Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień XI, część trzecia

Dzień X, cz. III
Dzień XI, cz. I
Dzień XI, cz. II


„Świat Fantazji” był zatłoczony – jak co dzień. Wśród półek włóczyli się ludzie, którzy przyszli tu znaleźć coś konkretnego, a przy stolikach brać magiczna rozmawiała między innymi o domniemanym romansie ministra magii z pewną studentką eliksirologii. Raz po raz ktoś wchodził.
Uwagę sprzedawczyni zwróciło dziewczę, które najpierw przejrzało półkę z nowościami, a potem z najnowszymi nabytkami z drugiej ręki. Stojący obok niej mężczyzna nie wydawał się ucieszony wizytą w księgarni.
Ekspedientka podeszła do owej dziwnej pary.
– W czym mogę pomóc? – spytała, uśmiechając się. Jej wzrok spoczął na chwilę na lewej ręce dziewczyny.
– Czy mogłabym zobaczyć coś naprawdę wartościowego? – Odstawiła „Historię Magii” Grodeckiego na półkę.
– Oczywiście. Proszę za mną. – Ruszyła między regały. – Wczoraj odkupiliśmy od pewnego miłego staruszka dziesięć niezwykle rzadkich ksiąg w bardzo dobrym stanie. Cena jest dość wysoka, ale niech pani sama zobaczy.
Sam zerknęła na wskazaną półkę, po czym wyciągnęła „Trucizny Śmiertelne” Plantego. Pogładziła skórzaną oprawę i wówczas sprzedawczyni zauważyła wytłoczony na oprawie wzór identyczny jak na pierścionku dziewczyny.
– Więc ile ksiąg kupiliście? – spytała Sam na pozór niewinnie.
– Dwadzieścia trzy.
– Nie dziesięć?
– Dwadzieścia trzy.
– Od miłego starszego pana, tak? – drążyła dalej Mierzeja.
– Tak.
– Może pani chwilę zaczekać? – Chwyciła Snape’a za rękę. – Pozwoli pan, profesorze?
– To prawdziwy zbieg okoliczności, że mógł się pan tu zjawić tak szybko – powiedziała po chwili Mierzeja, zostawiając rękę Severusa w spokoju i szczerząc się do kogoś za ekspedientką.
– Popijałem kawę naprzeciw – stwierdził Sitek. – Jak rozumiem, znalazłaś część swoich zbiorów bibliotecznych. Gratuluję. A pani pozwoli ze mną. – Poprowadził kobietę na zaplecze.
– Nie przypominam sobie, żebym wyraził zgodę, byś potraktowała mnie jak przekaźnik. – Snape starał się pozbierać myśli, co było raczej trudne, gdyż czuł się jakby ktoś przepuścił mu mózg przez maszynkę.
– Przepraszam.
– Przeprosiny przyjęte – burknął.
– Mógłby pan zniknąć? – Sam spostrzegła wchodzącego wampira.
Wiewiórka wspięła się po regale i usadowiła na najwyższej półce.
Severus powoli oddalił się, by skręcić w najbliższą poprzeczną alejkę.
Sam usiadła na trzecim szczeblu opartej o regał drabiny i cierpliwie czekała.
– Miło cię widzieć, Samantho.
– Ciebie również, Adamie. Jak widzę, Wasyl przekazał ci tę informację.
– Oczywiście, moja droga. Jakże mógłby mnie nie powiadomić, że pragniesz się ze mną spotkać.
– Mamy już za sobą grzecznościowe formułki powitalne, możemy więc przejść do sedna sprawy. – Mierzeja odstawiła „Trucizny Śmiertelne” na półkę. – Mam dla ciebie propozycję.
– Dla mnie? Samantho, czy nie zapominasz przypadkiem, że jesteśmy śmiertelnymi wrogami? – Odgarnął z czoła blond grzywkę. – My nie możemy mieć dla siebie jakichkolwiek propozycji.
– Myślałam, że jesteś bardziej przywiązany do swojej prawej ręki.
Wampir zmarszczył groźnie brwi.
– Mogłabyś mnie nie drażnić – wysyczał.
– Oczywiście, że mogłabym. Ale moja propozycja obejmuje również twoją kończynę. Dostaniesz ją w stanie nienaruszonym w sobotę przed północą.
– Jak sądzę, jest to propozycja typu „coś za coś”. – Adam oparł się o regał. – Więc czego chcesz w zamian?
– Ja oddaję ci twoją rękę, a ty, drogi Adamie, przestajesz nastawać na moje życie.
– A jeśli odrzucę twoją propozycję?
– To w końcu będę musiała naprawdę zrobić ci krzywdę. Nie sądzę, by którekolwiek z nas tego chciało.
– Nawet gdybym się zgodził, to żaden uzdrowiciel nie podejmie się przytwierdzenia odciętej teleportem wampirzej kończyny. Prawo wyraźnie tego zabrania.
– Zadbam, by w sobotę przed dwudziestą czwartą twoja ręka była na swoim miejscu i by działała, jak należy – zapewniła go Mierzeja.
– Jak sądzę, ta usługa nie jest wliczona w koszty pierwszej propozycji.
– Jak zauważyłeś poprzednio, „coś za coś”. – Sam zawiesiła głos. – Chcę wejść do Warszawskiego Domu Sabatowego.
– Wejść możesz, ale nie wyjdziesz stamtąd żywa.
– Wyjdę. Twoi podwładni szukają rączej brunetki w napierśniku 105D.
– Masz wampirze geny, ale nie jesteś wampirem. Ktoś musi cię wprowadzić.
– Znajdzie się ktoś taki. – Sam uśmiechnęła się.
– Obawiam się, że to nie koniec twoich życzeń na dzisiaj.
– I słusznie, Adamie. W sobotę nie powinno cię być w Domu Sabatowym. Wzywają cię sprawy wielkiej wagi, powinieneś o tym pamiętać.
– Dlaczego tak ci zależy na wejściu do mojego Domu Sabatowego? – Potocki przestał wpatrywać się w rzędy książek.
– Można powiedzieć, że mam zamiar uratować ci skórę.
Pełne niedowierzania spojrzenie wampira nie zrobiło na niej żadnego wrażenia.
– Sądzę, że w Starszym Klanie jest ktoś odpowiedzialny za ostatnie przemyty obsydianu. Mam nadzieję go spotkać.
– Skąd takie przypuszczenia?
– Lepiej nie pytaj.
– A z kim przyjdziesz, jeśli oczywiście wolno…
– Niskopoziomowy wampir. Francuz. Blondyn z czerwonymi oczami. Mówi ci to coś?
– Raczej nie.
– A nazwisko Restaud?
– Ten popapraniec?
– Cóż, okazuje się, że nie tylko mnie znają szefowie półświatka. – Mierzeja wstała. – Rozumiem, że się zgadzasz.
– A mam jakieś wyjście? – Wyciągnął lewą rękę. – Dobrze, zakończmy ten spór. Chyba już na zawsze pozostanie mi uraz do niebieskookich blondynek.
Sam spojrzała na niego podejrzliwie, ale podała rękę.
Potocki niespodziewanie pociągnął Mierzeję do siebie.
– I co teraz? – szepnął wprost do jej ucha. Wampirze zęby znalazły się niebezpiecznie blisko szyi Sam.
– Cierpisz na kryzys wieku średniego? – spytała cierpko. – A może jesteś zboczeńcem?
– Co teraz zrobisz?
– Adam, wydawało mi się, że się umówiliśmy. Twoje zęby i inne części ciała mają się znajdować jak najdalej ode mnie.
Wampir poczuł ukłucie w okolicy żołądka. Rozluźnił chwyt.
– Puść mnie. – Mierzeja uśmiechnęła się.
– Muszę się nauczyć tej sztuczki z nożem. – Adam odsunął się. – W jaki sposób znalazł się w twojej ręce?
– Wiesz, co mówi się o ciekawości.
– Oczywiście.
– Ja ci nie wierzę, Adam.
– Och… Ja tobie również, Samantho. Przecież przed chwilą groziłaś mi nożem ze srebrnym ostrzem.
– Chyba powinieneś już iść.
– Nie uzgodniliśmy miejsca, moja droga.
– Sobota, 23.55, kładka na Saskiej i idź już.
– Do widzenia, Samantho.
– Dość widzenia, Adamie.

