Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień XI, część druga

Już piątek? Cholera… przysiągłbym, że jeszcze wczoraj był ten poprzedni, jakże feralny, koniec tygodnia. Ostatnio tygodnie, a nawet miesiące, umykają mi między szczelinami zaciśniętych palców jak bystra i rześka woda poranka. Ubywa i umyka wszystko. Pozostają tylko senne godziny.

Nie dalej jak przedwczoraj dowiedziałem się, że Strefę fikcji opuściła wena, dzieją się w niej dziwne rzeczy, jest ogólnie niezbyt normalnie. Nic na to począć nie można, gdyż w Baronie obudził się dziki i nieokiełznany zwierz; szkoda, że to leniwiec, ale cóż począć, moi drodzy, cóż począć? Co mogę z tym zrobić? Absolutnie nic.

Chciałbym zauważyć pewną dziwną anomalię, która kompletnie nie powinna mieć miejsca. A sprawa jest dość poważna, gdyż nie dostaję żadnych ciekawych opowiadań do publikowania, a rozwścieczona tłuszcza ciągle prosi o więcej i więcej. Może niektórzy nie wiedzą, ale ja nie zamierzam samemu pisać opowiadań. Jestem jedynie zwierzchnikiem, opiekunem, przewodnikiem albo kimś innym; nazwa zależy tylko i wyłącznie od waszych wyobrażeń i imaginacji. Nazywajcie mnie w taki sposób, w jaki chcecie, wypowiadajcie się w sposób, w jaki chcecie, wyrażajcie swoje opinie w sposób, w jaki chcecie, dyskutujcie w sposób, w jaki chcecie, ale na Boga, niechże wymienione powyżej sposoby komunikacji oraz inne, których nie wymieniłem z racji braku czasu, klasyfikują się w kanonach wypowiedzi o dodatnim współczynniku kultury i jako takiej poprawności językowej. To co ostatnio zostało zaobserwowane, przekracza wszelkie normalne wyobrażenia uprzejmości w komunikacji międzyludzkiej. Gdzież podziały się sławetne czasy uprzejmych kłótni na poziomie w myślodsiewniach pod artykułami?

Przypominam, że aktualnie tylko ja przebywam (okresowo, czyli w prawie każdy piątek) w tej redakcji, gdyż reszta ma wszelkiego rodzaju zajęcia, maturę, szkołę, studia czy też inne sprawy, które swą pseudoprostotą są wstanie sparaliżować organizację w każdym serwisie czy gazecie, czy czymkolwiek innym, gdzie wspólna praca jest podstawą prawidłowego funkcjonowania.

Na koniec chcę przypomnieć, że Strefy nie tworzę sam, ja jedynie bawię się w selektora i krytyka, więc całe brzemię spoczywa na barkach twórców, którzy starając się przejść przez wysokie wymagania redaktora Strefy Fikcji, dowodzą swojego geniuszu, a co najmniej umiejętności paraliterackich. Dziękuję za dobrnięcie aż do tego momentu tego niezbyt ciekawego oświadczenia. I proszę się do powyższego stosować.
— Assarin



Dzień X, cz. II
Dzień X, cz. III
Dzień XI, cz. I

Herr Kos z zadowoleniem stwierdził, że grupa jest w komplecie, co mogło wróżyć przynajmniej jedną ciekawą godzinę lekcyjną.
– Potter.
– Ja, Herr Professor? – spytał Harry, mając nadzieję, że nie zostanie wyrwany do odpowiedzi, a jeśli nawet, to nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za brak elementarnej wiedzy.
– Sag mir bitte… hm… Bist du ein Morgenmuffel?
– Ja.
– Całym zdaniem – szepnęła Chomik.
– Ich bin Morgenmuffel, Herr Professor.
– Bist du sicher, Harry? Was machst du am Morgen?
– Ich stehe auf und wasche meine Zähne.
– Na und? – drążył dalej nauczyciel. – Warum bist du ein Morgenmuffel?
Harry nie miał pojęcia, co powiedzieć. Rozumiał tylko podmiot i orzeczenie pytania. Bardzo istotne dopełnienie pozostawało dla niego zagadką.
– Und warum wäschst du deine Zähne? – dodał nauczyciel.
– Eee…
– Potter!
– Ich bin nicht vorbereitet, Herr Professor.
– O… ja. Ich weiß. Und du wäschst deine Zähne. Das ist sehr interessant. – Herr Kos uśmiechnął się. – Ich finde, dass nur alte Leute Zähne waschen können, aber…
Deagol rozpłaszczył się na ławce i chichotał w najlepsze. „Zähne waschen“ – dobre sobie.
– Du bist ein Morgenmuffel, Harry, du hast das gesagt. Ich wiederhole meine Frage: Warum? Warum bist du ein Morgenmuffel?
– Eee…
– Sam, bist du ein Morgenmuffel? – Profesor zmienił ostrzeliwany obiekt.
– Nein. Ich mag früh aufstehen – odparła Mierzeja, przerywając na chwilę ukrywanie się za podręcznikiem.
– Um wie viel Uhr stehst du auf? – drążył dalej Herr Kos.
– Um 5 Uhr.
– Bist du heute auch um 5 Uhr aufgestanden?
– Nein. Heute und gestern habe ich nicht viel geschlafen. – Podkrążone oczęta Mierzei były tego doskonałym dowodem, więc wbiła ich spojrzenie w profesora, mając nadzieję, że ten się odczepi.
– Ich sehe das. Bist du krank?
– Nein.
– Bist du sicher?
– Können wir über etwas anderes sprechen? – zasugerowała Sam, chowając się za podręcznikiem.
– Bist du ein Morgenmuffel, Elmira?
– Ich weiß nicht – stwierdziła Chomik. – Vielleicht ja, aber ich wache auf, wenn ich mein Frühstück esse. Ich weiß nicht, was ich früher mache. Fragen Sie meine Schwester, ob ich ein Morgenmuffel bin.

