Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Rodzinne Spotkanie

Lord Voldemort spojrzał jeszcze raz na karteczkę, którą dostał od Śmierci. Według adresu to był właśnie ten dom, to tu mieszkała jego matka. Po raz kolejny spojrzał na budynek. Bardzo w to wątpił.
Nie to, że dom nie pasował do mrocznej natury jego rodziny, wręcz przeciwnie! Wielki, czarny dworek, ze srebrnymi ozdobnikami na drzwiach i oknach przedstawiających na ogół węże, oraz z ogromnym ogrodem, trochę zaniedbanym, ale nadal pięknym. Tylko w tym wszystkim było coś... coś dziwnego. Przede wszystkim, dobiegające stamtąd hałasy. Brzmiało to, jakby maltretowano jakiegoś naprawdę starego kota. Do tego dołączał się dźwięk nie nastrojonych skrzypiec, jakieś śmiechy i drobne wybuchy. Lord Voldemort nigdy w życiu nie domyśliłby się, że mieszka tu prawie cała jego rodzina ze strony matki.
Właściwie, to nigdy w życiu nie domyśliłby się, że po śmierci można gdzieś mieszkać. Mieszkanie jest w końcu bardzo... ludzkie. No i łączy się to z paroma istotnymi sprawami, np.: z administracją, komornikiem... z rzeczami, które dotyczyły życia. Poza tym, Voldemort zawsze myślał, że po śmierci człowiek trafia do jakiegoś rodzaju piekła, a rodzaj piekła określał charakter człowieka. Czarny Pan przez całe życie myślał, że po śmierci trafi do jakiegoś świata pełnego szlam, mugoli i biało-czarnych króliczków tańczących razem kankana. Ta perspektywa sprawiała, że Voldemort dążył do nieśmiertelności. Na próżno, jak widać. Najśmieszniejsze jest to, że Czarny Pan nie mógł sobie przypomnieć jak umarł. Nie pamiętał żadnej walki, żadnej napaści, czy potyczki. Pamiętał jedynie, że postanowił się zdrzemnąć.
O bogowie! Czyżby zmarł we śnie? Najpotężniejszy czarnoksiężnik zmarłby we śnie? Ten, który zabił potężniejszą część czarodziejskiego społeczeństwa? Ten, na którego czyhano i przy pierwszej lepszej okazji chciano zabić?
Co za ironia.
Zaniepokojony tym odkryciem ruszył w stronę czarnych drzwi. W miarę jak się do nich zbliżał, hałasy robiły się coraz bardziej irytujące. Idąc po drewnianych stopniach, Voldemort poczuł nieodpartą chęć ucieczki. Z jakiegoś powodu ten dom, napawał go niezrozumiałym lękiem. Jednak, jego racjonalna część umysłu uznała, że skoro przebył tak długą drogę i skoro od zawsze chciał poznać swoją matkę, to nie ma po co się wycofywać. Poza tym, co może być tam straszniejszego od niego samego?
Stanął przed drzwiami. Wziął głęboki oddech i zapukał. Natychmiast rozległ się krzyk, z gatunku tych mrożących krew w żyłach. Jednak cała groza zawarta w tym krzyku, utonęła pod wpływem reszty hałasów tego domu. Voldemort naiwnie sądząc, że to znak oznaczający, że zaraz ktoś otworzy drzwi, czekał cierpliwie. Po minucie zastukał po raz drugi. Tym razem, nie było żadnego krzyku. Po chwili Czarny Pan odniósł wrażenie, że hałasy jakby się ściszają. Wyraźnie było teraz słychać ciężkie, powolne kroki, coraz głośniejsze. Voldemort zobaczył, że srebrna klamka w kształcie głowy węża się przekręca. Drzwi się uchyliły. W zrobionej szparze, Voldemort zobaczył bladą, jednak uśmiechniętą, kobiecą twarz.
– Dzień dobry. – przywitała się twarz – W czym mogę służyć?
Czarny Pan się zmieszał. Po czym wyciągnął z kieszeni kartkę i przyjrzał się jej. Po chwili zadał pytanie.
– Czy to... posiadłość rodziny Salazara Slytherina?
