Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Śmierć spoza Doliny

Nim weźmiesz się za lekturę, obcy lub nieobcy czytelniku, chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami. Jako że po raz pierwszy publikowane jest moje opowiadanie, sporo myśli mi się nasuwa.
Są twory (bałbym się chełpliwego określenia ‘dzieła’), które, choć niekoniecznie bardziej udane niż pozostałe, szczególnie przyciągają uwagę autora. Tak jest również z opowiadaniem, które postanowiłem przedstawić szerszej publice: „Śmierć spoza Doliny”.
Pierwszy smutny (ale smutek ten cieszy autora) zamysł przyszedł ponad rok temu z luźnych, niczym w zasadzie nie powiązanych obrazów. Stary drewniany dom w lesie (pomysł raczej godny politowania, bo przypomina jakiś nieudany horror), czarowna dolina otoczona stromymi zboczami, taras z dzwonnicą, rozstanie się z życiem... I młody człowiek, który z tymi miejscami związany jest tak bardzo, jak tylko się da. I apokatastaza.
W zasadzie nie mam wątpliwości, że nie jest to tekst, który by mógł wzbudzić zainteresowanie wśród szerszej publiczności; nie ma w nim mrożącej krew w żyłach akcji, potworów, a nad tym, czy magia jest zaiste magią, można by się zastanawiać. Kompletne dno, można by rzec.
Ożywienia nic nie wprowadza. Smętne obrazy przewijają się kolejno; nawet Piekło nie rozgrzewa, nawet Szatan nie emocjonuje. Śmierć nie bawi, nie przeraża, nie...
Nie, nie, nie. To opowiadanie całe jest na „nie”. I zapewne dlatego właśnie czuję się z nim tak związany, i zapewne dlatego właśnie chciałbym, by parę osób przynajmniej zaczęło (!) je czytać.
— Valaraukar



Śmierć spoza Doliny


Była tam. Stała niewzruszenie pośrodku niewielkiej leśnej polany. Drzewa otaczały ją ciasnym kręgiem, a światło księżyca, prześwitując gdzieniegdzie przez liście, rzucało na ziemię mgliste, drżące plamy, jak gdyby tworząc roztrzęsione, układane przez wiatr obrazy. Uważny wędrowiec mógłby, gdyby się tylko w nie wpatrzył, dostrzec niesamowitą grę cienia i mglistej poświaty, toczącą się pośród drobnych roślin leśnego runa i przybierającą formę niekończącej się opowieści. Mało kto jednak był na tyle odważny, by stanąć w miejscu i choćby rozejrzeć się wokół siebie.
Naprawdę toczyła się tam opowieść. Działa się nieustannie. Poza oczami świata.

Była tam; otoczona nieustającym, złowieszczym szmerem liści wprawianych w drżenie przez chłodny wiatr. Skąpana w księżycowym świetle, zdawała się zarazem odległa i bliska; bardzo daleka, choć przerażająco realna. Emanująca istnieniem tak silnie, że wszystko wokół niej mogłoby się zdać nieprawdziwe, złudne.
Nikt w niej nie mieszkał, pomimo że światło paliło się w niej przez cały czas. A może to nie światło, lecz dziwny blask bijący z... Nie, nie bił od niej blask. Tylko złudzenie.

Była tam: chata myśliwego, zbudowana solidnie tylko z szlachetnego drewna. Mało kto potrafił do niej dotrzeć, gdyż mało kto odważyłby się w ten złowieszczy las zapuścić tak głęboko, wędrować po zdających się nie mieć końca ścieżkach, zwłaszcza pośród nocy, chodząc po cieniach i zakłócając mistyczną grę mglistych smug księżyca.
Stając się częścią opowieści, która działa się – naprawdę – poza oczami świata.

Wielu odnajdywało ten las w swoich snach i całymi nocami po nim błądziło, co chwila natrafiając na miejsca, które w jakiś sposób zdawały się znane, chociaż trudno było powiedzieć, gdzie i kiedy się je widziało. Przywodziły na myśl sceny z życia – jakiegoś odległego, nieznanego. Życia, które dopełniło się już dawno i pamięta o nim niewielu; być może nie przechował o nim pamięci nikt.
A ci, którzy do owego lasu się dostali, zwykle nazajutrz, po przebudzeniu, nie pamiętali zbyt dużo ze swojego snu. Ich wędrówka, jakkolwiek długa, nie pozostawała w umyśle; ten i ów miał przed oczami jakiś zamazany obraz drzew, księżyca przesłanianego przez sunące po niebie chmury i plam światła rzucanych przezeń na ziemię.
I zwykle ci, którzy w swych snach wędrowali, czuli gdzieś w głębi duszy lęk.

— I: Omen —

Byłem tam.
Otworzył oczy. Zdawało mu się, że wciąż jest gdzieś bardzo daleko, że wciąż błądzi, a wokół niego przesuwają się cienie.
Byłem... tam. Właśnie tam...
Gdzie...


Przez dłuższą chwilę rzeczywistość – tutaj toczy się życie, muszę wyjść mu naprzeciw – zmagała się z niepokorną podświadomością – księżyc, chłodny las, chata myśliwego gdzieś na polanie. W końcu jednak odpędził – choć wcale tego nie chciał – resztki snu. Już nie tylko ciałem, ale i duchem znalazł się w łóżku, w swoim własnym domu. Leżąc przez pewien czas w bezruchu, usilnie próbował przywołać do siebie to, co widział jeszcze przed momentem. Lecz te obrazy pozostały w sennej krainie, nie miały już dostępu do jego umysłu, teraz zdominowanego przez to, co przekazywały jego oczy, co czuło jego ciało, co dyktował władca apodyktyczny i nielitościwy – zdrowy siedemnastoletni rozsądek.
Zmęczenie, zrezygnowanie.

Mam już tego dosyć, pomyślał i rzucił poduszką o ścianę.

Wciąż odczuwał bezgraniczny żal.
Nie lęk.

Wstawał nowy dzień. Gdzieś w oddali – przerażająco bliskiej oddali – słychać było odgłosy dzisiejszego świata. Krzyki, śmiechy, warkoty silników.
Po raz pierwszy uznał je za bolesne.
Takie wyprane z wszystkiego.

— II —

– Dokąd to?
Zdenerwował się, gdy usłyszał to pytanie.
– Po prostu gdzie indziej.
Byle daleko. Szkoda, że nie mogę tak bardzo daleko, jak bym chciał.

— III —

Nie poszedł tam, gdzie chodził niemal codziennie.
Wyrwał się, wyskoczył z pociągu pędzącego niezmiennie po tym samym torze. Właściwie wypadł.
Lecz wiedział, że wcale nie na długo: zdawał sobie sprawę, co zobaczył tej nocy w swym śnie i co to zapowiada.
Omen.

I co wynikło z tamtej opowieści?

— IV —

Widziałem tę chatę.
Brnął przez ogromne zaspy śniegu, nie wiedząc nawet, dokąd zmierza. Szedł przed siebie bez celu: jedynym jego pragnieniem było – powtarzał to bez przerwy – wyrwać się ze szponów codzienności. W tym akurat dniu – w tym ostatnim dniu, odzywał się jakiś głęboki głos w jego umyśle – nie mogę dać się ponieść komukolwiek lub czemukolwiek…nie mogę… nie dam się…

Ludzie budzili w nim odrazę. Byli zbyt żywi i nieżywi zarazem. Im więcej żywotności w nich widział, tym bardziej był przeświadczony, że są w rzeczywistości prawdziwego życia pozbawieni.
Uświadomił sobie, że ogarnęła go zupełna beznadzieja. Beznadzieja była w nim i emanowała z niego.

