Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Drzwi w Skale: Achonieci (cz. II)

Drodzy Czytelnicy, Stali Bywalcy tudzież Goście Proroka!

2 lata temu ówczesny Władca Fikcji, Valaraukar, opublikował w Strefie Fikcji moje pierwsze opowiadanie. "Dom ostateczny" spodobał się. To zachęciło mnie do dalszego tworzenia. Mam za sobą utwory umieszczone w świecie pani Rowling, pełne tajemnic, spisków i tego, co nazwano "klimowskim klimatem". Mam za sobą własne, stworzone mocą wyobraźni światy, zaludnione niestworzonymi stworzeniami.
Przed wami druga część "Drzwi w Skale". Będzie co najmniej jeszcze jedna część (chciałbym opublikować ją 12 września, w moje 18. urodziny).
Miłej lektury.




Drzwi w Skale, cz. I


Dlaczego Achonieci? Dlaczego Terton Bedo obudził się z tym właśnie słowem na ustach? Co takiego mu się śniło, że przypomniał sobie o istnieniu Achonietów? A przede wszystkim – kim są Achonieci?

Mówiąc najkrócej, Achonieci są czarodziejami. I nie chodzi tu, na Rosły Czajhak, o tych niskich staruszków, których co najmniej kilku żyje w każdym większym mieście Impromptu – świata, którym niegdyś władali Tertonowie. Nie chodzi o tych sprzedawców ziół, znawców kilkunastu prostszych uroków, kilku pospolitych klątw i góra jednego błogosławieństwa. Nie, Achonieci są czarodziejami, i to przez duże Cz.

Mówi się o nich także, że są najstarszym ludem, zamieszkującym Imprompt. Ich kroniki dowodzą czego innego.

Za bardzo dawnych lat ziemia zamieszkana była przez mnogość rozmaitych ludów. Ich obyczajem było posiadanie "symboli ludu" i "cech ludu". Żaden z Achonietów nie pamięta już, jak nazywał się jego lud w tamtej epoce; symbolem był orzeł, a cechą ludu była jego szczególna zdolność do pewnego kunsztu. Nie było ludu, który przewyższałby przodków Achonietów w tej dziedzinie, i przyznawali to wszyscy – nawet potężny lud zza morza, który choć wiedział o ówczesnych Achonietach niewiele, tytułował się ich przyjacielem.

Pewnego dnia z nieba zstąpił na ziemię prawdziwy orzeł i objął władzę w państwie Achonietów. Wielu było tych, którzy udali się pod jego opiekuńcze skrzydła, choć nie brakło i jego przeciwników. Ci udali się pod opiekę stwora Lubroka (miał on wiele innych nazw, jak Akska, Prezkra, ale "Lubrok" najlepiej zapamiętali Achonieci). Nie doszło jednak do decydującej walki Orła z Lubrokiem; słońce spadło z nieba i poczęło toczyć się po ziemi, paląc wszystko przed sobą. Achonieci i inne ludy udali się do podziemnych kryjówek, by tam przetrwać kataklizm.

Minęło wiele lat; minęło wiele pokoleń, osadzonych w kryjówkach podziemnych. Wreszcie któregoś dnia jeden z Achonietów (to właśnie w podziemiach pojawiła się ta nazwa) wyszedł na powierzchnię. I ujrzał on ziemię jałową, kraje spustoszone i równiny wypalone. Niebo zasnute było chmurami, ale słońce zaczynało już przebijać się przez nie. Oznajmił ludowi swemu, podziemnemu, o przeminięciu niebezpieczeństwa. Wkrótce Achonieci wyprawili posłów swoich na cały świat; chcieli wiedzieć, czy w innych zakątkach ziemi nie przetrwał ktoś jeszcze.

Minęło wiele lat, nim powrócili posłowie Achonietów. Przewędrowali oni ziemię całą. Widzieli góry obrócone w doliny, kraje niegdyś nizinne przecięte górami, morze tam, gdzie nigdy go nie było. Ale ludy ocalałe odnaleźli jeno dwa: jeden z nich w tym rejonie świata, gdzie niegdyś na trzech tysiącach wysp zamieszkiwał lud kwiatu owocodajnego. Tam przetrwali słudzy owego ludu, odziani w stal i żelazo, nie lękający się trudów.

