Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień X, część trzecia

– Siadaj. – Sławek wskazał Mierzei tradycyjny, biały taboret, jakich pełno w gabinetach lekarskich. – Mój ojciec chce ci coś powiedzieć. – Sam oparł się o ścianę nieopodal przeszklonej szafy.
Siedzący za biurkiem mężczyzna, mogący śmiało uchodzić za dziadka Sławka, otworzył szufladę biurka i wyciągnął z niej kopertę.
– Znalazłem ją w rzeczach mojej córki. Zaadresowała ją do mnie. Otwórz. – Polecił, nie patrząc na Mierzeję, tylko gdzieś w przestrzeń.
Koperta musiała być już wielokrotnie rozklejana i zaklejana. Na standardowym pasku nie pozostała ani odrobina kleju. Sam wysypała zawartość na biurko. Na blacie wylądowało kilka zdjęć i pierścionek.
– Możesz mi powiedzieć – kontynuował starszy pan – dlaczego na każdym zdjęciu jesteś ty? – Chwycił plik fotografii. – I dlaczego na odwrocie każdego z nich napisała „Daj to JEJ” i te dziwne rzędy cyfr? Dlaczego dała ci pierścionek, który w naszej rodzinie jest od pokoleń? Co łączyło cię z moją córką, skoro kazała mi to tobie przekazać?!
– Ojcze… nie krzycz na nią!
– Doskonale wiesz, że to nie było samobójstwo! Jeśli mam znaleźć winnego jej śmierci, nic ani nikt mi w tym nie przeszkodzi! – Cisnął na biurko zdjęcia. – I będę się posługiwał metodami, jakie uznam za słuszne!
– Czy to znaczy, że zamierzasz na nią wrzeszczeć, dopóki ci czegoś nie powie? – Sławek przestał opierać się o ścianę. – W taki sam sposób traktowałeś…!
– Milcz!!!
– Agata…? – Sam wzięła do ręki jedno ze zdjęć i z niedowierzaniem przyglądała się zapisanemu rzędami cyfr na odwrocie fotografii.
Sławek i jego ojciec natychmiast obrócili się w jej stronę.
– Co powiedziałaś? – spytał po chwili starszy pan.
– To jej pismo… – Przejechała palcem wzdłuż rzędów cyfr. – Dokładne współrzędne uwzględniające podprzestrzeń… Zdawała praktyczny z teleportacji przede mną… – Wzięła do ręki drugie zdjęcie. – To wyznaczone miejsca, gdzie w podprzestrzeni coś zostało uwięzione… – Sięgnęła po trzecią fotkę. – Tu jest wampir… hm… zły pies… czyjś bałagan… – Wzięła resztę zdjęć i zaczęła je przekładać. – Jeszcze jeden pies… zwłoki… bażant… lodówka… jeszcze jeden bałagan… zestaw garniturów… troll… i to wszystko.
– Miałaś nie używać magii – zauważył Sławek.
– Nie mam pojęcia, dlaczego pańska córka chciała, żebym to dostała. – Mierzeja wzruszyła ramionami. – Spotkałyśmy się tylko raz – dodała poprzedzając pytanie. Świat ponownie stał się na chwilę fioletowy. – I nie mogę przyjąć czegoś tak kosztownego. – Sam wstała.
– Moim obowiązkiem jest wykonanie ostatniej woli mojej córki. – Starszy pan najwyraźniej oczekiwał, że rozmowa potoczy się inaczej. – Jeśli Agata ci to przekazała, to ja muszę ci to dać. Mimo że mi się to nie podoba.
– Ale ja nie mogę!
– Weź to – polecił głosem przepełnionym magią.
– Jeśli pan nalega. – Sam zabrała z biurka pierścionek. – Ale robię to tylko dlatego, że ten kawałek metalu nie daje panu spokoju, a nie z powodu tej próby zmesmeryzowania mnie. Jeśli to wszystko, to do widzenia. – Szybko wyszła z gabinetu.
– Już zapomniałeś, że należy naprawdę głęboko ukrywać swoje myśli. – Sławek położył rękę na klamce. – Wystarczyły dwa tygodnie, a ktoś obcy może wyłuskać z twojego umysłu wszystko. I proszę cię, ojcze… nie nazywaj jej Wysokopoziomowym Dziwadłem. Tak mogłeś mówić do łagodnej Agaty. – Otworzył drzwi. – A Sam wbrew pozorom nie jest łagodna. Dwa razy się zastanów, zanim ją o coś oskarżysz. Jeśli ją sprowokujesz, to naprawdę zrobi ci krzywdę.

***

Snape patrzył na Mierzeję z rosnącym niepokojem. Siedziała obok niego i robiła się coraz bledsza – tępo wpatrując się w zdjęcia i pierścionek z dużym szafirem.
– Nie przejmuj się. – Sławek usiadł na podłodze przed Sam. – Od śmierci Agaty ojciec szuka winnych. Nie wierzy, że to samobójstwo. Ja też w to nie wierzę, ale nie zadręczam pytaniami wszystkich, którzy mieli z nią kiedykolwiek kontakt.
– Ten pierścionek przynosi pecha – stwierdziła Mierzeja. – Przynosi pecha i…
– Nie przesadzaj. – Sławek wyszczerzył zęby do przechodzącej pielęgniarki patrzącej na niego z naganą. – Jakby tak było, to moja rodzina dawno by wymarła, bylibyśmy bankrutami i…
Świat ponownie przybrał barwę fioletu i pociemniał, by bezdźwięcznie zgasnąć.
– Sam! – Sławek zerwał się z podłogi.
Snape nie pozwolił jej osiągnąć gruntu.
Zdjęcia rozsypały się. Pierścionek potoczył się po posadzce z metalicznym brzękiem.
Sławek rozejrzał się – w oddali po prawo otworzyły się drzwi i wychyliła się rozczochrana głowa Konrada.
– Konrad! Chodź tu!

***

Mew rzuciła się na łóżko z zamiarem natychmiastowego zaśnięcia. Na podłodze leżały porozrzucane kartki z różnymi wariantami wypracowania z polskiego.