***

– Mógł cię ugryźć.
– Tak, panie profesorze.
– Zachowujesz się nieodpowiedzialnie.
– Tak, panie profesorze.
– I przez to spotkanie zapomniałaś o tych…
– Tak, panie profesorze.
– Przerywasz mi, Search.
– Tak, panie profesorze.
– Zaciągnę cię do tego rękawicznika choćby siłą.
– Tak?
– Samantho Ann Michelle Search! Przestań się ze mną zgadzać dla świętego spokoju! – huknął Severus. Kilku przechodniów obejrzało się. – Już chyba wolałem, gdy czepiałaś się słówek i byłaś irytująco nieuprzejma.
– Zgodnie z pańską radą wykonuję pierwszy krok i staram się pana nie irytować – odparła szczerze Mierzeja.
– Dobrze się czujesz?
– Nie. Jak po takim dniu mam się dobrze czuć? Jestem niewyspana, prześladowana przez wudu–maniaka i niemalże pogryzł mnie wampir. Chcę świętego spokoju!
– Idziemy do rękawicznika – powiedział Severus. – Twój znajomy policjant zaproponował, że odwiezie cię do domu. Będzie czekał przed tym obskurnym barem.

***

Deagol popatrzył na znalezisko – nie przypominał sobie, by kiedykolwiek coś takiego wkładał do plecaka.
– Co to jest? – spytał, obracając bladobłękitny kamień w palcach.
– Akwamaryn – rzuciła Hermiona zza stosu notatek.
– Może wiesz jeszcze, do kogo należy. – Sarkazmem możnaby smarować osie.
– Chyba do ciebie. Uważaj na srebrną oprawę, bo wygląda na starą, i racz dać mi spokój, bo usiłuję się uczyć.