Świat uległ zmianie.

Przed oczami jawił mu się i znikał mglisty zarys starej, krytej gontem chaty myśliwego stojącej pośrodku złowieszczego lasu, na polanie, po której przesuwały się cienie chmur płynących przez księżycowe niebo. To właśnie tam było teraz jego życie: jego dusza, jego umysł, jego wola. Wszystkie jego myśli płynęły właśnie tam. I nie było tam beznadziejności.
Szedł jednak przed siebie, nie wahając się.
Ja chyba dzisiaj umrę, pomyślał nagle i zaśmiał się w duchu.
Mijał ludzi, mijał domy.
Wszystko mijało.

— V —

– Nie w szkole?
Chciał obrócić się (i...), ale stłumił wściekłość, jaka w nim wezbrała, gdy usłyszał te słowa. Nie warto, pomyślał, nic nie warto. Przecież to nie tutaj toczy się moje życie.
– To naprawdę wygląda bardzo dramatycznie. Chociaż samobójcy wybierają zwykle wyższe mosty – usłyszał znowu głos i z niechęcią oderwał się od ponurych rozmyślań.
Stał na niewielkim moście w parku, oparty o barierkę, i wpatrywał się w wezbrany potok. Nie chciał, by ktokolwiek przeszkadzał mu w cichej kontemplacji płynącej wody i tępym odrętwieniu. Czas sobie minie, skoro musi. Tak sobie stać, i stać, i stać. I stanie się.
Im dłużej postoi, tym mniej beznadziei z otaczającego świata weń wniknie.
– A, nie... – odpowiedział, rozpoznając swojego niegdysiejszego, dawno już nie widzianego znajomego, ale ostentacyjnie okazując obojętność. – Wcale nie. Ty też?
– No pewnie. Jakoś chory dziś jestem.
– Aha.
Nic. Trochę szumu spod mostu.
– Medytujesz w porach szkolnych, co?
– A czy to dziś istotne?
To moja intymna agresja, nie trzeba było w nią wsadzać nosa, przychodząc tutaj i przeszkadzając. Jednak zamiast wypowiedzieć te słowa na głos, zadowolił się ciśnięciem w nurt oskubanej gałązki i głębokim oddechem.
– No właśnie, przecież widać, że tak – usłyszał w odpowiedzi. – Masz rację. Jeślibym, wracając ze szkoły, wpadł pod samochód i zginął, chyba byłoby mi przykro, że swój ostatni dzień spędziłem na nudzeniu się... Szkoda nerwów.
– Przecież to wszystko i tak nie ma sensu.
– Nawet gdyby miało, to i tak wiele by to nie zmieniło.
– Akurat nie wątpię...
– Momencik. Jeśli mam jutro zostać ukatrupiony przez szaleńca na ulicy albo dostać cegłą w łeb, wolę żegnać się z życiem w przeświadczeniu, że zrobiłem, co było akurat do zrobienia. Niezależnie od tej twojej... beznadziei. Wybacz truizm.
Przeświadczenie, że zrobiłem to, co było akurat do zrobienia.
Na te słowa obudziło się w nim jakieś uczucie, tak jakby sobie o czymś nagle przypomniał. Wyprostował się i chciał spojrzeć koledze w oczy, ale nagle zmienił zamiar.
– Możesz to jutro powiedzieć moim rodzicom? – rzucił szybko, patrząc w drugą stronę, po czym dodał: – I w ogóle ludziom? Dzięki za truizm, i w ogóle dzięki.
I nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i jak tylko najszybciej potrafił, pobiegł przed siebie.

***

– Halo?
– Dziś wieczór, o dziesiątej, wiesz gdzie. To ważne.
– Nie ma sprawy. Coś się dzieje?
– Ja...
Cisza.
– Halo?
Wypadł z budki telefonicznej. Chciał krzyknąć, ale zorientował się, że nie do końca ma ochotę, by się nim zajmowano. Na to, co miało się stać, czekał od momentu przebudzenia się... A przedtem czekał siedemnaście lat.
W ostatniej chwili odniósł wrażenie, że spadł nie na trawnik, ale piaszczystą drogę gdzieś w górach. I nie tracił wcale życia. Właśnie podążał w stronę prawdziwego życia, bliżej niż kiedykolwiek.

— VI: Gniew —

Piękna i czarowna była dolina Vale Sansretour. Ktokolwiek się w niej znalazł, nie mógł uwierzyć w jej istnienie. Sądził, że jest ona tylko marzeniem sennym, zwiewną ułudą: że miejsce tak zachwycające może być tylko wytworem ludzkiej wyobraźni. Po chwili jednak każdego przybysza przenikała atmosfera tego magicznego miejsca, nie pozwalając mu na nieufność. Wprost omamiała.

Piękna i czarowna była dolina Vale Sansretour; wiecznie spowita mistyczną poświatą, pełna czerwonozłotego światła, jak gdyby nieustannie zachodziło nad nią słońce – słońca jednak nad nią nie było. Zdawała się najdoskonalszą ostoją spokoju – jedyną w swoim rodzaju, niezmąconą; trudno było wyobrazić sobie, że cokolwiek byłoby w stanie wzruszyć jej pogodną aurę. Nastrój wyciszenia udzielał się każdemu wędrowcowi, przenikając go na wskroś; a każdy w momencie znalezienia się w niej był zmęczony ponad miarę – znużony nieustannym dążeniem do czegoś, o czym nie wiedział nic. Niejeden, gdy tylko uświadomił sobie, że dolina ta naprawdę istnieje (przynajmniej dla niego samego), siadał na trawie i zatapiał się w tchnącym zewsząd uczuciu, że się jest, naprawdę jest. Rozmawiał z czasem, stawał się częścią jakiejś większej całości, powoli uświadamiając sobie, kim tak naprawdę jest – czy raczej, w miarę rozmyślań, kim był.
Czas przestawał płynąć dla niego – zaczynał płynąć przez niego.

Pośrodku Vale Sansretour, Doliny bez Powrotu, znajdowało się rozległe wzgórze, a na nim wiele pomniejszych pagórków. Na każdym wzniesieniu czar wydawał się kumulować, gęstnieć, nabierać tajemniczej mocy. Tu i ówdzie rosły drzewa, głównie dęby i buki, wysokie i posępne. Zdawało się, że stare gaje chciałyby, patrząc na ludzi, zawołać wyniośle („Widziałem!” ), że żadne stworzenie na ziemi nie ujrzało więcej niż one.
Na początku nie można było oprzeć się wrażeniu, że ongiś – o ile dla tej doliny istniała w ogóle przeszłość – piętrzyła się tam ogromna warownia, ponieważ na całym obszarze wzgórza napotkać można było wzory i kształty utworzone przez niewysoki kamienny mur. Wędrował między drzewami, wspinał się na pagórki i znikał w uskokach. Czasem zdawało się, że wyznacza on komnaty oraz korytarze, czasem zaś kończył się gdzieś niespodzianie, urywał lub rozdzielał, lub zataczał kręgi.
W samym zaś centrum były schody prowadzące na najwyższy pagórek wzgórza – miejsce tak ściśle otoczone szpalerem drzew, porośniętych w dodatku wieloma gatunkami bluszczu, że nie sposób było się doń dostać inną drogą, jak tylko przez kamienne stopnie.

Dolina – piękna i czarowna dolina Vale Sansretour – z trzech stron była otoczona potężnymi górami o zboczach tak stromych, że zdawały się ścianami. Stoki gór były całkowicie porośnięte drzewami o liściach w barwach jesieni: w czerwieni, żółci, brązie i złocie, i zieleni. I mało kto spoglądał na ów las z obojętnością: w nim już – w przeciwieństwie do wzgórza pośrodku doliny – czaiło się być może niebezpieczeństwo, jego zasłonięte przed ludzkimi oczami ostępy mogły kryć mroczne tajemnice. Kto by się weń zapuścił, zobaczyłby rzeczy, które ludzkim oczom nie były przeznaczone. Tak się zdawało.