Szpara się poszerzyła, dzięki czemu Voldemort mógł zobaczyć całą postać otwierającą drzwi. Była to, ku zdziwieniu Voldemorta nie kobieta, a dziewczyna. Wyglądała na siedemnaście, może osiemnaście lat, miała długie, czarne włosy związane w warkocz przypominający linę na starych statkach; zielone oczy o bardzo bystrym spojrzeniu, zgrabny, ładny nos i miły uśmiech. Voldemort, który w ciągu ostatnich czterdziestu lat, nie zwracał specjalnej uwagi na dziewczyny, musiał przyznać, że ta była bardzo ładna.
Dziewczyna wpatrywała się w niego z niejakim zdziwieniem.
– Owszem, a pan do kogo?
Czarny Pan przez chwilę się zastanawiał.
– Eee... Nazywam się Tom Marvolo Riddle, ale na... ziemi byłem bardziej znany jako Lord Voldemort...
Twarz dziewczyny momentalnie się rozpromieniła.
– Syn, tego głupiego zdrajcy, tchórza i bobka, Toma Riddla?
Voldemortowi opadła szczęka. Ze wszystkich obelg i przekleństw, jakie wyrażał w stronę ojca, na pewno nie było pośród nich tchórzliwego bobka. Oszołomiony kiwnął głową. Dziewczyna zrobiła ruch jakby chciała zawiesić mu się na szyi.
– Kuzynie, tak się cieszę, że w końcu do nas dołączyłeś! – pisnęła – A już się baliśmy, że nie zrezygnujesz z tego absurdalnego pomysłu zdobycia nieśmiertelności! Wchodź, wchodź! Witaj w domu!
Po tych słowach złapała Czarnego Pana za przegub ręki i pociągnęła za sobą do domu.
Po raz kolejny, Voldemort przeżył szok. W tym momencie sprawdziło się powiedzenie stare jak świat: że nie należy oceniać książki po okładce. Budynków tym bardziej. Zwłaszcza jak dobiegają z niego niepokojące hałasy! Znaleźli się w przedpokoju. Najogromniejszym przedpokoju jaki kiedykolwiek widział na własne oczy. W dodatku, nie miał absolutnie nic wspólnego z Salazarem Slytherinem. Ściany były puste, koloru białego niczym kość słoniowa, w każdym razie tak Czarny Pan był wstanie je opisać, w rzeczywistości były znacznie bielsze, podobnie zresztą jak podłoga, ta jednak była w połowie ukryta wielkim, puchowym, czerwonym dywanem.
Voldemort zerknął na swoją dłoń, niemalże tak samo białą jak ściany tutaj. Z jakiegoś powodu poczuł, że pasuje do otoczenia...
Z przedpokoju można było się wydostać na cztery sposoby. Albo przez drzwi frontowe (co z jakiegoś powodu wydało się Czarnemu Panu bardzo kuszące), albo wielkimi, białymi schodami w górę, albo po przez jedno z dwóch wyjść po obydwu stronach schodów. Aktualnie te dwa ostatnie sposoby wydały się najrozsądniejsze, gdyż obecnie ktoś bardzo hałaśliwie spadał ze schodów. Był to staruszek, dość niskiego wzrostu i strasznie kościsty, z burzą siwych włosów na głowie i z niebieskimi oczyma obłąkańca. Wyglądał, jakby go przez ostatnie lata trzymano w szafie.
Staruszek przeturlał się po ostatnich stopniach i padł plackiem na czerwony dywan. Po chwili wstał, demonstracyjnie się otrzepał i zaczął się rozglądać. Ujrzawszy dziewczynę i Voldemorta, podszedł do nich niepewnym krokiem. Jego wzrok skierowany był na Czarnego Pana. Zmierzył go wzrokiem.
– Detergenty? – spytał.
Lord Voldemort przez chwilę milczał.
– Proszę?
– Detergenty. – powtórzył z naciskiem staruszek. – Do mojej kolekcji.
– Nie, dziadku. – oznajmiła dziewczyna – Jeszcze nie przyszły. To jest nasz kuzyn!
Staruszek się zastanowił.
– Kuzyn? – odparł zdziwiony.
Dziewczyna gorliwie pokiwała głową. Staruszek przemyślał tą kwestii, nadal wpatrując się w Czarnego Pana.
– Który? – spytał po chwili.
– To jest Tom Riddle, Marvolo Riddle, albo Lord Voldemort jak wolisz, dziadku.
– Syn tchórzliwego bobka?
– Tak!
Staruszek znowu przeanalizował sytuacje.
– I nie przyniósł detergentów? – spytał po chwili.
– Nie!