***

Drzwi potrąciły zamontowany nad nimi dzwoneczek.
– A co ty tu robisz? – spytała podejrzliwie Mierzeja, przyglądając się Konradowi, który spokojnie popijał kawę, siedząc w jednym z dwu powycieranych foteli stojących przy ścianie.
– A jak myślisz? – Lekarz postawił filiżankę na podłokietniku. – Dbam, byś się nie wykręciła.
– A czy ja wyglądam na osobę, która cały czas się wykręca? – spytała Sam, pochodząc do lady.
– Szczerze mówiąc, nie, ale pozory mylą. – Konrad wstał. – Wdzięczny jestem, że ją pan tu doprowadził.
Severus zmierzył młodego lekarza nieprzychylnym spojrzeniem i usiadł w fotelu.
Jungfrau przez chwilę wystukiwała jakiś złożony rytm na porysowanym blacie, po czym użyła dzwonka stojącego na ladzie.
– Idę już, idę! – dobiegło zza zasłony prowadzącej na zaplecze i po chwili wyłonił się zza niej siwowłosy staruszek ubrany w czarną szatę. – Czego sobie państwo życzą?
– Jak już mówiłem…
– Ach! Więc to ona?! Siadaj, Konrad, i racz mi nie przeszkadzać. – Rękawicznik otworzył szufladę i wyciągnął centymetr.
Sam rzuciła obydwu rozpartym w fotelach facetom mordercze spojrzenie. Konrad udał, że nie robi to na nim żadnego wrażenia, a Severus uśmiechnął się paskudnie.
– Hm… zobaczmy. – Rękawicznik zmierzył najpierw odległość od palca wskazującego do nadgarstka, następnie od środkowego do łokcia, a potem obwód w nadgarstku. I wówczas nastąpiła katastrofa – mała, ale jednak katastrofa.
– Auć! – Staruszek odskoczył, porażony oktarynową iskrą.
Taśma krawiecka stanęła w płomieniach, by opaść na podłogę i zmienić się w popiół.
– Search!
– Tak, panie profesorze? – spytała Mierzeja na wydechu.
– To pasjonujące! – orzekł rękawicznik, znikając na zapleczu z obłędnym uśmiechem na twarzy. Drugi centymetr wychylił się z szuflady i, podfrunąwszy do Sam, zaczął mierzyć jej obwód kostki, by po chwili owinąć się wokół talii.
– Nie wiem, w jakim celu dewastujesz tutejsze wyposażenie, ale…
– Znalazłem! – wrzasnął staruszek, wyłaniając się z zaplecza.
Na ladzie wylądowały trzy mocno zakurzone tekturowe pudełka.
Taśma zmierzyła Sam obwód szyi i szybko czmychnęła do szuflady po spotkaniu z wiewiórczymi zębami.
–… jeśli nie przestaniesz, to twój szlaban potrwa do końca miesiąca – zagroził Severus.
– Tak, panie profesorze.
– Które panienka wybiera? – spytał staruszek, nie otwierając żadnego z pudełek, tylko wycierając je rękawem szaty.
– Nie wybieram – odparła Mierzeja. – W tego typu sytuacjach zawsze mam pecha i staję się właścicielką czegoś, co całkowicie nie pasuje.
– Wybierz prawe – poradził Konrad.
– Lewe – rzucił Snape, lustrując wzrokiem oblepione pajęczynami belki sufitu.
– To. – Sam wskazała na środkowe. – Niech pan otworzy.
– Doskonały wybór, jeśli wolno mi zauważyć. – Staruszek uniósł wieko. – Czarne, skórzane. Nieco dłuższe niż standardowe. Zapinane powyżej nadgarstka na dwa różnobarwne paski ze smoczej skóry. Powinny pasować.
Jungfrau wyciągnęła z pudełka lewą rękawiczkę i po dokładnym przyjrzeniu się obiektowi umiejscowiła go odpowiednio.
– Pozwolisz… – Konrad rzucił się, by zapiąć dyndające paski.
– Pozwolę – powiedziała Mierzeja, wyciągając rękę.
– Za mało dziurek – zauważył po chwili. – Sam! Masz nieprzepisową rękę.
– Wiem. – Mierzeja zdjęła rękawiczkę i podała staruszkowi. – Dwa centymetry od pierwszej, proszę.
– Ależ oczywiście. – Rękawicznik wziął obie części kompletu i w podskokach ponownie pobieżył na zaplecze.
– Długoróg rumuński i krótkopyski szwedzki… To mają być rękawiczki dla młodej damy czy rękawice bojowe? – spytał Severus, nie odrywając wzroku od zakurzonego sufitu.
– W tym przypadku rękawice bojowe byłyby nawet wskazane. – Konrad ziewnął. – Ale to tylko na wypadek nagłego ataku sklerozy czy też braku różdżki. Po prostu się nie poparzysz… no chyba że spopielisz rękawiczki.
– Tadam! – Staruszek wychylił się zza zasłony, dzierżąc w ręku rękawiczki.
Severus oderwał oczy od pajęczyn – rozentuzjazmowany rękawicznik coraz mniej mu się podobał i nie chodzi tylko o fakt, że dziwnie przypominał Ollivandera, ale głównie o to, że ponad 75 lat na karku powinno do czegoś zobowiązywać, między innymi do krztyny rozsądku i powagi. Myśli Snape’a pognały w kierunku Dumbledore’a. Dobrze, że przynajmniej nie częstuje klientów landrynkami.
– Chcesz dropsa, młoda damo? – spytał rękawicznik nieświadom procesów podczaszkowych Miszczunia.
– Hm… pasują… mogę chcieć. – Sam wzruszyła ramionami.
Severus westchnął ciężko.
Konrad rozchichotał się – całkiem niespodziewanie.

***

– Przegięła – orzekła Jaella.
– Zidiociała do reszty. – Selka oderwała wzrok od purpurowego napisu na ścianie Wielkiej Sali.
– Zastrzelę ją – zaproponowała Flora.
– Nie widzę przeciwwskazań. – Jaella dotknęła nieszczęsnej ściany.
– Ja też – zgodziła się Selise.
– To idę. – Riddle rozejrzała się po sali i, wypatrzywszy Stupborn, ruszyła w jej stronę.
– To będzie bolało – stwierdziła Jaella.
– W to nie wątpię. – Selka poskrobała tynk paznokciem. – Będzie to bardzo bolesne. Mam nadzieję, że McGonagall nie odejmie Slytherinowi więcej niż dwadzieścia punktów.

***

Teo popatrzył na wyświetlacz swojej Motoroli.
– Jak to miło, że do mnie dzwonisz – wykrzyknął z udawanym zachwytem po wciśnięciu zielonego przycisku opatrzonego znakiem słuchawki. – Czy mogę mieć nadzieję, że przejrzałaś te papierzyska, które ci dałem, czy też zrobienie tak prostej czynności przekracza twoje możliwości?
– Mam dla ciebie wiadomość, Teodorze Restaud. – Głos po drugiej stronie linii był wyjątkowo mało jadowity.
– Czemuż tak oficjalnie, Samantho? Myślałem, że ustaliliśmy, że wystarczy do mnie mówić „Teodorze”. Zapewniam cię, że na pewno zareaguję. – Wampir odchylił się na krześle, porzucając wpatrywanie się w ekran laptopa. – Nie jestem głuchy wbrew pozorom.
– Chciałeś wejść do Warszawskiego Domu Sabatowego. – Głos Sam był dziwnie słodki.
– Ale ty stwierdziłaś, że ze mną nie pójdziesz, a, jak wiadomo, mogą tam wejść tylko pary.
– Pójdę z tobą. W sobotę. Ale musisz do mnie przyjechać, by omówić szczegóły.
– To nie problem. Kiedy mam się u ciebie pojawić? Teraz?
– 22.30.
– To do rychłego zobaczenia.
– Nie ciesz się.
– Samantho, jak możesz zarzucać mi, że cieszę się na myśl o spotkaniu z tobą? Przecież niemalże mnie zabiłaś.