Z jednej strony doliny, między górami, otwierało się przejście: na zachód prowadził kanion wychodzący na wielką zatokę. Dalej, aż po horyzont, rozciągało się bezkresne morze, nieprzebrane w swej cichości.

A wiatr nie wiał tam nigdy.

— VII —

Wchodził na wzgórze niepewnie, opieszale, co chwilę przystając, by się rozejrzeć. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś bacznie się mu przygląda. Może to drzewa, może to istoty przyczajone w lesie porastającym góry dookoła, może to ktoś w kanionie – tego nie wiedział. Ale nie bał się. Nie było strachu w dolinie Vale Sansretour.
Nie dostrzegał, by cokolwiek się działo. A jednak się działo – życie, życie zupełnie inne tętniło. Słyszał – nie, raczej czuł, niż słyszał – szepty dochodzące z każdego pagórka, z każdego miejsca pełnego drzew, opasanego kamiennym murem. Wiele opowieści, przy których ludzkie życie mogłoby się zdać marginalnym epizodem.
Szedł, jak mu się zdawało, wytyczoną ścieżką, lecz co chwilę musiał pokonywać kolejny odcinek muru. Nie był mur przeszkodą, nie sięgał bowiem nawet kolan; nie był też – wbrew pierwszemu wrażeniu – tylko pozostałością po zburzonych ścianach budowli ongi wznoszącej się na wzgórzu, ponieważ jego wierzch był idealnie wygładzony, a wokół nie widać było żadnych odłupanych kamieni leżących bez celu. Trawa zieleniła się jak nigdzie indziej.
Mijając kolejne pagórki, odnosił wrażenie, że na każdym z nich rozegrały się w przeszłości jakieś ważne wydarzenia, że gdyby tylko przyłożyć ucho do ziemi, usłyszałoby się echo minionych wieków. Patrzył na nie, a one wpatrywały się w niego, oczekując...
Wtem jego uwaga została odciągnięta od otoczenia; rozległ się cichy głos:
Tan Imonaer.
Rozejrzał się, by zobaczyć, kto jeszcze znajduje się na wzgórzu. Lecz nie dostrzegł nikogo ani niczego, więc stanął w miejscu, nasłuchując. Był już blisko szczytu – nie dalej niż dwadzieścia kroków od miejsca, w którym się znajdował, mur rozwidlał się, tworząc przejście ku kamiennym schodom.
Tan Imonaer. To wzgórze nazywa się Tan Imonaer.
Wciąż nie mógł odnaleźć wzrokiem osoby wypowiadającej słowa – wydawało mu się, że głos rozbrzmiewa w całej dolinie, ale koncentruje się w tym punkcie wzniesienia, gdzie się znajdował.
Na wzgórzu Tan Imonaer rozbrzmiewa Dzwonnica Przedwiecznej Nadziei. Wejdź tam, dokąd wiodą schody.
Westchnął ciężko.

— VIII —

Marmurowa posadzka była przerażająco zimna.
Fontanna szeptała cicho w swym krystalicznym języku.
Dolina milczała.
I panowała bezksiężycowa noc rozświetlona światłem tysięcy gwiazd rozesłanych po niebie.

Schody były dłuższe, niż zdawało się na początku. Nie widziało się ich końca, gdy wstępowało się na stopnie, pozostawiając za sobą wzgórze noszące nazwę Tan Imonaer – Nimb spośród Gór. Prowadziły do miejsca dziwniejszego aniżeli cała Vale Sansretour, Dolina bez Powrotu, bardziej jeszcze zdumiewającego: na taras z marmuru...
...niemalże całkowicie otoczony kręgiem omszałych i porośniętych bluszczem posągów, które przedstawiały ludzi w pozach pełnych majestatu, lecz twarzach zatartych wraz z upływem czasu.
Pośrodku tarasu wznosiła się – królowała – smukła biała wieża będąca częścią fontanny mającej kształt monumentalnej misy.
Wszedł i stanął. Patrzył. Wpatrywał się w strumienie bijące o wieżę, połyskujące w świetle księżyca.
W czarownej dolinie Vale Sansretour, pośrodku wzgórza Tan Imonaer, Nimbu spośród Gór, znajdują się wrota prowadzące przez kamienne schody na taras An Irae, Gniew Przeszłości, gdzie króluje Dzwonnica Przedwiecznej Nadziei.
Ruszył powoli naprzód. Poczuł chłód bijący od strumieni wody. Podszedł do miejsca, gdzie krąg posągów był przerwany, na sam skraj tarasu. Roztaczał się stamtąd widok na całą dolinę oraz kanion łączący dolinę z morzem. Uświadomił sobie, że gdy wędrował po wzniesieniu i po raz pierwszy usłyszał głos, był dzień – a przynajmniej tak mu się wówczas zdawało; teraz zaś światło gwiazd musiało przedzierać się przez ciemności. Czerwonozłota poświata ustąpiła nocy.
Spójrz na przystań.
Spojrzał na kanion. Jego wzrok pobiegł między ścianami kanionu aż do morza. Dostrzegł coś, czego nie zauważył wcześniej: nad zatoką znajdowało się białe miasteczko, nad którym górowała srebrna wieża, bardzo podobna do tej, którą miał za plecami. Obejrzał się.
Siostry. Dzwonnica Przedwiecznej Nadziei i Dzwonnica Discussurus Cunta. Gdy rozbrzmiewa jedna, echo budzi drugą.
Uważaj,
usłyszał głos w swoim umyśle.
Zrozumiał, skąd dochodził głos. Skłonił się lekko w kierunku Dzwonnicy Discussurus Cunta stojącej nad zatoką.

— IX —

– Naćpał się pewnie, bo młodzież...
– Oni to teraz „ekstazą” nazywają, ja w radiu słyszałam...
– Powinni iść do pracy, a nie głupie pomysły...
– To przez nadmiar wolnego czasu, pani rozumie, nikt nie wymaga...
– Banany w sklepach...
– No ale też znikąd przykładu...
– Rodzice pewnie bezrobotni, pasożyty...
– Bezstresowe wychowanie, gdzie odpowiedzialność...
– Kiedyś było inaczej, zupełnie...
– Wszędzie się można na nich natknąć...
– Aż obrzydzenie bierze...
– Pewnie w nocy był na hulance...
– „Dyskotece”, no...
– A wie pani, co na takich zabawach się dzieje? Wstyd myśleć...
– Byle do wyborów...

— X —

Kanion między doliną a przystanią nie był długi, ale w wielu miejscach zakręcał, zwodząc wędrowców i porzucając ich w ślepych zaułkach, gdzie nie znajdowali nic prócz kamieni i karłowatych krzewów. Wydatnie pomagała w tym roślinność: zdawało się, że niskie drzewa rosną wzdłuż różnorakich alei, którymi by można podążyć, tymczasem prowadziły one donikąd. Większość z tych ślepych dróg sprawiała wrażenie zatarasowanych przez stok kanionu: nagle okazywało się, że droga ucięta jest przez niemal pionową skałę.
Dnem kanionu wiła się rzeka, zapewne mająca swoje źródło w którymś ze zboczy gór otaczających dolinę, a wysoko nad nią biegł – raz prawą, raz lewą stroną, na różnych wysokościach – kamienny trakt. On jeden nie kończył się ślepo.

