły.
Fioletowe pióro potraktowane jak zakładnika tkwiło między kartkami „Truciciela” – groźnie wyglądającego tomiska leżącego na Snejpowym biurku.

***

- Głupia! Głupia! Głupia! – Chomik raz po raz uderzała piąstkami o wysuwany blat, na którym znajdowała się klawiatura. Dźwięk ów niknął jednak wśród ogólnego rozgardiaszu.
Mirtle wykrzykiwała raz po raz „Działa!” oraz „Nie działa!”. Bu patrzyła na swój ekran z wyrzutem.
- Przemów do mnie – zaapelowała ponownie Mierzeja, głaszcząc czule stację dysków i monitor.
- Ale ja się na tym nie znam, pani profesor – utrzymywał Ron.
- Dlaczego to nie działa?! – pieniła się Jaella.
- Przemów do mnie – powtórzyła Sam. Ekran zamigotał i zgasł, a w powietrzu pojawił się zapach podgrzewanej miedzi i palonych kabli.
- Zepsułaś komputer – zauważyła Bu, po raz siódmy resetując swój sprzęt.
- O… rzeczywiście – zgodziła się Chomik, po czym powróciła do przerwanego rytuału. – Głupia! Głupia! Głupia!
- Ja bym sugerował tutaj wstawić „n” i zamienić je z tym „j”, bo ich używasz odwrotnie. – Piecek wskazał dwa punkty w programie Chomiczyny.
- Dlaczego? – spytała Mierzeja, kładąc obie ręce na wygasłym ekranie.
- Działa! – Mirtle zastanowiła się chwilę. – Nie. Nie działa!
- Ale ja tego nie potrafię – nie ustępował Ron.
- Ja tego nie zrobię – oznajmiła Stupborn.

***

- Sprawę waszej informatyki poruszymy na godzinie wychowawczej – warknął Miszczunio.
Informatyczka dopadła go, gdy tylko wychylił nos z pracowni. Była bardzo miła i uśmiechała się promiennie, próbując usprawiedliwić zachowanie klasy. Zaznaczyła jednak, że w przyszłości pragnęłaby uniknąć podobnych sytuacji. Dodatkowo poleciła mu nie przejmować się dwoma zepsutymi monitorami – podobno i tak kwalifikowały się do wymiany, a ich awaria zmusi dyrekcję do zakupu dawno obiecanych nowinek technicznych.
- Zadbam również, by profesor McGonagall nie pozostawała dłużej w niewiedzy.
Gryfoni jęknęli zgodnie, a Severus uśmiechnął się. Uśmiech ów miał dwie zasadnicze przyczyny. Pierwszą była standardowa chęć pognębienia Domu Lwa. Druga przyczyna podsuwała wyobraźni Severusa zdegustowaną minę Minerwy, gdy zmusi ją do porzucenia szydełkowania i zajęcia się napuszonymi następcami Godryka Gryffindora, a szczególnie Potterem.
- Otwórzcie podręcznik na stronie 203. – Severus przekartkował „Truciciela” i, wyciągnąwszy fioletowe pióro, zaczął je obracać w palcach, zastanawiając się, co skłoniło Sam do ufarbowania owego na tak jadowity kolor. Mierzeja jednak nie zwracała na niego uwagi, usiłując skłonić swój podręcznik do współpracy.
Osiągnęła tylko tyle, że złośliwa książka wylądowała na podłodze, a spomiędzy kartek wysypało się kilkadziesiąt stron starannie sporządzonych notatek.
- Cukier – mruknęła, zbierając wyposażenie z podłogi.
- Jeśli potraficie odczytać instrukcję, to radziłbym przystąpić do działania. – Snape rzucił zebranym mordercze spojrzenie, które gryfońską część grupy skłoniło do opuszczenia głów.
Po kilku minutach upstrzonych odgłosami dokładnego siekania po pracowni rozszedł się zapach spalenizny i szmer sugerujący, że stało się coś godnego uwagi, udzielenia pierwszej pomocy lub szlabanu.
Severus wstał. Siedzący przed Hermioną Longbottom z przerażeniem patrzył na niezaprzeczalnie dymiącą powierzchnię swojego eliksiru. Severus westchnął.
- Czy dodałeś oczy salamandry na samym początku? – Podszedł do nieszczęśnika. – Longbottom, czy coś takiego jak przepis znajduje w twoim mózgu odpowiednią szufladę? Szufladę oznaczoną „POSTĘPOWAĆ WEDŁUG”?
Neville jeszcze niżej opuścił głowę.
- Gryffindor traci piętnaście punktów.
- Znowu… - szepnęła Bu.
- Eliksir panny Masłowskiej sprawdzę jako pierwszy – powiedział Severus, ponownie siadając za biurkiem.

***

Mew podniosła głowę znad umywalki i popatrzyła w lustro. Krople wody skapywały na białą politurę.
- Żadnych więcej wizji – mruknęła w kierunku swojego odbicia.
Nie-Mew miała bladą twarz i determinację wypisaną na niej dość chwiejnym pismem.
Świat rozmazał się, skręcił w tęczową spiralę i zniknął z cichym pyknięciem.

***

- Na przerwę – warknął Severus.
Gryfoni pospiesznie wybiegli z sali.
- Na następnej godzinie sprawdzę wasze, ufam, że poprawnie przygotowane, eliksiry. Search, przypominam ci o szlabanie.
- Tak, panie profesorze – mruknęła Mierzeja.