***

Flora odchrząknęła znacząco, stając nad Ingrid. Stupborn nie zareagowała.
– Ehm!
Ponowne odchrząknięcie Riddle nie mogło pozostać niezauważone.
– Tak? – spytała niewinnie Ingrid, wlepiając utuszowane spojrzenie w Lady.
– Możesz mi powiedzieć, dlaczego wymalowujesz tego typu durnowate hasła na ścianie, która nawet do ciebie nie należy?
– Czyżbyś mi coś zarzucała, smarkulo?
– Nie. Jakżebym śmiała… po prostu zadałam ci pytanie, dlaczego mażesz po nie swojej ścianie. – Lady Voldemort uśmiechnęła się promiennie.
– Jak śmiesz!
– Normalnie, ty sinozielona, wampirza topielico. Myślisz, że wszystko ci wolno? Jeśli chcesz, żeby ktoś naprawdę zrobił ci krzywdę, to zapewne jesteś na dobrej drodze.
– Grozisz mi?!?!
– Ja? Skądże – zaprzeczyła Flora. – To, że mam ochotę cię udusić na miejscu, bo obrażasz moją rodzinę, nie oznacza, że to zrobię. Ale jeśli nie ja, to ktoś inny. Miałaś dzisiaj próbkę. Draco można drażnić tylko do pewnego momentu, potem robi się niebezpieczny i może zacząć rzucać jakieś złośliwe klątwy.
– Grozisz mi? – powtórzyła Ingrid z niedowierzaniem.
– Nie, przygłucha, wampirza pokrako.
– Jak śmiesz?! – Zerwała się z krzesła.
– Normalnie, jak sądzę. Czarny Pan nie jest dobrym towarzystwem dla młodej damy, ale ja owego towarzystwa nie mogłam uniknąć, więc nie drażnij mnie, bo też znam kilka ciekawych zaklęć. Bardzo bolesnych.

***

– Dlaczego nie zgłosiłaś, że ktoś cię prześladuje? – spytał Sitek, jadąc „cienką Grochowską” pod prąd. – Podjęlibyśmy działania.
– A złapalibyście tę osobę? – Mierzeja uśmiechnęła się słodko.
– Podjęlibyśmy działania.
– Aha. Czyli jest całkiem prawdopodobne, że nie.
– Ale przynajmniej mielibyśmy cię na oku i w przypadku jakiegoś ataku moglibyśmy interweniować. – Sitek włączył się do ruchu na głównej jezdni Grochowskiej.
– Jeszcze jedna niańka – prychnęła Sam. – Dziękuję, ale nie mam ochoty na towarzystwo dodatkowego osobnika jakiejkolwiek płci.
– Search!
– Tak, panie profesorze? Chce mi pan przypomnieć o jutrzejszym i sobotnim szlabanie?
– Nie bądź bezczelna, Search – wycedził Severus.
– Ja naprawdę się staram, panie profesorze – warknęła Sam – ale jeśli pan nie przestanie mnie drażnić, to mogę nie zapanować nad sobą i rzucić jakieś paskudne zaklęcie. Mogę być miła i znosić pańskie złośliwości oraz pełne pretensji i nagany „Search!” tylko do czasu. Nie mam nieograniczonych rezerw cierpliwości! Nawet święty by się wkurzył, gdyby go traktowano w ten sposób! Szczególnie jeśli byłby niewyspany!
– Proszę sobie nie przeszkadzać. Ja tu jestem tylko szoferem – mruknął Sitek.
– O co pan ma do mnie pretensję?! – spytała Sam z wyrzutem. – O to, że żyję?!
– Search, jak zwykle przesadzasz, dramatyzujesz i uprawiasz rażącą nadinterpretację – poinformował ją Severus.
– Być może, ale zmusza mnie do tego pańskie zachowanie.
– Pragniesz coś dodać, Search?
– Skoro jestem tak irytująca, to czemu uparcie mi pan towarzyszy?! Może należałoby się zająć siekaniem krogulczych jelit! To bardzo uspokajające zajęcie! Idealny sposób na stres pourazowy po spotkaniu ze mną! I w przeciwieństwie do mnie krogulcze jelita nie dramatyzują i nie uprawiają nadinterpretacji! Nie są też w stanie przesadzać, bo są tylko elementami składowymi krogulca i nie mają prawa głosu. Może o to chodzi. Może powinnam się do pana profesora nie odzywać?! To by pana w końcu usatysfakcjonowało?
– Samantho Search! – wycedził Snape, starając się panować nad sobą.
– Samantho Search, och, no proszę…! Już nie samo „Search” doprowadzające mnie do białej gorączki! Cóż skłoniło pana do…
– Dość, Search! Za dużo sobie pozwalasz!
– Obniży mi pan ocenę z zachowania? Nie zależy mi na niej. Będzie mnie pan prześladował na eliksirach? Jest mi to całkowicie obojętne. Będę miała zagrożenie z eliksirów? W tej sprawie nie będzie mógł pan nic zrobić, bo za dwa tygodnie mam zaliczyć „Eliksiry zaawansowane” i będzie pan zmuszony do przepisania oceny z wystawianego przez ministerstwo dyplomu. A może napisze pan do mojej mamy? Zapewniam, że bardzo się ucieszy bez względu na treść listu.
– Powiedziałem: dość. Usłyszałaś to, czy mam jeszcze raz powtórzyć?
– Szlaban potrwa miesiąc? Czy może dwa?
– Wystarczy. Nie mam ochoty na dalszą dyskusję z tobą, Search.
Szczerze mówiąc, miał ochotę udusić blond dziewczątko siedzące obok niego.
Dziewczątko również pałało żądzą mordu.
– Ani ja z panem! Zresztą nie wiem, czy znajdzie się ktoś chętny do dyskusji poza maniakalnym mordercą, byłym więźniem i dyrektorem placówki oświatowo–dydaktycznej.
– Search! Czy ty do jasnego cukru możesz przestać, czy to przekracza twoje możliwości?
– Nie chciałbym przeszkadzać, ale dojechaliśmy. – Sitek poinformował o tym fakcie siedzącą z tyłu rozjuszoną parę.
– Ach. Rzeczywiście. Dziękuję – rzuciła Mierzeja, pospiesznie opuszczając pojazd.

