Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Kot Apokalipsy, cz. IV

Wiele godzin, dni, miesięcy minęło od ostatniego pojawienia się Filipinkii w Strefie Fikcji; teraz czeka na Was jej wielki powrót w jeszcze większym stylu! Kolejna część szalenie rozrywanego opowiadania traktującego o Kocie Apokalipsy i wszelkich jego wymysłach, i szalenie ciekawych kontynuacji z części poprzedniej.
Chciałbym przypomnieć o przysyłaniu opowiadań. Przysyłajcie, przysyłajcie, przysyłajcie, bo Strefa to nie pierwotniak – sama nie płodzi (nie dzieli się), więc trzeba Waszej pomocy, by przetrwała w jako takim stanie...
— Assarin (assarin@onet.eu)

Kot Apokalipsy, cz. I
Kot Apokalipsy, cz. II
Kot Apokalipsy, cz. III





Artemis nie wierzył we własne szczęście. Wszystko wydawało się być takie nierealne, nieprawdopodobne, wręcz absurdalne. Jeszcze kilka godzin wcześniej mógłby przysiąc, że będzie szukał przynajmniej przez kilka kolejnych dni. Dziwnym, a może raczej pomyślnym zbiegiem okoliczności, tak się nie stało.
Teraz musiał z nią porozmawiać, wyjaśnić wszystko, uświadomić jej wagę sytuacji. Kot uważał tę część zadania za najtrudniejszą, ponieważ nigdy nie potrafił rozmawiać z dziewczętami. Problem stawał się tym większy, że bywał dosyć porywczy i nerwowy, co mogło wpłynąć niekorzystnie na obrót sprawy. Jednak musiał to zrobić jak najlepiej potrafił. W końcu losy świata spoczywały w jego łapkach.
Słońce powoli zachodziło. Artemis usiadł na niewielkim placyku otoczonym ze wszystkich stron przez smukłe i wysokie retonie. Spojrzał w niebo, które nabrało wszelkich odcieni różu i fioletu, aż po głęboki granat. Zaczęły błyszczeć pierwsze gwiazdy.
Księżyc nie spieszył się. Wschodził powoli, ślimaczym wręcz tempem. Artemis cierpliwie czekał, aż ukazał się w całej okazałości. Wtedy to przyjrzał się jego świetlistej tarczy. Nów miał nadejść za dziesięć dni. Musiał się pospieszyć.

***

Słońce wisiało wysoko nad horyzontem i rzucało blade światło na Wieżę Słońca. Marie była już na lekcji. Artemis zadarł nos do góry, aby znaleźć okno, w którym kilka dni temu ukazała się dziewczyna. To problemu mu nie sprawiło, jednak dostanie się tam mogło być nieco kłopotliwe.
Wstał i przeciągnął się mimo woli. Wyszedł spomiędzy rozłożystych liści argoni, które dawały mu przyjemny cień. Stwierdził, że lewitacja mogłaby być zbyt zuchwała, bowiem gdyby ktoś go zobaczył, zapewne bardzo by się zdziwił. Latający kot nie jest widokiem codziennym.
Okno Marie było drugim od góry i wyglądało na wschód. Kot uznał, że powinien trafić.
Skoro nie oknem, to trzeba wejść drzwiami. Wślizgnięcie się niepostrzeżenie do Pałacu również nie należało do zadań prostych. Jednak Artemisowi ten pomysł przypadł do gustu bardziej niż poprzedni. Pomyślał również o miękkim łóżku w chłodnym pokoju, na którym będzie mógł się wylegiwać czekając na powrót dziewczyny z zajęć. Na dotarcie tam miał nie więcej niż dwie godziny. Artemis zebrał się w sobie i ruszył w kierunku potężnych, drewnianych drzwi.

