Problemy Jamesa Pottera i Syriusza Blacka, roz. 3
Jakaś cholera coś zrobiła i opowiadanie nam uciekło z serwera. Dodaję je jeszcze raz - mam nadzieję, że po raz ostatni.— Assarin
Problemy Jamesa Pottera i Syriusza Blacka, roz. 1-2
James skradał się cicho korytarzem powstrzymując oddech aby słyszeć każdy dźwięk. Przeklinał swoje byty stukające o kamienną podłogę. Ktokolwiek krzyczał musi być gdzieś tutaj... Ścisnął mocniej różdżkę i wyskoczył zza zakrętu ale nikogo nie było. Z lewej strony był pusty korytarz, a z prawej zobaczył przed sobą długi tunel do którego nigdy wcześniej nie trafił. Ruszył dalej nie mając pojęcia dokąd idzie bo wraz z rozpoczęciem się tunelu, skończył się też łańcuch pochodni.
- Lumos – szepnął.
Wydawało mu się, że korytarz schodzi nieco w dół i miał niemiłe wrażenie, że idzie w złym kierunku. Po chwili miał tego pewność bo nagle wyrosła przed nim ściana. Wrócił się i przyspieszył kroku. James był zły na siebie bo ktokolwiek krzyczał mógł się po prostu czegoś przestraszyć i dawno sobie pójść. Doszedł z powrotem do skrzyżowania korytarzy, więc poszedł z powrotem ku przejściu wiodącym na drugie piętro lecz znowu się zatrzymał. Wydawało mu się, że znowu coś usłyszał. Cała ta sytuacja zaczyna go już denerwować. Rozejrzał się nie wiedząc co zrobić, gdy z prawego zakrętu wyszła jakaś postać podtrzymująca się ściany. James spojrzał w tamtą stronę i poczuł jak żołądek skręca mu się konwulsyjnie. Na podłogę osunęła się Lily Evans.
- Lily? – zapytał podchodząc do niej ostrożnie i odgarniając jej włosy z twarzy. Po boku głowy ciekła jej krew. Oczy miała zamknięte ale była przytomna. Jęknęła cicho.
- Lily, możesz wstać? – spróbował jeszcze raz chociaż wiedział, że dziewczyna nie ujdzie ani kroku.
Zaklął cicho. Nie znał się na magicznym uzdrawianiu. Pamiętał jak przegadał z Syriuszem cały wykład pielęgniarki. Wyciągnął koszulę ze spodni, oderwał spory kawałek i obwiązał jej głowę. Nawet się nie poruszyła. James wstał i wycelował w nią różdżką.
- Mobilicorpus.
Uniosła się stopę nad podłogą. Nie było mu łatwo manewrować jej ciałem. Wchodził powoli po schodach rozmyślając intensywnie co mogło się stać. Teraz był już pewny, że to był jej krzyk. Serce waliło mu w piersi. Przyspieszył. Gdy wyszedł z lochów skręcił do skrzydła szpitalnego.
- Pani Vial! – krzyknął otwierając drzwi skrzydła szpitalnego. Samantha Vial wyszła szybko ze swojego gabinetu stukając obcasami.
- Czego znów chcesz, Potter. Nie mów mi tylko, że... – nie dokończyła bo jej wzrok spoczął na Lily. Odepchnęła Jamesa wyrywając mu różdżkę z ręki i nakierowała Lily na łóżko.
- Nic jej nie będzie? – zapytał z rozpaczą.
Pani Vial ściągnęła usta nie odpowiadając od razu. Odwiązała kawałek jego koszuli i przechyliła na bok jej głowę. Sięgnęła do szafki po buteleczkę z jakimś płynem i przemyła ranę szepcząc przy tym jakieś zaklęcie. James słyszał jak odetchnęła z ulgą. Potem podeszła do niego przyglądając mu się krytycznie.
- Nie wiem i nie chce wiedzieć co się stało, Potter, ale na twoim miejscu poszłabym do dyrektora – powiedziała poważnie.
- W-więc nic jej nie będzie? – zająknął się.
- Na szczęście nie ale niewiele brakowało. Skłamałabym gdybym powiedziała, że to było tylko draśnięcie, zrozumiałeś?
Kiwnął głową.
- Mogę z nią porozmawiać?
- Potter, czy ja nie wyraziłam się jasno? – pani Vial wyglądała na zirytowaną.
James rzucił ostatnie spojrzenie na Lily i wyszedł ze skrzydła szpitalnego. Oparł się o ścianę żeby uspokoić myśli. Nie może iść do dyrektora nie wiedząc co się stało. Musi najpierw z nią porozmawiać. Przypomniała mu się leżąca nieruchomo na posadzce i przebiegł go zimny dreszcz. Poszedł powoli na górę. Przez okno w dormitorium zobaczył tłum uczniów wracających z Hogsmeade. Cofnął się szybko i położył na łóżku. Nie chciał żeby Syriusz wypytywał go co robił. Nie przed rozmową z Lily. Zamknął oczy słysząc tupot stóp na schodach, a następnie trzaśnięcie drzwiami.
- James? – zawołał wesoło Syriusz i zaśmiał się na widok przyjaciela – A śpij, stary, śpij...
Znowu trzaśnięcie. James nawet nie wiedział kiedy zasnął.
Stuk, stuk.
James przekręcił się na bok zakrywając głowę poduszką. Z trudem podniósł powieki. Było już ciemno. Na parapecie siedziała ruda płomykówka Remusa. James spojrzał na łóżko przyjaciela ale ten się nawet nie poruszył. Sam, więc wstał i otworzył okno. Sowa wleciała zataczając koło nad sufitem, upuściła list na szafkę nocną Lupina, po czym wyfrunęła w upszczony srebrnymi gwiazdami granat nieba... James zamknął okno i otworzył kufer próbując wymacać w ciemności pelerynę niewidkę. Już wiedział co zrobi. Wyjął z szuflady Mapę Huncwotów i wyślizgnął się z dormitorium starając się nie skrzypieć drzwiami, a potem przelazł przez dziurę pod portretem nie zważając na oburzenie Grubej Damy. Skierował się prosto do skrzydła szpitalnego. Sprawdził czy nigdzie nie ma pani Vial i podszedł do łóżka Lily. Od razu zauważył, że musiała się obudzić bo miała na sobie koszulę nocną. Stał tak nad nią przez chwile nie mając serca jej obudzić. Kiedy ściągnął w końcu pelerynę usiadł na krześle.