***

Mirtle, Chomik i Bu siedziały na schodach. Sam usiadła obok, obracając w palcach rumiane jabłko.
- Powinnaś być Gryfonką – powiedziała Andy całkiem niespodziewanie.
- Być może. – Mierzeja wgryzła się w owoc. – Pamiętasz moment przydziału?
- Oczywiście, że tak. Przecież siadłam na tym taborecie jako pierwsza.

***

- Wymiana? Przecież ja nic nie wiem o wymianie! – Dumbledore przekładał kartki na biurku.
- Jestem pewna, że dostałeś oficjalne pismo w tej sprawie. – McGonagall popatrzyła na dyrektora z naganą.
- To całkiem prawdopodobne, Minerwo – zgodził się Dumbledore, patrząc na pięcioosobową grupę.
- Może ich przydzielmy – zaproponowała McGonagall, zdejmując z szafy wyświechtaną tiarę.
- Oczywiście, moja droga. Kto pierwszy? – Uśmiechnął się.
Większość młodzieży odpowiedziało całkiem szczerym wygięciem ust. Blond dziewczątko popatrzyło na niego nieufnie.

***

- Mogłam być Puchonką – powiedziała Mirtle.
- Ja też. – Chomik popatrzyła na Andy.
- I ja. – Bu spojrzała na koleżanki.
- A ja nie. – Mierzeja, udzieliwszy tej odpowiedzi, ponownie wgryzła się w jabłko.

***

Tiara opadła na oczy Sam. Materiał pachnął kurzem.
- Kogóż my tu mamy? – Usłyszała głosik nieopodal prawego ucha. – Cóż my tu mamy… Trudna spawa, moja droga. Mogłabyś mi podpowiedzieć, bo wygląda na to, że byłabyś doskonałą Gryfonką.
- Gryfonką? – Myśl Mierzei zawierała zadziwiająco dużą ilość powątpiewania. – Ja bym nie była taka pewna.
- W takim razie… - Tiara zawahała się. – Chciałaś to przede mną ukryć?
- Co?
- No tak. To się czasami zdarza nawet największym magom. Więc… Slytherin – warknęła tiara już głośno.

***

Leo westchnęła. Przerażona gospodyni szkoły stała w drzwiach łazienki. Na podłodze spoczywała natomiast nieprzytomna panna Mew. Czoło zdobił jej fioletowo-zielony siniec. Najprawdopodobniej uderzyła się o umywalkę. Leokadia nie była detektywem, ale bez problemu mogła wskazać przyczynę pojawienia się barwnego znaku na ciele pacjentki.
Zgrzytnęła zębami.
Była zdania, że panna Mew nie powinna opuszczać zamkniętego oddziału Magicznego Skrzydła szpitala na Szaserów, a przynajmniej domu.

***

Obserwowanie tej grupy osób nie dostarczało żadnych wyjątkowych przeżyć – siódemka magów na polanie. Tyle tylko, że zazwyczaj lustra nie pojawiają się w takich miejscach, a przynajmniej nie lewitują kilkanaście centymetrów nad ziemią.
- Trzeba go zamknąć – powiedział mężczyzna o długich włosach koloru popiołu. – Najlepiej natychmiast.
Powierzchnia lustra drgała – rozchodziły się po niej fale.
Mew patrzyła, nie mogąc się poruszyć.
- Daj rękę. – Rudzielec wyciągnął dłoń. – Musisz dokończyć to, co zaczęłaś.
- Powinnam go była zabić – mruknęła blondynka, wyciągając przed siebie prawą rękę. – To byłoby prostsze.
- Nie sądzę.
- Ujmijmy to tak: ja nie mam ochoty się z tobą spierać, Hyclar.
- Cieszę się wręcz niezmiernie. – Rudzielec wyjął z kieszeni szaty nóż. – Ale teraz powinnaś opatrzyć pieczęcią zarówno tę ziemię, jak i teleport. Życzysz sobie pomocy?
- Tnij – powiedziała tylko.
Kilka kropel krwi spadło na źdźbła trawy.
- Pozostaniesz tam, dopóki ta krew nie otworzy ci drogi… Mam nadzieję, że nie nastąpi to nigdy.
Dotknęła powierzchni lustra, a ta ostatni raz zafalowała, by wygładzić się i zmatowieć.
Na szklanej tafli pozostał krwawy zaciek.

***

- Dyrektor cię wzywa – powiedział Severus Snape, patrząc na zielony eliksir, który Sam przelewała do fiolki.
Mierzeja zakorkowała próbówkę, podpisała ją i bez słowa wyszła z sali.
- Może panna Masłowska powie nam, co znów zrobiła nie tak. – Snape stanął nad Bu.

***

Teodor wręczył swój klucz goblinowi, a ten bez słowa powiódł go w kierunku ciężkich wrót. Za owymi kilkanaście wagoników oczekiwało na pasażerów. Restaud usadowił się na pierwszym, a goblin, usiadłszy obok niego, pociągnął za dźwignię.
Po trzech minutach szaleńczej jazdy zatrzymali się przed skrytką 5179. Goblin opuścił pojazd pierwszy i szybko otworzył wrota.
Teodor wszedł do środka.
- Znak rozpoznawczy – wymamrotał, otwierając jedną ze stojących pod ścianą szkatuł. – Wschód jest popaprany. Przychodzenie do domu sabatowego w parach to przeżytek, a przedstawianie swojej „drugiej połówki” lub ewentualnie kandydatki to głupota. – Usiadł na podłodze i zaczął wysypywać znajdującą się w szkatule biżuterię. – Coś starego… - Jego wzrok zatrzymał się na zalakowanym płóciennym woreczku. Rozerwał plombę i wysypał na dłoń kilka sztuk złotej biżuterii z korneolem. Owalne, czerwone kamyki wyglądały jak duże krople krwi. – Bardzo dobrze – mruknął Teo. – Bransoletka, naszyjnik, kolczyki… i pierścień dla mnie.