***

– Nic mi nie jest – wycedziła Mierzeja, gdy Severus umiejscowił ją na leżance.
– Tak, Search. Oczywiście. – Snape wydawał się znudzony całą sytuacją. – Tobie nigdy nic nie jest, a potem mamy takie kwiatki jak teraz. Nic tobie nie jest – kontynuował – a za chwilę przewracasz się, tracisz przytomność albo niemalże dajesz się przejechać, bo nie zauważasz samochodu.
– Ale nic mi nie jest – poinformowała wszystkich, siadając.
Severus położył jej rękę na ramieniu i przemocą doprowadził do pozycji horyzontalnej.
– To jest tylko twoje zdanie. – Sławek oparł się o ścianę.
– Twój nauczyciel ma rację, Sam. – Konrad przysunął sobie krzesło i usiadł. – Zrozumiałbym, gdyby to miało miejsce w niskim polu, ale nasze takowym nie jest. Dzień wczorajszy dodatkowo utwierdził mnie w przekonaniu, że musimy zastosować jakąś inną metodę blokowania wizji, bo obecna nie przynosi rezultatów. Zanim jedna z tych nieszczęsnych klątw zaczęła rykoszetować między mną, tobą i tym dochodzeniowym krwiopijcą, poraziłaś mnie.
– Dzisiaj też to zrobiłam, jakbyś nie zauważył – burknęła Mierzeja.
– Ale dla standardowej dawki właściwej dość mocnemu wyładowaniu thaumicznemu dołączona była pewna drastyczna scena – kontynuował niezrażenie Konrad. – Nie będę cię pytał, skąd się wzięła w twojej głowie, ani tym bardziej dlaczego chciała się z niej wydostać, ale mogę przypuszczać, że masz ich tam więcej i są równie okropne.
– I cóż z tego wynika? – Mierzeja nie wydawała się zainteresowana konradową przemową.
– A wynika z tego ni mniej ni więcej tylko tyle… – Konrad starał się nie zwracać uwagi na niezadowoloną minę Mierzei. – …że powinnaś wrócić do stosowania Tego obrzydliwego eliksiru.
– Nie–Ma–Mo–Wy! Już wolę oglądać krwawe sceny mordów, niż przez 24 godziny być niezdolną do rzucenia jakiegokolwiek zaklęcia!
– Nie zamierzam cię do niczego zmuszać. – Konrad odsunął się nieco. – Ale to najprawdopodobniej te wizje są przyczyną wszystkich problemów. Gdyby można było stwierdzić, co je powoduje, to szybko byśmy je wyeliminowali.
– A jeśli ich przyczyną jestem ja sama? – Mierzeja ponownie usiadła. Ręka Severusa nie pozwoliła jej na dłuższe przebywanie w tej pozycji.
– Nie sądzę… – Konrad założył fioletowe rękawiczki i, ostrożnie ująwszy Mierzejowy (lewy) nadgarstek, zaczął badać puls, zerkając na swój zegarek. – Oczywiście taka ewentualność istnieje, ale jest mało prawdopodobne, byś sama generowała te obrazy.
– Konrad, czy ciebie nie irytuje, że bez przerwy tu trafiam? – spytała niespodziewanie Sam.
– Skądże. – Lekarz puścił jej rękę. – Jesteś chwilowo najbardziej fascynującym przypadkiem. Już czterech starszych stażem kolegów chciało, żebym cię im przekazał, ale ja nie wyraziłem zgody. Gdy zaczęli argumentować u Kiślewicza, że jestem za młody, ten kazał im się wynosić.
– A mnie to zaczyna irytować wręcz niesamowicie – wymamrotała Mierzeja, gdy świat powoli nabrał fioletowej barwy, by pociemnieć do czerni.
– Recepturę dostałeś od mojego ojca? – spytał Sławek, z zaciekawieniem obserwując, jak sufit przyjmuje liliową barwę, a ściany zaczynają mienić się smugami od jasnych różów do głębokich fioletów i czerni na podłodze.
– Muszę powiedzieć, że to fascynujące. – Konrad poklepał Sam po policzku. Trzasnęło. – Ojej.
– Tak. To chyba szalony wynalazek mojego ojca. – Sławek obserwował całą sytuację bez większego zainteresowania. – Agata po pierwszej dawce przemalowała nam na fioletowo salon. Chyba można powiedzieć, że to standardowa reakcja na ten środek.
– Zawsze chciałem przemalować ten gabinet – powiedział Konrad, obserwując, jak biurko nabiera soczysto różowej barwy, a przeszklona szafa robi się niebieska.
– Za chwilę jej przejdzie – orzekł Sławek z miną znawcy.

***

– I jak ma się twój kudłaty ojciec chrzestny, Potter?
– Odwal się, Malfoy. – Ron był zły, że nie może kolejny raz skorzystać z pomocy Hermiony przy odrabianiu pracy domowej, a obecność Ślizgona w polu widzenia najwyraźniej nie poprawiła mu humoru.
– Dać się tak załatwić – prychnął Malfoy.
– Jak załatwić?
– To ty nic nie wiesz, Potter? – Malfoy wydawał się rozbawiony. Crabe i Goyle stojący obok niego zarechotali. – No… ale to chyba oczywiste, że ci nie powiedziała.
– O czym?
– Potter… jesteś jak zwykle niedoinformowany. – Draco uśmiechnął się. – Ty sobie tutaj spokojnie siedzisz, gdy twój kochany Black gdzieś tam oddaje ducha.

***

– Nie. Nie. I jeszcze raz nie! – powiedziała stanowczo Mierzeja pół godziny później.
– Ależ oczywiście, że tak. Siadaj. Jeśli koniecznie chcesz odwiedzić swojego ochroniarza, to cię tam zawiozę. – Konrad teatralnie wskazał na wózek.
– Konrad – powiedział ostrzegawczo Mierzeja.
– Bez protestów, Search – poradził jej Snape.
– I postaraj się tego nie zgubić – dodał Sławek, wciskając Mierzei pierścionek w dłoń.
– Mężczyźni – powiedziała Sam takim tonem, jakby to jedno słowo wyjaśniało wszystko, i niechętnie usiadła.
– Jak widzisz… – Konrad z uśmiechem na ustach wprawił wózek w ruch. – …przestałaś porażać ludzi, co należy uznać za sukces.
Mierzeja wzruszyła ramionami.
– Jeszcze nigdy nie widziałem Krysiaka tak wściekłego. – Sławek uśmiechnął się. – Wyglądał, jakby miał zamiar eksplodować.
Przeszklone drzwi na końcu korytarza otworzyły się i wbiegły przez nie trzy przemoknięte postacie: czarnowłosy okularnik, rudzielec i dziewczyna.
– No nie… – jęknęła Mierzeja, zasłaniając oczy rękami.
Obie grupy zatrzymały się naprzeciw siebie.
– Nic mi nie powiedziałaś. – Harry wystąpił nieco do przodu, ściskając swoją Błyskawicę.
– Szlaban, Potter – powiedział Snape. – Weasley i Granger również. Jutro u mnie.
– Nie powiedziałaś mi! – kontynuował niezrażony Potter.
– Pada? – spytał Sławek, patrząc na przemokniętą trójcę i rosnącą u ich stóp kałużę.
Sam westchnęła.
– Gdybym ci powiedziała, to zaraz byś tu przyleciał na swojej piekielnej miotle – powiedziała po chwili. – Jak sądzę, złamałeś większość przepisów, żeby się tu dostać. Dodatkowo przyleciałeś z przyjaciółmi…
– Twój brak zdrowego rozsądku i bezmyślność pozbawiają Gryffindor dwudziestu punktów – stwierdził Severus – za każde z was. I nie patrz tak na mnie, Weasley, bo to nic nie zmieni. Powinniście pilnować, żeby Nasza Gwiazda była bezpieczna, a bezpieczny jesteś, Potter, w miejscu zamieszkania i w szkole, gdyż profesor Dumbledore zadbał o to. Ale oczywiście nie mogłeś pomyśleć o własnej skórze i ludziach, którzy się o nią troszczą. – Przerwał na chwilę. – Wolałeś przybyć tu bez powiadamiania kogokolwiek, prawda?
Harry zamarł z na pół otwartymi ustami. Snape był wściekły – jego czarne oczy zwęziły się. Niebezpiecznie byłoby go dodatkowo denerwować.
Severus nie zamierzał jednak na tym poprzestać.
– Jaśnie Potter nie mógł powiadomić jakiegokolwiek nauczyciela o swoich dzisiejszych planach!
– Malfoy ci powiedział? – spytała Mierzeja. – Cudowny, wszystkowiedzący tatuś powiadomił swojego synalka, a on nie mógł ci nie powiedzieć. – Splotła ręce na piersi. – Nich zgadnę… powiedział ci, że Syriusz ledwo żyje, prawda?
– Szlaban, jutro, u mnie – wycedził Severus. – To mała kara za twoją bezmyślność, Potter.

***

Mew przekręciła się na lewy bok, uważnie zbadała łóżko – z błogiej drzemki wyrwało ja coś twardego, uciskającego kręgosłup.
– Co to jest? – wymamrotała, uważnie przyglądając się błyszczącemu znalezisku.