***

– Jest dziesiąta i wszystko jest w porządku – zanucił Lupin, sunąc korytarzem. Żadnych niepoprawnie zorientowanych w czasie i przestrzeni uczniów nie było widać w okolicy. – Jest dziesiąta i wszystko jest w porządku – zanucił ponownie. – Cześć, Severusie.
Przerośnięty nietoperz minął go bez słowa z wyjątkowo nieprzyjazną miną.
Za plecami Remusa przemknął cień… i nic już nie było w porządku.

***

Morphea opuściła bibliotekę Mamy Sam, dźwigając opasłe tomisko pt. „Zastosowanie żabich kończyn w produkcji eliksirów”. Zostawiła kartkę na drzwiach pokoju Mierzei, co pożyczyła, by Sam się nie denerwowała, a przede wszystkim, by nie wtargnęła bladym świtem do żeńskiego dormitorium, żądając natychmiastowego zwrotu.
– Powinnaś każdemu założyć kartę biblioteczną – mruknęła Malfoy. Na drzwiach Mierzejowego pokoju kilkanaście osób zostawiło podobne notatki jak ona przed chwilą. Ktoś nawet pożyczył sobie „Ostatnie słowa” Ibn Alima – dwustustronicowy wolumin o zaklęciu niewybaczalnym. Dodatkowo wspomniane drzwi oblepione zostały różnymi pytaniami dotyczącymi spraw życia codziennego.
W oddali usłyszała kroki i zawodzenie jednego z profesorów.
– Trzeba było się wcześniej zdecydować – mruknęła, zerkając na zegarek. – Teraz jak cię złapią, to szlaban murowany, panno Malfoy.
Poczuła niemiłe mrowienie na karku. Obejrzała się.
Świat zgasł w fontannie srebrnych iskier.

***

– Eee… panienko?
– Tak? – spytała Sam, rozglądając się.
– Niech panienka nie wrzeszczy, tylko pokwituje odbiór. Ja tu z tym nieszczęsnym kufrem już trzy godziny stoję. – Spod płaczącej wierzby wyłonił się młodzian, ciągnąc za sobą rzeczony zielony, wyglądający na ciężki kufer.
– A pan to? – Pytanie zawisło w powietrzu.
– Jestem z kancelarii adwokackiej braci Lars, Lars & Skalski. Podjęliśmy się dostarczyć dnia jedenastego września tegoż roku ten oto kufer pozostawiony u nas dwudziestego czwartego lutego 1939 roku. Proszę pokwitować.
Mierzeja nieufnie popatrzyła na podsuwaną jej podkładkę i długopis.
– Kto go zostawił?
– Niech panienka ma litość! – wyjęczał nieszczęsny posłaniec. – Ja nie mam takich informacji, a nawet jakbym był w ich posiadaniu, to nie mam prawa do ich ujawniania.
– Dobrze – mruknęła Mierzeja, stawiając nieczytelny bazgroł w odpowiednim miejscu.
– Dziękuję i miłego dnia życzę. – Posłaniec ruszył w kierunku widocznego w oddali pojazdu dostawczego niezidentyfikowanej marki.
Sam popatrzyła podejrzliwie na kufer. Postanowiła go chwilowo nie otwierać. Szarpnęła za uchwyt – zielone paskudztwo nie drgnęło nawet.
– Cukier!
– Mi też miło cię widzieć.
– Mógłbyś mi pomóc? – spytała Sam, ponownie atakując kufer.
– Ależ oczywiście. – Teodor podniósł bez trudu przerośniętą walizkę.
– Popisujesz się – zauważyła kwaśno Mierzeja.
– Nie. Ja po prostu jestem wampirem.

***

– Czy mi się wydaje, czy trwa cisza nocna?!?!
Morphea uniosła powieki. Zdecydowanie leżała na podłodze. Obok poniewierało się wybrane niedawno tomiszcze. W głowie łupało jej głośno i wyraźnie, a nad nią górował Opiekun Domu – jej Domu. W tej chwili miała jego prawy but na wysokości nosa.
– Mogłabyś mi wyjaśnić, co robisz na podłodze? – kontynuował ten sam jadowity głos.
Morphea usiadła.
Świat zawirował i przechylił się w lewo. Czuła, że coś spływa jej po szyi – coś ciepłego i lepkiego.
– Tak, panie profesorze?
Świat przechylił się w prawo. Zaczynał jej się robić niedobrze.
– Usłyszałaś, czy mam… Aszsz… Nie ruszaj się. – Umiejscowił ją na uprzednio wyczarowanych niewidzialnych noszach.
– Tak, panie profesorze? – powtórzyła Morphea.
– Ręka – warknął Severus.
Malfoy uniosła dłoń, a Snape przemocą przycisnął ją do doskonale widocznych śladów po ugryzieniu.
– Nie ruszaj się – powtórzył Miszczunio, podążając w kierunku pokoju Poppy i zastanawiając się jednocześnie, jakim zaklęciem potraktować obrażenia Ślizgonki.