Staruszek podrapał się po czuprynie. Pomyślał, rozejrzał się, po czym odwrócił się i pobiegł na górę. W połowie schodów jednak stracił równowagę i znowu z nich zleciał. Nie przejmując się tym jednak, wstał, znowu demonstracyjnie się otrzepał i ponownie ruszył na górę, po czym znowu spadł. Czarny Pan wpatrywał się w powtarzający się cykl z opadniętą szczęką.
– Co to jest? – spytał po chwili.
– Dziadek Izydor. Ma drobne problemy z poczuciem równowagi... – dziewczyna się zmieszała – Trochę... Emm... zdziwaczał odkąd się tu znalazł... Kolekcjonuje szklanki...
Voldemort rzucił ostre spojrzenie swojej towarzyszce, ta się zarumieniła.
– I ja z czymś takim jesteś spokrewniony? – warknął, nie kryjąc wściekłości.
Dziewczyna kiwnęła głową.
– To jest stryjeczny prapradziadek twojej matki. Emm... A ja, jestem stryjeczną ciotką twojej matki...
Nagle Czarny Pan poczuł się baaaardzo zmęczony. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na dziewczynę.
– Echem... a po co mu detergenty? – spytał słabo.
– To chyba logiczne, by wyczyścić szklanki. Choć! Przedstawię ci resztę rodziny!
I pociągnęła go za sobą w kierunku drzwi, na lewo od schodów. W pewnym momencie, Voldemortowi przyszło do głowy pewne pytanie.
– Eee... Właściwie, to jak masz na imię?
– Rozalia Riddle. – odpowiedziała bez wahania, prowadząc go do pomieszczenia, które po dłuższych przemyśleniach, można było nazwać salonem. – Zginęłam w XVII wieku podczas wojny. Jakiś kretyn strzelił armatą, tam gdzie nie trzeba.
Voldemort wolał nie komentować tej wypowiedzi, zaczął więc oglądać pomieszczenie.
Przede wszystkim było bardzo pokaźnych rozmiarów. I nic dziwnego, gdyż sporo osób się w nim znajdowało, co najmniej piętnaście. Ściany i podłoga, podobnie jak w przedpokoju, były koloru białego i tutaj też leżał wielki, czerwony, puchowy dywan. Na prawo od wejścia stały trzy wielkie kominki wkoło, których były ustawione fotele i kanapy, również szkarłatnej barwy. Vis–a–vis kominków, pod wielkimi oknami stały liczne stoły, oraz wielka półka na książki. Na której z jakiegoś powodu, książek nie było. Cały ten pokój był oświetlany przez wielki, misternie zrobiony żyrandol.
– Pięknie, co? – zagadnęła Rozalia gdy Czarny Pan otrząsnął się z pierwszego szoku. – Ciocia Adela projektowała. – w tym momencie zniżyła głos do szeptu – I w sumie to jest jedyna rzecz, która jej wyszła, ale nie mów jej tego. To bardzo wrażliwa osoba.
– Ciocia Adela? – powtórzył głucho Voldemort.
– Właśnie! – zawołała dziewczyna – Trzeba cię przedstawić! Słuchajcie! – krzyknęła na całą salę – To jest nasz kuzyn! Tom Marvolo Riddle alias Lord Voldemort! Ostatni potomek naszego rodu!
Cała sala rzuciła się by obejrzeć nowoprzybyłego kuzyna.
– Voldemort? W końcu wrócił?
– Syn tchórzliwego bobka?
– Ależ się Meropa ucieszy! A co dopiero praprapraprapraprapraprapraprapradziadek Salazar!
– Coś zmarniał na tamtym świecie, trzeba go dokarmić!
– I nie wyspany, widzicie te jego czerwone oczy?
– Na bogów, chłopcze! Dlaczego wyciąłeś sobie nos?
– Na rączki!
To ostatnie zdanie wykrzyknął czterdziestoletni mężczyzna, dość niski z łysiejąca głową i bez zębów. Voldemort patrzył na niego, nie wiedząc jak zareagować, na jego wyciągnięte do góry ręce. Wszyscy patrzyli się na niego w oczekiwaniu na jakiś gest. Czarny Pan rzucił rozpaczliwe spojrzenie ma Rozalię. Ta uśmiechnęła się i szepnęła:
– To wujek Edward. Musisz go wziąć na rączki.
– Zwariowałaś? – oburzył się Voldemort i spojrzał na mężczyznę z obrzydzeniem – Nie będę podnosił dorosłego człowieka!