***

– Ja ma propozycję nie do odrzucenia – powiedział Konrad, zatrzymując się przy rozwidleniu korytarza. – Pan i Sławek zaprowadzicie naszych kochanych gości do pana Blacka, a ja utnę sobie małą pogawędkę z Sam. – Otworzył szklane drzwi na końcu korytarza. – Nie sądzę, żeby coś jej groziło w moim towarzystwie – dodał, widząc minę Severusa. – Sławek, racz zaprowadzić wszystkich do sali 164. – I pomaszerował w kierunku widocznych w oddali drzwi do ogrodu.
– Ruszać się – warknął Snape.

***

Ciemność była lepka i gęsta. Zdawała się ciągnąć w nieskończoność we wszystkich kierunkach.
– Skąd się tu wzięłam? – Mew rozejrzała się, ale nic nie zobaczyła – mrok pachnący wilgocią nie pozwalał na dostrzeżenie czegokolwiek. – Siedziała na łóżku u patrzyłam na tą broszkę… – Zacisnęła palce, czując rzeczoną we własnej dłoni. – Jak ja tego nie znoszę!
Ciemność pożarła jej głos z donośnym mlaśnięciem.
– To gdzie jesteś, durna wizjo! – Mew zaczynała się denerwować. Przyzwyczaiła się już, że obrazy atakują ją niespodziewanie. Całkowite ciemności nie wpływały na nią dobrze. Powinny następować po wizji, a nie przed nią.
W oddali pojawił się jaśniejszy punkt, który szybko zaczął rosnąć, by jako tarcza teleportu zatrzymać się przed Mew.
– Mam tam przejść?
Teleport zadygotał.
Mew ostrożnie dotknęła lśniącej powierzchni. Teleport wciągnął ją do środka.
– Och… może jeszcze powiesz, że mi uwierzyłaś?!
Zimny, nieprzyjemny, męski głos zmusił Mew do otworzenia oczu, które zamknęła podczas teleportacji.
Leżała na trawie między krzakami dzikiej róży. Nie widziała owego mężczyzny. Musiał stać gdzieś dalej… między pobliskimi dębami. Natomiast kilka kroków od niej stała kobieta. Wyglądała na zmęczoną, jakby przed chwilą przebiegła długi dystans; ale przede wszystkim była wściekła. Jej długa suknia była poplamiona.
– No cóż… nie zamierzam zaprzeczać – powiedział ów nieprzyjemny głos. – Tak. To prawda. Czujesz się usatysfakcjonowana? – Głos wydawał się rozbawiony. – A może zdradzona?
– Jak miło, że w końcu to powiedziałeś. Ale nie zaskoczyłeś mnie tym oświadczeniem. Nigdy ci nie wierzyłam. – Kobieta uśmiechnęła się. Uśmiech ów wydał się Mew dziwnie znajomy. – Myślałeś, że gdy się dowiem, to będę cię namawiać do powrotu na drogę cnoty? – prychnęła. – Nie jesteś godzien rozmowy ze mną.
– Porywająca przemowa. – W jego głosie cały czas pobrzmiewało rozbawienie. – Godna porzuconej kochanki… oj, ale to chyba ty mnie rzuciłaś.
– Nie tylko ty potrafisz kłamać. – Kobieta uniosła głowę. – Owszem, potrafisz ukryć swoje myśli głęboko… naprawdę głęboko, ale to mi nie przeszkadza… i nigdy nie przeszkadzało. Dobrze wiem, dokąd zmierzałeś i dokąd zmierzasz w tej chwili.
Mew bała się poruszyć, leżąc w kłujących zaroślach.
– Posiadasz wiedzę, jaką pozwoliłem ci pozyskać – oświadczył głos nieco mniej pewnie. – Tylko tyle i ani krzty więcej.
– To mi wystarczy. – Kobieta wzruszyła ramionami. – Nic więcej. Nie potrzebuję niczego więcej.
Mew powoli przesunęła się nieco w lewo, by zobaczyć właściciela owego męskiego głosu, ale gęste zarośla nie pozwoliły jej niczego dostrzec.
– A wiesz dlaczego? Czy wiesz, dlaczego nie potrzebuję niczego więcej, Mi? – Uśmiechnęła się promiennie. – Bo jesteś tutaj. W tym miejscu i czasie. Rozumiesz? Jesteś tutaj i na zawsze już pozostaniesz.
– Kobieto, jeśli dobrze sobie przypominam, to nasz pojedynek pozostał nierozstrzygnięty, a ty zaczęłaś uciekać.
– I zatrzymałam się dopiero tutaj… – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Nie zje cię robactwo… nie umrzesz… nie zginiesz… będziesz istniał, bo są rzeczy dużo gorsze niż śmierć, ale ty tego nie rozumiesz. Są stany ciała i umysłu, które sprawiają, że śmierć można uznać za najwspanialszą nagrodę.
– Jeśli mnie oczy nie mylą, to ja mam różdżkę i moją, i twoją. – Głos ponownie zabrzmiał pewnie.
– Oczywiście. Nie mogę zaprzeczyć. – Sięgnęła do kieszeni. – Ja, niestety, mam tylko to. – W lewej ręce trzymała sztylet. – Może to niewiele, ale wystarczy, byś nie stąpał po ziemi przez najbliższe setki lat.
Zaklęcie rzucone przez niewidocznego rozmówcę chybiło celu, ale było tak potężne, że Mew włosy stanęły dęba.
– Zapomniałeś o czymś. – Kobieta mocno zacisnęła palce na rękojeści noża. – To moją domeną jest czas. To moją domeną jest przestrzeń. – Wyciągnęła przed siebie prawą rękę i ostrzem sztyletu głęboko rozcięła wnętrze prawej dłoni. – Składam ofiarę tej ziemi, gdzie ty przelałeś krew niewinnych…
Mew poczuła, jak spada. Pod nią otworzyła się ciemność.
– Ciemność – powiedziała. – Widzę ciemność.
– Cicho tam – burknął nieprzyjemny głos.
Mew otworzyła oczy. Leżała na swoim łóżku, a broszka z perłą tuż obok prawej ręki.

***

Potter wyjrzał przez okno. Wychodziło na wewnętrzny dziedziniec – mały ogród wśród murów. Młody człowiek usiadł na ławce, uprzednio zaparkowawszy wózek tak, by być naprzeciw Sam.
Zerknął na Łapę.
– To ciężka klątwa – mruczała Hermiona, przeglądając kartę pacjenta. – Oj. I jeszcze…
– Tłumaczyłem ci, że to głupota, a ty się cały czas upierasz! – Gość drugiego pacjenta leżącego w sali był najwyraźniej porażony głupotą rozmówcy.
–… on naprawdę jest w poważnym stanie, Harry. – Granger usiadła na krześle przy łóżku nieprzytomnego Syriusza.
– Ciekawe o czym rozmawiają? – Ron przykleił ucho do szyby i lewym okiem obserwował wydarzenia na zewnątrz.
– Ron!
– No dobrze, Hermiono. – Weasley usiadł na parapecie, by mieć lepszy widok.