***

– Posprzątałaś – zauważył Teodor, rozglądając się po Mierzejowym pokoju. – To zadziwiające.
– Nie zachwycaj się – burknęła Sam, otwierając drzwi szafy. – Porządek panuje tu z bardzo prostej przyczyny…
– Niech zgadnę: rozciągnęłaś podprzestrzeń i się do niej przeprowadziłaś.
– Zgadza się. – Mierzeja zniknęła w czeluściach szafy i po chwili z jej wnętrza dobiegł wyraźnie zniecierpliwiony głos: – Teodorze Restaud! Czy raczysz wejść, czy też powinnam wystosować specjalne zaproszenie?
– Idę – mruknął wampir, roztrącając wieszaki i ciągnąc za sobą kufer.
Szczerze mówiąc, spodziewał się czegoś innego. Po pierwsze, nie zaobserwował obecności pajęczyn, które od pewnego czasu z nieznanych przyczyn kojarzyły mu się z Mierzeją. Po drugie, panował tu względny porządek. Zarówno ściany, jak i podłogę wykonano z kamienia. Pod sufitem kołysał się żyrandol wyglądający nieco topornie, a dodatkowo wosk zwisał z niego na podobieństwo lodowych sopli.
– Ładnie się urządziłaś – mruknął Teodor, lustrując wzrokiem pomieszczenie. – Sto metrów kwadratowych to nie za dużo?
– W sam raz. Racz porzucić ten potworny kufer w okolicy schodów. – Wskazała na ledwie widoczną zza rzędu regałów po lewo metalową poręcz i spiralę stopni.
– Czemu tam?
– Mam nadzieję, że nieproszony gość się o niego zabije – wyjaśniła Sam. – Herbaty?
– Chętnie…– Wampir przemierzył pomieszczenie i ustawił zielonego potwora przy najniższym stopniu. Jeszcze raz się rozejrzał. Połowę powierzchni zajmowały ustawione w rzędach regały w różnym stopniu zapełnione książkami. Wśród rzucających się w oczy tytułów były rozprawy o truciznach, złośliwych klątwach z zapalnikiem czasowym i czarnej magii. Bardzo dużo o czarnej magii. Można powiedzieć, że 3/4 dotyczyło owego tematu w sposób co najmniej niebezpieczny. Wzdłuż przeciwległej ściany ciągnął się blat podzielony na trzy części przy pomocy stosów ksiąg. Pierwszą zajmowały notatki i podręczniki z niemagicznych przedmiotów, drugą niewielkie laboratorium alchemiczne.
Sam zdjęła właśnie podejrzenie wyglądający kociołek z palnika gazowego i postawiła nań wściekło pomarańczowy czajnik z gwizdkiem.
Trzecią część blatu zajmowały mapy i luźne kartki.
– Mogłabyś mnie oświecić, dlaczegóż to zgodziłaś się pójść ze mną do tak uroczego miejsca, jakim jest Warszawski Dom Sabatowy? – Wampir zamknął drzwi szafy i usadowił się na kanapie przy ścianie
– Chciałeś tam iść – rzuciła Sam beztrosko, wyciągając dwie filiżanki z jednego z pudeł pod laboratorium alchemicznym. – Chciałeś tam iść ze mną. Dlaczego?
– Nie bawmy się w „Pytanie za pytanie” – zauważył Teodor.
– Moglibyśmy poczynić jakieś konkretne ustalenia dotyczące owego wyjścia, a nie zadręczać się wzajemnie pytaniami o motywy postępowania.
– Dobrze – zgodził się Restaud. – Ustalmy więc, że jestem typowym wynaturzonym odmieńcem. To nie podlega dyskusji. Wampir–mag jest koszmarem sennym zarówno dla świata czarodziejskiego, jak i współbraci–krwiopijców. A ty jesteś moją kochaną muzą o poziomie 21. Uczysz się w szkole prywatnej i jesteś standardową blond–idiotką. Uśmiechasz się promiennie bez względu na sytuację.
– A imię? – spytała Mierzeja, gasząc gaz pod gwiżdżącym czajnikiem.
– Chyba coś wymyślisz do jutra. Nie zapomnij, że powinnaś chichotać niemalże nieprzerwanie.
– Dobrze – zgodziła się Mierzeja. – Wybiorę coś na tyle staromodnego, by brzmiało ekstrawagancko, ale żadnego gryzienia, Teodorze.
– Tylko gdybyśmy musieli uwiarygodnić naszą historyjkę.
– Wolałabym nie.
– Wtedy i tylko wtedy… Masz strój wieczorowy i jakąś broń białą?
– A powinnam?
– Obawiam się, że tak.

***

– Chcesz powiedzieć, że nie masz wody święconej?!
– Tak – warknęła Poppy – i dlatego nie mogę wyleczyć tego zaklęciem czy eliksirem. Nie zamierzam dopuścić, by była opętana do końca życia tylko dlatego, że ty nade mną stoisz. Zapewniam cię, Severusie, że się nie wykrwawi.
Snape wymamrotał coś niezrozumiałego i z łopotem szat opuścił pomieszczenie, nie zapominając o trzaśnięciu drzwiami.