Reakcja była natychmiastowa. Wujek Edward usiadł, co spowodowało iż wszyscy odsunęli się od niego o kilkanaście kroków tworząc okrąg w centrum, którego stał Edward i Voldemort. Czarny Pan zaskoczony tą reakcją, zaczął się uważnie mu przyglądać. Tymczasem wujek zrobił obrażoną minę.
– Bo będę płakać... – zagroził.
– Weź go na rączki, szybko! – syknęła Rozalia.
Zanim Czarny Pan zdążył odpowiedzieć, rozległ się krzyk Edwarda. Cała sala zgodnie zaczęła zatykać sobie uszy i rzucać błagalne spojrzenia na Voldemorta, który nie omieszkał też zakryć dłońmi swoje. Krzyk przypominał sadzonkę mandragory, nad którymi niegdyś Czarny Pan pracował w młodości. Miało się jednak wrażenie, że gdyby ludzie tutaj żyli na ziemi, krzyk ten by ich zabił. Czarny Pan rzucił zaskoczony wzrok na swoją kuzynkę, ta odpowiedziała mu swoim błagalnym spojrzeniem. Voldemort westchnął i przekonany, że później będzie sobie z tego powodu pluł w brodę, chwycił staruszka pod pachy i uniósł o kilkanaście centymetrów.
Reakcja była natychmiastowa. Wujek Edward zamilkł. Jednocześnie rozbrzmiało zbiorowe westchnienie ulgi. Voldemort poczuł , że robi się czerwony. W rzeczywistości, jego cera przybrała odcień bardzo bladego różu...
– Popodrzucaj mnie! – zażądał Edward.
Czarny Pan rzucił zrozpaczone spojrzenie na Rozalię. Ta, odpowiedziała mu błagalnym spojrzeniem.
– Bo będę płakać... – ponownie zagroził wuj.
Voldemort, nadal różowy na twarzy wykonywał rytmiczne ruchy ramion: w górę, w dół, w górę, w dół, po czym postawił wuja na podłodze. Wuj Edward wstał i uśmiechnął się.
– Jesteś swój. – oznajmił i uciekł do innego pokoju.
Powoli rodzinny tłumek zaczął się rozrzedzać, dzięki czemu Rozalia mogła spokojnie chwycić kuzyna za rękę i zabrać go z powrotem do przedpokoju. Voldemort nawet nie protestował, tylko otępiały patrzył przed siebie. Nie mógł uwierzyć, że to wszystko to jego rodzina. Starcy, szaleńcy, ekscentrycy... W dodatku te słowa... „A już się baliśmy, że nie zrezygnujesz z tego absurdalnego pomysłu zdobycia nieśmiertelności!”. „Ależ się Meropa ucieszy!”. „A co dopiero dziadek Salazar!”. Ale przecież zawiódł! Nie udało mu się spełnić woli swojego przodka! Nie dość, że nie udało mu się oczyścić świata ze wszystkich mugoli i ich miłośników, to jeszcze zginął!
– Nie przejmuj się. – wyrwał go z myśli głos Rozalii – On tak każdego wita. Powinieneś się cieszyć, że cię tak szybko zaakceptował. Kiedy przybył do nas Marvolo, krzyczał za każdym razem na jego widok przez pierwsze sześć lat.
– Dlaczego on się zachowywał jak małe dziecko? – spytał wciąż otumaniony Czarny Pan.
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.
– Właściwie nie wiemy. Pewnego dnia po prostu tak zaczął robić. Dokładnie w tym samym czasie, kiedy dziadek Izydor zaczął kolekcjonować szklanki. Coś musiało się wtedy wydarzyć...
Minęli właśnie dziadka Izydora, który tym razem próbował wejść na schody tyłem. Dawało to dokładnie taki sam rezultat, kiedy próbował wejść normalnie. Ani Rozalia, ani Voldemort nie zaszczycili go nawet spojrzeniem.
– Dokąd mnie prowadzisz? – spytał Czarny Pan widząc, że kierują się do drugich drzwi.
– Też pytanie. – zaśmiała się dziewczyna – Do twojej matki. Z tego co wiem, nigdy nie miałeś okazji jej ujrzeć. Takie spotkanie po... ile to już? Coś koło sześćdziesięciu lat? Na pewno się ucieszy!