- Lily... – potrząsnął nią lekko.
Dziewczyna westchnęła przez sen i otworzyła oczy.
- James?
Kiwnął głową.
- Pani Vial mi mówiła co się stało. Chciałam ci... podziękować.
James uśmiechnął się i chwycił ja za rękę. Spojrzała na niego przelotnie ale jej nie cofnęła.
- Słuchaj... – zaczął James – Co się stało? Możesz mi powiedzieć?
- To... to nie jest dobry pomysł, James.
- Dlaczego?
- Bo boję się, że zrobisz coś głupiego – Lily spuściła wzrok bo nie mogła wytrzymać jego spojrzenia.
- Cholera, wiesz jak ja się czułem kiedy zobaczyłem jak upadasz? Nie wiedziałem co zrobić. Myślałem, że... – urwał bo nie miał siły żeby dokończyć – Dlaczego ty zawsze bierzesz mnie od najgorszej strony? Zaufaj mi, Lily...
- To nie tak... – Lily przestała skubać róg kołdry i popatrzyła na niego ponownie – Ja ci ufam ale po prostu nie mogę.
- Nie?
- Nie.
- Świetnie. Jak nie chcesz to nie mów. Tylko odpowiedz mi na jedno pytanie. Dlaczego ty zawsze mnie unikasz, co? Myślisz, że tego nie widzę? Jak skręcasz w przeciwną stronę korytarza gdy mnie widzisz? Naprawdę myślisz, że jestem taki głupi?
Lily cofnęła rękę.
- Nie masz racji... – powiedziała cicho chociaż wiedziała, że ma. Sama nie wiedziała dlaczego to robi. Uciekała przed czymś. Ale przed czym?
- Mam. Nawet Snape’a traktujesz lepiej niż mnie...
- Mogę rozmawiać z kim mi się podoba, James – stwierdziła chłodno.
- I każdego całujesz w policzek? – zapytał natarczywie.
- O co ci właściwie chodzi? Jesteś zazdrosny, czy co...?
James wstał i sięgnął po pelerynę.
- A nawet jeśli to co?
Lily z lekka zatkało i zanim zdążyła odpowiedzieć zniknął pod peleryną. Słyszała jego kroki gdy wychodził.
- Ej, co ty dzisiaj jak struty chodzisz? Boli cię coś? – zapytał Syriusz kiedy następnego ranka szli na zielarstwo.
Przyjaciel w odpowiedzi posłał mu tylko wściekłe spojrzenie, więc Syriusz wzruszył ramionami. James widział Lily na korytarzu. Ucieszył się, że wypuścili ją ze skrzydła szpitalnego ale poczuł tez ukłucie żalu, że się z nią pokłócił. Właściwie nie był pewny czyja to była wina. I dlaczego nie chciała powiedzieć mu co się stało? Pogrążony w rozmyślaniach automatycznie skręcił do toalety. Remus spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Musisz do klopa? Za dwie minuty mamy zielarstwo...
- Co? Eee... Nie, nie muszę.
- To czemu skręciłeś?
- Tak jakoś... Zamyśliłem się.
Przez całą lekcję Remus obserwował go z zatroskana miną, aż w końcu James nie wytrzymał kiedy wracali ze szklarni.
- Przestaniesz się wreszcie na mnie gapić?
Lupin odwrócił wzrok.
- Mogę z tobą pogadać? Na osobności? – zapytał.
- Co to znów za tajemnice? – wtrącił się Syriusz.
- Daj spokój, Łapo... – James pociągnął Lupina nieco dalej od Syriusza i Petera – O co chodzi?
- Coś się wczoraj stało?
- Nie... No co ty...
- Przestań udawać. Wyglądasz jakby ktoś umarł.
James spojrzał na niego ze złością.
- Tobie nic do tego – warknął.
- A żebyś wiedział, że tak. Nie mam zamiaru patrzeć jak się męczysz... Powiedz mi James, wyrzuć to z siebie. Zobaczysz, że będzie ci lepiej...
- Gadasz jak baba – mruknął – A zresztą... – machnął ręką i opowiedział mu całe zdarzenie z wczorajszego dnia.
Kiedy skończył Remus zmarszczył czoło.
- Sprawa jest nieco skomplikowana... Myślisz, że ktoś ją uderzył?
- Chyba nie... A jeżeli już to na pewno nie pięścią. Nie wiem gdzie ona się włóczy. Po lochach kiedy zamek jest pusty... Przecież miała pisać jakiś referat czy coś tam...
- Ty też się włóczyłeś po lochach – przypomniał mu Remus.
- No ale ona jest... dziewczyną!
- Wiesz, wydaje mi się, że w końcu ci powie. Twoim błędem było to, że zacząłeś się denerwować. Ona jest delikatna. A ty jej od razu nagadałeś. Mówisz, że powiedziała, że boi się o ciebie? Hmm... To oczywiste. Co byś zrobił gdyby powiedziała ci, że ktoś ją uderzył?
- Sprałbym go tak, że nie doczołgał by się do skrzydła szpitalnego – warknął James.
- No właśnie – przytaknął Lupin – I o to jej chodziło. Nie mówię, że by to było niewłaściwe bo pewnie sam zrobiłbym to samo ale Lily widać tego nie chce.
- Więc jednak sądzisz, że ktoś ją uderzył?
- Nie wiem, James. Na razie musisz się z nią pogodzić. Inaczej niewiele zdziałasz.