Stał na jednym z wysokich mostów, przez które prowadził trakt, i rozglądał się. Głęboko pod nim płynął strumyk – tak daleko, że do uszu nie dochodził żaden szelest; po prawej i lewej stronie piętrzyły się ściany kanionu, wysokie i niedostępne, przypominające milczących strażników; przed sobą zaś dostrzegał w oddali nieduże, milczące miasto zbudowane z białego kamienia. I wszechogarniającą czerwonozłotą poświatę, która powróciła, gdy tylko zszedł z Tarasu, aby podążyć ku zatoce.
Widział domy, ozdobne niczym małe pałace, oraz brukowane ulice, ale nade wszystko – przystań, nad którą górowała wieża z dzwonem.
Obrócił się na moment, by spojrzeć raz jeszcze na wzgórze pośrodku doliny Vale Sansretour – raz jeszcze objąć wzrokiem Nimb spośród Gór – ale nie zdążył, bo usłyszał szmer i zwrócił uwagę na...

— XI —

Przeszedł przez most i zauważył, że trakt się rozwidla. Do przystani prowadziła, jak przypuszczał, droga w prawo, natomiast w lewo biegła pod górę piaszczysta dróżka, by po chwili zakręcić ostro i zniknąć z oczu. Nad nią pochylały się – co bardzo go zaskoczyło – wierzby, których wygląd bardzo odbiegał od porastających dolinę Vale Sansretour wyniosłych dębów i buków. Zachwiał się, bo nagle wyobraził sobie, jak bardzo różniłaby się historia opowiedziana przez wierzby od tej, którą miałyby do przekazania drzewa z doliny.
Coś podpowiedziało mu, że powinien tamtędy pójść i zobaczyć, dokąd prowadzi ścieżka.

Gdy tylko wkroczył między wierzby, usłyszał odległy dźwięk dzwonu. Po chwili odpowiedział mu inny, bliższy.
Ale nie cofnął się.

Doszedł do zakrętu, poza który nie mógł sięgnąć wzrokiem na rozstaju. A gdy tylko się zbliżył, przystanął ze zdziwienia: kilka metrów przed nim, tuż za zakrętem, skała rozstępowała się, tworząc wąskie przejście. Po drugiej stronie widział światło.
Nim zbliżył się do wyłomu, podszedł do jednej z wierzb rosnących na zboczu, odgradzających go od świata, i trzymając się pnia, wychylił się poza drogę. Mocniej zacisnął palce na korze drzewa, widząc, na jak bardzo stromym urwisku stał. Zobaczył w oddali potok. Droga zaprowadziła go naprawdę wysoko.

— XII —

– Pani kochana, może najlepiej by było zadzwonić na pogotowie. Licho wie, co mu się mogło stać. Może niebezpieczny, no... Nie tego... Takie czasy... Pewno lepiej nie ruszać, zanim przybędą jakieś, prawda, służby...

— XIII: Upragnienie —

– Dzień dobry.
Wierzby i kanion znikły mu z oczu, gdy przestąpił próg skalny. Odniósł wrażenie, że wkroczył do innego świata; że nic z tego, co było dotychczas, nie jest ważne. Jedna tylko Vale Sansretour pozostała w jego pamięci nie zamazana.
– Dzień dobry – usłyszał raz jeszcze. Zamrugał.
Wszedł do ogrodu, którego granic nie mógł dostrzec; na horyzoncie majaczyły tylko cienie gór. Przed nim znajdowały się ciemne drzewa i stawy, połacie poprzecinane żywopłotem i krzewami, i tysiącami roślin posadzonych tak, by tworzyły wielkie wzory, ciągnące się aż po widnokrąg. Wszystko to rozciągało się przed nim, a nawet pod nim, ponieważ aby znaleźć się na poziomie ogrodu, musiał zejść po ogromnych, ale bardzo już zniszczonych i pokruszonych szarych schodach. Ruszył w dół chwiejnie. Czuł, że tej krainy nie może zlekceważyć.
Również nad tą równiną nie było słońca, jedynie czerwonozłota poświata – tutaj jednak czerwień miała przewagę nad złotem.
Na samym dole stał, jakby czekając, mężczyzna i przyglądał się przybyszowi z zagadkowym wyrazem twarzy.
– Dzień dobry po raz wtóry – powiedział i nie czekając na odpowiedź, odwróciwszy się, ruszył wzdłuż brzegu niedużego stawu. Po chwili przystanął pod jednym z drzew i usiadł na siedzisku przypominającym niewielki tron. Zachęcił przybysza gestem, by ten również podszedł.
Po zejściu ze schodów obrócił się, by jeszcze raz zobaczyć wyłom w skale. Od tej strony ściana skalna była wyrzeźbiona przez naturę dużo ciekawiej: mnóstwo linii i kształtów, z których powstawały obrazy...
– Naprawdę dzień dobry – usłyszał za plecami głos. I wzdrygnął się.

— XIV —

– Słabe tętno, coś to nie bardzo...
– Czyżby zapadł w śpiączkę? Nie, to chyba raczej szok...
– Nie, tutaj nic, weźmiemy go zaraz, jak ten młody przyniesie nosze...

***

– Zawsze mnie zastanawia, czemu ludzie tak się oglądają za karetkami, mimo że gdy zobaczą kogoś, komu potrzebna jest pomoc, zwykle starają się patrzeć w drugą stronę i tłumaczą sobie, że to nie oni powinni coś zrobić, wiesz?
– Ścisz po prostu sygnał, to się przestaną obracać.

— XV —

Mężczyzna w pierwszej chwili zdawał się sędziwym starcem z długą białą brodą. Ale teraz, gdy zasiadł na tronie – bo trudno było nie uznać misternie splecionego z żywych gałęzi fotela za swoisty tron – stał się młodzieńcem o bladej twarzy i uderzająco szmaragdowych oczach. Na głowie miał diadem z ogromnym opalem pośrodku.
Niczym król. Królewska była jego twarz, królewskie były jego gesty.
– Witaj w ogrodach ukojenia – powiedział. Królewski był jego głos.
– Dzień... dobry.
– Słyszałeś bicie dzwonów, odkąd zdecydowałeś się zboczyć z traktu, nieprawdaż? – zapytał, patrząc przenikliwie i głaszcząc długimi palcami jedną z gałązek, z których splecony był jego tron. – Byłbym bardzo rad, miły gościu, gdybyś mi coś o tym opowiedział.
Nie takiego pytania się spodziewał. Stał jak wryty nad brzegiem sadzawki i zastanawiał się, dlaczego w ogóle wszedł do tej krainy, zamiast iść w kierunku białego miasta.
– Dawno już nie słyszałem bicia dzwonów. Opowiedz mi – powtórzył ten, który wyglądał na władcę.
– Było ciche, takie odległe... i chyba nie dla mnie – odpowiedział ostrożnie. – Gdzie ja jestem?
– Ależ dla ciebie, na pewno dzwony te biły dla ciebie – rzekł powoli młodzieniec o uderzająco szmaragdowych oczach, uśmiechając się zagadkowo. Milczał dłuższą chwilę, jakby czekając na odpowiedź.
Wtem, zupełnie jakby młodzieniec w czasie chwili milczenia znalazł drogę do jego umysłu, przybysz usłyszał w swojej głowie: Niby dla kogo innego miałyby się odezwać, skoro to właśnie ty znalazłeś drogę do Vale Sansretour? Przecież to jest Dolina bez Powrotu! Widziałeś kogokolwiek, komu jeszcze mogłyby coś ogłaszać? Nie sądzę.
– Tylko że ty zapewne nie masz pojęcia, dlaczego zjawiłeś się w tej dolinie i dlaczego te dzwonnice miałyby dla ciebie coś znaczyć.
– Nie. Chyba nie.
– Więc chodź, coś ci pokażę.
Nie czekając na nic, młodzieniec wstał i podążył piaszczystą ścieżką w głąb ogrodu. Przybyszowi, wciąż rozważającemu słowa, które usłyszał we własnej głowie, nie pozostało nic innego, jak tylko podążyć za nim.