***

– Czy ty nie mógłbyś przeprowadzać ze mną jednej poważnej rozmowy dziennie? – spytała Mierzeja.
– Jesteś wybitnym przypadkiem, więc tego typu rozwiązanie nie wchodzi w grę. – Konrad przeciągnął się. – Możesz mi powiedzieć…?
– Nie.
– Ale nie dałaś mi dokończyć!
– Nie chcę o tym mówić. Spotkanie z tym Miłośnikiem Czystej Rasy było potworne. Ten idiota zaproponował, że mnie zabije!
– Skąd wiedziałaś, o co…? Zresztą nieważne. – Konrada przechylił się do przodu, na co Mierzeja zareagowała, natychmiast odchylając się do tyłu. – Jak to zrobiłaś?
– Złamałam mu nos – oświadczyła Sam takim tonem, jakby to było oczywiste.
– Zaklęciem?
– Pięścią – wyjaśniła. – I dopiero potem rzuciłam na niego zaklęcie. Mieliście tu ostatnio jakiegoś świecącego pacjenta?
– Hm… dwa tygodnie temu – powiedział Konrad po chwili zastanowienia. – Potrzeba było trzech uzdrowicieli, żeby je odczepić… och, ty mała potworo! To zaklęcie było świetne!
– Należało mu się. – Mierzeja uniosła wojowniczo podbródek. – Zanim złożył swoją propozycję, wygłosił długą mowę o czystości krwi czarodziejów, konieczności unicestwienia mieszańców i odebraniu im wszelkich praw. Dodatkowo twierdził, że czysta krew to… czekaj, nich sobie przypomnę… – Zastanowiła się chwilę. – … „to krew, w której inne rasy nie maczały swych przebrzydłych palców, a mugole trzymali się od niej z daleka” – prychnęła. – A sam przemawiający miał wampirze uszy. Po prostu nie mogłam się opanować. Chciałam, żeby go w końcu oświeciło.
– Najpierw chciał unicestwiać, a potem odbierać prawa? – spytał Konrad z niedowierzaniem.
– Tak.
– To rzeczywiście idiota. – Przerwał na chwilę. – Zmiana tematu. Krysiak przydzielił ci Sławka jako ochroniarza niezależnie od ochrony, jaką daje ci Ministerstwo. Nawiasem mówiąc, to w tej chwili nie ma nikogo chętnego. Wiem, jakie jest twoje nastawienie do ochrony, ale trudno. – Konrad popatrzył na nią uważnie. – To zdecydowanie dla twojego dobra. Nie chcesz chyba skończyć jak Alex.
– No właśnie. Jak skończył Alex? – spytała niespodziewanie Mierzeja.
– Na oddziale zamkniętym. Cztery ciężkie klątwy i Cruciatus na dokładkę. Znowu się wygadałem. – Nie wydawał się tym zmartwiony. – Powiedział, że sobie poradzi i odesłał Filipa do domu… a potem… lepiej nie mówić. Ale Sławek nie da się tak łatwo spławić – dodał, widząc, że Sam zaczyna coś kombinować. – Za bardzo przypominasz Agatę. Raz spaprał sprawę… przynajmniej twierdzi, że spaprał, więc powtórnie tego nie zrobi. A teraz kilka szybkich pytań. – Wyprostował się. – Kiedy masz wziąć następną pastylkę?
– Za 27 minut.
– Co masz robić?
– Używać różdżki i dbać o siebie.
– Gdzie jest pierścionek?
– Tu.
Na srebrnym łańcuszku połyskiwał rzeczony.
– Grzeczna dziewczynka.
– Konrad.
– No co? To chyba lepiej niż „dobra kobieto”, prawda?
– Panie doktorze…
– Tak?
– Zaraz zaboli pana głowa – powiedziała Sam.
– Już czuję nadciągającą migrenę! – Zerwał się z ławki i, popychając wózek, dziarsko ruszył w kierunku drzwi. – Dobrze… tak więc idziemy odwiedzić pana Blacka, potem zobaczymy, czy ten środek cały czas wywołuje takie efekty uboczne, czy występują one tylko przy pierwszym spożyciu. A jeśli wszystko będzie dobrze, to cię wypuszczę do domu, zgoda?

***

Deagol był nieco rozkojarzony. Litery rozmazywały mu się przed oczami. Zauważył, że trzeci raz czyta ten sam akapit.
Ziewnął i zamknął podręcznik.
– Najwyżej dostanę szlaban – powiedział.

***

– Czy ty naprawdę miałaś zamiar…?
– Konrad, czy ja ci wyglądam na niesamowicie pasjonujący przypadek bezdennej głupoty? – spytała Sam.
– Nie – odparł po chwili, szczerząc się do przechodzącej pielęgniarki, która całkowicie go zignorowała. – Nie możesz być przypadkiem bezdennej głupoty, bo jesteś kobietą. Kobiety, zanim coś zrobią, to analizują sytuację i szukają dziury w całym. Nie sądzę też, by jedyną przeszkodą był dla ciebie ten rytuał. Jeśli dobrze obejrzałem sobie twoje zaklęcia, to jest tam coś, co wyklucza podjęcie działań przeciwko samej sobie.
– To klątwa mojej prababci. Dotknąć miała każdej „córki mojej wnuczki”, a że takową jestem tylko ja, więc mam te piękne runy za uchem. – Sam przetarła oczęta. – Chyba ciśnienie spadło.
– Ale komuś się podniosło. – Konrad skręcił w korytarz po prawo. Wyraźnie wkurzony Krysiak przechadzał się przed salą 164. – Naprawdę go zdenerwowałaś – dodał szeptem.
Na krześle pod ścianą siedział Snape. Obok Sławek opierał się o ścianę.
– Wiem. – Sam ściszyła głos. – Miałam nadzieję, że mnie zwolni.
Snape otworzył drzwi.
– Potter, Granger, Weasley! Chyba już wystarczy. Dręczenie pacjenta na pewno nie pomoże mu w szybszym ozdrowieniu.
Gryfoni niechętnie wyszli.
– Madmuasell? – Konrad zatrzymał pojazd i podał jej dłoń. – Chyba nie chcesz, by twój ochroniarz zobaczył cię w stanie wskazującym na kontuzję.
– Oczywiście. – Wstała.
Popielica wspięła się po lekarskim fartuchu na bark Konrada i przeskoczyła na ramię Mierzei. Sam westchnęła.
– Bez protestów – syknął Krysiak.
– A czy ja protestuję?
– Search, bardzo proszę. Wejdź. – Snape wskazał otwarte drzwi. – I naprawdę postaraj się już nie denerwować ludzi.
Sam wkroczyła do środka.
– Jesteś stuprocentowym idiotą – powiedział Filip.
Wzrok Mierzei spoczął na Syriuszu leżącym na łóżku przy oknie, a potem przesunął się w prawo.
– Cześć – burknęła Sam.
– Nie rób mu krzywdy – zaproponował Filip.
– Nie mam zamiaru. – Mierzeja podeszła do łóżka Syriusza. – Jego własna głupota ukarała go wystarczająco.
– Ale…
– Zamknij się, Robert – poradził Krysiak, wchodząc za Sam, Konradem i Severusem. – Porozmawiamy za chwilę.

***

– Ależ panie!
– Glizdogon. Chyba się zapominasz. – Lord Voldemort wstał, a w jego głosie pobrzmiewała groźba.
– Tak, panie. – Peter padł na kolana.
– Więc wynoś się!