Jamesowi nagle coś się przypomniało.
- Dlaczego nie było cię z panią Vial kiedy przyniosłem Lily?
- Co? Aaa... Skończyła wcześniej. Mówi, że te badania i tak są właściwie niepotrzebne i chyba ma rację bo na to nie ma lekarstwa – mruknął ponuro. – Nie, James – dodał widząc, że James najwyraźniej chce go pocieszyć – Nie będziemy się użalać i wpadniemy w dołek. Zresztą musimy mieć dużo siły dla Syriusza. Tobie dał spokój ale ja od 6:00 rano wysłuchuję o Dorcas. Już mi się niedobrze robi na samo wspomnienie.
- A więc randka się udała?
- Sam go zapytaj. Tylko może po obiedzie albo najlepiej w weekend bo Łapa cię zanudzi na śmierć.
- Dzięki za radę.
- Nie ma za co...
Wrócili do zamku i dołączyli do Syriusza i Petera. James spojrzał na zegarek. Mieli jeszcze pięć minut do następnej lekcji. Postanowili, że nie ma sensu już nigdzie iść i usiedli pod klasą transmutacji. Profesor McGonagall która właśnie do niej wchodziła była najwyraźniej zdziwiona widząc, że nie zamierzają się spóźnić. Remus jak zwykle wyjął książkę i schował się za nią, a Syriusz patrzył na Jamesa zdziwiony najwyraźniej tym, że ma lepszy nastrój niż przed dziesięcioma minutami. James wyszczerzył do niego zęby i pomyślał, że dobrze jest mieć takiego rozsądnego przyjaciela jak Lupin.
- James!
James wracał z toalety i odwrócił się słysząc swoje imię. Nikogo jednak nie zobaczył.
- JAMES!
- Cholera, Łapo, przestań się wygłupiać bo nie ręczę za siebie – krzyknął, nie zważając na przerażonych pierwszoroczniaków, pewien, że to Syriusz.
- Ale jesteś miły...
James spojrzał w druga stronę i zobaczył Lily. Zaczerwienił się i wbił wzrok w podłogę. Znowu zrobił z siebie kretyna.
- No wiesz, - ciągnęła Lily – wszystko mogę zrozumieć ale to, żeby pomylić mnie z Blackiem... – pokręcił głową i uśmiechnęła się. Po chwili jednak spoważniała. – Słuchaj... – zaczęła - ...chciałam cię przeprosić. To moja wina. Okey, może nie tylko ale jednak...
James spojrzał na nią zaskoczony. Przyszła go przeprosić?
- Eee... To ja powinienem...
-Przestań. Doszłam do wniosku, że jeżeli chcesz to powiem ci co się stało.
James kiwnął głową. Usiedli na ławeczce na dziedzińcu.
- Więc?
- Mówiłam ci, że miałam pisać referat, prawda? Ja miałam go już na brudno ale pożyczyłam Lucjuszowi Malfoy’owi i....
- CO? Ale przecież on...
- Nie przerywaj mi. On miał to teraz na lekcji w siódmej klasie, a dowiedział się, że ja miałam o tym pisać na dodatkowy stopień i za... eee... poprosił mnie... – urwała i spojrzała na Jamesa - ...no dobra zażądał żebym mu dała zerknąć na notatki bo nie może znaleźć tego w żadnej książce. Wiedziałam, że po prostu mu się nie chce ale nie miałam wyboru. No ale żeby napisać to na czysto musiałam mieć to z powrotem i zeszłam na dół do lochów. Błądziłam dość długo lecz w końcu znalazłam Lucjusza gdzieś w którymś z korytarzy. Poprosiłam, żeby mi oddał mój brudnopis, a on odpowiedział, omijając wszystkie dodatkowe epitety, żebym się zamknęła. A mnie naprawdę strasznie zależało na tym bo referat miałam na wczoraj, więc postanowiłam, że nie poddam się tak łatwo i poszłam za nim. Prosiłam go przez całą drogę, a on się w końcu wkurzył i pchnął mnie. Pewnie nie chciał zrobić tego specjalnie ale zrobił to na tyle mocno, że przewróciłam się i rąbnęłam głową w ścianę i chyba zemdlałam. Nie pamiętam. Malfoy nawet nie zobaczył co się ze mną stało bo gdy się ocknęłam nie było go. Strasznie kręciło mi się w głowie. Ledwo doszłam do tego miejsca i zobaczyłam ciebie. Resztę już znasz.
James, który przez całą jej opowieść powstrzymywał się żeby nie wybuchnąć nie wytrzymał.
- CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ? ŁAZISZ PO LOCHACH SAMA I TO W DODATKU SZUKAJĄC LUCJUSZA MALFLO’YA?
Lily popatrzyła na niego z oczami pełnymi wyrzutu.
- Nie gniewaj się... A teraz obiecaj mi, że nie... – nie zdążyła jednak dokończyć bo James zerwał się i pognał korytarzem. – JAMES!!!!
Zatrzymał się dopiero przy ścianie za którą ukrywał się pokój wspólny Slytherinu.
- Bazyliszek – warknął.
Nic. James ze złością kopnął w kamień i oto ku jego zdziwieniu ściana odskoczyła na bok ukazując jakiegoś Ślizgona, który najwyraźniej zamierzał wyjść. James odepchnął go i wpadł do środka. Omiótł wzrokiem cały pokój, aż w końcu dojrzał długie, białe włosy Lucjusza Malfoy’a. Podbiegł do niego nie zwracając uwagi na miny innych zdumionych pojawieniem się w ich dormitorium jakiegoś Gryfona. Malfoy odwrócił się z zaciekawieniem i uśmiechnął ironicznie na jego widok.
- Co, Potter? Dowiedziałeś się, że chcę z tobą „pogadać” i postanowiłeś ułatwić mi zadanie? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
James nie czekając na nic trafił go w szczękę. Lucjusz upadł na podłogę po czym rzucił się na Jamesa.