***

– Bellatrix… Bellatrix…
– Tak, panie?
– Jak to możliwe, że do tej pory nie prowadziliśmy działań w tym skorumpowanym państwie? Przecież wystarczy kilka dokładnie dopracowanych akcji wymierzonych w tutejsze ministerstwo i możemy przejąć władzę.
– Chyba chodzi o wampiry, panie – powiedziała niepewnie Lestrange. – One wydają się być zadowolone z obecnego stanu rzeczy i dbają, by przypadkiem coś się nie zmieniło… Przysłaliśmy tu kilku ludzi, a oni zniknęli bez śladu…
– Wampiry… – Czarny Pan rozparł się w fotelu.
– I maniacy czystości krwi. Nie chodzi tylko o prześladowców szlam, ale o eksterminatorów mieszańców i samych łowców wampirów – kontynuowała Bella nieco zdziwiona zachowaniem Voldemorta. Oczekiwała raczej, że Czarny Pan powierzy jej jakąś misję. Tymczasem lord nie wydawał się zainteresowany działaniami rewolucyjnymi. Jego myśli zaprzątało coś innego. Bellatrix miała tylko nadzieję, że nie ma to związku z nieznośnymi wnuczkami szefa, gdyż prowadzenie rozmowy na ten temat stawało się nużące, bo Czarny Pan podejmował ów wątek przynajmniej dwa razy w tygodniu, a wnioski końcowe przyprawiały go o ból głowy i ataki niekontrolowanego gniewu.
– Zawołaj Lucjusza – powiedział Voldemort, wstając. – I naszą kochaną szczurzą maskotkę.

***

– Mam zestaw noży do rzutów, ale chyba nie będą pasować.
– Samantho, chodziło mi raczej o szpadę albo szablę – wyjaśnił Teodor. – O nieposrebrzanej głowni.
– Obawiam się, że nie dysponuję czymś takim. – Mierzeja wręczyła parującą filiżankę wampirowi. – Sukni wieczorowej też nie mam odpowiedniej. Nie sądzę, by czarna kreacja nieco ponad kolano była dobrym pomysłem.
– Coś wymyślimy… Otworzysz ten kufer?
– Pij herbatkę – poradziła mu Mierzeja.

***

Severus otworzył niepozornie wyglądające drzwi prowadzące z jednej klatki schodowej na drugą. Draco bardzo niechętnie udzielił mu informacji, gdzie może znaleźć Sam. Pochodnie oświetlały mrocznie wyglądającą spiralę stopni. Snape ruszył w dół. Metalowe schody dudniły pod jego stopami, mimo że starał się iść jak najciszej.
Minął dwa podesty, zszedł jeszcze kilkanaście stopni i znalazł się na schodach, w pomieszczeniu przypominającym skrzyżowanie biblioteki z laboratorium alchemicznym i składem notatek. Rozejrzał się, szukając Mierzei i nie przerywając schodzenia.
– Search?!?
– Tak, panie profesorze? – dobiegło z dali.
– Mamy przypadek pogryzienia – powiedział dosyć głośno, przeskakując nad kufrową pułapką.
Między regałami dało się słyszeć lekkie kroki i po chwili przed Severusem stała Sam, a obok niej…
– Mógłby pan powtórzyć?
– Mamy przypadek pogryzienia najprawdopodobniej przez wampira. – Severus utkwił wzrok w Teodorze stojącym za Mierzeją i spokojnie popijającym herbatę. – Pani Pomfrey nie dysponuje wodą święconą. Masz coś takiego u siebie?
– Mam. – Jungfrau ruszyła alejką między regałami i otworzyła drzwi na jej końcu
Teodor zamrugał. Jedyne drzwi, jakich obecność odnotował, znajdowały się nieopodal kanapy i prowadziły do nieużywanego obecnie pokoju Sam.
Mierzeja wyłoniła się z tajemniczego pomieszczenia, piastując w ramionach sporych rozmiarów szklaną butelkę.
– Proszę. – Wręczyła ją Severusowi.

***

– Nie zabił się. – Teodor popatrzył na kufer z dziwnym błyskiem w oku.
– To mój wychowawca. Zapewniam cię, że trudno go uśmiercić. – Mierzeja ziewnęła. – Muszę wziąć tę durnowatą tabletkę.
– Antykoncepcyjną?
– A ty tylko o jednym – prychnęła Sam, szybkim krokiem pokonując odległość dzielącą ją od laboratorium.
– Dobrze, nie będę zadawał głupich pytań – zgodził się Restaud. – Twój nawiedzony lekarz kazał ci używać rękawiczek?
– Tak. – Sam popatrzyła podejrzliwie na trzymaną pastylkę. – Wydałam na to paskudztwo ostatnie oszczędności.
– Ostatnie oszczędności?
– Tak. Na to i na opłaty za egzaminy. Jestem kompletnie spłukana.
– Widziałem ogłoszenie na tyłach apteki Traszewskiego. – Teodor zaczął przeglądać wydruki rozrzucone na blacie. – Niewymagane ministerialne certyfikaty. Jesteś zainteresowana?
– Oczywiście, że tak.
– Powinnaś się zgłosić tam jutro…
– Wiem – burknęła Mierzeja.
– A właściwie dlaczego nie odwiedziłaś dziś tego nieszczęsnego ochroniarza? – Teodor odnalazł wśród papierzysk spis telefonów wręczonych Mierzei kilka dni temu.
– Będzie z nim można sensownie porozmawiać najwcześniej jutro.
– Skąd ta pewność?
– Ujmijmy to tak: ja to wiem. Zdaję sobie sprawę, że taka odpowiedź cię nie satysfakcjonuje, ale jak dla mnie jest wystarczająca. A teraz idź już, Teodorze. Oczekuję cię tu jutro o 19.30.

***

– Nic mi nie jest – powiedziała Morphea, siadając.
– Połóż się, moje dziecko – zaapelowała Poppy. – Rano opowiesz dyrektorowi, co się stało.
– Ale mi nic… – zaczęła Malfoy, lecz do jej uszu dobiegło wiele mówiące prychnięcie i zza ramienia pielęgniarki wychylił się Snape.
– Nie chcę tego słuchać – wycedził. – Nie mam zamiaru tego słuchać. Czy wszystkie Ślizgonki utrzymują, że nic im nie jest mimo licznych obrażeń ciała?
– Nie, Severusie – zaprzeczyła Pomfrey, popychając Morpheę na poduszkę. – Tylko dwie.
– Ale…
– Dość tego – warknął Snape. – Jeszcze słowo, a będziesz miała szlaban. Zrozumiano?
– Tak.
– Świetnie… Poppy, zrób coś. Ona ma cały czas krew na szyi. – Wyszedł, nie zadając sobie trudu zamykania drzwi.