***

- Chciałabym, żeby zbadał ją specjalista – powiedziała Leo, wypełniając kolejny druczek. – Przecież to może być niebezpieczne dla mózgu. Mogą powstać nieodwracalne zmiany!
Poppy popatrzyła na nią zezem w związku z nikłą odległością, jaka je dzieliła.
- Nie sądzę, by był tu odpowiednio wykwalifikowany personel medyczny – stwierdziła po chwili.
- Ośmielam się być innego zdania. – Leośka poczuła się dotknięta do żywego. Właśnie kwestionowano umiejętności polskich uzdrowicieli, a tym samym i poziom jej edukacji. – I ostrzegam, że jeśli będę musiała, to osobiście dostarczę ją do szpitala, nawet jakby miała mi pani wystawić negatywną opinię!
Pomfrey ponownie popatrzyła na nią zezem.
- To zabieraj ją. – Pielęgniarka wskazała na Mew, która od pewnego czasu siedziała na jedynym w pomieszczeniu krześle i tępo patrzyła na ścianę.
- Myśli pani, że perspektywa zaciągnięcia tej oto pannicy do lekarza jest mnie w stanie przerazić?
- Nie, moja droga.
Leo zgrzytnęła zębami z powodu „mojej drogiej”, ale Pomfrey zignorowała to.
- Sądzę po prostu, że ona ma już jakiegoś lekarza prowadzącego.
- Najwyraźniej zalicza się do grupy niewykwalifikowanych pseudomedyków, którzy nie potrafią nawet wyleczyć zapalenia gardła. – Stęporek doprowadziła Mew do pozycji pionowej i powiodła ją do drzwi. – Wrócimy za dwie godziny.
Poppy popatrzyła na nią z powątpiewaniem, ale Leo dziarskim krokiem opuściła gabinet, ciągnąc za sobą nieszczęsną wieszczkę.

***

Sam zapukała do dyrektorskich drzwi. Zapukała ponownie, ale nikt nie odpowiedział. Nacisnęła klamkę i weszła.
Najbardziej godnym uwagi meblem było biurko, z którego stosy makulatury spływały wdzięcznie na podłogę. Dwa krzesła zdobiły porozrzucane papierzyska. Dyrektorski fotel świecił pustkami – to znaczy wykazywał pewne braki w zakresie siedzącego w nim ciała dyrektorskiego. Kilka teczek zdobiło skórzane oparcie.
- Ładnie – mruknęła, rozglądając się. – Biurokracja pożre dyrektora w całości.
Na stoliku leżała korespondencja przychodząca – w większości nieaktualne już zaproszenia.
- Bez gryzienia. – Sam zatrzymała wzrok na spoczywającej na szafie wyświechtanej tiarze. – Gdzie poszedł profesor Dumbledore? – spytała, nie oczekując odpowiedzi. Kapelusz był kapryśny i rozmawiał tylko z osobami, które uznał za godne tego zaszczytu.
- Nie wiem. – Tiara odchrząknęła. – Jestem przecież tylko częścią garderoby.
- Aha…
- A ty jesteś Ślizgonką, która zastanawia się teraz, czy przypadkiem nie powinna zostać Gryfonką.
- Wcale się nad tym nie zastanawiam. – Sam wzruszyła ramionami. – Jestem Ślizgonką i to wszystko.
- Ciekawość cię zżera… jak niegdyś Harry’ego Pottera – kontynuowała tiara. – Tak… Z waszą dwójką był problem. Oboje wykazywaliście niechęć względem najbardziej odpowiedniego dla was domu. O ile jednak Potter z tej jednej przyczyny trafił do Gryffindoru, o tyle ty z trzech. Znasz tę starą piosenkę, prawda?
- Nie. Nie znam i nie rozumiem, po co mi to mówisz.
- To dziwne, ale wyjaśnia ona oba powody poza twoim sprzeciwem. Mówisz, że jej nie znasz…
„O Przeklęta Krwi
W Tobie słońce i słota” – zanuciła tiara.
„O Przeklęta Krwi
Oby Cię pochłonęła Ciemność
By światło nigdy
Nie dostrzegło cię na granicy
Byś znikła na wieki
I nigdy się nie odrodziła
O Przeklęta Krwi
Tyś zgubą poprzez czas
Tyś zgubą poprzez wiek
Po wielokroć przeklęta
Po tysiąckroć zapomniana
Rozlana i Przelana
O Przeklęta Krwi
Za mojego żywota nigdziebądź”
- Nie wmówisz mi tego – warknęła Sam, gdy przebrzmiała ostatnia nuta. – Wnuczka Voldemorta? Dobrze. Dziewica Slytherinu? Dobrze. Ale nie mam zamiaru być nikim więcej. Sugerujesz, że to ja jestem tą „Przeklętą Krwią”?!?! Że jestem kimś jeszcze?! Kimś wyjątkowym?! – przerwała, by zaczerpnąć oddechu. – Ja jestem tylko tym, kim jestem. Rozumiesz? Nikim więcej. Nie czeka mnie żadna misja mogąca zmienić losy świata! A może sugerujesz, że jestem przeznaczona do jakiegoś rytualnego samobójstwa? Może powinnam podciąć sobie żyły w tym przeładowanym makulaturą gabinecie?!
- Przecież nie możesz – zauważyła chłodno tiara. – Nie masz prawa decydować o końcu życia innego czarodzieja.
Sam zagryzła wargę, by po kilku sekundach wybuchnąć.
- Czego ty właściwie ode mnie chcesz, żywicielko pokoleń moli?! Co mam zrobić, żebyś się ode mnie odczepiła?! Jak nie cukrzone wampiry, to popaprane nakrycia głowy!
Urażona tiara zamknęła materiałowe usta.