***

– Musi się sam wybudzić – Konrad odpowiedział na nieme pytanie Sam. – I nawet nie próbuj… – dodał ostrzegawczo.
Black, przynajmniej zdaniem stojącego obok Mierzei Snape’a, wyglądał, jakby od śmierci dzieliła go tylko chwila. Był blady, ciemne włosy rozrzucone na poduszce dodatkowo ową niezdrową bladość potęgowały.
Nawet nie zdążyłeś wyciągnąć różdżki – pomyślał Severus. – Black, zaczynasz schodzić na psy. I niby ty chciałeś, żeby Dumbledore powierzał ci wykonanie jakiejś misji?
– Czego mam nie próbować? – spytała słodko Sam, siadając na łóżku Syriusza.
– Wydaje mi się, że doskonale wiesz, co pan doktor ma na myśli – powiedział Krysiak. Jego czujne spojrzenie mogłoby przy dłuższym kontakcie doprowadzić Mierzeję do ataku furii albo niepohamowanego chichotu – Severus nie miał pewności, w jaki sposób zareaguje Sam, gdyż zdawała się nie do końca rozumieć, co się wokół niej dzieje. Przez pewien czas słuchała uważnie przemowy swojego lekarza, po czym całkiem niespodziewanie stwierdziła „ojej!”, strasząc wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu i dodatkowo udowadniając, że ciągle nie jest w najlepszej formie.
– Co „ojej!”? – spytał Konrad.
– Nie… nic.
– Kłamczucha – orzekł lekarz. – I jak ja mam ci pomóc, gdy ty cały czas coś przede mną ukrywasz?
– Po prostu wydawało mi się, że… nie, nie wydawało mi się.
Syriusz Black powoli uchylił lewe oko.
– To zdecydowanie dobry znak! – Konrad porzucił wytykanie Sam braku zaufania do ciała lekarskiego i z entuzjazmem zaczął badać Syriuszowi puls, by po chwili zaświecić mu latarką w oko.
– Dajże mu spokój – poradziła Mierzeja, groźnie marszcząc brwi. – To normalne przy takiej kombinacji klątw, więc przestań się zachwycać.
Oko Syriusza na chwilę spoczęło na Sam, prześlizgnęło się po wszystkich osobach w sali, by utkwić spojrzenie w Snape’ie.
Czego on chce? – pomyślał Miszczunio.
Blackowe oko miał w tej chwili niesamowitą umiejętność wkurzania ludzi, a przynajmniej Severusa.
– Zrobisz to – oświadczył Łapa zachrypniętym głosem.
– A cóż masz na myśli, mówiąc „to”? – spytał Snape, siląc się na uprzejmy ton, gdy Syriuszowe oko wyzywało go na pojedynek „Kto Dłużej Wytrzyma Bez Mrugania”.
– Och, Snape, nie udawaj idioty. Po prostu obiecaj, że będziesz się wywiązywał z obowiązku Opiekuna Domu, a dam ci spokój.
– Wydawało mi się, że cały czas to robię – zauważył chłodno Miszczunio.
– Nie wywiązujesz się ze swoich obowiązków. – Black odkaszlnął. – Masz dbać o bezpieczeństwo podopiecznych. To zasada 61, podpunkt a. Przypominam ci o tym. – Przeniósł spojrzenie na Sam.
– Bredzisz, Black. – Snape również spojrzał na Sam. – Tej dziewczynie nic nie grozi, a poza tym wyznaczono za ciebie zastępstwo. Możesz tu sobie wypoczywać do woli.
– Lepiej być przygotowanym na atak – powiedział cicho Black, gdy jego lewe oko odmówiło posłuszeństwa. – Pamiętaj o tym, Snape. Stron zainteresowanych jest zawsze o jedną więcej, niż się początkowo wydaje.
– Bredzisz, Black.
– I to by było na tyle – powiedział Konrad, patrząc na Syriusza. Żadna riposta nie nastąpiła.

***

Leo przetrząsała biurko w poszukiwaniu zaginionej strony notatek z „Zaklęć leczniczych”.
– Cukier! Cukier! Cukier! – powtarzała, przekładając papiery z jednej strony biurka na drugą. – Cukier! Cukier! I jeszcze raz cukier! Gdzie jesteś, wredny potworze?!
Usłyszała otwieranie drzwi frontowych, a potem tych prowadzących do piwnicy.
– Czyli szanowny pan Teodor postanowił wrócić – wycedziła, wysypując zawartość jednej z szuflad na blat. – Cukier!

***

– Wydawało mi się, Robert, że ustaliliśmy pewne fakty. – Krysiak spojrzał na rzeczonego. – I że nie będziesz zachowywał się jak idiota. Bez protestów! – dodał, widząc, iż młodzian otwiera usta, by coś powiedzieć. – Ja NIE KAZAŁEM WAM tego robić!
– I tak by się… – zaczął Filip, ale szef mu przerwał:
– Zamknij się! Przez wasz wrodzony kretynizm nieomal straciliśmy ludzi! Czy mi się wydaje, czy zdaliście dwa z trzech aurorskich egzaminów, a wasza koleżanka chwilowo ani jednego?! Ale to ona miała na tyle rozumu, by obłożyć siebie i was jakimś zaklęciem ochronnym, a dodatkowo monitorować wasze beznadziejnie głupie posunięcia na innej płaszczyźnie!
– To ja sobie pójdę… – Konrad wycofał się i zamknął drzwi od zewnątrz.
– Dlaczego to mnie zawsze trafia się taka bezmózga banda partaczy?! – kontynuował Krysiak. Oczy nabiegły mu krwią, co bezsprzecznie oznaczało, że jest wściekły. – Jedyną rozsądną osobą jest ta dziewczyna!
Sam prychnęła. Najwyraźniej uznała, że określenie „rozsądna osoba” w żadnym wypadku nie powinno się do niej odnosić.
– A ty złożyłeś na nią skargę. Czy możesz mi wyjaśnić dlaczego? Czy mieliśmy cię tam zostawić?

***

Bu ziewnęła. Jeśli dobrze odszyfrowała informacje na tablicy zastępstw, to matematyczka miała być nieobecna, a co za tym idzie, Bu nie musiała zabierać podręcznika „Matematyka i numerologia”, liczącego sobie kilkaset ciężkich stron. Niestety, nie tryskała z tego powodu humorem, gdyż nie było również profesorki od geografii, a zastępstwo miał mieć profesor Snape.
– Trzy godziny eliksirów… – westchnęła Masłowska. – I czym ja sobie na to zasłużyłam?

***

Sam oparła głowę o szybę. Świat był z lekka fioletowy, ale nie poinformowała o tym Konrada, gdy opuszczała przybytek szpitalny – zapewne załadowałby ją do łóżka bez prawa ruszania się gdziekolwiek.
515 sunęło w miarę płynnie w kierunku Rembertowa. Ikarus podskakiwał na wybojach. Mierzeja podniosła wzrok – nad nią stał Severus z miną niewróżącą niczego dobrego. Przywodził jej na myśl przerośniętego nietoperza w złym humorze… w tej chwili raczej fioletowego nietoperka…
– Search, mogłaś zachowywać się bardziej uprzejmie. – Snape utkwił w niej spojrzenie swoich ocząt. – Nie musiałaś wychodzić bez pożegnania.
– Słuchanie tych kłótni między Krysiakiem a Robertem… – Mierzeja wzruszyła ramionami. – … nie jest tym, co chciałabym robić dzisiaj.
– Chyba stać cię chociaż na „DO WIDZENIA”, prawda?
Popielata wiewióra wychyliła się z małej kieszeni plecaka Sam stojącego pod siedzeniem i zaczęła się wspinać po zwisającym rękawie Mierzei.
– Tak.
– Więc mogłabyś zachowywać się, jak młodej damie przystało – kontynuował severusowym tonem zarezerwowanym do odejmowania punktów Gryfonom. – Nie uważam również za odpowiedni sposobu, w jaki prowadziłaś rozmowę ze swoim przełożonym. Spodziewałem się po tobie czegoś więcej, Search. Masz szlaban. Może to skłoni cię do przemyślenia swojego zachowania. Jutro, po eliksirach, w pracowni eliksirów. I nie interesują mnie twoje zajęcia dodatkowe – dodał, widząc, że Mierzeja chce mu przerwać.
– Oczywiście. – Sam nie wydawała się zaskoczona ani przemową profesorską, ani szlabanem.
Z kolei w Severusie narastało przemożne pragnienie przetrzepania podopiecznej skóry. Nie miał pojęcia, dlaczego Sam wydała mu się nagle strasznie irytującą osobą.
– Search! – wycedził.
Mierzeja zaprezentowała doskonale dopracowaną minę niewiniątka.
– Tak, panie profesorze? – zabrzmiało, jakby nie miała pojęcia, że wkurza Miszczunia.
– Jeśli za chwilę zrobisz minę właściwą słodkim idiotkom, to szlaban potrwa do końca tygodnia – zagroził.
– Tak, panie profesorze – powiedziała wypranym z wszelkich emocji głosem.
– I ani się waż zemdleć.
– Nie zamierzam mdleć. – Sam zdjęła wiewiórkę z ramienia i schowała ją do kieszeni plecaka. – Ale jeśli…
– Dość!
– Jak pan sobie życzy, panie profesorze. – Mierzeja spuściła wzrok.