***

– Aaaaaa! – Krzyk rozdarł ciężką ciszę wiszącą nad dziedzińcem i poniósł się dalej nad ogrodami. – Co to brudne zwierzę robi w mojej kuchni?!
Szczupła kobieta o bystrych, nieco wyłupiastych oczach, chwyciła miotłę i skierowała się w stronę wciśniętego w kąt pomieszczenia czarnego kota. Stworzenie najwyraźniej wyczuwając zagrożenie czmychnęło pod drewnianą szafę na rondle.
– Brudne... też coś... – mruknął oburzony Artemis.
– Wygonić mi go stąd, ale już! – Kucharka miotała się po całym pomieszczeniu szukając czegoś czym mogłaby kota wywabić z kryjówki, a następnie wyrzucić go na dwór na zbity pysk. – Kto go tutaj wpuścił? – Kobieta była coraz bardziej rozhisteryzowana i przez nieuwagę straciła kilka garnków na ziemię. – Słucham! Kto to zrobił?!
Nikt się nie odezwał. Wszyscy znali już ten spektakl na pamięć. Kobieta ponownie złapała miotłę i próbowała wygonić nią kota spod szafy. Artemis tylko na to czekał. Wystrzelił z kryjówki i wymknął się z kuchni przez uchylone drzwi. Histeryczne krzyki kucharki towarzyszyły mu jeszcze przez całą długość korytarza. Umilkły, gdy tylko zniknął za zakrętem.

***

Pałac był jednym wielkim labiryntem. Artemis szedł powoli i przyglądał się wszystkiemu co mijał, a im dalej zagłębiał się w kolejne korytarze, tym bardziej utwierdzał się w owym przekonaniu. Już kilka razy był zmuszony wracać do jakiegoś punktu orientacyjnego. Niestety, bywało i tak, że wychodząc z jakiegoś pokoju, nie trafiał z powrotem na korytarz, a do zupełnie innego pomieszczenia, które niekiedy, znajdowało się w całkowicie innej części Pałacu.
Kluczył tak przez dobrą godzinę, nie mogąc odnaleźć odpowiedniej drogi, która mogłaby go doprowadzić do Wieży Słońca. Kiedy minął po raz szósty popiersie Joanny Lynn, czarodziejki, której sławę przysporzyło rozbudowanie pałacowej biblioteki oraz wynalezienie kilku ciekawych specyfików, Artemis zaczął tracić panowanie nad sobą.
Po kolejnych piętnastu minutach podszedł do okna i zaklął. Zachód. Był w zupełnie innej części Pałacu. Mrucząc pod nosem, ruszył wzdłuż korytarza.
Po kolejnej godzinie, kiedy minął popiersie Joanny Lynn już po raz dziewiąty, zdesperowany i zmęczony, postanowił zrezygnować i wyjść z Pałacu. Może jutro będzie mieć więcej szczęścia? Dziwnym trafem, znalazł się nagle we wschodnim skrzydle. Nie zamierzając zmarnować tej jednej na milion okazji, ruszył ostrożnie w kierunku północnym.
Artemis odetchnął z ulgą, gdy dotarł do Wieży Słońca. Dopiero, gdy stanął przed drzwiami pokoju dziewczyny, zaczął się zastanawiać, jak przez nie przejdzie. Były zapieczętowane zaklęciem i nie było najmniejszych szans, aby je przełamał. Dziwne, że wcześniej o tym nie pomyślał. Z niedowierzaniem stwierdził również, że kilkugodzinna wycieczka po Pałacu poszła na marne.
Usiadł pod drzwiami i zamyślił się. Po chwili zastanowienia, z widoczną rezygnacją, skierował się na szczyt wieży.

***

Marie szła powoli wspominając wydarzenia lekcji. Dzisiaj kontynuowali zajęcia związane z wodą. Sylvia po raz kolejny się nie popisała. Marie uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie czerwonej z wysiłku na twarzy dziewczyny. Ostatnio mogła nieco odetchnąć, bo Sylvia i jej koleżanki zupełnie ją ignorowały, co można było uznać za pewną poprawę, biorąc pod uwagę ich ciągłe kpiny i docinki.
Wspięła się powoli po wąskich schodach w Wieży Słońca. Podeszła do drzwi swojego pokoju, wyszeptała hasło, a drewniane skrzydło otwarło się z jękiem. Dziewczyna już chciała przestąpić przez próg, gdy zauważyła coś, czego stanowczo w pokoju być nie powinno. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Uniosła powieki i cicho westchnęła. Na jej łóżku leżał znajomy, czarny jak sadza kot.
Stworzenie uniosło głowę i spojrzało na nią zielonymi ślepiami z zainteresowaniem. Dziewczyna nadal stała w bezruchu.
– Co tak stoisz? – Usłyszała. – Kota nie widziałaś?
Marie weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