***

Morphea nudziła się niemiłosiernie. Cienki, srebrny łańcuszek na stałe zapięty na szyi poddawany był licznym próbom dekapitacji. Próby owe czynione były nie z chęci sprzeciwienia się zaleceniom pani Pomfrey, ale z braku zajęcia. Ugryzienie mrowiło ją nieprzyjemnie, a opatrunek drażnił samą obecnością.
- Zatłukę tego popapranego wampira – warknęła. – To krwiopijcze wampirzątko! Zrobię z niego miazgę, doskonałe amulety oraz karmę dla zwierząt!

***

Dyrektor otworzył drzwi. Kłótnia Sam i tiary należała do przeszłości. Mierzeja patrzyła na kapelusz z wyrzutem i lekkim niedowierzaniem. Tiara miała chyba obrażoną mię, choć repertuar materiałowej mimiki nie pozwalał na wyrażenie zbyt wielu uczuć.
- Dzień dobry, Samantho. – Dumbledore podszedł do biurka.
Mierzeja obejrzała się.
- Dzień dobry – bąknęła po chwili.
- Nie mogę zaproponować ci wygodnego fotela. – Dyrektor rozłożył ręce. – Jak widzisz, mam tu mały kryzys. – Zaczął przeszukiwać stosy papierów na biurku. – O! Jest! Mogłabyś mi powiedzieć, dlaczego dostarczono mi twoje zwolnienie z poniedziałkowych zajęć?
Mierzeja zamrugała.
- Słucham? – Podeszła do biurka, brodząc wśród papierzysk.
- Podpisane przez jednego z zastępców ministra, jak widzę… - Dyrektor poprawił okulary.
- Mogę? – Wyciągnęła świstek z dłoni Dumbledore’a i przebiegła tekst wzrokiem. – Nie rozumiem – mruknęła po chwili. – Gdzie jest uzasadnienie?

***

- A teraz mi to wytłumacz – warknęła Sam.
Wiewiórka siedziała na parapecie i czyściła sobie uszy, unikając spojrzenia Mierzei.
- Mam w nosie, czy odpowiedź na to pytanie jest ściśle tajna – kontynuowała. – Albo będę w końcu dysponowała jakimiś informacjami na swój temat, albo zamienię życie Alfy24 w piekło. A zacznę od ciebie.
- To na wypadek wpadki – wyjaśnił Sławek, przybierając właściwą sobie postać i oglądając podsunięte przed nos pismo. – Albo kontuzji…
- Czyli dotyczy to następstw soboty, tak?
- Mniej więcej. Według rozporządzenia ministra, przysługuje nam dzień wolny w najbliższym możliwym terminie po rozwiązaniu problemu. Ustawowo wypada on w poniedziałek. Ewentualnie będziemy poprawiać…
- Sławek…
- Co?
- Jakoś nie czuję się doinformowana.

***

Szlaban rozpoczął się standardowo. Mistrz Eliksirów zapędził stadko podopiecznych do pracowni i, nie szczędząc złośliwych uwag, nakazał dokładne posprzątanie sali.
Potter zgrzytnął zębami – niezbyt głośno, ale Snape obrócił się, by znaleźć źródło niepokojącego dźwięku. Przyczyną złego humoru Harry’ego była blada, niebieskooka blondynka robiąca listę specyfików znajdujących się w jednej z szaf. Była nią ze względu na rażącą niesprawiedliwość – Ślizgonka liczyła fiolki, a Gryfoni byli upaprani po łokcie.
Z góry dochodziły dźwięki sugerujące próbę chóru. Snape popatrzył na sufit, a jego spojrzenie posłałoby na oddział intensywnej terapii niejednego śmierciożercę. Kamienie pozostały jednak niewzruszone, a chóralne pienia zaczęły przybierać na sile.
Harry zaczął nucić zgodnie z dźwiękami przedzierającymi się do pracowni.
Snape spojrzał na niego groźnie.
Potter zamilkł, a jego negatywne nastawienie do szlabanu, profesora i Ślizgonki wzrosło do rzadko spotykanego rozmiaru.
- Search, radzę ci dokładnie sprawdzić, co zawiera ta szafa – warknął Severus zza biurka. – Granger, weź się do roboty! Przecież widzę, że się obijasz!
Hermiona wycierająca od kilku minut pierwszą ławkę podniosła wzrok na profesora.
- Nie patrz tak na mnie, Granger. To szlaban, a nie spotkanie towarzyskie.