Minęli drzwi. Voldemort ze zdumieniem otworzył oczy, to co zobaczył w salonie było niczym w porównaniu z kiczem tutaj. Całe pomieszczenie było obłożone kafelkami, które miały przypominać kamienne ściany i kamienną podłogę. Nie można powiedzieć, jak kamienie wyglądały, niestety kolor psuł cały efekt. Zarówno podłoga jak i ściany, a także sufit były obłożone na przemian zielonymi i różowymi kafelkami. Meble, niestety należały do bardzo podobnego zestawu, niby kamienne nie do używania, a jednak tak jaskrawe i tak rażące jak tylko mogły. To było straszne. Pośrodku kuchni stał długi stół z ciemnego drewna, przy którym siedziało kilka osób. Wszystkie te osoby, jak jeden mąż spojrzały nas wchodzących.
– Słuchajcie! – zawołała bezceremonialnie Rozalia – To jest Tom Marvolo Riddle, alias Lord Voldemort! Ostatni potomek naszego rodu.
Tym razem reakcja nie była taka entuzjastyczna. Jedna osoba kiwnęła głową, dwoje staruszków coś zaczęło do siebie szeptać. Voldemort mógł się założyć o swoją różdżkę, że usłyszał słowo „Bobek”.
Rozalia nie była zachwycona tym widokiem.
– No, co jest? – zawołała – Meropo! Mogłabyś się przywitać z synem!
Kobieta siedząca najdalej wstała i podeszła do Czarnego Pana. Nie była szczególnie piękna, pomyślał. Kobieta o grubych rysach i długich matowych włosach, ale chociaż była zadbana, Czarny Pan widział to w jej oczach. Miała jednak coś w sobie, co skłaniało Voldemorta do stwierdzenia „No dobrze, ostatecznie to może być moja matka”. Sam co prawda nie wiedział, co to może być, ale zawsze to jakieś pocieszenie.
Najbardziej jednak, niepokoiła go jej reakcja na jego widok. Widząc wspomnienia swego pożałowania godnego wuja, Czarny Pan wiedział, że jego matka miała coś w rodzaju schizofremi. A jeśli wybuchnie na widok swojego, jedynego syna, którego zostawiła na dole?
Meropa stanęła i zmierzyła wzrokiem Voldemorta, od stóp do głowy. Czarny Pan, niepewnie i z wielkim wysiłkiem, uśmiechnął się.
– Chudzielec.
Uśmiech zniknął z twarzy Voldemorta. Szczupła ręka Meropy chwyciła go mocno za ramię i pociągnęła do stołu. Tam, Czarny Pan został brutalnie wepchnięty na stołek, po czym zdał sobie sprawę, że w jakiś magiczny sposób w jego ręku pojawił się widelec. Rozalia usiadła naprzeciw niego, z kłopotliwym uśmiechem na twarzy. Tymczasem Meropa krzątała się po kuchni, mrucząc pod nosem.
– Zakała mojego łona... Żeby mój syn był takim chudzielcem... No bo co to ma być? Blady, wysoki, chudzielec wygląda jak trzy ćwierci od śmierci... W ogóle, żadnych witamin nie brał, wstyd... Proszę!
Przed Voldemortem wylądowała miska. Zawartość naczynia, nie można było określić na pierwszy rzut oka. Wyglądało to, jak skrzyżowanie sosu pieczarkowego z melasą, mocno przeterminowanego. Do tego w niektórych miejscach sterczały drobne kawałki czegoś czerwonego. Czarny Pan, zdał sobie nagle sprawę, że zawartość nerwowo drga. Cokolwiek to było, żyło własnym życiem.
Chciał odsunąć od siebie miskę, ale ujrzał zachęcające spojrzenie Meropy, błagalny wzrok Rozalii i złośliwe oczka pozostałych krewnych. Voldemort przełknął mocno ślinę, nadział kawałek nieokreślonej substancji na widelec i podniósł na wysokość ust. Glutowata część opadła z widelca z powrotem do miski, odsłaniając dość pokaźnej wielkości, zieloną bulwę. Zaniepokojony przestał na chwilę oddychać, po czym szybkim ruchem połknął bulwę. Po sekundzie wypluł ja z powrotem na stół krztusząc się, na tyle, na ile pozwalały mu w tym płuca.
– Na Merlina, Agryppę i Królowę Jadwigę! – wykrzyczał odzyskawszy oddech – Co to jest???
– Brukselka. – odrzekła krótko Meropa – Jedz, bo nic innego w domu nie ma, ojciec nie chce iść na zakupy.
– Nie cierpię robić zakupów. – odparł ponury, niski głos na końcu stołu.
Należał on do starca, o bardzo szerokich ramionach i długich rękach upodabniające go do małpy. Staruszek siedział wyprostowany na krześle z założonymi rękami na piersi i z zacięta miną obrażonego dwulatka.