Drugi lud znaleźli tam, gdzie niegdyś dumnie wznosiły się ku niebu góry najwyższe: upadły one głęboko, a na ich miejscu powstało jezioro z wyspą pośrodku. Wyspę zamieszkiwali potomkowie nigedyś najliczniejszego spośród ludów, żywionych przez ziemię.

Powiadają także kroniki achonieckie, że lud ich podzielił się na dwie części: ta większa rozeszła się po świecie, łącząc się ze sługami narodu kwiatu i nacją z wyspy na jeziorze. Pozostali przysięgli nie rozłączać się nigdy.

Tylko ta mniejsza cząstka ocaliła swoją nazwę. Tylko ona nie zapomniała kunsztu, który uczynił ją potężną.

Nastąpiło tedy zmieszanie narodów: z trzech, ocalałych po katastrofie, utworzyły się wszystkie te, które zamieszkują do dziś Imprompt. Jeżeli więc mówią prawdę kroniki Achonietów, to Tertonowie są ich potomkami, jako też są nimi władcy i ludy podległe niegdyś Rosłemu Czajhakowi. Ale zbyt wiele lat minęło, by ludy czuć były w stanie pokrewieństwo między sobą: każdy w kronikach swych mieni się piewszym, pomieszkującym Imprompt. I trudno rozstrzygnąć, który z nich prawdę powiada, a który, pełen dumy i ambicji, wyższym chciał się okazać nad sąsiadów. Jest więc to wielka tajemnica.

Kunszt, który Achonieci zachowali, stał się wielką pomocą dla możnych Impromptu. Oto, co na ten temat wspomina "Sar Matheon", dzieło nieznanego z imienia dostojnika, żyjącego za czasów Rosłego Czajhaku: "Yeśli zaś poyawia się, yako słychać, potrzeba (...) nazwania któregokolwiek ludu Ympromptu Tem Naytayemnem, niechay będzie to Nacya Achonyecka. Naytayemni pomyeszkuyą wzniosłości [góry] Południa, gdzie rzadko wędruyą stoły nasze, i tam parayą się sprawami, ktorych oko nasze nie ogląda i ręka nie tyka. Niczem dla nich yest przenieść wzgorek z yednego krańca Ympromptu na wtór, utworzyć wtór yeden [drugi identyczny] las, zakląć tużość [ciężar] głazu w miszości [drobinie] pyasku, oswobodzić cokolwiek od kund meszszyja [rodzaj pospolitego demona]. Powyadayą, iże nie byłoby dla nich tużością parhos [kawał] ziemi z wodami, niebami i cokolwiekiem [tu: wszystkim, co pomiędzy] zakląć w głazie lubo w czem innem."

Uwagę zwraca przede wszystkim ostatnie zdanie z tutaj zacytowanych: "(...) parhos ziemi z wodami, niebami i cokolwiekiem zakląć w głazie (...)". A czym innym Druga Ojczyzna, jeżeli nie potężnym obszarem świata, zamkniętym w skale? Jasne tedy, że musieli niegdysiejsi władcy Rosłego Czajhaku udać się do Achonietów i poprosić o stworzenie "kopii" ich państwa.

To tłumaczyłoby także późniejszy upadek Tertonów. Achonieci przesuwają wzgórza, kopiują lasy i "zaklinają tużość w miszości", czyniąc przy tym – co tu wiele mówić – sporo szkód: wyrywają pojedyncze drzewa, zawracają bieg rzek, zasypują doliny, wywołują burze (zdarzyła się nawet kiedyś niewielka trąba powietrzna – w okolicach Dwu Jezior). Niegdyś robili to osobiście, dziś wysługują się teskami (czarodziejami – przez małe cz), płacąc za wyrządzone przez nich szkody wedle cennika.