***

Leokadia wyciągnęła nieopierającą się Mew z 523. Ślizgonka nie wykazywała większego zainteresowania tym, co się z nią dzieje. Dała sobą sterować i nie zgłosiła sprzeciwu, gdy Leo zapakowała ją na wózek i, popychając go, pognała w kierunku Magicznego Skrzydła szpitala.
Rejestracja oblegana była przez kilkanaście osób w różnym stopniu uszkodzonych magicznie.
- Bogowie… - jęknęła Stęporek, obserwując zachowanie odzianej na biało pomocy wyraźnie niedającej sobie rady z rozjuszonymi pacjentami. – Zaczekamy. – Leo zaparkowała wózek obok rzędu krzeseł i usiadła na jednym z nich.
Pielęgniarka usiłowała zmusić czarodziejów do ustawienia się w zgrabnie wyglądającą kolejkę – jak dotąd próby zaprowadzenia porządku były ignorowane.

***

- Jestem zachwycony waszym poświęceniem.
Harry zgrzytnął zębami. Jego ubranie nadawało się do prania, jeśli nie do utylizacji. Ron i Hermiona nie wyglądali lepiej. Granger miała nawet bliżej niezidentyfikowaną zielono-żółtą maź we włosach. Search była natomiast nieskazitelnie wręcz czysta.
- A teraz wynoście się, jeśli nie chcecie spędzić tu kolejnej godziny – warknął Severus.
Uskrzydleni perspektywą kolejnego szlabanu Gryfoni wybiegli z pracowni, chcąc jak najszybciej zniknąć nauczycielowi z oczu. Sam wyszła zaraz po nich. Przynajmniej zdaniem Severusa jej spojrzenie było nieco nieprzytomne.

***

- Ja muszę na chwilę zniknąć. – Sławek włożył komórkę do kieszeni. – Ale ty się nie ruszaj stąd na krok. Telefon masz?
Mierzeja przytaknęła.
- Za trzy minuty będzie tu Filip. Ale nie ruszaj się stąd.
- Powtarzasz się – zauważyła kwaśno Sam, opierając się o żółtą barierkę przed szkolną furtką.
- Chcę mieć pewność, że wszystko zrozumiałaś.
- Im szybciej wyruszysz, tym szybciej wrócisz. – Mierzeja wyciągnęła zbiór zadań egzaminacyjnych dla studentów czwartego roku eliksirologii i zaczęła ołówkiem wpisywać rozwiązana na marginesie.
Sławek mruknął jeszcze coś niezrozumiałego, ale nie doczekawszy się żadnej reakcji, powoli ruszył w kierunku Saskiej.
- Mężczyźni… - burknęła Jungfrau, kreśląc skomplikowany wzór na brzegu kartki. – Zachowują się, jakbym sama nie potrafiła o siebie zadbać.
Podniosła głowę. Sławek skręcił w Saską i przemierzył zapewne prawie sto dwa metry, kierując się ku ulicy Waszyngtona.
Powietrze było ciepłe i dziwnie lepkie.
Mierzeja zatrzasnęła książkę i schowała ją do plecaka. Rozejrzała się.
- Nie ze mną te numery. – Z kieszeni wyjęła kawałek kredy i na płycie chodnikowej narysowała okrąg, a następnie wpisała weń kwadrat i trójkąt. – Niech ci to będzie przekleństwem. – Na kredowy symbol rzuciła jeden blond włos.
Ponownie się rozejrzała.
Okrąg rozbłysł na chwilę, by zniknąć.
Sam schowała kredę do kieszeni, a z plecaka wyjęła telefon. Wybrała numer Filipa i niespiesznie ruszyła Kubańską.
- Co jest? – Głos po drugiej stronie linii był nieco zniecierpliwiony. – Jak jedziesz, baranie?!
- Gdzie jesteś? – Mierzeja skręciła w ulicę Wandy.
- Na moście.
- Którym – drążyła dalej Sam.
- Łazienkowskim rzecz jasna – odparł Filip.
- Szukaj mnie na Francuskiej.
- Co? Miałaś się nie ruszać!
- Filip… Idzie za mną pewien typ. Metr dziewięćdziesiąt, przynajmniej sto kilogramów żywej wagi. Niebieska wiatrówka, biała koszulka i dżinsy. Ostrzyżony bardzo podobnie do ciebie.
- Skąd wiesz, że akurat za tobą?
- Właśnie przeszłam przez jezdnię na Paryskiej w niedozwolonym miejscu – wyjaśniła Mierzeja. – On też. Nawet się nie rozejrzał. Nieomal potrącił go autobus.

***

Leokadia, popychając wózek, sunęła korytarzem.
- 29d… - mruczała, raz po raz zatrzymując wzrok na przyklejonych do drzwi oznaczeniach. – Gdzie jest ten cukrzony gabinet?!