– Słucham? – zapytała gniewnie Meropa.
– Nie cierpię słuchać. – odparł staruszek.
– Kto to jest? – szepnął Voldemort do Rozalii.
– Twój dziadek, Marvolo.
– Nie cierpię być dziadkiem. – oznajmił Marvolo.
Nagle w oczach wyobraźni Czarny Pan zobaczył małego, niebieskiego ludzika w białej czapeczce, z miną jego dziadka. Zadrżał.
– Dlaczego on sugeruje, że niczego nie cierpi? – spytał.
– On wcale nie sugeruje! On tak po prostu ma. – odparła jego kuzynka – Chyba od początku...
– Znaczy... od czasu kiedy dziadek Izydor zaczął kolekcjonować szklanki?
– Gdzie tam... – żachnęła się Rozalia – Odkąd tu przybył. W ostatnich latach swego życia siedział w Azkabanie, podejrzewamy, że to od tego.
– Nie cierpię Azkabanu. – oznajmił dziadek Marvolo.
– Nie tylko ty... – mruknęła jakaś staruszka – Okropne, paskudne miejsce.
– Ta... – przytaknął jakiś staruszek – Ale w dzisiejszych czasach to więzienie, nie jest takie surowe. Kiedyś to było więzienie!
– Teraz nie robi się takich dobrych więzień.
– A pamiętasz przesłuchania? Wsadzali się do pokoju pełnego...
– Łajna. – wtrąciła szybko Rozalia.
– No przecież mówię! – zaperzył się staruszek – I trzymali nas tam dopóki, sami nie chcieliśmy im wyjawić co i jak.
Voldemort pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Aż, taki smród?
Staruszkowie spojrzeli na niego zdziwieni.
– Smród? Jaki smród?
– No... przecież to było łajno... prawda?
– Dementorowe łajno!
Czarny Pan wymienił zdumione spojrzenia z Rozalią.
– Przecież Dementorzy nie...
– W każdym razie, po dwóch tygodniach siedzenia w pustym pokoju, człowiek robił się głodny.
– Nie cierpię robić się głodny.
Zapadła niezręczna cisza, przerywana pomrukiwaniami Marvola i stukaniem o miskę widelca Voldemorta. Rozalia co prawda próbowała wszystkich zachęcać do rozmowy, ale jakoś nikt się do tego nie palił. Gdy Czarny Pan skończył jeść teoretyczną brukselkę, kuzynka pociągnęła go za sobą do głównego holu. Dziadka Izydora nie było, co mogło sugerować, że albo ostatecznie wdrapał się na górę, albo spadając przeturlał się, aż za drzwi wejściowe.
– Cieszysz się, że spotkałeś matkę? – spytała kuzynka gdy stanęli pod schodami.
Czarny Pan się zastanowił.
– Wyobrażałem ją sobie trochę inaczej...
– Wiem co masz na myśli. – odparła dziewczyna – Ja też tak miałam, kiedy spotkałam swoich dziadków. Przyzwyczaisz się.
Voldemort nie odpowiedział. Cała wieczność w domu wariatów przepełnionym czymś, co kiedyś było jego rodziną. Tak, z pewnością kiedyś się przyzwyczai. Kiedyś. Kiedyś może też zacząć ich przypominać...
Zadrżał na tą myśl.
– Chodź! – zawołała Rozalia idąc na górę – Przedstawię cię najważniejszej osobliwości w naszej rodzinie.
Czarny Pan gwałtownie podniósł głowę nie wierząc własnym uszom.
– Zobaczę wielkiego i wspaniałego Salazara Slytherina? Naprawdę?
Dziewczyna stanęła i spojrzała na niego badawczym wzrokiem.
– Właściwie, chciałam się przedstawić wujowi Klemensowi, jest najsłynniejszym artystą i maluje stokrotki... ale jeśli chcesz możemy iść najpierw do dziadka Salazara. To po drodze.
Zdołowany Voldemort, ruszył za dziewczyną na górę.
Czarny Pan doliczył się ostatecznie siedmiu pięter, choć chwilami miał wątpliwości czy w ogóle te poziomy można liczyć jako piętra. Pierwsze dwa, były długimi i szerokimi holami, ozdobionymi obrazami i zbrojami. Przypominało Hogwart, tylko że w Hogwardzie nie było bladożółtej tapety.