***

– Może mi wytłumaczysz, Search, co ty tu robisz o tej porze?
– O to samo mogę zapytać pana, profesorze. – Sam nawet nie oderwała wzroku od usłanego gwiazdami nieboskłonu.
– Przypominam ci, że moja władza nad twoimi ewentualnymi szlabanami…
– Tak, panie profesorze – mruknęła Sam. – Zdaję sobie sprawę z pańskiej władzy nad moimi szlabanami. Zdaję sobie z owej władzy sprawę w takim samym stopniu jak Potter.
– Dawno powinnaś być w łóżku, a jeśli nawet nie w łóżku, to w swoim pokoju. – Snape usiadł i oparł się o komin. – Grzeczne…
– Grzeczne dziewczynki – prychnęła Mierzeja.
– Grzeczne uczennice – poprawił ją Severus – dawno śpią.
– Nie jestem grzeczną uczennicą. – Sam nie wydawała się tym zmartwiona. – Trudno. Grzeczne uczennice dostają dobre oceny. Niegrzeczne dostają to, co chcą.
– Czy ty się aby dobrze czujesz, Search?
– Oczywiście, że czuję się fatalnie, panie profesorze. – Ziewnęła. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałam, ktoś czyha na moje życie i próbuje mnie wykończyć. Dodatkowo mam dziwne wrażenie, że owych czyhających osób jest przynajmniej dwie, jeśli nie trzy. Jutro będę musiała zgłosić nieprzygotowanie na biologii, a czeka mnie jeszcze recytacja na polskim i trzy godziny eliksirów oraz Ron Weasley w starciu z komputerem na informatyce.
– Dzień pełen wrażeń.
– Tak się zapowiada. Zapewne będzie potworny.
– I pomyśleć, że masz jeszcze szlaban ze mną – rzucił Severus.
– To jeszcze nie jest najgorsze.
Snape nadstawił uszu zaciekawiony, cóż może być gorszego od spędzenia słonecznego popołudnia w zatęchłej piwnicy w towarzystwie wyjątkowo nieprzyjaznego profesora.
Popielata wiewiórka najspokojniej w świecie spała na brzuchu wpatrzonej w niebo Mierzei.
– Nie mam pojęcia, kto wypożyczył sobie „Ostatnie słowa” Ibn Alima.
– Słucham? – Snape wyprostował się.
– Rano znajdę tę wyjątkowo nierozważną osobę.
– Słucham?!
– Rano.
– Search, czy ty zdajesz sobie sprawę, że to jedna z głównych rozpraw o czarnej magii?
– Tak, panie profesorze.
– W nieodpowiednich rękach…
– Książka rozpozna nieodpowiednie ręce. – Sam zrzuciła wiewiórkę z brzucha. – Nie sądzę, by nieodpowiednie oczy potrafiły czytać po arabsku.

Mierzeja
8.12.2006, 10:43

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Karolcia

A mi tam sie podoba! Pisz dalej! Nie zwracaj uwagii na te wszystkie komentarze prosze!

26.05.2007, 19:41
Galla

Głupia uwaga. Ta część została dodana [!] na początku grudnia Anno Domini 2006. Teraz bodajże mija nam maj roku następnego. Smutne. Bo lubię Proroka. A tu nagle taki olew Barona. Składam gratulację, bo się postarał... :| Co zaś się tyczy wcześniejszych komentarzy - można mnie nazwać kolejną osobą, która nie lubi tasiemca Dziewicą Slytherinu zwanego. Ten humor i styl w żadnym stopniu do mnie nie przemawia... Ach, Fantastyliada... to były czasy... :/

24.05.2007, 16:50
Maks

To jest beznadziejne głupie.

14.05.2007, 18:44
Sir Lukas

ja to po prostu tego nie rozumiem. próbowałem to przeczytać pare razy, ale nie wiem o co chodzi! przeczytałem pierwszą cześć i przyznaję- jest śmieszne, ale to? o co w tym chodzi?????!!!!!!!!!

6.05.2007, 14:42
yoxcsxp0gf

jfg7tn0zulhx9 dudxgar5gvs4f 96x1f07fqewpv8

5.05.2007, 21:56
jgptenxj1d

d63nr2p05t6jl jizfmd0yldg 557e0kwnh2jmvt

4.05.2007, 12:04
Mary

A nie mówiłam, że ze słownikiem na kolanie tu ludzie piszą? To się lud oburzał.

14.12.2006, 20:36
katarzynka

*niejasno

13.12.2006, 20:27
katarzynka

Drogi Arcanusie, proszę uprzejmie definicja słownikowa, słowa utopia w znaczeniu potocznym: "nieziszczalny pomysł, mrzonka". Więc twoje okreslenie "miejsce/sytuacja idylliczne, a jednak rzeczywistość jest inna" jest nawet poniekąd słuszne, bo faktycznie rzeczywistość jest inna, ale nie dlatego,że miało być idealnie, a jest źle, tylko dlatego że wymyśliłam sobie idealną dla mnie sytuacje, ale jest ona niemożliwa i nie może zaistnienieć. A, a dlaczego utopie nie były idealnymi krainami?Może nie jasno się wyraziłam, mówiąc "idealne krainy", nie miałam na myśli jakiegoś raju, ale sprawiedliwe, świetne panstwo, miasto. A i jescze jedno. Utopie powstawały już w starożytności, a pierwszą o ile pamiętam napisał Platon.

13.12.2006, 20:24
Madea

ech...wydaje i sie że komentarze powinny dotyczyć tylko utwóru a nie całej strony...sugeruje redaktorom by założyli księge życzeń i zażaleń, póki co do wyrażania swojego nie zadowolenia może służyć forum...

13.12.2006, 16:49