W miarę jak szli przez tę krainę, mijali coraz bardziej posępne, ale zarazem coraz piękniejsze rośliny. Jedno tylko zaskakiwało: kwiaty wszystkich krzewów i drzew były krwistoczerwone. Ich kolor osobliwie mieszał się z wszechogarniającą poświatą.
Wreszcie władca zatrzymał się nad jedną z sadzawek – dosyć dużą – i po chwili zastanowienia wszedł na rozpięty nad nią misterny most z czarnego drewna. Pokazał gościowi gestem, by również wszedł. Gdy ten się zbliżał, młodzieniec o uderzająco szmaragdowych oczach patrzył w niebo.
– Widziałeś kiedyś tęczę? – zapytał niespodziewanie zupełnie innym, odległym głosem. Nie odrywał oczu od nieba, jakby usilnie czegoś wypatrywał lub coś wspominał.
– Tak.
„To było chyba w innym życiu” – dodał w duchu. „Daleko stąd”. Nie mylił się.
Naraz usłyszał w swoim umyśle pytanie: Dlaczego zapytałem o to właśnie ciebie? Nie odpowiedział jednak nic, nie będąc pewnym, czy nie było to tylko wrażenie.
– Zatem – rzekł młodzieniec, przenosząc swe szmaragdowe oczy na gościa i na powrót uśmiechając się dziwnie – spójrz w sadzawkę i powiedz mi, co w niej dostrzegasz.

— XVI —

– Miał przy sobie jakieś dokumenty? Telefon? Cokolwiek?
– Nie, nic.
– Więc pozostaje nam chyba tylko czekać na rozwój sytuacji...
– Przecież kiedyś coś się wyjaśni.
– Mam nadzieję.

— XVII —

– Nic nie widzę.
Woda sadzawki była całkowicie czarna. Nie ukazywała nawet odbicia mostu i stojących na nim dwóch postaci.
Młodzieniec o uderzająco szmaragdowych oczach zasępił się. Widać było, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał; nie wyglądał bynajmniej na takiego, co często się myli i któremu coś mogłoby pójść nie po myśli. Zmarszczył brwi. Spojrzał raz jeszcze w niebo i chyba podjął jakąś decyzję, bo nagle rozchmurzył się, uśmiechnął na swój sposób i rzekł:
– Spójrz jeszcze raz i wyobraź sobie, że widzisz w niej płomienie.
Lustro sadzawki wciąż pozostawało nieprzeniknione i mętne.
Młodzieniec zdjął nagle swój diadem z opalem i cisnął go do wody. Rozległ się cichy plusk.
Naraz na powierzchni ukazały się jakieś formy: zaczęły pokazywać się prądy wodne, jakby niewielkie strumyki, przemieszczając się i niosąc na sobie kształty, które powoli zamieniały się w obrazy.
– I? I co widzisz w tafli?
Zamyślił się.
Niebo rozdarło się, a z wyżyn zstąpiło siedmiu archaniołów...
Zadęto w ogromne trąby...
Świat zatrząsł się w posadach...

– To jest chyba apokalipsa...
Woda oceanów zamieniła się w czerwoną ciecz...
Krew zalała całą ziemię...

– Apokalipsę to i ja widzę – powiedział powoli młodzieniec, a w jego głosie można było wyczuć lekką wesołość albo kpinę – jednak nade wszystko tryumf . – Jest wokół mnie, jest we mnie. Ja nią jestem. Patrz głębiej.
Tłum ubranych na czarno ludzi idących w żałobnym kondukcie...
– To chyba pogrzeb?
Drewniana trumna spuszczana do ziemi...
– Tak, tak. Twój pogrzeb. Odbył się już, odbywa w tej chwili lub odbędzie wkrótce, to przecież nieistotne. Nie. Nie o to chodzi. Patrz głębiej.
Zadrżał, ale spojrzał ponownie.
Wielkie posępne ogrody, kilka sadzawek, nad jedną z nich czarny most...
– To jest to miejsce, gdzie jesteśmy...
– Tak. Ale widzisz nas?
– Widzę siebie i obok mnie starca...
– Patrz głębiej...
Była tam. Stała niewzruszenie pośrodku niewielkiej leśnej polany. Drzewa otaczały ją ciasnym kręgiem, a światło księżyca, prześwitując gdzieniegdzie przez liście...
– Gdzieś już tę chatę widziałem...
– O? – zainteresował się młodzieniec. Uśmiech znikł z jego twarzy. – Widzisz jakąś chatę?
– Tak... Jej drzwi są uchylone... Gdy ją widziałem ostatnio, były zamknięte...
– Ostatnio?
Wtem rozległ się melodyjny głos dzwonów. Młodzieniec podniósł głowę i rozejrzał się, jakby lekko zaskoczony.
Smukła dzwonnica stojąca na moczarach trzęsie się, zapada, a nieopodal niej stoi mężczyzna i się śmieje... Wszystko drży... Mężczyzna o uderzająco szmaragdowych oczach... Unosi ręce, nakłada diadem... Wieża nagle przestaje się zagłębiać w sadzawce i zaczyna wynurzać, a dźwięk dzwonu zaczyna rozbrzmiewać rozpaczliwie...
Zaskoczenie młodzieńca ustąpiło wesołości: uśmiechnął się zagadkowo, włożył na głowę trzymany w rękach (czyżby nie wrzucił go do sadzawki?) diadem z opalem i zszedł z mostu. Przez moment znowu wydawał się starcem z białą brodą.
– Dies Irae* – szepnął, nie odwracając się do swojego gościa, i niespiesznie ruszył w stronę tronu z żywych roślin.

— XVIII —

– On chyba umiera.

— XIX —

Wybiegł spomiędzy wierzb i pomknął traktem ku zatoce. W głowie wciąż słyszał echo dzwonów.

Naraz echo zmieniło się w rzeczywisty dźwięk. Gdzieś daleko rozbrzmiewała dzwonnica. Mógł niemal wyczuć, jak wibracje biegną ku dzwonnicy znajdującej się przed nim. Biegną dużo szybciej niż on.

Młodzieniec o uderzająco szmaragdowych oczach zasiadł na tronie, zamyślony. Wydawało mu się, że słyszy...

Wbiegł do miasteczka.

Spóźniłeś się – usłyszał głos.

I dźwięk dzwonów otoczył go zewsząd.

— XX: O jeden wieczór za daleko —

Otworzył oczy. Zamrugał.
– On jednak żyje – powiedział ktoś z niedowierzaniem.
Natychmiast pochyliło się nad nim kilka osób, wpatrując się weń uporczywie.
– Która jest godzina? – zapytał. Żadne inne rozsądne pytanie nie przyszło mu do głowy.
Zdziwienie. Ktoś dał komuś innemu jakiś znak ręką.
– Pół do jedenastej wieczorem.
Zapadła cisza.
– O kurwa – warknął i zerwał się z łóżka, po czym nie bacząc na nic, odepchnął białe postacie i wybiegł z sali.
Ponownie zapadła pełna konsternacji cisza.
– Albo padliśmy ofiarą głupiego dowcipu... albo cudu, albo zbiorowej halucynacji. W nic innego nie chce mi się wierzyć – skonstatował stojący najwyżej w szpitalnej hierarchii doktor. – Proszę się rozejść.