- Bronisz tej twojej szlamy? – wysapał próbując go obezwładnić.
James przyłożył mu w nos. Krew trysnęła na zielony dywan.
- Ty s**********... – zaklął Lucjusz i wyciągnął różdżkę, a James zrobił to samo. Okazało się jednak, że to był błąd, Lucjusz wykorzystał moment i kopnął go prosto w żołądek. James upadł na podłogę. Malfoy stanął nad nim celując w niego różdżką.
- Wiesz co, Potter? Chyba robię się sentymentalny – powiedział ocierając rękawem szaty krew płynącą mu z nosa – Ale uważam, że jesteśmy kwita. Ja za Narcyzę. Ty za Evans.
Odwrócił się, kiwnął na chłopaka z którym wcześniej rozmawiał i zniknął na schodach do dormitorium.
James leżał jeszcze przez chwilę próbując zacząć normalnie oddychać. Był wściekły na siebie, że dał się nabrać. Stanął w końcu na nogi.
- TO NIE KONIEC, MALFOY! – krzyknął jeszcze i wyszedł z pokoju wspólnego Ślizgonów odprowadzany oniemiałymi spojrzeniami.
Z trudem wspiął się po schodach wiodących do Sali Wejściowej. Okropnie kuło go po lewej stronie. „Muszę zapisać do Malfoy’a na lekcje kopania” – zażartował w myślach. Tyle co wszedł na górę rzuciła się ku niemu Lily.
- Och, James! Gdzie tu byłeś? – westchnęła uwiesiwszy się jego szyi – Nawet nie wiesz jak się bałam. James? – oderwała się od niego i spojrzała na jego bladą twarz.
Chciał odpowiedzieć , że nic mu nie jest ale nie mógł. Chwycił się za lewy bok i runął na podłogę.
Usłyszał znany mu dźwięk. „No tak.” – pomyślał – „Pewnie matka Remusa, znów przysłała mu sowę. Trzeba będzie otwierać na noc okno bo to się już staje uciążliwe...”. Nie otwierając oczu pomacał ręką na prawo w celu wymacania okularów ale szafki tam nie było. Otworzył oczy i dostrzegł zamglony sufit skrzydła szpitalnego. Szafka była z drugiej strony. Założył okulary i spróbował wstać. Syknął z bólu. Podniósł lekko głowę i zobaczył Lily pogrążoną w śnie, opartą o bok jego łóżka. Kilka łóżek dalej pani Vial przesuwała jakieś fiolki z lekarstwami. Natychmiast wszystko sobie przypomniał. Wyciągnął rękę i pogładził dziewczynę po włosach i po policzku. Wyglądała tak ślicznie. Opadł z powrotem na poduszkę. Lily drgnęła. „Przeklęte szpitalne łóżka” – pomyślał James. Lily podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego.
- Obudziłeś się... – szepnęła.
James spróbował się zaśmiać ale znów coś go strasznie zabolało w lewym boku.
- Co się stało? – jęknął.
- Nie mów nic, James. Kiwnij tylko głową. Byłeś u Lucjusza, prawda?
Przytaknął.
- Pobiliście się?
Kiwnął głową. Lily westchnęła głośno. James z przerażeniem stwierdził, że ma w oczach łzy.
- Lily... – nie wiedział co powiedzieć.
- To przeze mnie. On cię kopnął, prawda? Pękła ci śledziona. To bardzo poważne, James. Bałam się okropnie.
- No coś ty... Nie płacz.... – James znowu wyciągnął rękę próbując otrzeć jej łzy lecz dziewczyna rozkleiła się na dobre.
- J-james, ja n-nie darowałabym s-sobie gdyby coś c-ci się stało... – wychlipała – Dlatego n-nie chciałam ci n-nic m-mówić...
- Spójrz na to z innej strony – powiedział starając nadać swym słowom żartobliwy ton – W ciągu dwóch dni oboje wylądowaliśmy w szpitalu przez ta sama osobę...
- J-james, to w-wcale nie jest śmieszne...
- No tak... Przepraszam.
- O obudziłeś się już?
Pani Vial podeszła do jego łóżka z jakimś płynem w różowym flakoniku. Lily ukradkiem otarła łzy.
- Ta panna siedziała tu przez całą noc. Nie mogłam jej wygonić. Wy zawsze razem szukacie guza? Oby to kiedyś się źle nie skończyło. Poleżysz tutaj co najmniej przez tydzień. Masz – podała mu flakonik. – Wypij to i nie zwracaj uwagi na smak. Za godzinę dostaniesz następny eliksir.
James spojrzał nieufnie na płyn. Dlaczego ma nie zwracać uwagi na smak?
- No dalej, chłopcze... Nie będę tu wiecznie stała.
James wypił całą zawartość buteleczki jednym łykiem i natychmiast zrozumiał co pielęgniarka miała na myśli. Smakowało to jak przypalony ryż, a w dodatku w napoju pływały jakieś dziwne, czarne oczka. Zakrztusił się.
Pielęgniarka wyrwała mu flakonik z ręki i odeszła każąc Lily podać mu wody.
- Dzięki – wysapał wycierając usta skrawkiem piżamy i próbując pozbyć się wrażenia, że wypił właśnie coś w czym były oczy jakiegoś stworzenia.
Lily patrzyła na niego z troską.
- Naprawdę siedziałaś tu całą noc? – zapytał.
- Yhym... – wykrztusiła siadając z powrotem na krześle.
- Czy Syriusz i inni już wiedzą?
- Tak. Byli tu ale pani Vial ich wyrzuciła. Mnie jej się nie udało... – uśmiechnęła się lekko.
- Mówili coś?
- Syriusz okropnie się przestraszył, Remus wyglądał gorzej od ciebie, a Peter nie chciał w ogóle wejść do skrzydła – mruknęła Lily. – Chociaż wszyscy mieli miny jakby nie chcieli niczego innego niż zamienić się z tobą miejscami. To naprawdę fajnie jest mieć takich przyjaciół... – dodała pociągając nosem.