***

– Gadający kot... Czemu mnie to nie dziwi? – powiedziała dziewczyna.
– Może, dlatego że to nic nadzwyczajnego? – odparło inteligentnie stworzenie.
– Nic nadzwyczajnego? – Dziewczyna skarciła go wzrokiem. – Raczej nieczęsto spotykam gadające koty.
– Ale mimo wszystko nie wyglądasz na przestraszoną albo zaskoczoną.
– Zdążyłam się przyzwyczaić do takich zjawisk. – Dziewczyna usiadła na skraju łóżka i przyjrzała się stworzonku. – Ale zapewne wizyta gadającego kota w moim pokoju nie jest przypadkowa, prawda?
Zwierzę przyjrzało jej się uważnie.
– Owszem – odparł. – Ale zanim przejdę do rzeczy to chciałbym cię prosić, abyś zwracała się do mnie po imieniu. Nie lubię, gdy inni zwracają się do mnie per „kocie”.
– Imię? – zapytała dziewczyna. – Robi się coraz ciekawiej...
– A niby, co jest takiego ciekawego w imieniu? – Kot był wyraźnie zirytowany.
– Nie, nic. Mów dalej.
– Jestem Artemis i mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia Marie...
– Skąd wiesz, jak się nazywam? – zaperzyła się dziewczyna.
– Wiem dużo więcej, a to skąd mam pewne informacje nie jest istotne...
– Ależ owszem, bardzo istotne. – Marie wydawała się być z jakiegoś powodu spięta. – Więc...?
Kot spojrzał na nią z dziwnym wyrazem na pyszczku.
– Uwierz mi, wcale nie ułatwiasz mi pracy.
– Pracy? A cóż takiego do roboty może mieć KOT? – Dziewczyna wydawała się być zarazem rozbawiona i zdenerwowana.
– Jeśli tylko mi pozwolisz, wszystko ci wyjaśnię. – Artemis wziął głęboki oddech. – Marie, jesteś Wybrańcem.
Kot przewidział, że dziewczyna mogłaby mu nie uwierzyć, przerazić się lub nie zrozumieć, co miał na myśli. Ku jego największemu zdziwieniu, dziewczyna wrzała z wściekłości.
– Wybrańcem, tak? – wysyczała przez zaciśnięte zęby.
Artemis kiwnął głową.
– To nie jest śmieszne – warknęła Marie.
– Śmieszne? – Artemis nie potrafił wydusić z siebie niczego ponad to.
– Sylvia, czy ty naprawdę myślałaś, że nabiorę się na taki kiepski numer? – krzyknęła.
Kot powoli zaczynał rozumieć, dlaczego ta spokojna i delikatna dziewczyna, tak dziwnie się zachowywała. Pewnie owa szatynka często jej dokuczała i Marie zapewne pomyślała, że to jej kolejny pomysł, aby ją upokorzyć. W Artemisie wezbrała nagle ogromna fala współczucia.
– Słuchaj... – odezwał się cicho i spokojnie. – Czy pozwolisz mi wyjaśnić?
– A co tu jest do wyjaśniania? – Głos dziewczyny był zimny niczym lód. Artemisowi aż dreszcze przebiegły po plecach. W oczach Marie zalśniły perliste łzy złości.
– P... proszę... – jęknął. To słowo ciężko przeszło mu przez gardło. – Mylisz się.
Dziewczyna patrzyła na niego oczami pełnymi gniewu i łez. Kiwnęła jedynie głową.
– To nie jest żaden dowcip – powiedział na wstępie. – Zostałem wysłany z bardzo ważną misją odnalezienia Wybrańca. Zbliża się Apokalipsa i tylko on bądź ona, może jej zapobiec. Wyrocznia...
– Jaką mam pewność, że nie kłamiesz? – przerwała mu wciąż sceptyczna dziewczyna.
Artemis z żałością pomyślał o krysztale. Gdyby go miał, mógłby dziewczynie udowodnić, że to ona została wybrana, ale kryształ spoczywał gdzieś między tsujami w pałacowych ogrodach... I nagle olśniła go wspaniała myśl.
– Powiem ci o czymś, czego nikt inny nie może wiedzieć – rzekł po chwili namysłu.
– A cóż takiego? – Na twarzy dziewczyny pojawił się drwiący uśmieszek.
– Wczoraj podczas przechadzki w ogrodach, pomiędzy tsujami coś znalazłaś.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się w niemym zdumieniu.
– Był to kryształ na czarnej wstążce, prawda? – Artemis spojrzał na zastygłą twarz Marie.
– Skąd... o tym wiesz? – zapytała z przestrachem.
– Bo... – Kot zawahał się. Gdyby jej powiedział, że ją śledził, mogłaby stracić do niego zaufanie, które tak usilnie starał się w niej wzbudzić. – To dosyć skomplikowane.
Twarz dziewczyny stężała, jednak nic nie powiedziała. Artemis zrozumiał, że popełnił błąd. Poważny błąd.
– Posłuchaj – powiedział nieco bardziej suchym tonem. – Możesz mi nie wierzyć, twój wybór. Ale jeśli mi nie zaufasz, to...
– To, co? – Marie nadal była wzburzona.
– To cały świat będzie w niebezpieczeństwie i to z twojej winy! – warknął Artemis. Miał już dosyć grania grzecznego i milutkiego. Tym bardziej, że nie dawało to żadnych rezultatów.
– Co masz na myśli? – Dziewczyna jakby nieco się uspokoiła.
– Nadchodzi Apokalipsa i tylko Wybraniec, który został zapowiedziany prze Przepowiednię Apokalipsy, może ją powstrzymać. Jeśli tego nie zrobi, cały Epsilion zostanie zniszczony i już nic nie będzie można zrobić.
Marie milczała. Artemis uznał to za dobry znak.
– Ostatnio dzieje się wiele dziwnych rzeczy. Rośliny i zwierzęta już to czują, że się zbliża. Szykują się. Ludzie również. Też to wyczuwasz, prawda?
Dziewczyna kiwnęła głową.
– Zostałem wysłany, żeby odnaleźć Wybrańca, który może to powstrzymać. To jest moja misja. I wierzę, że właśnie te osobę odnalazłem.
Marie drgnęła. Po chwili milczenia roześmiała się. W jej oczach nie było już widać gniewu.
– Nawet, jeśli jest prawdą to, co mówisz, to obawiam się, że się pomyliłeś. Nie jestem tą, której szukasz. – Pogłaskała go po głowie. – Chyba mogę ci zaufać. Sylvia nie byłaby w stanie wymyślić takiej bujdy. Brak jej wyobraźni. – Roześmiała się. – Chciałabym ci pomóc, ale nie potrafię. Nawet nie wiem, o jakiej przepowiedni mówisz. W każdym razie, życzę ci powodzenia.
Artemis pokręcił głową.
– Zrozum, Marie! To ty jesteś Wybrańcem!
– Artemisie. – Po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. – Nie jestem tą osobą, której szukasz – powtórzyła. – Nie jestem dobra w zaklęciach, nie mam żadnych nadzwyczajnych zdolności... Czy naprawdę uważasz, że ktoś taki jak ja, byłby w stanie powstrzymać koniec świata?
Artemis milczał. Jak miał jej to wytłumaczyć? Sama nie wierzyła we własne siły i możliwości. Była uparta i stanowcza. Zrozumiał, że będzie mu ciężko ją przekonać. Tyle razy obmyślał strategię, jak jej to wytłumaczyć, ale teraz poczuł się bezsilny.
A jeśli rzeczywiście się pomylił?