***

Sam przebiegła przez ulicę, nie zwracając uwagi na to, czy światło jest zielone, czerwone, czy też nie ma go wcale. Paryska przeszła płynnie we Francuską.
Osiłek idący za nią najwyraźniej ponownie miał kolizję z jakimś pojazdem – odezwało się kilka klaksonów.
Sam przyspieszyła kroku.
- Nie oglądaj się – mruknęła Mierzeja, zaczynając panikować nie na żarty. Dodatkowo wrażenie, że jest obserwowana nie tylko przez idącego za nią, ale również przynajmniej przez dwie inne osoby, nasiliło się. Jakby mało było owych problemów, ktoś ją blokował. Klątwa rzucona przed szkolną bramą najwyraźniej nie zadziałała prawidłowo.
Sam, nie zastanawiając się już nad niczym, pobiegła przez jezdnię, mając nadzieję zdążyć na 117, które dopiero zatrzymało się na przystanku. Miała już postawić nogę na stopniu, gdy ktoś przy pomocy jednego szarpnięcia odciągnął ją od drzwi.
- Ratunku! – wrzasnęła Sam. – Zboczeniec! – I nie czekając na dalszy rozwój wypadków, uwolniła się z szelek plecaka i pobiegła w kierunku najbliższej bramy. Za sobą usłyszała jeszcze dość stanowcze głosy babć czekających na 146 i odgłosy świadczące o tym, że użyte zostały parasolki i ciężkie torebki.
- Odbieraj! ODBIERAJ! – Mierzeja ponaglała wybrany numer. – Zmiana planów. Saska, przy Waszyngtona. Pospiesz się.
- Kobieto, co się dzieje? – Filip był zaniepokojony.
- Tylko się pospiesz. – Mierzeja przebiegła podwórze i bramę dzielącą je od sąsiedztwa. – Wyjaśnię to…
Telefon wytrącony z ręki Sam przeleciał kilka metrów i wylądował na chodniku, gdzie dokonał żywota, rozłożywszy się na czynniki pierwsze.
- To jest niszczenie mienia – zauważyła, zatrzymując się. – Dodatkowo kradzież i nękanie połączone z napaścią.
- Ale to nie ja jestem przestępcą – odezwał się głos tuż za nią.
- To kim jesteś? – Sam obróciła się.
- Nie musisz wiedzieć. Liczy się że ja wiem, z kim mam do czynienia, mała złodziejko.
- Kontynuuj. – Mierzeja wyglądała na niezwykle wręcz spokojną.
- Mam nakaz aresztowania.
Mierzeja pomachała mu przed nosem wyciągniętym z kieszeni niebieskim identyfikatorem.
- To też komuś ukradłaś?
- Przyjrzyj się.
- Podrobiłaś?
Sam wzniosła oczy do nieba.
- Czyli powinienem dopisać do listy zarzutów fałszerstwo.
Mierzeja doszła do wniosku, że dalsza rozmowa nie ma najmniejszego sensu. Osiłek na pewno nie pozwoliłby jej odejść, więc postanowiła zadziałać radykalnie. Z całej siły nadepnęła mu na stopę, następnie zadbała, by „rejony strategiczne” doznały bolesnych obrażeń, po czym wybiegła na ulicę Królowej Aldony. Pokonała jezdnię przy akompaniamencie klaksonów.
„Do końca tej durnej terapii pozostały dwie godziny” – pomyślała. – „Konrad, ZABIJĘ CIĘ”.
Królowej Aldony przeszła w Dąbrówki.
- I czynna napaść na funkcjonariusza. Uzbierałaś sobie niezłą litanię.
- Kto ci dał licencję teleportacyjną?! – spytała Sam, patrząc na znikającą postrzępioną tarczę.
- Aresztuję cię – oznajmił osiłek, chwytając Jungfrau za lewą rękę.
Szarpnęła, próbując uwolnić dłoń. Nadepnięcie na stopę nie przyniosło poprawy sytuacji.
- Więcej nie dam się tak podejść. – Wykręcił kończynę Sam. – Chcesz wyłamać sobie rękę ze stawu? – spytał, gdy Mierzeja podjęła jeszcze jedną próbę uwolnienia się.
Search prychnęła.
- Jak już powiedziałem, jesteś aresztowana. – Unieruchomił drugą rękę Sam i szarpnięciem ściągnął jej rękawiczki. – To również ukradłaś?
- Czy w Policyjnych Służbach Magicznych zatrudniane są tylko góry mięśni pozbawione mózgu, a tym samym zdolności analizy?
- Mam to podciągnąć pod słowną napaść?
- Jak sobie chcesz – warknęła, czując chłodny metal zaciskający się na nadgarstkach.
- Zapomniałbym. To zabieram jako dowód rzeczowy – rozpiął łańcuszek, na którym pobrzękiwały dwa pierścionki. – A skoro nie mam zamiaru tolerować magicznych wybryków z twojej strony…
Kliknęło i kilka niewielkich niemetalowych elementów dotknęło skóry Sam.
- Aszsz… - Mierzeja przestała się szarpać, by zacząć się chwiać.
- Mnie nie nabierzesz. – Trzymając ją za łokieć, ruszył w kierunku ulicy Walecznych. – Dziewiętnastki nie reagują tak na kajdanki z obsydianowym zabezpieczeniem. Przestań się wygłupiać.
Kilkanaście osób obserwowało, jak ponadstandardowo zbudowany mężczyzna przerzucił sobie przez ramię dziewczątko i ruszył w kierunku zaparkowanej w oddali Toyoty. W prawej ręce niósł nieco zdezelowany plecak. Blond włosy tworzyły sięgającą kolan pelerynę.
- Zboczeniec – zauważyła nieśmiało staruszka wyprowadzająca gromadkę swych yorków na spacer.
Jej wypowiedź została zignorowana.