Pomyślmy więc, jak spustoszona musiała zostać Pierwsza Ojczyzna Tertonów, by Druga mogła być obrazem państwa u szczytu jego potęgi. Władcy Tertonów, niegdyś wędrujący po całym kraju, zmuszeni zostali do osiedlenia się w zamkach. Podnieśli także wysokość należności, podatków i innych opłat.

Kiedy Tertonowie usiłowali wytłumaczyć światlejszym jednostkom spośród ludów pod ich władzą przyczyny tych zniszczeń, ich wysiłki obróciły się przeciw nim – wśród ludu rozeszły się pogłoski, że władca i jego otoczenie pokumało się z czarnoksiężnikami z południa, którzy spustoszyli kraj, ponieważ nie dostarczono im zapłaty za ich usługi. Im dalej szerzyły się te pogłoski, tym bliższy był kres Rosłego Czajhaku...

Jak to wspomniano w innym miejscu, po upadku Czajhaku niegdysiejsi jego podwładni przejęli dorobek intelektualny Tertonów. Sporo im umknęło, a największą nauką spośród zlekceważonych był kunszt achoniecki.

Nie znaczy to oczywiście, że Tertonowie poznali sposoby, dzięki którym Achonieci mogli czynić to, co czynili. Tertońskie "hvar", które tłumaczy się jako kunszt, zawiera w sobie także pozytywne ku niemu nastawienie, chęć korzystania z niego i aprobatę jego wyników. Poddanym Tertonów – przez wzgląd na plotki o czarnoksięskich korzeniach kunsztu – zabrakło nastawienia, chęci i aprobaty.

Wiele lat i pokoleń później Achonieci odzyskali dobre imię. Stało się tak za sprawą ich ówczesnego przywódcy, Ama Przyjemnego.

Am bawił podówczas w miasteczku o nazwie Ohota, (stolicy niewielkiego okręgu państwa Wybrzeża) załatwiając tam niewielki interes, niezwiązany ze sprawami kunsztu achonieckiego.Potem zaszedł do jednej z miejscowych gospód, słynnej ze znakomitego wina. Ponieważ w sali było ciasno, wyszedł na dach, gdzie zapobiegliwy gospodarz ustawił kilka stolików do dyspozycji tych gości, którzy lubili popatrzeć na łodzie wpływające do portu znajdującego się za miastem. Am wybrał stojący najbliżej brzegu dachu i, rozglądając się ciekawie, pociągał raz po raz znakomity trunek.

W pewnym momencie przeniknął go chłód. Gdy spojrzał na niebo, dostrzegł, że jest granatowofioletowe: zbliżała się burza. Na dachu pojawił się gospodarz, by zabrać stoliki i przeprosić gości. Achonieta zeskoczył na ulicę, po czym skierował się do portu, by zapytać kompetentną osobę o to, czy wszystkie łodzie wróciły; miał wrażenie, że jedna błąkała się w pobliżu horyzontu.

Dowódca nie chciał z nim rozmawiać; był zbyt zajęty przygotowaniami do zabezpieczenia portu. Wobec tego Am Przyjemny zszedł nad samą wodę, gdzie robiły się już spore fale, po czym wytężył wzrok. Nie mylił się: jedna z łodzi nie dotarła. Ocenił swoją odległość od niej jako wystarczającą. Podszedł bliżej morza i uczynił taki ruch, jakby chciał chwycić wodę.

W wyniku tego powstała olbrzymia fala, która pomknęła pod wiatr w kierunku nieszczęsnej łodzi. Gdy była już blisko, Achonieta "puścił wodę". Fala zagarnęła łódkę i tą samą trasą wróciła do swego twórcy. Am pomógł rybakowi zabrać zawartość łódki i ją samą do portu, po czym oddalił się w nieznanym kierunku.