***

– Ja dostanę galopującej nerwicy i skrzywienia psychicznego! – oświadczyła Leokadia, pakując swoje notatki do plecaka.
– To normalny stan umysłu – oświeciła ją Poppy – właściwy wszystkim młodym adeptom uzdrowicielstwa. Weź sobie dwa głębokie wdechy i jedź już do tego prosektorium. I bez paniki – dodała, widząc minę Leo – najwyżej się spóźnisz i dostaniesz minusa. Korona ci z tego powodu z głowy nie spadnie.
– Zgubiłam wątrobę! – poinformowała ją zrozpaczona Stęporek. – Bez wątroby mogę się nie pokazywać.
Jeszcze raz przeszukała papierzyska na biurku. Bez rezultatu.
– Ja się zastrzelę! – W głosie Leośki zaczęła pobrzmiewać panika. – Wątrobo wredna, gdzie jesteś? Chodź do mamusi! Mamusia musi się ciebie pouczyć… – Wybebeszyła szufladę.
– Tego szukasz? – spytała Mew, wskazując na porzuconą na jej łóżku teczkę.
– Potwór – oświadczyła Stęporek, chwytając teczkę i wybiegając z gabinetu.
– Studenci – stwierdziła Pomfrey takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. – Masz tu eliksir, moje dziecko – zagruchała pielęgniarka, nalewając jakiegoś zielonego płynu do szklanki i podając go Mew.
– Jest tak obrzydliwy, jak wygląda?
– Nie wiem, nigdy go nie piłam.

***

Profesorka od angielskiego miała swoje standardowe ofiary – do owych zaliczała się również Sam. Nauczycielka miała zwyczaj zadawania pytania całkiem niespodziewanie nieprzygotowanej na to osobie. Dodatkowo pytanie owo zawierało przynajmniej jedno pozaprogramowe słowo, co czyniło wypowiedź niemożliwą do udzielenia.
Mierzeja miała opracowany standardowy sposób zachowania – kategorycznie odmawiała współpracy, zaciskając usta albo chowając się za podręcznikiem. Gdy to nie pomagało, rzucała profesorce pełne złości spojrzenie, które było mylnie interpretowanie jako zapowiedź rychłego nadejścia potoku łez, co z kolei generowało u nauczycielki poczucie winy i ostatecznie zmuszało ją do kapitulacji.
Więc próba uzyskania odpowiedzi i tym razem zakończyła się porażką. Zza podręcznika padło tylko wiele znaczące „Warum ich?!”, po którym zaległa złowroga cisza.
Chomik podniosła łapkę.

***

Oczekiwanie na telefon od Mierzei zaczynało być nudne. Teodor ponownie przejrzał ogłoszenia w prasie, zaznaczył interesujące i zaczął wklepywać je do komputera.
– Kobiety – westchnął. Miał nadzieję, że Sam w jakiś sposób sprawdzi podsunięte wampirzą ręką dane, ale ona najwyraźniej nie chciała współpracować. Mogłaby zapytać Wasyla, czy nie wie czegoś ciekawego na temat wymienionych osób. – Czy ona nie rozumie, że daję jej te informacje w ściśle określonym celu? – spytał. – Oczywiście mógłbym osobiście pojawić się w biurze Wasyla, ale to ściągnęłoby mi na kark wszystkie miejscowe bandy, a łowców wampirów w ramach gratisu. Ten stary pryk cały czas wisi mi pieniądze. I niezłe odsetki za 130 lat, co raczej nie nastawia ludzi przyjaźnie.

***

Religia i WOS upłynęły wyjątkowo spokojnie.
– Szlaban… – wyjęczał Potter. – Dlaczego to zawsze MNIE spotyka?
– Bo jesteś idiotą – poinformowała go Hermiona, stając przed pracownią eliksirów. – Gdyby nie moje zaklęcia niewidzialności, mielibyśmy szlaban do końca życia w jakimś miłym, magicznym więzieniu.
– Myślałem, że nauczę się tej „Ody do nowości” na jutro. – Ron usiadł na podłodze. – Ale pewnie będę musiał improwizować.
– Szlaban – powtórzył Harry. – Jestem w stanie znieść szlaban w waszym towarzystwie, ale co tu robi ta Ślizgońska Dziewica Orleańska?
– Potter, chcesz napisać wypracowanie „Dziewica Slytherinu a Dziewica Orleańska – podobieństwa i różnice”, to jestem ci to w stanie załatwić. Być może miałbyś nawet szansę napisania tegoż tekstu w innym języku. Na przykład po agatejsku. – Sam siedząca na schodach uśmiechnęła się paskudnie.
– To ty jeszcze tego nie umiesz??!!??!!
– Hermiono, nie krzycz – zaapelował Ron. – Oczywiście, że tego nie umiem, przecież dziś się miałem uczyć.
– Ja też jeszcze nie umiem – pochwalił się Harry.
– Jak mi przykro. – Głos ociekał jadem. Po schodach szedł Snape. – Nie chcę nawet wiedzieć, czego nie umiesz, Potter. Mam tylko nadzieję, że owa niewiedza nie obejmuje zastosowania środków czyszczących. – Otworzył drzwi. – Ekipa sprzątająca proszona jest do środka.
Gryfoni posłusznie weszli.
– Search, czy potrzebujesz specjalnego zaproszenia?
– Oczywiście, że nie, panie profesorze.

***

– Ze mną też się policzy? Niby z jakiej racji? Mógłbyś mi wytłumaczyć, dlaczego miałbym się bać? – Siwowłosy mężczyzna zaciągnął się papierosowym dymem.
– Zawsze może powiedzieć, że to wypadek przy pracy. Alfa24 ma na swoim kącie więcej trupów niż inne wydziały MM razem wzięte.
– Wasyl, przyznaję, że to moi ludzie rzucili na nią tą klątwę, ale jak do tej pory żyją i nic nie wskazuje na to, by mieli się w niedługiej przyszłości pożegnać z ziemskim padołem.
– Potocki też tak zakładał, a stracił dwóch ludzi – powiedział wampir.
– Tak, a ta druga trwale go okaleczyła.
– Właśnie. Adam popełnił błąd, bo uznał, że dziewczątko się przestraszy, schowa głowę w piasek albo ucieknie na kraj świata. Tymczasem panna Search postanowiła się z nim spotkać. Wątpię, by wyszedł z tego żywy. Ona nie ma chyba dobrych zamiarów, a dodatkowo ma przynętę.