Trzecie piętro miało bardzo małą powierzchnię, przypominającą schowek na miotły. W pierwszej chwili Voldemort myślał, że jest to półpiętro, Rozalia jednak szybko rozwiała jego wątpliwości.
Na czwartym było akwarium. Bardzo wielkie akwarium. Ściany, sufit, nawet podłoga, były ze szła za których pośród wodorostów i glonów pływały szczupaki. W podłodze było parę otworów, przy których siedziało kilku staruchów z wędkami w rękach. Kiedy Rozalia chciała do nich podejść, ci syknęli na nią by była cicho i wrócili do łowienia.
Piąte pięto przypominało muzeum schodów. Drewniane, szklane, metalowe rusztowania stały w nieładzie po korytarzu i ponoć każdy z nich prowadził gdzie indziej. Odnaleźli pośród nich dziadka Izydora, który, sądząc po tym co mówił, zastanawiał się, czy by się nie dało wstawić tych szklanych schodów do jego pokoju.
Szóste piętro było całkowicie puste, co wedle gustu Voldemorta było całkowicie uzasadnione. Podłoga migała się różnokolorowymi światłami w bardzo szybkim tempie, co prawdopodobnie było spowodowane miganiem świateł z jakiejś dziwnej, magicznej czarnej kuli, która w określonym rytmie puszczała wiązki: białe–niebieskie–białe–żółte–czerwone–niebieskie–białe i tak w kółko. Nie mogąc już dłużej na coś takiego patrzeć, Voldemort wbiegł jak najszybciej na siódme piętro.
Tam z kolei było jak najbardziej slytherinowo. Kamienne ściany i setki starych, drewnianych drzwi, które najprawdopodobniej były sypialniami, gdyż dobiegało zza nich regularne chrapanie. Rozalia przez parę minut prowadziła Czarnego Pana wzdłuż korytarza. Voldemort zaczął się zastanawiać nad pewnym aspektem. Skoro wszyscy tutaj zwariowali, to jak bardzo szalony może być Salazar? Czy będzie źródłem tego całego szaleństwa, czy może odwrotnie? Może będzie jedyną (poza Rozalią) rozsądną osobą w tym domu?
Wątpliwości nie opuszczały go przez całą drogę. Ostatecznie, w końcu stanęli pod mosiężnymi drzwiami ze slytherinowskimi zdobieniami.
„Kiczowate” – przemknęło przez głowę Voldemortowi.
– To tu. – oznajmiła Rozalia – Dziadek z pewnością już wie, że jesteś tutaj. On zawsze o wszystkim wie i o wszystkim nas informuje. Zostawię cię z nim, pogadajcie sobie.
Nowe uczucie sparaliżowało ciało Czarnego Pana. Nieśmiałość.
– Aaa... nie lepiej by było, gdybyś poszła ze mną? Przedstawiła?
– E tam. Nie mogę się przecież wtrącać do tak historycznego spotkania. Pierwszy Slytherin z ostatnim Slytherinem, cóż to oznacza dla naszego domu!
– A co to miałoby oznaczać?
Rozalia przez chwilę głęboko się zastanawiała.
– Na pewno, że nie będzie już trzeba dobudowywać pokoi. – oznajmiła stanowczo – A poza tym? Bo ja wiem? Dziadek Salazar na pewno będzie wiedział. – zapewniła z uśmiechem, po czym klepnęła go przyjaźnie w ramię i odeszła.
Voldemort przez chwilę stał w zamyśleniu, po czym wziął głęboki oddech i zapukał do drzwi. Uchyliły się, co Czarny Pan przyjął za zaproszenie i pchnął je z całej siły.
Zatonął w półmroku. Był w stanie zobaczyć mgliste kształty łoża, stołu z wieloma krzesłami i pokaźnej biblioteczki. Na samym środku pomieszczenia było jeszcze coś. Coś z czego wychodziły dziwne dźwięki...
Skrzyp-skrzyp. Skrzyp-skrzyp.
Voldemort zbliżył się, odsłaniając trochę światła z korytarza. Ujrzał pokaźnej wielkości bujany fotel, poruszające się w stałym rytmie. A w fotelu... Sędziwego starca z długą brodą, różowym czepkiem i z robótkami na drutach położonymi na kolanach. Salazar Slytherin uśmiechnął się przymilnie.
– Trochę za wcześnie wróciłeś. – odezwał się słodkim głosem – Jeszcze nie skończyłem dla ciebie wełnianych kalesonów...