- Nie narzekam... – puścił do niej oko i spróbował poprawić się na poduszkach ale tylko znowu jękną z bólu.
Lily zerwała się żeby mu pomóc.
- Zapomniałam... Przecież ty miałeś się w ogóle nie odzywać! Od tej pory masz nic nie mówić, jasne?
- Ale...
- Bo sobie pójdę.
Poddał się. Lily z zadowoleniem sięgnęła po szklankę z której wcześniej pił James i nalała sobie wody. James patrzył na nią i nie mógł zrozumieć dlaczego to robi. Dlaczego siedzi z nim w szpitalu zamiast iść na śniadanie. Dlaczego spała tu zamiast w wygodnym łóżku i na dodatek wydawała się być szczęśliwa z tego powodu. Zaczęła nucić coś pod nosem.
- Kochanie, idź na śniadanie... Na pewno dobrze się nim zaopiekuję... – powiedziała pani Vial przechodząc koło nich w kierunku gabinetu. Lily zaróżowiła się i spojrzała na Jamesa który pokiwał z zapałem głową.
- Przyniosę ci coś – powiedziała wychodząc.
- Ani się waż! – zagroziła jej pielęgniarka – Potter jest na ścisłej diecie!
Zrobiła zawiedziona minę lecz po chwili się rozchmurzyła.
- To wymyślę coś innego – zawołała i wybiegła ze skrzydła szpitalnego.
James zobaczył jak pani Vial kreci z niedowierzaniem głową.
- James, stary!
Do sali wpadli Syriusz, Remus i Peter. James wyszczerzył do nich zęby i uniósł kciuk do góry dając im do zrozumienia, że wszystko w porządku.
- Jak mogłeś nabroić coś bez nas? – zapytał z wyrzutem w głosie Syriusz – W ogóle, co nic nie mówisz? Opowiadaj! Co żeś zrobił?
Cała trójka klapnęła na krzesłach wokół jego łóżka.
- Lily nie pozwoliła mi mówić – powiedział cicho James.
- Lily? – Remus zmarszczył czoło.
- Przekopałem Malfoy’owi. A raczej ja dałem mu w tą jego bladą gębę, a on kopnął mnie... Auuu... Cholerstwo... – zasyczał James chwytając się za bok.
- Wiesz, co? Chyba faktycznie nic nie mów – stwierdził Syriusz. – Stara Piguła nie dała ci jakiejś swojej miksturki na to świństwo?
James wskazał na pusty, tym razem zielony flakonik po drugim lekarstwie, który pielęgniarka podała mu kilka minut przed ich przyjściem.
- Widziałem dziś Malfoy’a – powiedział Peter – Miał siniaka na pół twarzy ale chyba nie chciał iść do skrzydła...
- I ty nie nic nie mówiłeś? – zrugał go Syriusz.
- Nie wiedziałem, że to James...
- W każdym razie – Syriusz zignorował go – Cała szkoła teraz zastanawia się co robi Wielki – Pan – Czysta – Krew z podbitym okiem i gdzie podział się czwarty z huncwotów...
- Ja tam od razu skojarzyłem ale postanowiłem nie wyciągać pochopnych wniosków... – wtrącił Remus.
- No nie... Następny – prychnął Syriusz – Czyli tylko ja taki ciemny jestem, tak?
- Na to wygląda... – odrzekł spokojnie Lupin i dostał po głowie.
James przyglądał się im z uśmiechem. Nagle drzwi do skrzydła otwarły się i pojawiła się Lily niosąc w jednej ręce niedojedzona kanapkę, a w drugiej jakaś książkę.
- Cześć. Już jestem. Pomyślałam, że skoro nie możesz mówić to mogłabym ci coś... – urwała wpatrując się na mały tłumek wokół jego łóżka.
- No chodź tu, Evans... Przecież cię nie zjemy... – powiedział Syriusz widząc, że dziewczyna nie wie co zrobić.
Lily podeszła nieśmiało próbując ukryć książkę za plecami lecz Remus był szybszy.
- Co tam masz, Lily? No, Rogaczu... Widzę, że nie tylko my dbamy o ciebie... „W podziemiach czarnej magii” to musi być pasjonująca lektura...
James zamrugał. Czyżby Lily chciała poczytać mu książkę? Działo się coś dziwnego. Spojrzał na nią zaskoczony lecz ta spuściła głowę czerwona jak piwonia. Remus uśmiechnął się łobuzersko ale dał jej spokój. Położył książkę na stoliku. Zapadła cisza. Lily nadal nie odważyła się podnieś wzroku i najwyraźniej nie miała zamiaru. Syriusz w końcu nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.
- Ja nie mogę... Ty zawsze jesteś taka zabawna? – zarechotał pokładając się na łóżku.
- To komplement? – warknęła.
- Chyba tak... Okey. W każdym razie wyłaź szybo z tego wyrka bo bez ciebie nie mamy pele... yyy... eee... nie ma dobrej zabawy...
- On tu będzie przez tydzień – powiedziała chłodno Lily.
- Co? – Syriusz popatrzył na nią jak na wariatkę – Ale... ale właściwie co się stało?
Lily z anielską cierpliwością opowiedziała im o wszystkim omijając fakt dlaczego James pobił się z Lucjuszem. Remus westchnął teatralnie i popatrzył na Jamesa z politowaniem.
- Przestrzegałem cię, stary... – mruknął.
Syriusz, Peter i Lily zrobili zdziwione miny.
- Chodzi o ta waszą wczorajszą gadkę na osobności? – zapytał Syriusz mrużąc niebezpiecznie oczy.
- Nawet jeśli to i tak nic ze mnie nie wydusisz, a on nie może mówić – odpowiedział Remus grzebiąc w kieszeni szaty.
Syriusz zrobił obrażoną minę. Lupin w końcu wyciągnął z kieszeni prostokątne lusterko i podał Jamesowi.