— XXI —

Młodzieniec o uderzająco szmaragdowych oczach uniósł ukoronowaną diademem głowę i spojrzał na szczyt schodów. Pojawiła się tam młoda dziewczyna. Przez moment można było odnieść wrażenie, że nadeszła przygarbiona stara kobieta, ale w mgnieniu oka wizja przeminęła.
Zaczął głaskać jedną z gałązek tworzących jego tron.
– Dobry wieczór – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się z lekka, i zaczęła schodzić ze schodów.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się.

— XXII —

Noc była ciemna. Ulicę rozświetlały nieliczne latarnie i neony.
Gdy dobiegł do upragnionego miejsca, dzwon kościoła – zadrżał, tyle razy już przecież dziś to słyszałem – uderzył trzy razy.
Wszedł do opustoszałej kawiarni.
Podszedł do stolika pod ścianą.
– Spóźniłem się – powiedział do siedzącej dziewczyny. Uniosła wzrok znad książki.

— XXIII —

Dziewczyna o oczach jak akwamaryn stanęła przed młodzieńcem o uderzająco szmaragdowych oczach. Ona stała, on siedział. Patrzyli się na siebie. Po chwili wstał i zdjął z głowy diadem.
– Przychodzę cię rozczarować – powiedziała i w całym ogrodzie rozbrzmiał na krótko jej śmiech. A on uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby ironicznie, i spojrzał jej głęboko w oczy. Szmaragd przeszył akwamaryn.
– Jak, w jaki sposób, skoro to ja jestem rozczarowaniem? – zapytał pogodnie. – Zapewne to ja muszę ciebie rozczarować...– Włożył diadem z powrotem na głowę. – Może tymczasem chciałabyś poznać moje ogrody?

— XXIV —

Usiadł naprzeciw dziewczyny. Gdy na nią spojrzał, poczuł dziwny ścisk w gardle. Nad nią wisiał zegar. Widział jego wskazówki doskonale.
– Spóźniłem się. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Ale to już ostatni raz. – Jego głos musiał zabrzmieć dziwnie.
Zerknęła na niego spokojnie i odrzekła:
– Wierzę ci. Dotychczas zawsze byłeś punktualny.
– Naprawdę nie masz pojęcia, jak bardzo się dziś spóźniłem. Nie ja jeden zresztą. Wiele się dziś spóźniło.
Jej wzrok wyrażał rozbawienie.
– Nie tłumacz się już. Cieszę się, że jesteś, bo twój urwany telefon mnie wystraszył. Bałam się, że coś ci się stało. Całkiem dobrze mi się czytało, wreszcie miałam chwilę spokoju. Prawdę mówiąc, bardzo mi się to przydało. Nadrobimy zaległości. Tak teraz zastanawiam się, czy naciągnąć panią na coś z delikatną domieszką alkoholu, mam już dość kawy, przecież szykuje się naprawdę piękny wieczór...
Nagle jego wzrok padł na tytuł książki, która przed nią leżała. Zaschło mu w gardle.
– Wiesz, ja się napiję chyba tylko wody.
– Naprawdę? Coś się stało? Do... dobrze się czujesz? Blady jesteś...
Wciąż nękany dziwnym uczuciem w gardle, tylko skinął głową. Podjął decyzję. Wstał.
– Nie mogę się spóźnić – powiedział.
W jej spojrzeniu pojawiło się zdziwienie.
– Co?
– Do widzenia – rzucił. I wypadł.
Dzwon wybił jedenastą.

— XXV —

– To w tym miejscu stałeś, gdy wydźwignąłeś z sadzawki dzwonnicę? – zapytała dziewczyna. Stali na brzegu, tuż obok mostu z czarnego drewna.
– Tak, to właśnie tutaj – odparł.
Przez moment oboje wpatrywali się w ciemną wieżę wyrastającą pośrodku sadzawki. Każde z nich zdawało się wspominać co innego.
– Dawne czasy. Wiele się od tego czasu zmieniło – westchnęła.
– Przeciwnie. Nic, co jest naprawdę istotne, nie uległo zmianie.
– Tutaj właśnie się różnimy. Nigdy do końca nie pojęłam, po co to wszystko zrobiłeś. Dla satysfakcji?
Zamilkł na dłuższą chwilę, nim podjął się odpowiedzieć.
– Przemówiłem do ziemi, powietrza i wody, by cała moja kraina stała się Bytem takim jak wszystkie pozostałe, którymi przechadza się człowiek po śmierci. Stwórcą nie jestem i nigdy nie uzurpowałem sobie takiego tytułu. Nie jestem szaleńcem. I wbrew temu, co wszyscy pragną o mnie sądzić, nie jestem wrogiem ludzi. Wrogiem! Wiesz, z upływem czasu coraz bardziej uświadamiam sobie, że moja wizja była prawdziwa. Dwie dzwonnice: jedna przyzywająca duszę do Doliny, by mogła wszystko po śmierci przemyśleć, i druga – wzywająca duszę do opuszczenia Doliny na zawsze... przecież to przeczy idei wolności: czemuż każdy wędrowiec po śmierci nie miałby mieć możliwości zrezygnowania z dalszej drogi? Daje się mu przecież czas do namysłu. Tak jakby wybór był przesądzony.
– A ty, gdybyś mógł...
– Nie – przerwał jej spokojnie, ale stanowczo. – Nie żałuję. Żyję dokładnie tak, jak pragnie moje serce. Ci zaś, którzy chcą podobnie... odejść, osiągnąć spokój w odosobnieniu – świadomie do mnie dołączają. Nie nakłaniam. Składam ofertę – i ofiarowuję to, o co się mnie prosi. Tylko to, co jestem w stanie dać. Dochodzę do wniosku, że właśnie taka rola była mi pisana od samego początku.
– Przecież doskonale wiesz, że robią tak tylko dlatego, że nie rozumieją wszystkiego w pełni.
– Rozumieją, na ile chcą – uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd zaczął mówić. – Nie każę inaczej. Nie chcą głębiej. To nie ja powinienem im tłumaczyć, co zostało pomyślane i postanowione, zanim się urodzili. Chyba nie odbierzesz im wolnej woli?
– Nie. Natomiast rozczaruję ciebie.
– Doprawdy tak sądzisz? – zakpił. – Zabierzesz ich? Zaprowadzisz przed jego tron, mimo że będą się ociągać, narzekać, pełni niedowiarstwa? Nie wierzę. Do Piekła wchodzą ci, którzy chcą, i pozostają ci, którzy chcą.
– Słusznie. Niech i tak będzie. Powiem ci co innego.
– Słucham.
– Myliłeś się.
– Myliłem?
– Tak. Wtedy gdy mówiłeś temu chłopakowi, że dzwony biły dla niego. Owszem, biły. Ale nie wtedy.
– I?
– I powinieneś wiedzieć, że biły dla ciebie. – Westchnęła ciężko. – Zawładnąłeś tą krainą, myśląc, że ci, dla których nie ma powrotu – śmierć to skuteczna brama, wiesz o tym – zamiast ku przystani, skręcą do ciebie. I nie myliłeś się! Zrozpaczony beznadzieją swoich pociągnięć wzniosłeś samodzielnie trzecią dzwonnicę, aby mogła przyzywać do ciebie ludzi. Ale mało co jest bezpowrotne. Ten chłopak, który dziś ujrzał chatę w twojej sadzawce, znalazł dla siebie drogę właśnie tamtędy – przez twoją dawną chatę. Musiał cię mocno przestraszyć. Nie dostrzegł twojej dzwonnicy – byłam tym naprawdę zdumiona, przecież nawet ja ją widzę. – Podniosła oczy na ciemną wieżę stojącą parę metrów przed nią. – Nie mogła zabić dla niego, więc zabiła dla ciebie. Mimo że zjawił się w Vale Sansretour, mimo że usłyszał bicie dzwonów, musiał dostać jeszcze trochę czasu. Wymknął się z dróg, po których chadzają umarli – to naprawdę wielkie wydarzenie. Odwieczny ład... zresztą, sam rozumiesz najdoskonalej. Sam ten ład przecież zburzyłeś dawno temu.
– Dolina bez Powrotu. To chyba coś nie tak?
Dziewczyna o oczach jak akwamaryn spojrzała na młodzieńca. Wyciągnęła rękę i zdjęła z jego głowy diadem. Przyjrzała mu się uważnie, po czym odwróciła się i weszła na most. Most, który przebiegał tuż obok dzwonnicy.
– Trochę źle zrozumiałeś. Vale Sansretour, zaiste Dolina bez Powrotu, została nazwana tak nie ze względu na wędrowców, a na ciebie, Szatanie. I to tyś ją tak nazwał, to tyś tę nazwę powtarzał tym, którzy zboczyli do twojej krainy. Za przystanią znajduje się morze, przez które dusze odpływają – ty jednak wiesz, że morzem odejść nie możesz. Tamtędy zaiste nie możesz, nie dla ciebie! Ale... Piekło bez powrotu. Idea tak szaleńcza jak ty.