***

Snape rozejrzał się. Dokładnie dwie minuty temu Sam stała przed szkolną furtą – widział ją, gdy zmierzał do pokoju nauczycielskiego celem oddania dziennika. Teraz, opuściwszy budynek nazywany przez wielu Przybytkiem Wątpliwych Rozkoszy Niekoniecznie Intelektualnych, rozglądał się, chcąc ustalić choćby w przybliżeniu położenie Mierzei.
Powinna znajdować się gdzieś w pobliżu, szczególne że nieszczęsny ochroniarz gestykulował, chcąc najwyraźniej zmusić ją do pozostania w danym miejscu. Severus doskonale wiedział, że gdy ktoś czegoś zabrania Mierzei, to ona zrobi to, tyle że okrężną drogą, choć ostatnio starała się stosować do zaleceń – przynajmniej lekarskich.
Snape’a jakoś nie przerażała wizja Czarnego Pana wściekającego się z powodu niedokładnych informacji. Raczej martwił się, że Mierzeja ściągnęła na siebie jakieś kłopoty – szczególnie że wudu-maniaka dotychczas nie ujęto.

***

Posterunek Policyjnych Służb Magicznych był zatłoczony. Czterech rosłych, odzianych w skóry nabijane ćwiekami młodych czarodziejów zapewniało moc atrakcji. Zakucie ich w zabezpieczone obsydianem kajdanki nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Młodzież nie siedziała spokojnie na ławce przeznaczonej dla aresztantów, tylko, głośno przeklinając, nacierała na nieco zdenerwowanego funkcjonariusza.
- Siadać na czterech literach!
Otworzyły się jedne z drzwi i z pomieszczenia wyprowadzony został niepozornie wyglądający czarodziej w pobrzękujących bransoletach. Prowadząca go czarownica wyglądała na dość groźną.
- Siadać, powiedziałam!
Młodzież usiadła, patrząc z otwartymi ustami na dość skąpy ubiór i przypiętą do paska odznakę aurorską.
- Boguś! Przyprowadź tę swoją panienkę! – Z wnętrza dobiegł zachrypnięty głos, a po chwili w drzwiach stanął niedogolony rudzielec lat około trzydziestu, odziany w poprzecierane dżinsy i rozpiętą hawajską koszulę. – Boguś! Przecież ja chcę iść na kawę!
- Tak, tak. Rozumiem. Nie wrzeszcz tak. Pakowałem dowody rzeczowe.
Otwarły się sąsiednie drzwi.
- Trzymaj. – Wręczył rudzielcowi jedną dużą i dwie mniejsze papierowe torby z policyjnym logo i, zlokalizowawszy Mierzeję siedzącą na ławce, ruszył w jej stronę. – Wstawaj – warknął, chwytając Sam za łokieć.
- Boguś, mówisz do damy. Zachowuj się.
- Ruszaj się. – Popchnął Jungfrau w stronę otwartych wrót. – Damy nie kradną i nie atakują funkcjonariuszy.

***

- Możemy dać jej coś mocniejszego albo dobry środek uspokajający. Oczywiście powinna tu przyjść z rodzicami.
- Przecież ona jest zawieszona przez tę wizję!
- Och, nie denerwuj się. Zaraz postaramy się ją wybudzić. Oczywiście efektów nie gwarantujemy. Jeśli kiedyś ktoś już ją wyprowadził z tego stanu, to być może nam też się uda.
- Być może?!
- Potrzebuję jeszcze jednego uzdrowiciela i asysty. Zgłaszasz się na ochotniczkę?
- A mam inne wyjście?
- Oczywiście, że tak. Możesz wyjść i poszukać pielęgniarki. – Lekarz podniósł słuchawkę i wybrał numer. – Konrad, masz chwilkę?

***

- Bez wygłupów – warknął nazywany Bogusiem, przykuwając lewą rękę Sam do metalowego kółka na blacie zawalonego papierami stołu. – Wykonasz jeden fałszywy ruch, a posmakujesz zaklęcia paraliżującego.
- Boguś… - jęknął rudzielec, opierając się o parapet.
- Świetnie – dobiegło niewyraźnie spod firanki blond włosów. – Może to zrównoważy mi przepływ.
- Może zacznijmy…
- Adaś… dlaczego mamy się spieszyć?
- Nie wiem, jak ty, ale ja chciałbym jak najszybciej zamknąć tę sprawę i iść do domu. Jestem ździebko niewyspany i dodatkowa godzina spędzona w pokoju przesłuchań na pewno nie poprawi mi humoru.
Sam oparła się czołem o blat.
- Może zacznijmy od ustalenia pewnych istotnych faktów. – Rudzielec wyciągnął z największej papierowej torby plecak Mierzei. – To twoje?
- Tak. – Sam uniosła głowę, by dokładnie widzieć, co się dzieje.
- A to? – Z kolejnej wyjął parę rękawiczek.
- To też.
- A ta biżuteria? Też twoja? – Powątpiewanie w jego głosie pęczniało z każdym przedmiotem lądującym na blacie.
- Łańcuszek zakupiłam za własne oszczędności. Pierścionek to pamiątka rodzinna. A ten drugi dostałam od dyrektora zagranicznej placówki dydaktycznej.
- Zadziwiające. Dokładnie takiej odpowiedzi udzieliła nam prawowita właścicielka tych przedmiotów.
- Wasz problem – burknęła Sam, siadając prosto. – A będzie jeszcze większy, gdy mój szef dowie się o całej sprawie.
- Pozwolisz, że odnotuję to jako próbę zastraszenia? – Bogusław usiadł naprzeciw niej i po krótkich poszukiwaniach odnalazł odpowiedni formularz i długopis.
- Nie zauważyłam, byśmy przeszli na „ty”.
- Więc przyznajesz, że przez pewien okres czasu byłaś w posiadaniu tych oto przedmiotów.
- Skoro są moje, to odpowiedź jest oczywista, prawda?
- Podczas procedury aresztowania… - zaczął Adam, ale Mierzeja bezceremonialnie mu przerwała.
- Po pierwsze: jeszcze nigdy nie widziałam tak źle wyszkolonego gliniarza. Po drugie: zaatakował mnie, a po trzecie i, jak sądzę, najważniejsze: nie widziałam jego odznaki. Przyznaję, jestem krótkowidzem, ale gdyby zaprezentował mi odpowiedni dokument, to nie musiałabym w tej chwili tracić czasu.
- To nieistotne uchybienie proceduralne – stwierdził Bogusław w odpowiedzi na niedowierzające spojrzenie kolegi.
- Byłam przekonana, że mój identyfikator rozwieje większość wątpliwości tego funkcjonariusza, ale niestety tak się nie stało.
- Identyfikator? – spytał Adam. – Jaki identyfikator?
- Niebieski ze zdjęciem – wyjaśniła Mierzeja. – Obłożony przez MM specjalnym zaklęciem umożliwiającym natychmiastową identyfikację.
- Jaki identyfikator?! – Adam wbił spojrzenie w partnera.
- Ten identyfikator, chłopcy. – W drzwiach stanął Sitek, prezentując niebieską paskudę. – Identyfikator o kolorze właściwym dla grup Alfa, które obowiązują inne przepisy i procedury. Dodatkowo, jeśli dobrze mi się wydaje, nie mamy prawa aresztować nikogo z czymś takim. – Pomachał identyfikatorem.
- Wiesz, co