***

– Potter i Weasley. – Snape ogarnął wzrokiem pobojowisko. – Zajmiecie się stołami. Granger, racz doprowadzić zlew do stanu używalności. Search, dla ciebie mam coś specjalnego. – Na biurku postawił trzy kociołki pełne różnobarwnych podpisanych fiolek. – Masz posortować to według klas i dodatkowo wytypować trzy najlepiej zrobione eliksiry z każdej. Wydaje mi się, że wszystkie grupy przyrządziły przynajmniej dwa eliksiry, więc nie powinnaś się nudzić. Do mnie: różdżki! Bez magii proszę.
Potter spojrzał na mały Armagedon na poplamionych różnymi substancjami stołach – fioletowa maź na trzeciej ławce gwałtownie reagowała z resztkami skarabeusza i w oparach gryzącego dymu spływała na podłogę, po drodze rozpuszczając krzesło.
Hermiona z obrzydzeniem patrzyła na pełen wody kocioł w zlewie. Powierzchnię cieczy przyozdabiały różnobarwne smugi.
„Ja się zastrzelę” – zanucił Ron, rozpoczynając wycieranie żółtej galarety z pierwszej ławki. Umilkł jednak, napotkawszy spojrzenie Severusa, w którym dezaprobata mieszała się z żądzą mordu.
Sam podejrzliwie przyglądała się jednej z fiolek, w której bulgotała gęsta, brudnozielona ciecz.
Severus odtworzył szafę i zaczął przeglądać jej zawartość, porównując ją z przymocowaną do drzwi listą.
– Obrzydlistwo – orzekł Harry, starając się odkleić rękę od blatu.
– Bez marudzenia, Potter. – Snape wychylił się z szafy. – Stan tej pracowni obrazuje twoją wiedzę oraz umiejętności z dziedziny eliksirów.
– „Ja się zastrzelę” – zanucił ponownie Ron.
– Weasley.
Przez chwilę panowała cisza upstrzona przekładaniem fiolek, wycieraniem stołów i bulgotem dochodzącym z kociołka w zlewie. Przerwał ją Harry.
– Eee… mam problem, panie profesorze.
– Tak, Potter. – W głosie czaiła się groźba.
– Eee… przykleiłem się, pani profesorze. – Harry usiłował oderwać rękę od stołu, ale jego działania nie przynosiły oczekiwanych rezultatów.
– Powtórz, Potter. – Severus wychylił się z przepastnych czeluści szafy, trzymając w prawej dłoni sporą butelkę z soczyście pomarańczowym płynem.
– Przykleiłem się – wyjęczał Harry.
– Jesteś niesamowity, Potter. – Głos Severusa ociekał drwiną. – Myślałem, że tylko Longbottom potrafi dokonać samookaleczenia w czasie krótszym niż dziesięć minut. Okazuje się jednak, że twoja destruktywność jest bliska tego poziomu. Postaraj się nie ruszać przez chwilę, bo prędzej urwiesz sobie rękę niż ją odkleisz. – Schował butelkę do szafy. Podszedł do biurka i z górnej szuflady wyjął plastikowy pojemnik. – Jestem zaskoczony, Potter. Ty chcesz zostać aurorem? – Stanął nad nieszczęsnym Gryfonem. – Przecież nawet nie potrafisz uprzątnąć małej katastrofy ekologicznej o zasięgu niespełna czterdziestu centymetrów. Nie chciałbym cię widzieć w obliczu skutków wybuchu w laboratorium alchemicznym. Racz się przez chwilę nie ruszać. – Zdjął pokrywkę z pojemnika i wręczył go Harry’emu. Z kieszeni wyciągnął fiolkę z ciemnoniebieskim płynem i wylał jej zawartość na dłoń Gryfona. – Nie ruszaj się, Potter – warknął Severus, odbierając mu pudełko.
– Co pan zamierza zrobić? – spytał Harry.
– Ja? Sądzę, że sam sobie poradzisz. – Podsunął mu pojemnik pod nos.
Harry’ego uderzył wyjątkowo intensywny zapach mięty i żarówiasto żółty kolor mazi.
– Posmaruj tę nieszczęsną rękę, blat wokół i miejmy to w końcu za sobą.
Gryfon rozsmarował żółty krem na dłoni i stole. Po chwili udało mu się uwolnić rękę.
–Uff – odetchnął, przyglądając się swojej kończynie.
– W poniedziałek chcę widzieć na moim biurku wypracowanie na temat zastosowanie śluzu gumochłonów w produkcji Wszystkoklejącego Plastra Williego Wooda oraz sposobów na oderwanie go od skóry bez interwencji chirurgicznej – poinformował go Severus. – Przynajmniej sześć stron A4 w kratkę. – Obrócił się. – Search. Skończyłaś, jak widzę. Sporządź listę: imię, nazwisko, rok, dom, poprawne właściwości eliksiru, uzyskany rezultat, ocena. Na wypadek nagłego ataku nadgorliwości przypominam ci, że ostatnią rubrykę wypełniam JA. Granger, weź się w końcu do roboty, bo szlaban potrwa tydzień.

***

– Życie jest do bani – orzekła Mew. Leżała na swoim łóżku wśród stosów różnych notatek w znacznej większości obcego pochodzenia. – Czym ja sobie na to zasłużyłam? Przecież byłam dobrym dzieckiem. Słuchałam się rodziców. Dlaczego ja?