Wieść o wyczynie nieznanego mężczyzny (o tym, że był Achonietą, dowiedziano się dopiero od właściciela gospody) rozniosła się po całym Wybrzeżu, a także innych krajach Impromptu. Lud ówczesny, lepiej pamiętający dobro niż zło, przestał zaliczać Achonietów do czarnoskiężników. Ośmieleni tym władcy (którzy od dawna chcieli wykorzystać kunszt Achonietów do własnych celów) doprowadzili do spotkania z Achonietami. Jego owocem stała się słynna w historii umowa, która ustaliła, co następuje:

ZOBOWIĄZANIA WŁADCÓW
– kunszt Achonietów od poczęcia świata aż po dziś dzień do nich należy i należeć będzie; nikomu prócz nim nie wolno się nim parać
– władcy wszystkich państw Impromptu zobowiązują się płacić Achonietom specjalne pensje
– ograniczą korzystanie z kunsztu Achonietów przez osoby prywatne i ich grupy
– informować będą swoich poddanych o ewentualnych szkodach
– rezygnują z usług Achonietów na czas wojny

ZOBOWIĄZANIA ACHONIETÓW
– Achonieci zobowiązują się ograniczyć do minimum szkody, wyrządzane przez wykonywanie ich kunsztu
– nie wspierać żadnej ze stron w trakcie wojen
– mieszkać wyłącznie na terenie gór Południa

Wymieniono tu tylko najważniejsze punkty umowy. Zdarzało się oczywiście jej łamanie (częściej ze strony władców), niemniej jednak przetrwała. W latach późniejszych dodano kilka nowych punktów: o korzystaniu z tesek jako pośredników, o szczególnych świadczeniach na rzecz władców itp.

***

Rankiem, zanim wyruszyli posłowie, Bedo podszedł do wodza i powiedział mu:
– Przypomniało mi się coś, o czym powinieneś wiedzieć, wodzu.
– Mów, Bedo – zachęcił go Tov, patrząc jednocześnie na wschodzące słońce – większe i jaśniejsze niż po drugiej stronie Drzwi.
– Przypomniało mi się, że... Druga Ojczyzna może być dziełem Achonietów. Opowiadali nam o tym starsi.
Tov zamyślił się. Rzeczywiście, nieraz w opowieściach ojców pojawiała się nazwa "Achonieci". Tak mieli nazywać się czarownicy, współpracujący z Tertonami za czasów Rosłego Czajhaku. Ale nigdy nie wiązano ich z Drugą...
– Nie pamiętam, by coś takiego mówili.
– Dosłownie tak tego nie określali, ale dużo się domyślałem. Możemy zresztą się upewnić.
– Jak? Chcesz do nich jechać i zapytać?
– Tak.
Tov przyjrzał mu się.
– Nie uda ci się.
– Dlaczego?
– Słyszałem, jakie są problemy z dostaniem się do Achonietów. Umowa ograniczyła możliwości osób prywatnych i grup. Trzeba złożyć setki podań, a kto z nas włada teraźniejszym alfabetem? A poza tym... jesteśmy Tertonami. Nikt na nas nie spojrzy.
– Ależ, wodzu! Przecież wiadomo, gdzie mieszkają Achonieci – w górach na południu. Pojadę tam i...
– A pomyślałeś, że mogą być otoczone potężnymi czarami?
– W takim razie zrobię wszystko, żeby je sforsować. Będę cierpliwy jak Drzwi, aż w końcu zauważą mnie i pojmą, że chcę czegoś ważnego. A może od razu zobaczą, żem Terton i domyślą się, z czym mogę przychodzić?
– Może... nie mamy żadnej pewności. Nie, Bedo, lepiej będzie, jeżeli pojedziesz, jak zaplanowałem, na poszukiwanie czajhaku Berii. Ty pierwszy chciałeś jechać posłować.
– Ale nie wiedziałem wtedy nic o Achonietach... Poza tym Tefyt też zna Skrzydlatą i może do niej posłować.
Wódz jeszcze raz popatrzył na niego. Widział w jego oczach zdecydowanie. Wiedział, że nawet jeśli pośle go do Berii – to Bedo skręci do Achonietów.
– Więc jedź.
Terton wskoczył na konia i zniknął za Drzwiami. Tov Rosły podszedł do posłów i objaśnił im, co mają oznajmić wodzom czajhaków i oddziałów. Do Berii wysłał Tefyta.
– Posłuchajcie! – zwrócił się do Tertonów, którzy zostali razem z nim w Drugiej Ojczyźnie. – Sytuacja jest następująca. Kilku naszych odjechało odszukać innych wodzów tertońskich i ich oddziałów. Jeżeli zostaniemy za Drzwiami, to gdy oni powrócą, zastaną nas starcami.