Mierzeja
25.05.2007, 10:47

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Mary

Ja się już przyzwyczajam, bo jeśli chodzi o blogi, to nie jestem w stanie pójść na żaden kompromis.

2.06.2007, 20:15
Galla

Widząc rozwój Proroka jestem więcej niż zdesperowana, Mary.

2.06.2007, 14:03
Mary

W takim razie tlyko mi się wydawało.

1.06.2007, 19:20
Arcanus

Ja? Uprzejmy? Z czego to wnioskujesz? Chyba, że to nie do mnie było. A z tym "zainteresowanym" to dokładnie tak jak napisała Mary tuż poniżej. Poza tym to ironia była, zrozumiałem o co Ci chodzi, ale czasem śmieszniej jest udawać, że się nie rozumie :)

1.06.2007, 12:01
Mary

O tym zainteresowanym to chyba było do mnie, tylko zwrot na końcu do Ciebie, żebyś się nie poczuła urażona, że nie jest tym owym zainteresowanym. Dziwię mu się, w końcu ponoć nawet ja jestem zainteresowana. Tak poważnie, to użyłam tego zwrotu w trochę innym sensie, ale trudno już. Tyś coś się zrobił uprzejmy bardzo, dlaczego? Bynajmniej, to nie jest sugestia żadna żeby jasne było. Galla, współczuję, że wolisz blogi, szczerze, musisz być poważnie zdesperowana. Precz z blogami!

31.05.2007, 22:41
Galla

Czytelnik, jak sama nazwa wskazuje, czyta. Niekoniecznie musi pisać. Co zaś się tyczy Strefy... Nie wniosę nic nowego. Rok temu moim marzeniem było napisanie czegoś godnego SF. Nie zdążyłam. Teraz zaś wcale nie mam jakoś na to ochoty. Już wole te nieszczęsne spamujące blogi.

31.05.2007, 22:22
Agrypine S.

Li i jedynie sentyment. Jeżeli uważasz inaczej, pogadaj z Mary: ona już mnie o trzy fronty posądza... A słowo 'zainteresowany' użyła Mary... chyba, że napisałeś to w takim podtekście, jaki bym wyśmiała, razem z całą tą Mary'owską teorią spiskową na mój temat!

31.05.2007, 21:15
Arcanus

I znowu punkciki: 1. Agrypine, czyli wymieniliśmy się zdaniami i pozostaliśmy przy swoich, szanując opinie drugiego. I dobrze. Tak właśnie powinna wyglądać dyskusja. 2. Ufam, że li i jedynie sentyment ;) 3. Agrypine,w ybaczam ;) 4. Mary, wybaczam również <tzw. lol> ;) 5. Mary, apostrofem się nie przejmuj. Tak tylko napisałem, gwoli ścisłości. Bynajmniej sie nie gniewam. 6. Agrypine nie pytaj na Proroku czy istnieje jakiś wyraz, albo jak się coś pisze, bo przyleci Val i dopiero się zacznie. 7. Jaki "zainteresowany"? Tylko nie "zainteresowany"! Proszę nie nazywać mnie "zainteresowanym", bo takowym nie jestem (bez urazy, Agrypine :])

31.05.2007, 18:50
Mary

Przecież już napisałam, sam zainteresowany nawet to wychwycił. Nie kochana, nie załamałam się, jakoś to przeżyłam. Mówiąc o "zmiennocieplnych" miałaś na myśli Maksia? Dlaczego nie powiedziałaś wprost?

31.05.2007, 16:03
Agrypine S.

Osób, a nie osobób. Literówka. Znów ten Chochlik... Czyżby się na mnie uwziął?

31.05.2007, 14:57