***

– Ale właściwie, jak się tu dostałeś? Drzwi były przecież zamknięte.
– Nie mówmy o tym. Lepiej żebyś nie wiedziała... Zresztą, sam wolałbym o tym zapomnieć.

***

Ktoś, kto przechadzałby się po ogrodzie, mógłby się bardzo zdziwić, gdyby około południa spojrzał na Wieżę Słońca. Koty na terenie Pałacu nie są rzadkością. Można się często na jakiegoś natknąć, spacerując po ogrodach bądź placach. Jednak kot na szczycie wieży, próbujący dosięgnąć jednego z parapetów, mógłby kogoś przyprawić o zawrót głowy.
Czarny jak sadza kocur wyskoczył z położonego najwyżej okna i przelewitował do jednego z niższych. Zrobił to z niebywałą gracją, biorąc pod uwagę jego tuszę.
Tylko jedna osóbka, kilkuletnia dziewczynka dostrzegła to niebywałe zjawisko. Opowiedziała o nim swoim koleżankom i starszej siostrze. Nikt jej jednak nie uwierzył. Bo czy widział ktoś kiedyś lewitującego kota? A na dodatek czarnego?

***

Marie dosyć szybko przyzwyczaiła się do nowego towarzystwa. Nie mogła nie ulec nachalnym błaganiom Artemisa, który uparł się, aby u niej zostać. Opuszczał pokój razem z nią, kiedy wychodziła na zajęcia, a wracał wieczorami. Nie wiedziała, co robił całymi dniami. Prawdopodobnie poszukiwał owego Wybrańca, o którym wspomniał podczas pierwszej rozmowy. Marie życzyła mu jak najlepiej, chociaż wciąż nie rozumiała, dlaczego Artemis myślał, że chodzi o nią. Ilekroć o tym myślała, chciało jej się śmiać.
Wieczorami, kiedy Artemis leżał skulony na jej łóżku, prowadzili długie rozmowy na różne tematy. Przez ten czas zdążyli się całkiem dobrze poznać. Marie zwierzała mu się ze swoich problemów, a kot cierpliwie ich wysłuchiwał i dorzucał swoje komentarze. Świetnie się rozumieli. Dziewczyna po raz pierwszy w życiu poczuła się tak, jakby miała prawdziwego przyjaciela. Była to najjaśniejsza ze wszystkich stron tej dosyć osobliwej znajomości.
Jednego wieczoru nawiązali dosyć zażartą dyskusję na temat sposobów wykorzystywania magii.
– Zaklęcia nie idą mi najlepiej – powiedziała dziewczyna. – Za to moją mocną stroną jest panowanie nad żywiołami.
– Tak? – Artemis podniósł głowę i spojrzał na Marie. – To najtrudniejszy aspekt magii.
– Być może – odparła. – Ale to nie zmienia faktu, że wszystkie moje zaklęcia zakańczają się fiaskiem.
– Nie mów tak. – Kot pokręcił głową. – Widziałem cię w akcji podczas jednej z lekcji. Byłaś niesamowita!
Dziewczyna otwarła szeroko oczy.
– Jak to widziałeś? – zapytała z niedowierzaniem.
– To nieco skomplikowane – mruknął. – To się stało podczas wykonywania mojego zadania. Ale nie chcę o tym mówić.
Artemis nie chciał zagłębiać się w szczegóły swojej misji. Zawsze, kiedy tylko chociażby musnęli ten temat, próbował go usilnie zmienić. Marie szanowała to i nie drążyła go.
– Z tego co mówisz wynika, że nie korzystacie z pierwotnej magii? – zapytał po chwili milczenia.
– Pierwotnej magii? – powtórzyła ze zdziwieniem.
– Nie słyszałaś o niej?
– Nie, mieliśmy o niej kiedyś wykład – odparła po chwili zastanowienia. – Nie pamiętam go już najlepiej, ale mag wspominał, że nie jest to na nasz poziom i że nawet najlepsi mają z nią problemy.
– Co za nonsens! – żachnął się Artemis. – Wystarczy tylko odrobina silnej woli.