— XXVI —

Szedł, jak tylko najszybciej umiał. Czas go gonił. Drżał na myśl, że mógłby nie zdążyć.
Do domu wracam, jak...

— XXVII —

– Nazwana tak tylko dla mnie? Nie ma dla mnie powrotu? – uśmiechnął się mężczyzna. – I nic dziwnego. Ja przecież nie chcę powrotu.
Jej śmiech ponownie rozbrzmiał w całym ogrodzie. Uniosła trzymany w rękach diadem z opalem.
– Nie chcesz powrotu? Jeszcze nie – rzekła.
Zachęciła go gestem, by wszedł również na most. Gdy to zrobił, cisnęła jego diadem do wody.

— XXVIII —

Wszedł do domu kilka minut przed północą. Nie zapalał świateł.
Nie ma po co.

— XXIX —

Tafla zawirowała.
– Widzisz coś? – zapytała bardzo cicho.
– To, co widzę zawsze – odparł znudzonym głosem, nie patrząc w ogóle na wodę. – Wiesz doskonale, kim jestem. Wiesz doskonale, co mogę widzieć w sadzawce, skąd powołałem...
– Wiem, wiem – przerwała mu niecierpliwie. Nie przyszło jej to jednak łatwo: jego głos miał w sobie tyle pewności, że trudno było się sprzeciwić. – Tyle że dziś zdziwiłam się już wielokrotnie. I właśnie dlatego nalegam, byś spojrzał.
Spojrzał. Milczał długo, nim przemówił ponownie.
– Czy moja chata może coś oznaczać?
– A jak myślisz?
Zamyślił się.
– Już nie bez powrotu? Dolina nie jest wcale Doliną bez Powrotu? Drogę do tego, co jest poza śmiercią, można znaleźć poza Vale? Brama nie została przede mną zatrzaśnięta? Mogę stąd odejść, wszyscy mogą odejść, i...
Uśmiechnęła się.
– Jesteś rozczarowany?
Zamyślił się raz jeszcze.
– Tylko trochę.
Zostawił ją samą na moście. Spojrzała na sadzawkę i o czymś sobie przypomniała. Zeszła z mostu, ale z przeciwnej strony niż młodzieniec. Nie obróciła się więcej. Jej akwamarynowe spojrzenie nie padło na żadną z roślin, których pełen był ogród. Jeden czas już odszedł, drugi zaś jeszcze nie nadszedł, pomyślała.
Siadając z powrotem na tronie, wiedział, że już jej nie ma w jego ogrodach. Spojrzał na swój diadem z opalem, który cudownym sposobem znalazł się z powrotem w jego rękach. Zawahał się, zanim ponownie się nim ukoronował.