***

Oczywiście, że go wkurzała, Severus nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Jej spokojne odpowiedzi i całkowita obojętność powoli zaczynały działać na niego jak wyjątkowo czerwona płachta na niespotykanie rozjuszonego byka.
Dodatkowo okłamała tego lekarczyka od siedmiu boleści – Snape doskonale o tym wiedział. Zapewne, mówiąc prawdę, nie uśmiechałaby się tak promiennie.
515 zakręciło, wymuszając pierwszeństwo i z piskiem zatrzymało się przed Ratuszem.
– Search.
– Ja wcale nie spałam. – Pospiesznie wstała i, wziąwszy plecak, opuściła pojazd.
Severus wysiadł za nią. Zdecydowanie była irytująca i dodatkowo wyglądała jak półtora nieszczęścia… albo raczej jak niewyspane dwa i pół nieszczęścia – niezdrowa bladość i cienie pod oczami czyniły ją obiektem zainteresowanie licznych babć siedzących na ławce pod autobusową wiatą.
A dodatkowo bezczelnie kłamała. Kłamała w sposób niemalże doskonały – zamykając umysł i nie pozwalając na porównanie wypowiadanych słów ze swoimi wspomnieniami. Gdyby sam nie stał obok niej i nie widział tego na własne oczy, zapewne byłby zmuszony uwierzyć.

***

– Ręka, Glizdogonie – powiedział lodowato Czarny Pan.
Peter podwinął rękaw, odsłaniając lewe przedramię.
Długi i zimny palec Voldemorta dotknął wypalonego na skórze znaku.

***

Snape odprowadził Sam do furtki.
– Nie zapominaj o szlabanie – powiedział, gdy Mierzeja miała już zniknąć za drzwiami.
– Tak, panie profesorze. – Sam zamarła z ręką na klamce. Wiewiórka siedząca na jej ramieniu pokazała jakiś skomplikowany gest, mający zapewne za zadanie zobrazowanie zrezygnowania.
Gdy za Sam zamknęły się drzwi, Severus niespiesznie ruszył w kierunku Chomiczej piwnicy. Nie miał ochoty na ponowny kontakt z komunikacją miejską.
Powietrze było ciepłe, a woda szybko parowała z licznych kałuż.
– Co ja właściwie robię? – zapytał na głos, przeskakując nad gładką taflą wody na chodniku. – I jeszcze to! – Potarł lewe przedramię. – Tylko tego mi brakowało do szczęścia.

***

Mew podejrzliwie przypatrywała się leżącej na blacie biurka broszce. Perła oprawiona w srebro błyszczała, poddawana szczegółowym oględzinom.
– Co to właściwie jest?

***

– Piotrek, grzebałeś w mojej biżuterii.
– Ja nie noszę kolczyków – odparł Mierzejowy bratencjusz, rozpłaszczając się na kanapie. – Poprawiłaś moje wypracowanie z niemca?
– Kiedy? – wycedziła Sam, wysypując zawartość szkatułki na stół. – Możesz mi powiedzieć, KIEDY miałam to zrobić? Jakbyś nie zauważył, to dopiero wróciłam!
Popielata wiewiórka zeskoczyła z ramienia Mierzei i zaczęła buszować pośród łańcuszków, pierścionków i kolczyków.
– Nie denerwuj się – zasugerował Piotrek. – Ja tylko zapytałem.
Wiewiórka założyła pierścionek z zielonym oczkiem na głowę.
– Piękny diadem. – Mierzeja odebrała Sławkowi srebrny element. – Zamiast się bawić, mógłbyś poszukać w pokoju tego przeklętego wężowego pierścionka.
– Jak nie masz czasu… to trudno… – Wstał i zabrał z biurka kartkę z wypracowaniem.
– Idź do Deagola – warknęła Mierzeja.

***

– A ty tu czego? – Zza załomu wychylił się wysoki blondyn w towarzystwie dwóch osiłków. Piotrek popatrzył na niego podejrzliwie. Dotychczas błąkał się po dziwnie wyglądających korytarzach, szukając kogoś, kto mógłby mu udzielić niezbędnych do znalezienia Deagola informacji. Niestety, ci trzej osobnicy zapewne nie byli przychylnie nastawieni, a udzielanie jakichkolwiek informacji nie leżało w zakresie ich obowiązków.
– Znowu dręczysz ludzi, Malfoy? – ktoś odezwał się niespodziewanie tuż za Piotrkiem.
– Och, Potter, czy ty zawsze musisz wszystko zepsuć? – Blondyn wzniósł oczy w kierunku sufitu. – Potter… wybawca szlam i obrońca uciśnionych… brakuje ci tylko białego rumaka – zakpił.
Crabe i Goyle zachichotali.

***

– Co to jest?
Pytanie zawisło w powietrzu.
Odpowiedź nie nastąpiła.
Pytający podejrzliwie przyglądał się łzie z topazu w srebrnej oprawie.

***

Teleport był raczej powolny. Snape był niemalże pewny, że to robota Notta – jedynej osoby, która była w przeszłości w tym dziwnym kraju i która miała odpowiedni certyfikat. Severus wiedział, że Czarny Pan nie dopuści do odkrycia miejsca spotkania swojej świty przez tutejsze MM, a nic nie ściągało tak szybko w dane miejsce patroli z magicznymi funkcjonariuszami, jak nielegalny teleport. Owalna tarcza wypluła Snape’a na niewielką polanę.
Odwołani od różnych niecierpiących zwłoki zadań Śmierciożercy byli raz po raz wyrzucani na z lekka pożółkła trawę. Brak czarnych peleryn wyraźnie rzucał się w oczy. Severus spostrzegł Malfoya, który rękawem koszuli wycierał z twarzy resztki kremu do golenia.
Na środku tradycyjnie stał lord Voldemort. Nieopodal Nott otwierał jeden z ostatnich teleportów – srebrna tarcza wyraźnie się chwiała, co zdecydowanie obniżało bezpieczeństwo całego przedsięwzięcia.
– Jak wiecie, moi mili – zaczął Czarny Pan, gdy Śmierciożercy ustawili się zgodnie z tradycją – nigdy nie twierdziłem, że naszym jedynym celem jest zdobycie władzy. Nigdy nie twierdziłem też, że jest nim Harry Potter. Naszym celem jest całkowite panowanie nad światem i ostateczna rozprawa z mugolami, ale to już wiecie od dawna. – Przerwał na chwilę. – Wiecie również, że Harry Potter cały czas powoduje, iż musimy zmieniać nasze plany, ale to nic. Potter to tylko drażniąca, nisko latająca mucha. Nie może zrobić wiele ponad to, z czym już się zetknęliśmy. Dużo więcej szkody może nam wyrządzić zdrajca.
Snape nerwowo przełknął ślinę, gdy czerwone oczy Voldemorta omiotły zebranych, zatrzymując się na nim.
– Prawda, McAlish? – Czarny Pan obrócił się i utkwił spojrzenie w rudowłosym chłopaku, którego Snape widział na „spotkaniach” tylko raz czy dwa.
Młodzian drgnął nerwowo.
– Myślałeś, że możesz bezkarnie okłamywać lorda Voldemorta? – To było raczej stwierdzenie niż pytanie. – Sądziłeś, że nie dowiem się o twoich spotkaniach z przedstawicielami tutejszych władz? A może uznałeś, że uda ci się to ukryć? – Czarny Pan uniósł lewą brew, co spowodowało, że wyglądał jeszcze bardziej makabrycznie niż zazwyczaj. – Twój umysł jest tak samo bezwartościowy jak… w tej chwili nie znajduję odpowiedniego porównania. – Głos Voldemorta brzmiał niemal łagodnie, co nieszczęśnikowi nie wróżyło nic dobrego. – Nie widzę powodu, byś pozostawał w naszym towarzystwie. Crucio!
McAlish w drgawkach padł na murawę.
– Wiecie, co robić, prawda? – Voldemort zdjął zaklęcie ze swej ofiary.
Jeśli zdrajca okazywał się tak nierozsądny, by pojawić się na zborze, jego szanse na przeżycie spadały nieco poniżej zera.
Czarny Pan spokojnie przyglądał się, jak Śmierciożercy rzucają kolejne zaklęcia na McAlisha, którego twarz w tej chwili pokryta była sączącymi się wrzodami i licznymi śladami poparzeń.
Snape starał się nie myśleć o niczym, w czym wyraźnie przeszkadzało mu miotające się po murawie ciało. Lucjusz Malfoy i Bellatrix Lestrange prześcigali się w rzucaniu niemalże morderczych klątw… Niemalże morderczych, bo przyjemność uśmiercenia zdrajcy zarezerwował dla siebie Czarny Pan, który teraz wyczekująco wpatrywał się w Severusa.
Czyli chce mnie sprawdzić – pomyślał, wyciągając różdżkę z kieszeni marynarki.
Czarny Pan uśmiechnął się nieznacznie.