– Dlaczego tak uważasz? – Marie usiadła wygodniej. – Opowiadał nam o tym jeden z bardziej poważanych rektorów!
– Myślisz, że ile ja mam lat? – Artemis przygniótł ją spojrzeniem.
– A co to ma do rzeczy? – zapytała niepewnie. Zapewne miało to bardzo wiele wspólnego z tematem.
– Żyję już od ponad czterech tysięcy lat – oznajmił.
Zapadło milczenie. Artemis patrzył z satysfakcją na minę zaszokowanej dziewczyny.
– Przyznaję, przeżyłeś sporo, ale jaki to ma związek z magią pierwotną? – zapytała powoli.
– Kiedy byłem jeszcze magiem, wiele podróżowałem – powiedział. Kiedy Marie kiwnęła nieznacznie głową, kontynuował: – Zwiedziłem wiele ciekawych miejsc, w których wiele się nauczyłem. Odwiedziłem również niewielką wioskę w lasach Maragonii. Żyło tam pewne plemię, które zostało oddzielone od reszty Epsilionu. Ich kultura była bardzo bogata i barwna. Nie można jej było przyrównać do żadnej innej.
Westchnął ciężko i ciągnął dalej:
– Mimo, iż byli bardzo zacofani względem ówczesnych magów, potrafili doskonale operować magią pierwotną. Nie były im potrzebne żadne formułki i gesty. To było niesamowite.
– Zapewne poznałeś sekret poskromienia pierwotnej magii? – zapytała zaciekawiona Marie.
– Owszem. – Artemis wyszczerzył zęby. – Przebywałem tam wystarczająco długo, aby go poznać.
Marie nie pospieszała go. Zdążyła go już na tyle poznać, że wiedziała iż łatwo go zdenerwować, a wtedy dyskusja byłaby zakończona.
– Powiedziano mi, że magia jest jak dzikie zwierzę, które trzeba udomowić – powiedział. – Potrzeba wiele czasu i wysiłku, ale również cierpliwości i skupienia, aby tego dokonać. Jednak rzeczą najważniejszą jest poznanie jej istoty.
– Istoty? – zapytała dziewczyna. – Co przez to rozumiesz?
– To trudne do wyjaśnienia – odparł niechętnie. – W naszym języku brakuje słów, którymi można to opisać. Ale – dodał widząc jej zawiedzoną minę – chodzi mniej więcej o to, że należy się z magią połączyć, być jej częścią, a nie tylko osobą nią władającą.
Oczy Marie zabłysły.
– To niesamowite – westchnęła.
Artemis spojrzał na nią z zainteresowaniem.
– Być może – rzekł powoli. – Więc właściwie uważam, że powinni was jej uczyć, to bywa bardzo przydatne.
– Przydatne? Ciekawie to ująłeś.
– Tak. Bo jeśli nie pamiętasz formuły bądź gestu nic normalnie nie zrobisz. Jeśli potrafisz zapanować nad magią pierwotną to wszystko jest ci nie potrzebne. Ale jednak warto znać normalne czary. Zazwyczaj są bardziej skuteczne niż pierwotna.
– Rozumiem... – Marie kiwnęła głową w zamyśleniu.
Artemis przyglądał się jej. Wydawało by się, że chce o coś zapytać. I nie mylił się.
– Artemisie...? – powiedziała cicho.
– Taak? – ziewnął.
– Czy ty... Czy mógłbyś mnie tego nauczyć? Panowania nad pierwotną?
Spodziewał się tego pytania. Już od początku rozmowy było pewne, że padnie. I miał już obmyśloną odpowiedź.
– Możemy spróbować, ale niczego ci nie obiecuję. Tym bardziej, że jestem trochę zajęty... Sama rozumiesz.
– Dziękuję. – Marie podrapała go za uchem, na co kot mruknął pieszczotliwie. – Dobranoc Artemisie – powiedziała przykrywając się szczelniej pościelą.
– Dobranoc – mruknął kot i uśmiechnął się sam do siebie. Miał plan, który nie miał prawa zawieść.