W tłumie rozległ się szmer: każdy na swój sposób reagował na wiadomość.
– Cisza! Dlatego, dla naszego i ich dobra, nie możemy pozostać w Drugiej Ojczyźnie dopóty, dopóki wszyscy Tertonowie nie pojawią się po tej stronie Drzwi. Musimy ją opuścić. Z tym wiąże się inne niebezpieczeństwo. Za kilka dni pojawi się tu Ycoih, syn władcy Dwóch Jezior, ze swoją gwardią. Musimy zamknąć Drzwi, by nie mogli przez nie wejść. Kto z was jest odpowiedzialny za uroki podręczne?

Wysunął się niewyróżniający się niczym Terton.
– Są w osobnej beczce. Czy mam...
– Wyjdziesz ostatni i zamkniesz za nami Drzwi. Posłowie są powiadomieni o wszystkim.
"A zanim wróci Bedo", pomyślał wódz, "problem będzie rozwiązany".

Czy się nie omyli?





[Assarin] A teraz skrócona wersja ogłoszeniowa:
1. Opowiadania przesyłajcie już na mojego maila (assarin@onet.eu), a Valaraukurowi dajcie w spokoju cieszyć się emeryturą.
2. Regulamin Strefy zostaje w stanie niezmienionym (zgodnie z zasadą, że jeżeli coś poprawnie działa, to nie należy tego zmieniać).
3. Trzecia część opowiadania 12 września.

Adam "Człowiek-spod-znaku-konia" Klimowski
24.08.2006, 11:23

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Jess

Rozumien, iz masz wtedy urodziny ale moglbzs opublikowac wtedy czesc 4, prawda?

26.08.2006, 21:37
Jess

No 40-latka to moze nie... Dla mnie zawsze byles pozbawiony wieku, znaczy nigdy nie potrafilam go okreslic. Byles poprostu kims nie stego wymiaru, nieposiadajacym wieku. A tak w ogole to czemu dopiero 12 wrzesnia?

26.08.2006, 21:35
Arcanus

Tak, a przy okazji też z działu "Redakcja" ;) A tak na marginesie: jak widać Valaraukar mimo iż opuścił redakcję nawyków nie zmienił :P

26.08.2006, 19:36
Larsefuria

Adam -> tylko czterdziestolatka? Ja sądziłam, że Ty już dawno na emeryturce ciułasz.A tu patrzie! Nawet nie pół roku starszy odemnie:P

25.08.2006, 17:17
V.

Ha! Doskonale pamiętam pierwsze opowiadanie Adama. Nawiasem mówiąc, kochany Assarinie, nie ma potrzeby porządkować za pomocą kropki liczebnika, którym się datę zapisuje ;) I przyciśnij naczelnego, żeby mię wyrzucił z ramki "Osoby zainteresowane..."...

25.08.2006, 11:07
Adam

Co "kto by pomyślał"? Mieliście mnie za 40-latka?

24.08.2006, 20:30
Jess

Opowiadanie nieżłe. Mało akcji, ale zastępuje to ciekawa historia wedle pradawnych kronik. Ze zniecierpliwieniem czekam na częśc kolejną. (18 lat... Kto by pomyślał...)

24.08.2006, 16:13
Adam Klimowski

Pseudonim wymyśliło szanowne redaktorstwo. Taki jednorazowy wybryk. Co tam. Najważniejsze, że puścili mi opowiadanie :D

24.08.2006, 12:54
Arcanus

O! No to wszystkiego najlepszego w tzw. dorosłym życiu Adamie! (A zmiana pseudonimu to też z tej okazji? ;P) Tak, tak, na Proroku króluje rocznik '88 i tak ma być ! ;) A opowiadanie jak zwykle świetne, więc co sie będę rozpisywał; "nasz" Adam wpadłby jeszcze w samouwielbienie lub euforię bynajmniej nie wywołaną szampanem ;)

24.08.2006, 12:36