***

Piotrek patrzył wyczekująco na Deagola, który błądził wzrokiem po tekście. Przed chwilą cudem uniknął ogłuszenia i zziajany wpadł do olbrzymiej sali, przez którą już raz dziś przechodził. Tylko dzięki pomocy Piecka, który siedział przy jednym ze stołów, udało mu się znaleźć Deagola.
– Rzeczownik piszemy Dużą Literą.
– Yhm.
– Co to jest?
– Może.
– Nie… „vielleicht” ma mniej „el” i żadnego „jot”.
– Ups.

***

– Chciałeś go bronić, a on wolał zwiać… chyba nie wierzy w twoje umiejętności, Potter.
– Zamknij się, Malfoy – warknął Harry.
– Nudzisz mnie, Potter. Jesteś beznadziejnym przypadkiem. Bez przerwy wchodzisz mi w drogę. – Draco wyjął z kieszeni różdżkę. – Mam nadzieję, że nie weźmiesz tego do siebie. Po prostu cię uprzedzam, bo jesteś wszak taki delikatny, Potter. Mógłbyś jeszcze znaleźć się w stanie szoku, gdybym ci nie powiedział wcześniej. Z łaski swojej podnieś łapki do góry. I bez sztuczek. Przecież widzę, że masz różdżkę w kieszeni… – Draco ziewnął. – Wydaje mi się, że teraz ty potrzebujesz pomocy… Gdzie twoi wybawiciele? – Rozejrzał się. – Vincent, mam nadzieję, że wiesz, co robić.
Crabe wymierzył różdżką w Harry’ego.
– Wybaczysz mi, prawda, Potter? Mam pilne spotkanie. Skoro ten smark mógł tu przyjść, to znaczy, że istnieje jakaś wspólna podprzestrzeń. Ale ty oczywiście nie jesteś w stanie tego zrozumieć bez pomocy szlamowatej Granger. – Odszedł, pogwizdując jakąś wesołą melodię.
Co teraz? – pomyślał Potter na chwilę przed tym, jak ból blizny go oślepił.

***

Draco wspinał się po szerokich, spiralnych schodach. W połowie długości zachodniej ściany Wielkiej Sali znajdowały się ciężkie, drewniane drzwi, których dotąd nie zauważył, a które prowadziły na ową dziwną klatkę schodową.
Po kilkudziesięciu stopniach osiągnął podest opatrzony tabliczką „Piwnica I. Biblioteka Sam w Piwnicy II. Uwaga na krokodyla!”. Wewnętrzne oko podpowiadało Draco, że powinien iść dalej. Przy kolejnym podeście tabliczka głosiła:„Uwaga! Strefa rażenia. Zachować szczególną ostrożność w kontaktach z ciałami profesorskimi”. Malfoy wspinał się dalej. Drzwi na ostatnim piętrze opatrzono oznaczeniem właściwym podprzestrzeni – zielonym kwadratem z dużą, czerwoną kropką na przecięciu przekątnych. Ślizgon profilaktycznie postanowił tam nie zaglądać, bo nigdy nie wiadomo, co w owej podprzestrzeni jest trzymane. Zaciekawiły go natomiast pomalowane czarną farbą drzwi znajdujące się na prawo od oznaczonych.
Nacisnął klamkę – ustąpiła niechętnie i Draco znalazł się na kolejnej klatce schodowej – tyle tylko, że tym razem były to metalowe, spiralne schody z pozbawioną ozdób poręczą, a nie szerokie, kamienne, podobne nieco do hogwarckich.
Malfoy zerknął nad balustradą – mimo iż drogę na dół oświetlało kilka pochodni, nie był w stanie dostrzec, jak wysoko się znajduje. Spojrzał w górę. Wydawało mu się, że coś usłyszał. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni wychylił się z okna dachowego.
– Świetnie! Cudownie! Cukier! – kontynuowała siedząca na dachu Mierzeja. – Cukier!
Draco ostrożnie wyszedł na dach, przytrzymując się komina.
Dziwny ten budynek – pomyślał, mając za sobą wyjątkowo spadzisty fragment dachu z owym oknem, a przed sobą powierzchnię niemalże poziomą.
– Takie słowa z ust damy? – spytał, podchodząc bliżej i siadając obok niej.
– Następny znawca dobrych manier – prychnęła Sam.
– Możesz nawet rzucić na mnie jakieś dziwne zaklęcie, a ja i tak będę tu siedział – oświadczył Malfoy niezrażony słabo oświetloną miną Mierzei. – Twoje groźby nie robią na mnie wrażenia, Sam. Jesteś wściekła, ale…
– Jestem wściekła między innymi przez ciebie! – Mierzeja dźgnęła go w pierś. – Podpuściłeś Pottera! Powiedziałeś mu!
– I co z tego?
– To z tego, Draco, że obydwaj jesteście bezwartościowymi idiotami ze skrzywieniem psychicznym – poinformowała go Sam już nieco spokojniej.
– Jeśli ty tak twierdzisz, to znaczy, że to prawda – zgodził się.
– Draco… – jęknęła Sam, układając się na ciepłym jeszcze dachu.
Malfoy spojrzał w niebo – gwiaździste i raczej bezchmurne.
– Dałbym ci gwiazdę z nieba, gdybyś tylko chciała – powiedział po chwili.
– Jakbym chciała, tobym ją sobie sama wzięła. – Sam ziewnęła. – Niestety, nie żyjemy w czasach, gdzie kobieta musiała być słabą i niezdecydowaną istotą zależną od mężczyzny.
– Gwiazdkę z nieba… – powtórzył Draco.
– Czy ty nie masz przypadkiem gorączki? – zatroskała się Mierzeja.
– Nie sądzę.
– Twoja wizyta utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam lepiej zamykać drzwi – oświadczyła.
– Jak chcesz, kochanie.
– Nie mów do mnie „kochanie”, Draco. – Sam usiadła. – Nigdy nie byliśmy parą i obawiam się, że nie jestem zainteresowana wiązaniem mojej przyszłości z twoją osobą. Wiem, że jestem okrutna, ale… Cukier! – Przycisnęła obandażowaną dłoń do lewego policzka. – Znowu!