- Ej, to moje... – powiedział Syriusz ale Remus wcale się tym nie przejął.
- Kiedy będziesz coś chciał wiesz co z tym zrobić a założę się, że twoja urocza koleżanka nie zdradzi tajemnicy owego przedmiotu.
James kiwnął głową ale Syriusz nie wyglądał na zadowolonego.
- To my lecimy... Wiesz... Czeka nas dość nudna lekcja z Binnsem, a znając Łapę i Glizdogona tylko ja będę robić notatki więc trzeba będzie skoczyć do wieży po pióro i pergamin.
Wstali (Syriusz wciąż nadąsany), pomachali mu na do widzenia i wyszli ze skrzydła szpitalnego.
James spojrzał na Lily, która wpatrywała się w okno nie wiedząc co powiedzieć.
- Słuchaj... – zaczął Jammes zapominając o tym , że miał nic nie mówić – Nie musisz tu ze mną siedzieć...
- Nie chcesz? – Lily przeniosła w końcu na niego swoje uderzająco zielone, pełne rozczarowania oczy.
James pomyślał, że nie zabrzmiało to zbyt przyjemnie.
- Nie. Chcę. Tylko, że... przecież siedzenie w skrzydle szpitalnym nie należy do najmilszych zajęć...
- No właśnie – Lily mrugnęła do niego – I mam pozwolić ci być tu samemu?
James pokręcił głową ze zdumieniem.
- Dlaczego? – zapytał.
- Dlaczego co?
- Dlaczego to robisz? Tak naprawdę.
Lily nagle spoważniała.
-James... Ja... ja nie chcę żebyś myślał, że mnie nie obchodzisz. Obchodzisz mnie i to może bardziej niż ci się wydaje. Ale się boję... – znowu wbiła spojrzenie w okno, tak, że nie widział jej twarzy.
- Czego? – zapytał cicho nieco zmieszany tym wyznaniem. Nie rozumiał nadal o co tu chodzi.
- Pamiętasz jak przyszedłeś do mnie kiedy ja tu leżałam? – zapytała Lily.
- Tak.
- Powiedziałeś, że cię unikam. Ja zaprzeczyłam ale... miałeś rację. Ale to nie dlatego bo cię nie lubię. Po prostu boję się ciebie. Boję się, że to może zdarzyć się coś czego potem możemy żałować.
- Lily, o czym ty mówisz?
Spojrzała na niego, a on dostrzegł rumieńce na jej bladych policzkach.
- Oh, James... Zabijesz mnie... Nieważne.
James poczuł, że ogarnia go złość.
- Robisz mi wykład, a teraz mówisz, że to nie ważne? Powiedz wprost – powiedział i poprawił się gwałtownie na poduchach. Podziękował w myślach pani Vial że dała mu podwójną dawkę eliksiru.
- Nie... Przepraszam. Gadam od rzeczy. Sama już nic nie wiem... – Lily pokręciła głową.
James wiedział, że już nic z niej nie wydusi.
- Na pewno nie chcesz iść? Właściwie dlaczego nie masz lekcji?
- Mam trzydniowe zwolnienie z lekcji. Żebym się nie przemęczała – uśmiechnęła się, a na jej twarz wrócił o trochę koloru.
- To ze mną raczej nie masz szans – wyszczerzył do niej zęby.
-Ej! Ty miałeś nic nie mówić!
- Spokojnie... Już jest dużo lepiej. Prawie mnie nie boli.
- No dobrze... To skoro mamy cały dzień to może ci poczytać? – sięgnęła po książkę.
- Jasne. Co to jest? Kryminał?
- Nie wiem. Tytuł nie najgorszy...
Lily przewróciła okładkę, wygładziła kartkę i zaczęła czytać. James popatrzył na nią. Obserwował ją w milczeniu. Pomyślał, że nie jest ładna. Jest śliczna. Co chciała mu powiedzieć?
Pani Vial pomimo próśb i zapewnień Jamesa, że czuje się już świetnie, była nieugięta. W końcu zirytowana jego jęczeniem rzuciła na niego Silencio ze słowami, że i tak miałby zakaz mówienia. Lily odwiedzała go w miarę możliwości ale Syriusz, Remus i Peter nie dawali znaku życia. Naskrobał więc Lily na karteczce krótką instrukcję dwuokienkowego lusterka i podał jej z owym przedmiotem. Dziewczyna choć skwitowała, że to głupota, minę miała zaciekawioną kiedy przybliżyła lusterko do twarzy.
- Czyje imię mam wymówić? – zapytała.
James wziął z powrotem kartkę i dopisał: Próbuj po kolei bo nie wiem kto ma przy sobie drugie.
- Eee... no dobra Syriusz Black.
Nic się nie stało.
- Remus Lupin.
Odczekali chwilę i już mieli wywołać Petera gdy srebrną tafla zamigotała i pojawiła się na niej spocona twarz Remusa.
- James...? A nie... Lily... Cis się stało? Słuchaj, powiedz Jamesowi, że ten kretyn Syriusz znowu zarobił sobie na szlaban, a przy okazji wkopał i nas – wysapał ocierając czoło rękawem. W ręku trzymał jakąś brudną ścierkę. – Trochę minie zanim zeskrobiemy łajnobomby z całej klasy eliksirów udoskonalone jakimś syriuszowym specyfikiem...
Lily powstrzymywała się żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Nie ma sprawy...
- Dzięki. Kończę bo jak Filch zobaczy, że nie sprzątam to będzie ...źle. Na razie.
Lusterko ponownie zamigotało i Remus znikł. James wzniósł oczu ku sufitowi.
- Wy tak zawsze? – zapytała Lily nie mogąc się już powstrzymać.