* * *

Dopiero po chwili zorientował się, że twarz przed nim jest znajoma.
– Panie? Wszystko w porządku? – spytał Snape z nutką zdziwienia – Krzyczałeś...
– Nic mi nie jest! – zaperzył się Czarny Pan siadając i przecierając oczy – Miałem po prostu koszmary, przez to siedzenie w tej dziurze.
Severus spojrzał na swego pana badawczym wzrokiem. Dotychczas był przekonany, że on nigdy nie ma snów, a co dopiero koszmarów.
– Za parę dni powinni nas znaleźć inni, wtedy stąd odejdziemy. – zapewnił pewnym głosem i znów się położył.
Voldemort zamyślił się. Wizja śmierci jaką nasłał mu Morfeusz, była najbardziej przerażająca ze wszystkich rzeczy jakich o niej wyczytał. Nie mógł dopuścić do tego, by ta mara się ziściła.
Na całe szczęście przygotował się na wypadek, gdyby ktokolwiek miał go zabić, nawet ten zasmarkany Potter. Śmierć nigdy go nie dopadnie! Nigdy!

Koniec

Kasandra Elizabeth de Teilor
14.08.2006, 17:19

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

nina

niezłe geniany pomysł chya sama zaczne bac sie smierci

1.11.2008, 17:02
.

b. mi się podobało:-)ciekawy pomysł, dobre wykonanie:-)

6.11.2006, 01:04
Cara

Hmmm... Bardzo przyjemnie sie to czytalo :-)

23.08.2006, 14:06
Aragog

Keisy, powiedz mi, kto ci opowidział o tej wizji Voldka?? XD Chyba nie on sam;> XD

17.08.2006, 15:01
Mika (XD)

Ciekawa wizjaXD. Fajnie się to czytało. Teraz już wiem czemu Voldi tak boi się śmierci:P

17.08.2006, 14:17
Aragog

Podobało mi się. Napisane fajnie.

16.08.2006, 22:48
V.

Dla drogiej Aibhill póki co to żadna filozofia, albowiem otrzymała zapasik opowiadań ode mnie :)

15.08.2006, 18:51
Arcanus

Aibhill, może żadna filozofia, ale ciekawiło mnie kto zarządza obecnie tym działem tak zazdrośnie chronionym onegdaj przez pana V. (zwłaszcza, że w belce po lewej nadal jest informacja, iż opowiadania należy przesyłać do wymienionego wyżej pana) ;P

15.08.2006, 17:59
Keisy

Bardzo duże prawdopodobieństwo, że gdzieś to czytałaś drogi przechodniu. Na DeKlu mało kto raczył skomentować, na Twój Necie nikt nie skomentował, na Mirrielu co prawda dano mi koemntarze usatysfakcjające, ale głównie ze względu na technikę, a nie na treść. Tak więc szukam komentatorów tutaj. Błedy najwyraźniej wynikiem mojego gapiolstwa. Co do nazwiska Rozalii... Cóż, nie zaprzecze, że w początkowej fazie to jest po prostu błąd spowodowany szybkim pisaniem. Zwrócono mi uwagę na to i nawet chciałam nadać nowe nazwisko... ale potem pomyślałam, że przecież Tom Riddle Senior nie musiał być jedynym człowiekiem o tym nazwisku. Mało tego, skoro Rozalia żyła kilka wieków wcześniej, wynikałoby z tego, że jeśli byłaby to ta konkretna rodzina Riddle, to może w tamtych czasach są magiczni? Tak więc w końcowej wqersji pozostałam to bez zmian do roztrzygnięcia przez czytelników :P

15.08.2006, 17:18
Aibhill

Ja. Co to za filozofia.

15.08.2006, 16:13