***

Tego dnia Artemis wstał dużo wcześniej niż zwykle. Miał jeszcze sporo pracy, a miał skończyć wcześniej, aby odbyć „lekcję” z Marie.
Dziewczyna nie mogła wiedzieć, co kot porabia całymi dniami. Sam o niczym jej nie mówił, nie widział takiej potrzeby. Wierzył, że się nie pomylił. W każdym razie sprawa miała rozwiązać się w przeciągu najbliższych kilku dni. Do tego czasu, zamierzał dowiedzieć się jak najwięcej o Przepowiedni Apokalipsy i większość czasu spędzał w pałacowej bibliotece.
Biblioteka, która znajdowała się w Pałacu, była z całą pewnością największym zbiorem wszelkich ksiąg w całym Epsilionie. Można było w niej znaleźć nie tylko księgi magiczne i naukowe, ale również tradycyjne powieści i inne dzieła, także kirów. Nierzadko zdarzało się napotkać unikalne druki, białe kruki, których nie można było zobaczyć w innym miejscu. Wielu młodych magów i czarodziejek przybywało do Pałacu przynajmniej raz w życiu, aby móc skorzystać z tego niesamowitego księgozbioru.
Artemisowi, jako kotu o wyjątkowych zdolnościach, zawsze udawało się niepostrzeżenie wślizgnąć do biblioteki i w spokoju studiować księgi. Niestety przez pierwsze dni swojej pracy nie dawało to większego efektu. Artemis w przeciągu tych czterech tysięcy lat usłyszał dziesiątki przepowiedni, ale żadna nie mogła się równać z tą jedną. Była ona najbardziej skomplikowaną i złożoną ze wszystkich. Zazwyczaj można było domyślić się sensu, jednak Przepowiednia Apokalipsy była go całkowicie pozbawiona, ze względu na ciągłe zaprzeczenia. „Wszystkim i niczym” albo „magią i jej brakiem”. Co to ma znaczyć?
Próbował sobie przypomnieć wszystko, o czym rozmawiał z Marie. Opowiadała mu o sobie, sam ją o to prosił, bo miał nadzieję, że pomoże mu to w rozwikłaniu tej niebanalnej zagadki. Niestety dotychczas nie doszedł do żadnych konstruktywnych wniosków. Powoli zaczął nawet powątpiewać w sens tej pracy.
Siedział tak otoczony słownikami, leksykonami, tomiszczami, almanachami i nie mógł się skupić na niczym. Jego myśli wciąż błądziły poza murami Pałacu, uciekały do miejsc dawniej odwiedzanych, do małej wioski w lasach Maragonii...
Artemis otrząsnął się z zadumy. Dzisiaj już pewnie i tak niczego więcej nie zdziała. Zeskoczył ze stołu, potrącając przy tym jedną z ksiąg. Był to pełny zapis Przepowiedni Apokalipsy, jeden z najwcześniejszych. Kot jeszcze raz zaglądnął do treści i coś przykuło jego uwagę. Przepowiednia była w Starszych Językach, w oryginale. I różniła się względem ówczesnych przekładów. Może natrafił na jakiś trop?
Porównał jeszcze raz obie wersje. Była to różnica nie wielka, jednak dająca mu już jakiś punkt zaczepienia. W oryginalne napisane było: „Immer vistuus mus borthes sander ther”. Przełożono to jako: “I w owym czasie przyjdzie na świat dziecko”. Vistuus mus przetłumaczono jako „owy, pewien czas”. Miało to jednak też drugie, ukryte znaczenie. Artemis po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że przepowiednie uwielbiają wprowadzać w błąd.
Vistuus mus – słynny Czas Królów przeznaczony tylko dla największych magów i czarodziejek. Fenomenem jest to, że najpotężniejsi rodzili się właśnie w tym okresie, nigdy indziej. Zbieg okoliczności? Magia? A może przeznaczenie? Artemis skrzywił się na myśl o tym ostatnim. Miał przez nie wiele kłopotów. Ale to chyba odpowiednia cena, za tak długie, choć niezbyt godne życie.
Wyrwał się z zamyślenia i zaczął studiować oryginalny tekst. Mogło w nim być więcej takich drobnych nieścisłości. Sam się sobie dziwił, że tego wcześniej nie zauważał. Słowa pogrążyły go całkowicie i w końcu zupełnie zapomniał o wszystkim innym. Także o Marie.