— XXX: Dzwonnica Przedwiecznej Nadziei —

Ciemność nagle stała się inną ciemnością. Poczuł to.
– Spóźniłaś się – powiedział w tę inną ciemność.
Ktoś stał pod drzwiami, wiedział o tym. Był tego pewien. Czuł to.
– Myślałeś, że nie przyjdę? – usłyszał w odpowiedzi.
– Myślałem, że nie możesz się spóźnić.
– Zdarza się.
– Tylko że czas już minął.
– Nic istotnego nie minęło, bądź o to spokojny – jej śmiech zabrzmiał dziwnie pośród ciemności. – Przed chwilą się o tym przekonałam po raz kolejny. Wierz mi, że tobie się już nie spieszy. Mnie także nie.
Nie odpowiedział nic, nieco urażony jej rozbawieniem. Zrozumiała to i natychmiast spoważniała.
– Zastanawiałeś się nad tym, co powiedział nasz młodzieniec o uderzająco szmaragdowych oczach?
– Szatan?
– Właśnie on.
– Chyba nie zrozumieliśmy się za dobrze. Myślałem, że przez niego spóźniłem się do Przystani i straciłem szansę, i już zawsze będę musiał u niego zostać... Właściwie sądziłem nawet, że tego chcę.
– On by ci powiedział, że faktycznie będziesz musiał...
– A nie jest tak?
– Nie. Chociaż zdaje się, że on wciąż nie może w to uwierzyć i nieprędko się przekona. Mistrzów niełatwo przekonać do czegokolwiek, co nie jest zgodne z ich wyobrażeniem świata. Woli ufać w wieczność dokonań i wyborów. Łatwo jest w to wierzyć, bo wydaje się to sprawiedliwe i proste. Wtedy czuje, że nie ma sensu żałować, i jest spokojny. Popełnić coś, czego się robić nie powinno było, i nie żałować nadaremnie! To mu bardzo odpowiada. Ja na jego miejscu... cóż, też bym tak pewnie postąpiła.
– A co z ludźmi?
– Ludźmi? Tymi, którzy trafiają do jego krainy? Duszami potępionymi? Stają się dobrowolnie roślinami jego ogrodu. Im to także odpowiada, czują, że nikomu nie przeszkadzają, że nie muszą żałować... Nie spotykają tych, których skrzywdzili, ani tego, którego zawiedli... Osiągają spokój, o jakim im się za życia nie śniło. Upragniony letarg. A on powtarza im własne przekonanie, że jego królestwo jest wieczne niczym Dolina bez Powrotu. Ma taką nadzieję: na wieczny spokój, izolację, byleby nie musiał przyznać się do błędu i za niego żałować. Dobrowolna wina. Nie wiedzą nawet, że poddają się jednocześnie dobrowolnej karze. Nikt ich na nic nie skazał – skazali się sami.
– Skąd się wzięła chata myśliwego? To takie... strasznie niepodobne do Doliny, Wzgórza, Tarasu, Przystani...
– Bo to jego dawna posiadłość. I wcale nie była dotychczas traktem umarłych. Jesteś pierwszym, który tak naprawdę ją zobaczył... i który przyjął jej widok. Widać Dolina nie przyciąga już jak niegdyś. Śmierć zaczyna chadzać własnymi drogami. A ja muszę je tropić...
– Jego posiadłość? Szatana?
– Owszem. Pozostałe miejsca były już wcześniej. Prawie od stworzenia świata. Nie bez powodu nazwał ją chatą myśliwego. Uważał się za myśliwego... Nie, źle mówię. Naprawdę był łowcą. Mistrzem Łowcą. Dawne czasy, gdy i on był jednym z Mistrzów... Kiedyś, gdy wszystko na świecie się wyjaśni, zrozumiesz. W każdym razie był Mistrzem Łowcą, nim zbudował sobie krainę, gdzie wszyscy ludzie przeświadczeni o beznadziejności mogli znaleźć to, czego szukali – pustkę... Przyznasz, że to nie taki zły plan. Wielu złych ludzi odchodzi z tego świata i gdy przechodzą przez dolinę Vale Sansretour, gdy uświadamiają sobie, ile zła uczynili, boją się dotrzeć do przystani i odpłynąć – tak, jak każdemu jest pisane. Spotkaliby wszystkich tych, których skrzywdzili. Więc zawracają po drodze i znajdują spokój u niego. Mogłoby się to z jego strony zdać szlachetne...
– A czemu ja?
– Czemu zanim poszukałeś drogi przez Dolinę, zawędrowałeś we śnie do chaty?
– Właśnie.
– Myślę, że spotkasz jeszcze Mistrza Dzwonnika lub któregoś z Mistrzów Dziejów – oni być może udzielą ci prawdziwej odpowiedzi. Nie wiem. To nie ja cię tam przywołałam. Nie ukrywam, że mnie to martwi i naprawdę będę musiała tą sprawą się zająć. O mało co byłabym się nie dowiedziała w ogóle, że dziś mam z tobą spotkanie, tak dziwnymi drogami poszedłeś! Ale zauważ: w przeciwieństwie do innych, którzy się śmierci boją, ty, gdyś ją zobaczył, nie uciekałeś, nie odwracałeś się tyłem, wmawiając sobie, że to ciebie nie dotyczy... Widzisz, ludzie wolą nie dostrzegać śmierci, tak im łatwiej żyć... Gdyby mieli ujrzeć chatę myśliwego, niezawodny omen, uciekliby czym prędzej... wielu tak robi. Tymczasem ty z ofiary stałeś się myśliwym. To chyba istotniejsze, niż przyczyna.
– Z ofiary myśliwym?
– Nie inaczej. Śmierć miała upolować ciebie, a to raczej ty upolowałeś ją. Mimo że się spóźniła.
– Ale ja jej nie chcę.
– To nic nie znaczy.
– Ja chyba nic nie rozumiem.
– Nie musisz.
Zapadła na chwilę cisza.
– Co będzie dalej? – zapytał, gdy uświadomił sobie, że nie słyszy tykania zegara.
– Dalej? – zainteresowała się uprzejmie, ale jej mglisty głos sugerował, że pytanie wyrwało ją z zamyślenia. – Zapewne będzie siedział na swoim tronie i dawał ukojenie tym, którzy go o to poproszą. Będzie ich wielu, bardzo wielu. Ale potem zrozumie, że w ten sposób nie można wiecznie trwać. Dolina nie jest wieczna. Poniekąd jesteś tego dowodem: oto nie dla wszystkich jest już ona drogą w zaświaty. Ponadto dziś właśnie uświadomiłam mu, że żadna decyzja nie jest ostateczna. Dziś także spowodowałeś, że jego dzwonnica – która nie mogła zabić dla ciebie – zabiła dla niego. Któregoś dnia jego spokój przeminie, a wtedy... no cóż, ogrody opustoszeją. Grzesznicy a ludzie dobrzy... Grzesznik to człowiek, który w istocie potrzebuje dużo czasu. A czasu mamy sporo.
– Dlaczego właśnie dziś poszłaś do niego?
– Bo właśnie dziś ktoś wszedł do Piekła i w nim nie pozostał. I w dodatku droga tego wędrowca wcale tamtędy nie biegła. Potrzebowałam też jego rady.
– I uzyska przebaczenie? On i wszyscy?
– Już dawno je uzyskali, tylko oni wciąż tego nie chcą przyjąć do wiadomości. Łatwiej przebaczyć niż prawdziwie przyjąć przebaczenie. Uzyskać przebaczenie znaczy często przyznać się do porażki lub nawet zostać upokorzonym. Jest Mistrzem i nie nadszedł jeszcze czas odmienienia świata, by którykolwiek z Mistrzów mógł stracić... ale ty mnie w ogóle nie słuchasz.
– Piekło to straszne miejsce.
– Nikt nie przeczy.
– Pełne głupoty.
– Tak by to można ująć.
– Co dalej?
– A, chodzi ci o ciebie?
– No.
– Pójdziesz do chaty. W dolinie, którą ten biedak nazywa Vale Sansretour, już byłeś, nie skorzystałeś też z Przystani – bo nie chciałeś, bo nie zdążyłeś, bo nie było ci pisane – można to różnorako interpretować. Pozostała dla ciebie tylko chata. Widziałeś w sadzawce, że jej drzwi zostały uchylone. Wejdziesz do niej nie jako ofiara, zapędzona niczym w pułapkę, ale jako... – urwała i rozejrzała się wokoło, badając ciemność.
Zorientowała się, że mówi sama do siebie. Spojrzała na ciało leżące przed nią.
Dla ciebie nie będzie Dnia Gniewu, pomyślała, nim powróciła do dzwonnicy górującej nad białym miastem. W ogóle nie będzie. Ludzie się zawiodą.
Zawiodą, bo naprawdę tego chcą.

Valaraukar
13.10.2006, 15:53

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Larsefuria

To przypomina "Ptaśka"-wnosi coś do życia, ale nie wiesz co. Brak tu jakiegoś uderzenia na koniec, albo kolejnej części. Stworzony przez Ciebie świat jest genialny, szkoda, że sięgnąłeś po tanie motywy również. Generalnie to wyróżnia się w tę dobrą stronę. Przynajmniej jak dla mnie. szacunek.

26.10.2006, 20:26
moi

bardzo spodobało mi się wyobrażenie diabła hmm... młodzieniec o uderzająco szmaragdowych oczach

21.10.2006, 23:29
Misza

Naprawdę interesujące, każe się zastanowić. Tylko tyci za bardzo, hmm..., zawiłe.

21.10.2006, 12:42
Krzywa

To właśnie to opowiadanie miało rzekomo pojawić się w lutym?

20.10.2006, 13:18
V.

Szczera odpowiedź byłaby za długa. W skrócie: długo i niedługo zarazem. Powiedzmy, że zostało napisane w ciągu kilku dni, natomiast ewoluowało (tj. fragmenty zmieniały się, odpadały, wracały, bohaterowie dochodzili, odchodzili)... hu hu, ponad pół roku. Prawie rok. Nie wiem.

19.10.2006, 20:29
Uhu

Tak się spytam i liczę na szczerą odpowiedź: jak długo to pisałeś V.?

18.10.2006, 18:36
Andromeda Mirtle

Z Mierzeją doszłyśmy do wniosku, że ona czytała Pratchetta. Pewnie "Kosiarza", bo główny bohater przypomniał sobie o śmierci.

18.10.2006, 08:44
Mig ;-)

Szacuneczek dla Mistrza Strefy Fikcji. Dla jej redaktora (NAWET TERAZ) - Valaraukara.

17.10.2006, 21:10
Andromeda Mirtle

Poza tym ten tekst mnie pocieszył. Myślałam, że opowiadanie, które teraz piszę, jest zbyt chaotyczne. Ale w porównaniu wychodzi na całkiem uporządkowane. Dzięki :)

17.10.2006, 17:56
Andromeda Mirtle

Aha, i podobało mi się to przeistoczenie z ofiary w łowcę. Ale wydaje mi się, że zabrakło jakiegoś takiego wyrazistego zakończenia, które byłoby w miarę charakterystyczne i zapadające w pamięć.

17.10.2006, 17:52