Wyszczerzył do niej zęby i kiwną głową. Wiadomość od Remusa nie była najlepsza bo wyglądało na to, że przez większość czasu będzie siedziała sam. Raz tylko odwiedziła go profesor McGonagall. Zmiażdżyła go spojrzeniem i oświadczyła, że jeżeli jeszcze raz zobaczy go w skrzydle szpitalnym z pękniętym, od Bóg wie czego, organem wewnętrznym to może się pożegnać z quidditchem. To mu o czymś przypomniało. Cudem wyprosił (pani Vial cofnęła Silencio) żeby mógł grać w finałowym meczu Gryffindor - Slytherin. Kompletnie o nim zapomniał. Kapitan musiał być wściekły, że trafił do szpitala na półtora tygodnia przed meczem o Puchar lecz James ucieszył się że go przynajmniej nie zmienił. Wraz ze zbliżającym się meczem przybywało coraz to więcej pacjentów. James pomyślał, że to nawet dobrze, że był tu od razu bo przynajmniej nie musi chodzić po szkole z trąbą słonia. Zmartwił się jednak gdy kilkoro Gryfonów przydźwigało ich obrońcę Toma Jonsona, który wyglądał jakby przejechał go walec. Pani Vial kategorycznie zabroniła żeby grał, więc James był ciekawy kogo wystawią zamiast niego. Nikt inny z drużyny jednak się nie zjawił, więc nie miał kogo zapytać bo gdy poprosił Lily ta powiedziała, że to strasznie brutalna rywalizacja i że nie będzie się w to mieszać. Skończyło się na tym, że się z nią pokłócił. Kiedy wreszcie pielęgniarka rzucił mu szatę i kazała mu się przebrać był wniebowzięty i cierpliwie czekał aż pani Vial skończy go obsłuchiwać. Nasłuchał się przy tym jaka to prof. McGonagall jest nierozważna pozwalając mu grać i że powinna iść z tym do Dumbledore’a. Wyplatał się jak najszybciej spod jej długich rąk i wyszedł ze skrzydła na zatłoczony korytarz. Od razu skierował się do lochów mając nadzieję zastać tam jeszcze przyjaciół. I rzeczywiście. Gdy otworzył drzwi do klasy eliksirów zobaczył Remusa stojącego na podejrzanie chwiejącej się drabinie i Petera szorującego ławki z taka zaciętością jakby sprawiało mu to przyjemność. Na odgłos trzaśnięcia drzwiami Remus odwrócił się i runął jak długi na ziemię. James zaśmiał się i pomógł mu wydostać się spod szczątek drabiny.
- Super, że już jesteś... – mruknął Lupin patrząc na swoją podartą szatę – Nie chciałbym być natarczywy ale... może nam pomożesz?
James rozejrzał się.
- Zaraz... A gdzie Syriusz?
- Nawet mi nie wspominaj – warknął Remus – Nie zgadniesz. Wczoraj przyszedł tu Mark Edelweiss i powiedział, że Syriusz wchodzi za waszego obrońcę...
- Ekstra! – krzyknął James ale umilkł na widok miny Lupina.
- Po prostu wspaniale... My przez niego uganiamy się z mopem a on sobie lata. Super...
- To teraz jest trening? – zapytał James?
- Ano... Chyba.
- Dobra. To ja lecę! Przyjdę z Syriuszem kiedy się skończy! Póki co świetnie wam idzie!
Cofnął się do drzwi i popędził na górę po swoją miotłę. Kiedy wyszedł na boisko zobaczył siedem szkarłatnych smug mknących ku niemu, a w chwilę potem rzucił się na niego Syriusz.
- Tak, tak... – wystękał uwalniając się od niego – Też się cieszę, że grasz. Czego chyba nie można powiedzieć o Remusie...
Syriusz zarechotał.
- Potter, jeszcze jeden taki wyskok i wylatujesz... Co ty sobie myślisz? - Mark Edelweiss przecisnął się naprzód i stanął przed nim z groźną miną.
- Okey... Już nie będę... – powiedział James podnosząc ręce jakby się poddawał.
- Mam nadzieję. Nie zrobiłem tego do tej pory tylko dlatego bo jesteś naprawdę dobry, ale to nie zwalnia cię z treningów, zrozumiano? Jeżeli chcesz się bić to rób to poza sezonem...
- Ej, skąd wiesz, że ja się biłem?
- A co? Może nie? – Mark posłał mu ironiczne spojrzenie.
- Eee... no dobra... – James postanowił wyprowadzić rozmowę z tych niebezpiecznych wód. – Więc ćwiczymy?
Wszyscy dosiedli swoich mioteł i wystrzelili w niebo. James musiał przyznać, że kapitan nie zmarnował kilku ostatnich treningów. Nawet Syriusz nie ważył się zrobić ani jednego wyskoku co było dość nieprawdopodobne. Sam robił co mógł, żeby mu nie podpaść. Już od początku kiedy przyjęli go do reprezentacji Gryffindoru, James wiedział, że Mark go nie lubi ale nie miał wyboru bo była to decyzja profesor McGonagall.
-POTTER! Masz znicza przed nosem!
James rozejrzał się w panice i dostrzegł znicza tuż nad jego głową, który trzepotał niewinnie skrzydełkami. Gdy tylko wyciągnął rękę znicz świsnął mu koło ucha i zaczął uciekać. Poderwał miotłę i poleciał za nim ponaglając miotłę i przeklinając w duchu swoją nieuwagę. Już prawie dotknął złotej piłeczki gdy wyrosła przed nim ich ścigającą próbująca złapać kafla. James zahamował gwałtownie ale wiedział, że zaraz w nią uderzy. Nie widząc innego wyjścia zsunął się z miotły zwisając trzymając się jedynie drążka. Miotła przemknęła tuż pod Lindsey, a po chwili rozległ się okrzyk podziwu Syriusza. James mknął siedząc już bezpiecznie a w dłoni ściskał znicz. Wylądowali na boisku.
- Co to miało być? – warknął Edelweiss odgarniając włosy z twarzy.
- Przecież złapałem... – zaczął James.