***

– Mówię wam: to narkomanka. – Ingrid rozsiadła się w zielonym fotelu pokoju wspólnego. – Może jest genialna, może nawet dostanie certyfikat aurorski, ale to nie zmienia faktu, że jest uzależniona.
– A na jakiej podstawie wysuwasz takie oskarżenia? – spytała Jaella. – Bo raczej nie sądzę, by Mierzeja ci się zwierzała.
– Widziałam – odparła Stupborn. – Na własne oczy. Wpadła jak burza do łazienki, rozejrzała się nerwowo, a potem wyjęła z plecaka fiolkę.
– To jeszcze o niczym nie świadczy – zauważyła Jaella.
– Ale to jeszcze nie wszystko. – Ingrid uśmiechnęła się. – Twoja idealna Sam uraczyła się jakimiś podejrzanymi pastylkami, a potem usiadła na podłodze przy kaloryferze.
– Może jest chora. – Fasola wyraziła swoje zdanie.
– I zaraz po zażyciu lekarstwa zrobiło jej się słabo, tak? – powątpiewanie w głosie Ingrid było niemalże namacalne.
– Istnieje coś takiego jak efekty uboczne – powiedziała Jaella.
– Ale efekty uboczne to nie zwężenie źrenic czy bredzenie o fiolecie.
– I ty ją zostawiłaś SAMĄ?! – odezwał się Draco.
– Narkomani są agresywni.
– Gdzie twoja ślizgońska solidarność?! – spytała z wyrzutem Fasola. – Ja, będąc na twoim miejscu, postąpiłabym właściwie, to znaczy nie zwiałabym, by kilka godzin później roznosić plotki!
– Nie roznoszę plotek.
– Twoja teoria ma jedną lukę. – Jaella usiadła na kanapie. – Sam przyszła na eliksiry i wyglądała tak samo źle jak rano. Jak to wytłumaczysz? Po twojej minie widzę, że nie masz pojęcia, więc przestań szukać problemów, bo zaprawdę powiadam ci, że będą dużo gorsze niż dotychczasowe. Złamana noga to tylko wstęp.

***

– Jak widzę, skończyliście, więc wynoście się, zanim znajdę wam jakieś nowe zajęcie – warknął Severus.
Gryfoni pospiesznie się ewakuowali.
Wiewiórka bezczelnie spacerowała po blacie biurka.
– Pospiesz się, Search. – Utkwił spojrzenie w pakującej się Sam. – Dzisiaj masz jeszcze jechać do szpitala.
– Zamierza mi pan towarzyszyć? – spytała. Ton owego zapytania sugerował nadzieję na negatywną odpowiedź.
– Oczywiście, że tak, Search. – Severus otworzył drzwi. – Przecież nie można cię spuścić z oka, bo momentalnie wpadasz w tarapaty. Nie sądzę, by twój ochroniarz był w stanie powstrzymać cię przed zrobieniem czegoś głupiego. Nie mam zamiaru tłumaczyć się przed twoją matką, a tym bardziej babcią, dlaczego nie interweniowałem.

***

Mirtle przeglądała swoje notatki z wizyty w Muzeum Wojska Polskiego – było ich sporo, w większości nie prezentowały sobą większej wartości, szczególnie te poplamione i posklejane przy pomocy błota: tusz rozmazał się, a treści można się było tylko domyślać.
– Co ja tam tak długo robiłam? – spytała na głos, rozkładając kartki na blacie biurka. W pamięci miała ziejącą czernią dziurę. – Zatarcie? Przecież w tym polu to wymaga sporych umiejętności. Tu nie można rzucić „obliviate”, jest przynajmniej sześć zaklęć, z czego dwa dają taki efekt. Zaczynasz popadać w paranoję, Mirtle – skarciła się. – Masz jakąś manię prześladowczą. Zagapiłaś się, co miało już miejsce nieraz w przeszłości, a teraz jakieś głupie myśli przychodzą ci do głowy. Przestań szukać problemów tam, gdzie ich nie ma, bo zaczniesz oczekiwać nagłego ataku ze strony Bliżej Nieznanej Organizacji Terrorystycznej podczas robienia zakupów w spożywczym.
Sięgnęła po opasłe tomisko leżące na łóżku.
– Do tego mówię o sobie w drugiej osobie. Jestem chyba paranoidalna! – Uśmiechnęła się. – Nie… Będę paranoidalna, ale dopiero, gdy obleję ten egzamin.