***

Marie siedziała w pokoju. Artemisa wciąż nie było i zaczynała się martwić, czy nie przytrafiło mu się coś złego. Z drugiej jednak strony, była na niego zła, bo obiecał jej, że zapozna ją z magią pierwotną. Nie lubiła, gdy ktoś zostawiał ją w taki sposób na lodzie. Zaufała mu, pozwoliła mu z sobą zamieszkać, a on się w taki sposób odpłaca!
Wstała gwałtownie z łóżka, aż zatrzeszczało. Wzburzona poczęła kręcić się po pokoju bez celu. Mnóstwo wizji przemykało przez jej głowę. Większość z nich była tak niedorzeczna, że z wrażenia usiadła znów na łóżku.
Może ktoś zamknął go w jakimś pokoju? Przez przypadek bądź nieuwagę? A może ma jakąś rozrywkę, którą szkoda mu przerwać, aby dotrzymać danej obietnicy? A może odnalazł Wybrańca...?
Marie westchnęła ciężko. Jeśli tak było, oznaczałoby to, że Artemis będzie ją odwiedzać znacznie rzadziej. Ma swoje obowiązki, misję do wypełnienia. W końcu tylko po to przybył do Pałacu.
Dziewczyna poczuła ukłucie żalu. Zdążyła się już przyzwyczaić do obecności kota. Nie był uciążliwym lokatorem i mimo jego trudnego charakteru, dało się go polubić. Był nawet na swój sposób sympatyczny, gdy wypowiadał charakterystyczne dla niego kąśliwe i cyniczne uwagi. Mogła z nim porozmawiać o wszystkim, cierpliwie wysłuchiwał każdego słowa. Była mu wdzięczna, że potrafił być dla niej przyjacielem, którego tak bardzo potrzebowała. Nie miała pojęcia, jak zniosłaby jego nieobecność. Za bardzo się do niego przywiązała. Jednak wiedziała, że pewnego dnia – wcześniej czy później – Artemis oznajmi jej, że odnalazł Wybrańca i musi się z nią pożegnać.
Czasami rozmyślała, kim mógłby być owy Wybraniec. Stawiała sobie wtedy przed oczami różne znane jej osoby z Pałacu: swoje ekskoleżanki z rocznika, poważanych magów i czarodziejki, jednak nikt nie wydawał się jej być osobą odpowiednią. Czasami nawet śniła, iż Wybrańcem jest Sylvia, która razem z Artemisem, naśmiewa się z niej. Budziła się wtedy zlana potem i dla pewności, że była to tylko nocna mara, głaskała Artemisa pieszczotliwie po głowie.
Około północy zaprzestała czuwania. Była przepełniona mieszanymi uczuciami. Nie mogła zasnąć. Dopiero po godzinie przewracania się z boku na bok, udało jej się zapaść w niespokojny i nietrwały sen, z którego wyrywał ją nawet najmniejszy szmer, mogący oznaczać powrót Artemisa. Jednak nie doczekała się.