- Tak, złapałeś. ALE MUSIAŁEM CIĘ NAJPIERW OBUDZIĆ! MIAŁEŚ ZNICZA PRZED SOBĄ!!!
- Wyluzuj – wtrącił się Syriusz – Zdarza się. Za to jaki to był chwyt! Z resztą sam pamiętam jak na jednym meczu podałeś przez przypadek kafla przeciwnikowi...
James jęknął. Przypominanie o tym Markowi było wielkim błędem. Kapitan zaczerwienił się ze złości.
- Uważaj na to co mówisz, Black – powiedział drżącym z gniewu głosem – W przyszłym roku już nie będziesz nawet w rezerwie...
- W przyszłym roku, ty nie będziesz kapitanem... – odparł spokojnie Syriusz i odwrócił się w stronę zamku. James pobiegł za nim.
- To było niezłe – pochwalił go.
- Dzięki. Słuchaj... Sorry, że nie przychodziliśmy do ciebie ale... Lunatyk ci już mówił?
- Taak. Nawet nie wiesz jaki był wściekły. Lepiej mu się nie pokazuj bo marny twój los... – zażartował.
Syriusz parsknął śmiechem.
- Ale tobie się chyba nie nudziło, nie? – mrugnął do niego.
- Weź, spadaj... I tak znowu się pokłóciliśmy...
- Na Merlina... Ty jesteś gorszy ode mnie. Jeszcze wam się nie znudziło?
- Nam? To ona zaczyna!
- O co tym razem?
- O quidditcha. Szybko jej przejdzie.
- Wiesz – powiedział Syriusz z udawaną powagą – Chyba wstąpię do zakonu. Za dużo kłopotów z tymi dziewczynami...
- Ha, ha... Już to widzę – parsknął James. – To raczej powołanie Smarka. Te jego ciuszki...
- Powiedzmy mu to przy najbliższej okazji. W końcu musimy się troszczyć o przyszłość małego Severuska, nie sądzisz?
- Oczywiście. Ale teraz chodźmy bo mam wyrzuty sumienia. Zostawić tak Lunatyka w klasie obsmarowanej łajnobombami... ech... Co ty tam dałeś, że nie chcą działać na nie Magiczne Środki Pani Scower?
- Trochę tego, trochę tamtego... Tak jakoś wyszło.
- Aha. Gratuluję. Wyślij recepturę do Zonka. Może jeszcze na tym zarobisz... – podsunął James.
- Zapewne. Królika w kapeluszu – mruknął Syriusz.
Przechodząc koło Wielkiej Sali nie mogli się oprzeć pochwycenia kilku tostów z dżemem nie zapominając o przyjaciołach. Plaśnie sięgali po zapiekankę kiedy napotkali na złowrogie spojrzenie profesor McGonagall. Zostawili więc półmisek w spokoju i zeszli z tostami do lochów.
- Dłużej już was być nie mogło – stwierdził z niezadowoleniem Lupin otwierając im drzwi.
- Co dziś wszyscy tacy nerwowi, co? – zapytał James – Lily, Mark, ty...
- Bardzo śmieszne – warknął Remus i rzucił w niego ścierką.
- Uważaj! – James podniósł do góry serwetkę w której schował tosty. Odwinął ją. - Nie chcesz?
- Chcę. – powiedział Lupin z rezygnacją.
- Peter! – Syriusz przebiegł wzrokiem po klasie. W kącie przy stosie kociołków spał sobie smacznie Glizdogon. – Eee... Jego strata.
Usiedli na podłodze chrupiąc tosty. Zasypany pytaniami o Malfoya, James, był zmuszony opowiedzieć im cała historię od początku do końca.
Tenebris
6.11.2006, 16:57
Myślodsiewnia
Mimo krytycznych komentarzy mnie (mi?) się podobało :D Może nie zwracałam uwagi na błędy bo gdy czytam to widzę obrazy akcji a nie słowa :D Rozdział świetny, to ze szlabanem to w stylu Huncwotów :D Ok, zaraz czytam następny :P
23.07.2008, 14:44gndom8p140lhcl g4jz0ostwd9oop4gf 88vo8tm7kgd65f7j3
5.05.2007, 21:56Myślisz, że miał mapę w głowie?? Po zatym sprawdzał czy nie ma pielęgniarki w skrzydle szpitalny...
6.12.2006, 14:41Nie wiem czy już ktoś to napisał i czy ten błąd jest w tej części, ale nie mam czasu wszystkiego czytać jeszcze raz: Mam wrażenie, że mylisz Jamesa z Harry' m. Po co Jamesowi Mapa Huncwotów skoro był jednym z nich?
4.12.2006, 11:57Super rozdział!!!To lepsze od książek Rowling!!!
19.11.2006, 18:00No więc nie pozostaję nic innego, jak napisać jeszcze raz swoją opinie... Co to ja pisałam... Aha, rozdział gorszy od poprzedniego-moim zdaniem, podczas czytania opisu pobytu w szpitalu, który się wlókł jak flaki z olejem-zasnełam, więc dokończyłam dnia następnego. Ogólnie dużo błędów, nawet jak dla mnie, a orłem z ortografii nie jestem. Brak przecinków razi, błedy rzeczowe(tak się mówi) tym bardziej. Zbyt wiele podobieństw do HP, zero dynamicznej akcji, no może po za tą bójką. Podobieństwo Lily do Hermiony - rozbawiło mnie i to w tym negatywnym znaczeniu. Mimo to ta tematyka mnie interesuje i coś jednak w sobie ma to opowiadanie, dlatego lecę czytać rozdział 4.
6.11.2006, 20:07Wszelkie zażalenia oraz reklamacje proszę wysyłać do Barona - on ciągle coś psuje.
6.11.2006, 19:48A gdzie tamte komentarze co były wzczesniej? Assarin coś ty z nimi zrobił?Jak mogłeś? Wogóle rozdział jest ciekawy^^
6.11.2006, 18:25