***

Czarny Pan postanowił zakończyć życie McAlisha, gdy ten był jeszcze przytomny. Zabicie kogoś, komu nie można spojrzeć w oczy i dodatkowo się roześmiać, nie było dla lorda przyjemnością, a oznaką słabości i niezwykłą wręcz łaską. Dlatego też chłopak wiedział, że zaraz umrze, mógłby nawet spojrzeć czerwonookiej śmierci w twarz, gdyby nie fakt, że jedna z klątw go oślepiła.
Lodowaty śmiech Voldemorta nie pozostawił mu jednak żadnych złudzeń.
Błysnęło zielone światło.
Czarny Pan spokojnie odszedł między drzewa – krąg sług rozsunął się, przepuszczając go.
Voldemort zatrzymał się na chwilę i jego spojrzenie spoczęło na Severusie. „Za mną” – mówiło wyraźnie.
Snape ruszył za lordem. Sosnowe igły pod stopami wydawały mu się wyjątkowo nierealne.

***

Gdyby Draco Malfoy zapytał Crabe’a, dlaczego Potter nie wisi głową w dół na największym żyrandolu w Wielkiej Sali zgodnie z wydanymi poleceniami, Vincent musiałby opowiedzieć, jak to Gryfon całkowicie niespodziewanie przewrócił się, uderzając głową w kamienną posadzkę. Jak po chwili podniósł się chwiejnie, zaciskając palce na różdżce, by oberwać prawym prostym Goyle’a i wylądować w ramionach pobliskiej zbroi. Jak Potter rzucił na Goyle’a drętwotę, by z nieznanych przyczyn ponownie wylądować na podłodze. Jak McGonagall całkowicie niespodziewanie pojawiła się tuż za Vincentem i zaprowadziła go do dyrektora – za ucho. Rzeczone piekło go teraz boleśnie, a Harry Potter leżał bezpiecznie we własnym łóżku bez wyraźnych obrażeń i uszczerbków na honorze.
I Crabe’a wcale nie pocieszał dany Gryfonowi szlaban za włóczenie się po korytarzach.

***

– Coś się stało? – zainteresował się Draco.
– Nic – warknęła nieuprzejmie.
– Nie chcesz mówić, to nie mów. – Malfoy nie wydawał się urażony. – Mam jednak wrażenie, że twój paskudny humor nie jest tylko moją winą.
– No coś ty?! – prychnęła Sam. – A tak właściwie dlaczego jesteś tak miły?
Malfoy oczyma wyobraźni zobaczył dyndającego głową w dół Potter i uśmiechnął się.
– A nie powinienem być? Miałem tu przyjść, żeby na ciebie nawrzeszczeć? Nie sądzę, by było to zachowanie wskazujące na obecność zdrowego rozsądku.
– Wszyscy jesteście okropni – orzekła Mierzeja.
– Tylko okropni? – zdziwił się Draco.
– Okropni! Wstrętni i potworni! Jak to możliwe, że jacyś faceci cały czas czegoś ode mnie chcą?! – Sam zaczynała się denerwować. – Dodatkowo oczekują, że będę potulną, słodką idiotką! Jakbym nie miała dość problemów!
– Nie przejmuj się. – Ślizgon przysiadł się bliżej.
– Łatwo ci mówić!
– Masz niezaprzeczalną rację.
– Wkurzasz mnie!
– Wiem. – Objął Mierzeję, oczekując ataku, a przynajmniej słownej napaści. Nic takiego nie nastąpiło. Lewa ręką w dalszym ciągu była przytwierdzona do ciała, więc Draco miał nadzieję, że taki stan rzeczy będzie trwał jak najdłużej.
– Wcale nie zamierzam ryczeć – zakomunikowała nieco rozedrganym głosem.
– Oczywiście.
– Przestań się ze mną ciągle zgadzać.
– Jeśli sobie tego życzysz…
– Nie znoszę siebie – oświadczyła Mierzeje po chwili głosem, w którym sugestia nadchodzącego potoku łez była niemalże namacalna.
Malfoy postanowił wysłuchać, co dziewczyna ma do powiedzenia. I tak nie miał innych planów na dzisiejszy wieczór.
– Przez te durnowate „zdolności” – owo słowo wymówiła, jakby chodziło przynajmniej o przekleństwo lub zemstę bogów – cały czas mam kłopoty. I dodatkowo przynoszę pecha!
– Jakbyś przynosiła pecha, to ja powinienem od dobrych kilku minut leżeć na dole martwy.
– Noc jest jeszcze młoda.
Draco podniósł głowę – niebo mrugało do niego tysiącami tysięcy gwiazd.
– Oj, nie przejmuj się…
Owe pocieszające z założenia słowa zadziałały całkowicie odwrotnie.

***

– Chyba robię się miękki na starość… – oświadczył Czarny Pan, opierając się o pień sosny. – Glizdogon chyba ci powiedział, prawda? Właściwie po co cię pytam. Gdyby nie owa wiadomość, zapewne nie gościłbyś wśród nas… Nie sądzę, byś okazał się tak nierozważny jak McAlish… – Przerwał na chwilę. – Powiadomisz mnie o każdym jej kroku. O każdym nawet nieważnym twoim zdaniem wydarzeniu, słowem: wszystkim, co jej dotyczy. Nie zapominaj również, by mieć na oku tę drugą… Nie podziękujesz mi, Snape? To wielki akt łaski… Moje oczy i moje uszy wśród zwolenników Dumbledore’a, a dodatkowo uważny obserwator poczynań moich niesfornych dziewczynek… – Roześmiał się.

***

Piętnaście minut nieprzerwanego potoku łez.
– No i czemu ryczysz? – spytał łagodnie Draco, choć owa łagodność przychodziła mu z coraz większym trudem. Tak naprawdę nie bardzo interesowały go problemy płci przeciwnej. Istniało kilka wyjątków, którymi musiał się interesować – jeden z nich siedział właśnie obok w wyraźnie złym stanie psychofizycznym.
Niespodziewanie coś wskoczyło mu na ramię i bezczelnie dziabnęło w ucho.
– Ała!
– 22.00! – Mierzeja strząsnęła rękę Ślizgona ze swojego ramienia. Po chwili już jej nie było – tylko dochodzący z oddali stukot obcasów sugerował użycie schodów.
Draco rozejrzał się w poszukiwaniu bezczelnego sprawcy napaści.
Na kominie siedziała wiewiórka.
Mimo słabego oświetlenia Draco mógłby przysiąc, że zwierzak uśmiecha się.

Koniec dnia X

Mierzeja
29.09.2006, 16:39

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Madea

Buu...:( czzyli jeszcze sobie poczekamy...nie pozostalo nam nic innego jak goracy doping!

19.10.2006, 16:26
Andromeda Mirtle

Sporo.

17.10.2006, 17:02
Madea

a ile jeszcze zostało do sprawdzenia?

15.10.2006, 09:22
:)

Dajcie już następny dzień...

10.10.2006, 15:56
Andromeda Mirtle

Jeśli chcesz, żeby inni też mieli swoją szansę, to znaczy, że nie muszę się spieszyć ze sprawdzaniem, prawda?

8.10.2006, 16:49
4!3x

^^

3.10.2006, 20:56
Jess

Cóż za logika... Pograulował...

3.10.2006, 20:39
4!3x

Nie wiesz? Snape myśli, że Sam zrobiła coś niedobrego czyli, że czegoś nie zrobiła, a Sam myśli nie-wiadomo-co, bo myśli Sam uzewnętrzniane nie są.(chociaż ona może go olewać bo on ją olewa a gdy ona go olewa on ją olewa itd.itd.i tak w kółko :))

3.10.2006, 18:03
Mierzeja

Cóż.... należało by zapytać Snape'a.

2.10.2006, 17:01
:)

czemu sam i snape są tacy sztywni i sie olewają? powinnas cos z tym zrobic.

2.10.2006, 14:43