***

523 nie dało na siebie długo czekać – przyjechało bez opóźnienia, co jednak nie poprawiło stanu psychofizycznego Severusa. Czarny Pan zakomunikował mu, że ma pilnować tej oto nieposłusznej wnuczki, a drugą obserwować bacznie. Najwyraźniej miał jakiś plan dotyczący nieposłusznych latorośli. Być może zamierzał je sobie podporządkować bez względu na cenę, a do tego niezbędne były informacje. Informacje, które dostarczyć miał Snape. Odmowa współpracy ze strony Sam musiała być dla Voldemorta jak dobrze wymierzony policzek.
Severus uśmiechnął się.
I o ile Flora zniknęła spod opiekuńczych skrzydeł dziadka, niczego nie wyjaśniając i nie kłócąc się, o tyle panna Search dobitnie wytłumaczyła, jak nisko ceni sobie towarzystwo Czarnego Pana. Dodatkowo podczas rozmowy wydawała się wściekła, nawet bezczelna, a nie przestraszona.
Obiekt jego rozmyślań wisiał nad stopniami przy wyjściu uczepiony poręczy i złorzeczył cicho, acz dość wyraźnie.
– Wystarczy, Search. – Snape stojący obok niej dowiedział się już, jak Mierzeja ocenia kierowcę, tłum, konstruktora autobusu i samą konstrukcję również. – Nie mam zamiaru wysłuchiwać twojego narzekania przez całą drogę.
– Oczywiście, panie profesorze – zgodziła się Sam, starając się zachować równowagę.
Przystanek „Wiatraczna” nie przyniósł poprawy warunków podróżowania – niewielu pasażerów opuściło pojazd, a do środka wsiadło kilkunastu zrzędliwych staruszków.
Sam w dalszym ciągu wisiała nad stopniami i tylko jej mina mówiła Severusowi, że nie jest zadowolona i że najwyraźniej nie czuje się najlepiej.
– Wysiadamy – poinformował ją Snape, gdy autobus zatrzymał się na przystanku „Szaserów”.
– Dlaczego? – Sam zadała to pytanie po opuszczeniu zatłoczonego autobusu.
– Search, jeśli zamierzasz robić z siebie męczennicę, to następnym razem nie będę ci przeszkadzać. Wydawało mi się po prostu, że jazda ci nie służy.
– To źle się panu wydawało – stwierdziła Sam.
– Jesteś przekonana, Search? – Drwina w głosie Severusa była doskonale słyszalna. – Sądziłem, że kolor zielony nie jest właściwą barwą dla dziewczęcej cery, ale jeśli ty jesteś innego zdania, to ja nie zamierzam się spierać. Niestety, nie dysponuję nieograniczoną ilością wolnego czasu, więc byłbym wdzięczny, gdybyś przestała się rozglądać, a zaczęła podążać we właściwym kierunku.
Wiewiórka zeskoczyła z ramienia Mierzei i pobiegła przez trawnik ku najbliższemu drzewu.
Słońce przygrzewało, a po niebie błąkały się nieliczne „baranki”.
Powoli ruszyli ku widocznej w oddali głównej bramie szpitalnej. Snape zerknął na maszerującą obok niego Sam – była niewyspana i piekielnie wściekła, co mogło w każdej chwili doprowadzić do katastrofy. Rozejrzał się, czując, że jest obserwowany – ale nie zauważył nikogo podejrzanego: dwie starsze panie idące za nim głośno narzekały na niepunktualność środków transportu zbiorowego, a zbliżający się z przeciwka młodzian zdawał się być całkowicie pochłonięty słuchaniem muzyki. Ale niepokojące wrażenie nie zniknęło – wręcz nasiliło się.
Popielata wiewiórka wspięła się na ramię Mierzei.
– Ktoś nas obserwuje – powiedział Severus, zwalniając kroku.
Wiewiórka stanęła słupka, lustrując wzrokiem otoczenie.
– Wiem. – Sam wzruszyła ramionami, jakby chcąc zaprezentować całemu światu, jak mało ją to obchodzi.
– Może jeszcze posiadasz informacje dotyczące danych osobowych obserwującej nas osoby?
– Niestety, nie.
– Search, zwolnij.
– Myślałam, że się panu spieszy – zauważyła Mierzeja, pozwalając się dogonić.
– Już nie. – Severus chwycił ją za rękę na wypadek, gdyby nagle postanowiła porzucić jego towarzystwo. – Zmiataj stąd i wykaż się jakimiś umiejętnościami – warknął do wiewiórki siedzącej na Mierzejowym ramieniu, która natychmiast ewakuowała się ze strefy rażenia profesorskiego i pognała w kierunku widocznego w oddali parku.
– Mógłby mnie pan puścić – zasugerowała Sam. Uśmiechała się promiennie, ale Snape widział w jej oczach zbliżającą się burzę gradową, która mogła spaść na jego głowę.
– Nie sądzę. – Spokojnie obserwował, jak Sam osiąga stan wrzenia, by równie szybko ochłonąć. – Twoje bezpieczeństwo zależy od tego, czy zaczniesz się zachowywać jak idiotka i zrobisz teraz scenę, czy też spokojnie ze mną pójdziesz.
– Mógłby mnie pan puścić – wycedziła Jungfrau przez zęby, pozwalając się prowadzić.
– Chyba nie dzieje ci się jakaś straszna krzywda.
Ton głosu Sam nie zrobił na Severusie żadnego wrażenia.
– Nalegałabym jednak.
– Czy ty mnie aby na pewno zrozumiałaś, Search? – Snape przystanął. – Masz zamiar zacząć krzyczeć, że jestem zboczeńcem i cię molestuję?
– Nie – odparła po chwili.
– Więc przestań marudzić – poradził, ruszając. – I daj ten plecak. – Przemocą odebrał Mierzei rzeczony i zarzucił sobie na ramię. – Nie patrz tak na mnie. Twój lekarz jest przekonany, że jesteś poważnie chora. Zapewne chciałby mi zrobić wykład o odpowiedzialnym zachowaniu oraz dbaniu o twe wątłe zdrowie, gdybyś zjawiła się w jego gabinecie z tym plecakiem. Co ty w nim właściwie nosisz, Search? Kamienie czy cegły?
Ani słowem nie wspomniał o tym, co zrobiłby mu Czarny Pan, gdyby jego wnuczce groziłoby choć przeziębienie.
Mierzeja miała minę sugerującą zrezygnowanie ze sporą domieszką wściekłości.
– Mogłabyś przestać denerwować ludzi ze swojego otoczenia, Search – zauważył Snape.
– Mogłabym, gdyby oni zrewanżowali się w podobny sposób – powiedziała Sam.
– Może należałoby wykonać pierwszy krok – zasugerował.
Mierzeja wzruszyła ramionami.
Owo denerwujące wrażenie wcale nie zniknęło – ktoś bezczelnie ich obserwował.
Poczuł, że Sam zaciska palce na jego dłoni – początkowo delikatnie, potem coraz mocniej.
– Search, czy zamierzasz…? – Nie dokończył formułowania pytania. – Co z tobą? – Zauważył, że zrobiła się kredowo blada.
– Nic mi nie jest – odparła, jeszcze mocniej zaciskając palce na dłoni Miszczunia.
– I dlatego chcesz mi zmiażdżyć rękę?
Półprzytomne „przepraszam” zaowocowało zaświeceniem się czerwonej lampki alarmowej w głowie Severusa.
– Co ci jest – wycedził, obracając ją twarzą do siebie i starając się obserwować również miejski krajobraz nad jej ramieniem. – Tylko szczerze proszę. Jeszcze raz powiesz, że nic ci nie jest, a przestanę przejmować się twoim stanem zdrowia, Search.
– Oczywiście, panie profesorze. – Sam zamrugała, zaciskając palce jeszcze mocniej.
– Więc? – drążył Snape, mając cichą nadzieję, że Mierzeja nie zemdleje.
– Ale na praw…
– Nie opowiadaj głupot, dziewczyno – warknął Snape. – Przecież widzę, że coś ci dolega i nie jest to spóźniona reakcja błędnika na podróż autobusem. Search? Search?! Nie rób mi tego! – zaapelował, widząc, że Mierzeja rozluźnia żelazny chwyt na jego prawej ręce i zaczyna się osuwać. – Prosić kobietę, żeby czegoś nie robiła – prychnął, podtrzymując Sam. – Search. Search! – Poklepał ją po policzku. – Seeeeearch!
Docucenie Sam okazało się niewykonalne. Severus zrezygnował z dalszych prób, podniósł ją i ruszył ku szpitalnej bramie.