*** *** ***

„(...) Za najstarszy język magów, który jeszcze nie popadł całkowicie w zapomnienie, można uznać pregrande zwany również językiem Starego Świata. Magowie, po przybyciu do Epsilionu, porzucili ową mowę, aby przejąć Starsze Języki od Starszych Ludów. Jednakże z czasem stawała się ona coraz mniej uniwersalna. Starsze Ludy rozpierzchły się po świecie i zanikały. Niewielu może poszczycić się spotkaniem z choćby jednym przedstawicielem tego ludu, zwanego dunatami (nazwa ta pochodzi od krainy najludniej zamieszkałej przez tę rasę – Pogranicza, w Starszych Językach nazywanego Duanath). Również kontakt pomiędzy kirami i magami nie był nazbyt zwięzły, głównie ze względu na tę różnorodność językową. Niewielu bowiem kirów rozumiało Starsze Języki, a i magowie nie interesowali się mową kirów.
(...) Nadszedł jednak przełom, kiedy to magowie dostrzegli potrzebę zmiany. Postanowili przejąć powszechny język kirów zwany krishke. Od tamtego czasu minęło wiele lat, a język ewoluował, aż do obecnego stanu.
Ówczesny język magów i czarodziejek można również podzielić na pomniejsze grupy. Są to mowy regionalne (zwane dalej gwarą) obejmujące zazwyczaj jedną do trzech sąsiadujących prowincji.
(...) Mimo radykalnych różnic w mowie północy i południa, magowie i kirowie wciąż są w stanie się porozumieć.”

„Słownik języków północy”
– wstęp: ”O powstaniu języka”
Autorstwa Nuriana Argossy

Filipinkaa
6.10.2006, 19:07

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Mig ;-)

Aha - jeszcze jedno. Nie jestem przeciwniczką Assarina. Po prostu uważam, że skoro jest w Strefie redaktorem, to niech przestanie obrażać innych - ani Barona, ani tym bardziej Valaraukara... W ogóle niech nie będzie ignorantem. Wypadałoby.

10.12.2006, 12:49
Mig ;-)

Mówię za "trybuny", jak tak ładnie to określiłaś (lub określiłeś). W końcu to głos ludu się liczy, a nie nielicznych osób, Uhu. I nie nazywaj mnie dziewczynką - nie masz prawa.

10.12.2006, 12:39
Nyktus Szary

Świetne, nie mogę się doczekać następnej części

28.10.2006, 22:21
Uhu

oj jakaś Twoja przeciwniczka się odezwała, mów za siebie dziewczynko, a głos ludu zostaw trybunom.

18.10.2006, 18:29
Mig ;-)

Valaraukar miał praktycznie samych zwolenników... Tylko nieliczni go nie lubili. Teraz zaś - jest na odwrót.

16.10.2006, 20:45
Mig ;-)

Valaraukar był najlepszy. Nikt nie będzie w stanie go zastąpić. Baron też jest w porządku, a ty... ty określasz, że on "bumeluje"? I jeszcze masz czelność być na stanowisku redaktora? Należeć do Proroka? PS. Nie "Valaraukurowego" lecz "Valaraukarowego" jeśli już. A tak w ogóle, to żadna z tych pozycji, tylko "na miejscu e-maila Valaraukara". Wyżej wymieniony spaliłby cię żywcem, gdybyś przy nim napisał takie coś... i to nie ze względu na to, że o niego chodzi.

16.10.2006, 20:42
sarus

faktycznie, tak się nazywał...

13.10.2006, 16:49
lol

Artemis? czy tak nie nazywał się kocur czarodziejki z księżyca? haha:):)

13.10.2006, 10:34
Assarin

Może da się coś jeszcze zrobić. Są przecież grodzie i pompy...

12.10.2006, 21:12
Uhu

Coś mi się widzi, że wszedłeś na tonący statek... Przykre

12.10.2006, 19:46