***

– Moja droga, wiesz doskonale, że nie toleruję nieposłuszeństwa. – Mikołaj zdusił papierosa w popielniczce. – Swoje osobiste sprawy powinnaś załatwiać bez pomocy kogokolwiek i nie mieszać ich ze sprawami Starszego Klanu. To naprawdę robi się irytujące. Szczerze mówiąc, spodziewałem się po tobie czegoś więcej.
– Czegoś więcej? Po mnie?
– Klara – zawiesił głos. – Racz przynajmniej teraz nie udawać idiotki. Posłużenie się Adamem było sprytne, ale nie dość sprytne, choć udało wam się nasłać na nią łowców wampirów. Na szczęście okazali się nieskuteczni i obyło się bez ofiar śmiertelnych. Życzę sobie, powtórzę, żebyś dokładnie zapamiętała, życzę sobie, żebyś zaniechała wszelkich działań zmierzających do uśmiercenia tej pannicy. Ona jest MOJA, zrozumiałaś? MOJA. To ja zdecyduję, kiedy poddać ją Rytuałowi, jeśli sama nie zrobi tego do dwudziestych piątych urodzin.
– Tak – warknęła wampirzyca.
– Cieszę się więc niezmiernie.

***

Rejestracja Magicznego Skrzydła szpitala przy ulicy Szaserów jak zwykle była pełna różnych dziwnych przypadków. Zniecierpliwiona pomoc medyczna stojąca za ladą była bliska osiągnięcia stanu destruktywnego spokoju po drugiej stronie frontu zdenerwowania i gniewu. Nic więc dziwnego, że początkowo skierowała Snape’a na jeden z niemagicznych oddziałów.
– Tłumaczę pani, że chciałbym tylko wiedzieć, gdzie mogę znaleźć tego młodego lekarza. Jeszcze raz powtórzę: jest wysoki, ma ciemne, dawno nie strzyżone włosy i nazywa się Konrad.
– Nie może pan żądać konkretnego uzdrowiciela. – Chłód w głosie kobiety byłby w stanie zamrozić piekło. – Proszę się odsunąć i dać mi pracować. Mamy dziś urwanie głowy.
– Nie odejdę, dopóki nie udzieli mi pani informacji – wycedził Severus. – Nie wiem, co się stało z tą oto młodą damą. Owszem, jest szczupła, ale przyniosłem ją aż sprzed bramy tego przybytku i zaczyna mi nieco ciążyć, co z kolei nie nastawia mnie przyjaźnie.
– Będę zmuszona wezwać ochronę.
– Proszę bardzo. – Snape uśmiechnął się. – Spróbujcie tylko ją stąd usunąć. Oczywiście ja mogę dobrowolnie opuścić to pomieszczenie, ale odniosłem wrażenie, że pewna klątwa wisząca nad tą panną uniemożliwia zbliżenie się do niej kogokolwiek obcego, a całe rzesze waszych uzdrowicieli i ochroniarzy zostaną zinterpretowane przez to zaklęcie jako jednostki obce i stanowiące zagrożenie.
– Przesadza pan.
– A jak pani wytłumaczy fakt, że pozostali ludzie w tej poczekalni odsuwają się od niej jak najdalej?
– Interpretuje pan zjawiska na swoją korzyść.
– Myślałem, że się bez tego obejdzie, ale trudno. Do mnie: identyfikator Sam.
Mała kieszeń plecaka uchyliła się i po chwili Severus położył na blacie błękitny identyfikator. Pomoc medyczna porównała zdjęcie z nieprzytomnym obiektem w postaci Mierzei.
– I cóż z tego?
Severus zaczynał tracić cierpliwość.
– Zgubiłem ich – oświadczył Sławek, przepychając się do lady. Wyglądał, jakby przed chwilą uczestniczył w biegu długodystansowym z przeszkodami.
– I cóż z tego? – powtórzyła pomoc medyczna.
– To z tego, paniusiu – wydyszał Sławek, starając się złapać oddech – że MA PANI ZASTOSOWAĆ SIĘ do prośby tego dżentelmena. W przeciwnym wypadku zostanie pani pociągnięta do odpowiedzialności. – Dźgnął identyfikator na własnej piersi. – Gdyż odmawia pani pomocy służbom…
– 65a – wycedziła pomoc medyczna.
– Teraz lepiej – pochwalił ją Kiślewicz. – Panie Snape, proszę za mną.

***

– Tak. Oczywiście. Sam jest niebezpieczną narkomanką. – Selka wzniosła oczy w kierunku sufitu.
Ingrid prezentowała swe minimum dziwne domysły wszystkim, którzy chcieli ich słuchać, a nawet sporej rzeszy, która nie miała na to ochoty i tylko przez przypadek znalazła się w Wielkiej Sali w towarzystwie Stupborn.
– Czy ja cię ostrzegałam, że za takie brednie zostaniesz pociągnięta do odpowiedzialności? – spytała Morphea, przypatrując się swoim błyszczącym glanom. – Jeśli nie, to w tej chwili powinnaś się poczuć ostrzeżona. To, że obgadujesz Mierzeję, może ci wyjść bokiem, ćwierćwampirza primadonno. Ja naprawdę nie żartuję. I twoja mina mówiąca „Czego chce ode mnie jaśnie pani hrabina?” nie robi na mnie wrażenia.
– Mam ochotę zrobić komuś krzywdę – wycedziła Jaella. – I chyba padło na ciebie, żałobnico.
– Ja się nie czepiam waszych strojów. – Ingrid poprawiła ramiączko czarnego topu. – Wiec wy powinnyście zrewanżować się tym samym.
– Powinnyśmy, ale nie musimy. – Selka wzruszyła ramionami. – Jak ty Sam, tak my tobie. Ona jest w tej chwili zbyt zajęta, by rozpocząć osobistą wendettę, ale my dysponujemy odpowiednią ilością czasu.
– Nie potraficie pogodzić się z prawdą i…
– Nagła Utrata Przytomności.
Stupborn wylądowała na podłodze w stanie całkowicie bezprzytomnym.
Dziewczyny obejrzały się.
Kilka kroków za nimi Draco Malfoy chował różdżkę do kieszeni.

***

Konrad otworzył drzwi gabinetu.
– Tak? – Zmierzył wzrokiem stojącego na progu osobnika, a potem jego spojrzenie spoczęło na Sam. – Proszę. – Odsunął się, umożliwiając wejście.
– Jakbyś się pytał, co się stało, to poinformuję cię, że to samo, co wczoraj, tylko że nie udało mi się odzyskać… – Kiślewicz wszedł za Severusem.
– Zrozumiałem. – Konrad otworzył szufladę i wyjął etui na okulary.
– Nie zrozumiałeś. To nie klątwa, tylko samo wudu. – Sławek stanął nad Sam, którą Snape ułożył na leżance.
– Dzwoniłeś do Seniory? – Konrad odsunął go i zaczął poszukiwać jakichś obrażeń.
– Postąpiłem zgodnie z procedurą – burknął Sławek.
– Ja bym zadzwonił. – Medyk pozbawił Mierzeję prawego adidasa i skarpetki. Na kostce wykwitł fioletowo–zielony siniak. – Oczywiście gdybym miał jej numer.
– Przecież ja go nie mam.
– Ale, jeśli mi dobrze wiadomo, to twój rodziciel…
Trzasnęły drzwi.
– Mógłbym prosić, żeby pan również wyszedł? – Konrad znalazł następnego siniaka na prawym ramieniu Mierzei.
– Nie mógłby pan.
– Ale ja bym jednak nalegał. – Konrad podwinął bluzkę Sam. – Sadyści – syknął. – Paranoiczni popaprańcy!
Snape nie mógł się z nim nie zgodzić – na żebrach Mierzei można było zaobserwować trzy duże i kilkanaście mniejszych okrągłych sińców.
– Grubą igłą! – kontynuował tym samym tonem Konrad, rozpoczynając przetrząsanie przeszklonej szafy. – Niech tylko wpadną w moje ręce…! O, jest. – Dzierżąc plastikowy pojemniczek, podszedł do Sam. Zauważył podejrzliwe spojrzenie Severusa. – Pan mi nie ufa?
– Oczywiście, że panu nie ufam – zgodził się Snape.
– Cóż, w pełni podzielam i odwzajemniam pańskie uczucia. – Konrad nałożył maść na poobijane żebra Jungfrau. – Z Sam już tak jest. Wierzy tylko niektórym osobom, dodatkowo większość populacji zastanowiłaby się, czy aby warto zaufać młodocianemu lekarczykowi i mordującemu wszystkich wzrokiem profesorowi eliksirów, szczególnie, że obaj są w stanie otruć delikwenta w czasie krótszym niż pięć minut. To szczuroszczet i standardowe zioła – dodał, widząc pytające spojrzenie Miszczunia. – Powinny zadziałać niemalże natychmiast.
Największy siniak nieco zbladł.
– Będzie obolała, ale szybko jej przejdzie. Jutro powinna być tak samo złośliwa jak zwykle. – Wygładził bluzkę Sam.
– Zadzwoniłem. – Drzwi otworzyły się i stanął w nich Sławek.
– I? – Konrad ponownie przystąpił do przeszukiwania przeszklonej szafy.
– Ta kobieta jest przerażająca. Kazała mi utrzymać Sam przy życiu do niedzielnego popołudnia i zaznaczyła, że wyciągnie wobec mnie daleko idące konsekwencje, gdyby coś jej się stało. – Opadł na krzesło.
– To znaczy, że niezwłocznie spotka się ze wszystkimi swoimi uczniami. – Konrad postawił na biurku butelkę z ciemnoniebieskim płynem. – Hm… zobaczmy, jak się mają rączki naszej księżniczki. – Zaczął rozplątywać bandaż na lewej ręce Mierzei. – Bez blizn… hm… nawet nie będzie trzeba zakładać opatrunku… a prawa… też ładnie… To ocućmy jaśnie panienkę.
Odkorkował stojącą na biurku butelkę i powietrze nagle zgęstniało wypełnione trudnym do opisania aromatem.
Sam zamrugała.
– Wystarczy. – Konrad wbił korek w szyjkę. – Przerażasz mnie, kobieto.
– Jeszcze jeden taki numer, Search – warknął Snape. – Gdy o coś pytam, to oczekuję odpowiedzi, choćby nawet była jak najbardziej nieprawdopodobna.
– Oczywiście, panie profesorze. – Mierzeja powoli usiadła.
Sławek uśmiechnął się za plecami Severusa. „Panie profesorze” – dobre sobie. „Pan profesor” był przerażony, że coś niedobrego dzieje się z jego podopieczną. Zapewne wydusiłby niezbędne informacje z nieszczęsnej recepcjonistki przy pomocy jakiegoś złowrogiego zaklęcia.
– Jeszcze dzisiaj udasz się do rękawicznika przy Mistrza Twardowskiego – powiedział Konrad. – I nie chcę słyszeć ani słowa protestu.
– Jestem spóźniona – jęknęła Sam. – Jak ten idiota ma mnie traktować poważnie, skoro ja nie stawię się na czas?
– Jaki idiota? – zainteresowali się jednocześnie Konrad i Severus.
– Nieważne. Mamy piętnaście minut, żeby dostać się na Mistrza Twardowskiego. – Sławek zerknął na zegarek. – Otworzysz teleport, czy mam błagać siostrę przełożoną?

***

– Szlaban, panie Malfoy – warknęła McGonagall. – Z wychowawcą. Zgłosi się pan do niego i dokładnie omówi szczegóły. I dodatkowo dziesięć punktów od Slytherinu. Jak mógł pan zaatakować bezbronną koleżankę, dodatkowo z własnego domu?!
– Oczywiście, pani profesor. Zgłoszę się do wychowawcy. – Draco nie wydawał się zmartwiony perspektywą spotkania z Miszczuniem.
Ingrid oprzytomniała zadziwiająco szybko i obyło się bez interwencji pielęgniarskiej, a szkoda, gdyż Draco zaczynał dochodzić do wniosku, iż Stupborn robi się tak irytująca jak Harry Potter.

***

Teleport był średniej jakości. Srebrna tarcza wypluła trzyosobową grupę przed odpychającą speluną o wiele mówiącym mianie „Browarek”. Sławek rozejrzał się i płynnie przeszedł do wiewiórczej formy.
– Prowadź, Search. – Snape był najwyraźniej w wyjątkowo dobrym humorze, mimo że musiał dźwigać Mierzejowy plecak.
Sam powoli podeszła do drzwi i niespiesznie weszła do środka.
– Cześć, Emil – rzuciła w kierunku barmana napełniającego właśnie niezbyt czysty kufel wyjątkowo cienkim piwem..
– Cześć, śliczna. Co u ciebie?
Snape omiótł wzrokiem zadymione pomieszczenie. Przy stolikach domagających się natychmiastowej interwencji sanepidu siedzieli stali bywalcy i patrzyli na Severusa wilkiem.
Barman był człowiekiem, którego możnaby aresztować za sam wygląd; dodatkowo zwracał się do sam „śliczna” i nie zginął.
– Jeszcze żyję. – Mierzeja uśmiechnęła się. – Nie będziemy ci przeszkadzać. – Przecisnęła się przy barze, by zniknąć w drzwiach wiodących na zaplecze.
Severus ruszył za nią. Stali bywalcy „Browarka” dziwnie przypominali mu męty z Nokturna i jakoś nie miał ochoty na bliższe kontakty.
Zaplecze przedstawiało sobą widok niewiele lepszy niż sala, gdzie serwowano wielokrotnie chrzczone trunki. Mierzeja otworzyła drzwi na końcu korytarza.
– Przypomina Dziurawy Kocioł, prawda? – Podeszła przez zaśmiecone podwórze do wysokiego muru z czerwonej cegły. – Zapomniałabym… – Z kieszeni wyciągnęła dwa pierścionki i srebrny łańcuszek.
– Daj – powiedział Severus, widząc, jak mocuje się z zapięciem. – Dobrze… Dumbledore był przekonany, że laska nie istnieje.
– Pan dyrektor mógł mnie po prostu zapytać. – Sam położyła dłoń na murze, który zadygotał, by rozpłynąć się w chmurze rdzawobrunatnego dymu. – Witam na ulicy Mistrza Twardowskiego – powiedziała.
Przy wybrukowanej ulicy ciągnęły się kamieniczki.
– Obowiązują tu dwie waluty. Oddział Banku Gringotta jest tam. – Wskazała na mijany budynek po przeciwnej stronie ulicy. – Można tu kupić niemalże wszystko…
– Search, może powinnaś zostać przewodnikiem? – spytał. Drwina skapywała z każdego słowa.
Wiewiórka spokojnie siedziała na ramieniu Mierzei.
– To kiepskopłatna praca – odparła. Zerknęła na mijaną właśnie witrynę apteki.
– Możesz mi powiedzieć, Search, dlaczego masz się tu z kimś spotkać?
– Zamierzam złożyć komuś propozycję nie do odrzucenia. – Uśmiechnęła się. – I w ten sposób rozwiązać przynajmniej jeden z moich problemów.

CDN.

Mierzeja
24.11.2006, 23:23

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

wx1z1m1wlk

y1dhi4lpqh6j fsjlgbhm13jc cue2maz90way0

5.05.2007, 21:53
Maks

Fajnie, ja też się cieszę z lekkim opóźnieniem:P

8.12.2006, 11:52
Mary

No to czekamy z niecierpliwością :)

7.12.2006, 15:01
Assarin

Zaległa trzecia część Dziewicy.

7.12.2006, 10:54
Mary

To może trzeba zmienić przeglądarkę? Bedzie coś nowego w najbliższym czasie, pytam z ciekawości...

6.12.2006, 22:16
Assarin

Moja przeglądarka obraziła się na system prorokowy.

6.12.2006, 09:33
Mary

No, to piszcie, bo moje wypowiedzi są notorycznie ignorowane. To trochę nie kulturalne, tak na pytania nie odpowiadać...

4.12.2006, 22:43
Maks

Ech, nudno tu.

4.12.2006, 21:26
Mary

A ta petycja jest na forum i się niestety nie cieszy zbyt wielkim zainteresowaniem. Broniłam jej jak lew, ale byłam tylko jedna... Szanowny redaktorze, dostał redaktor jakieś opowiadanie od kogoś??

2.12.2006, 11:39
Mary

A czy ja mówię, że ktoś nie ma prawa?? Poprostu mnie zastanowiło...

2.12.2006, 11:37