Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Być innym

– Wstawaj natychmiast! Słońce już dawno wzeszło, a ta się wyleguje. – Madeleine leżała jeszcze chwilę w pościeli słuchając narzekań swej matki. Musiało być faktycznie późno, bo było już zupełnie jasno. Ech ta mama, pomyślała. Denerwuje się i narzeka, ale nie pozwoliła ojcu zbudzić mnie wcześniej.
Wstała szybko, umyła twarz i ubrała się. Stanęła przed lustrem w swej długiej sukni.
– Kim ja w ogóle jestem? – szepnęła. W odbiciu widziała drobną siedemnastolatkę. Ciemne włosy okalały jej bladą twarz. Nie o wygląd jej jednak chodziło. Przypatrywała się swej twarzy jeszcze przez chwilę. W końcu zbiegła na dół.
Wchodząc do kuchni, zobaczyła, że dwie szczotki szorują stół, podczas gdy jej matka piecze chleb. Przy pomocy różdżki wyciągała właśnie gorące bochenki z pieca. Całe pomieszczenie lśniło, kociołki wyszorowano do połysku, palenisko zostało wyczyszczone, a kamienna podłoga zamieciona. Ten porządek przypomniał jej o wizycie Malfoyów.
Zadrżała. Wrócił jej lęk przed tymi odwiedzinami. Wuj Lucjan, jego żona Nelly i syn Darren nie byli mili, ale więzy rodzinne wymagały by darzyła ich szacunkiem. Ostatni raz przyjechali pięć lat wcześniej, w 1535 roku i Madeleine do tej pory nienawidziła swojego kuzyna. Chodzili do tej samej szkoły magii, Hogwartu, ale prawie w ogóle nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Darren, jak wszyscy Malfoyowie, był w Slytherinie. Pasował do tego domu idealnie, bo fascynowała go czarna magia i nienawidził zwykłych ludzi, mugoli. Tymczasem Madeleine należała do Gryfindoru i była zupełnym przeciwieństwem kuzyna. Pomyślała o wuju i ciotce i westchnęła. Nie miała wątpliwości po kim Darren odziedziczył charakter.
– Coś się tak zamyśliła? – zapytała jadowicie matka, a dziewczyna aż podskoczyła. – Zjedz szybko śniadanie, niedługo powinni się pojawić – dodała znacznie przyjemniejszym tonem.
Madeleine zjadła kawałek chleba i wypiła kubek mleka. Ledwo zdążyła sprzątnąć po sobie, gdy rozległo się głośne pukanie i weszli goście.
– Och, witaj Lucjanie – rozległ się głos ojca Madeleine, Adriana – mieliście przyjemną podróż?
– Chyba żartujesz – prychnął wuj – przez cały czas natykaliśmy się na mugoli. Nie rozumiem jak mogliście tu zamieszkać.
W tym momencie do izby wsunęła się Madeleine a za nią jej matka. Skinęła głową w milczeniu.
– A oto nasz piękna kuzynka – powiedział Lucjan przesłodzonym głosem. – Jak minął ci rok szkolny? Och, zapomniałem, ty przecież jesteś w G r y f i n d o r z e. Gdybyście chcieli – zwrócił się do jej rodziców – znam dobrze dyrektora i mógłbym prosić go o małą przysługę. No wiecie, gdybyście chcieli pchnąć córkę na... bardziej właściwe tory.
Dziewczyny przygryzła wargi. Darren i jego ojciec zawsze kpili, że przyjaźni się ze śmieciami, półkrwi czarodziejami i szlamami. Odwróciła wzrok, gdy zobaczyła, że kuzyn patrzy na nią szyderczo. Nienawidził jej.
– Myślę, że jakoś sobie poradzimy Lucjanie. – Matka dziewczyny w końcu przerwała niezręczne milczenie. – Wejdźcie dalej, na pewno chcecie odpocząć.
Lucjan, Nelly i Darren weszli do przeznaczonej im izby. Hannah, matka Madeleine wysprzątała ją i udekorowała kwiatami, ale i tak Malfoyowie skrzywili się wchodząc. Nelly, do tej pory milcząca, ostentacyjnie pociągnęła nosem, Lucjan uśmiechnął się z pobłażaniem na widok glinianych wazonów, a Darren roześmiał się kpiąco. Hannah spuściła głowę, świadoma, że jej dom nigdy nie dorówna majątkowi Malfoyów. Zrobiło jej się przykro, że zlekceważyli pracę, jaką włożyła w urządzenie pokoju. Wymamrotała jakieś usprawiedliwienie i uciekła do kuchni, za nią wyszła jej córka.

Szła szybko przed siebie, chcąc zapomnieć o niemiłych gościach. Zbliżał się wieczór. Mijając ogrody okolicznych domostw czuła wyraźnie zapach maciejki. Kiedy wreszcie wyszła poza obręb wsi, głęboko odetchnęła. W milczeniu podziwiała zachód słońca. Złocista kula obniżała się coraz bardziej, by w końcu zniknąć za linią horyzontu.
– Wiesz, że to Ziemia kręci się wokół Słońca, a nie na odwrót? – rozległ się głos tuż obok. Przestraszyła się, ale powstrzymała okrzyk. Spojrzała na twarz przybyłego i uśmiechnęła się.
– To chyba oczywiste?
– Ale dla mugoli to nowość! No wiesz, ich badacze nie mają takich możliwości jak my. Jeden z nich, Kopernik, napisał o tym książkę, ale boi się ją opublikować. Pewnie nie chce, żeby go spalili na stosie.
– Dziwisz się? Polują na nas, a krzywdzą siebie nawzajem. Zagrożony jest każdy kto się wyróżnia. A oni nie potrafią zamrozić płomieni.
Chłopak roześmiał się cicho.
– Słyszałaś o tym nowym?
– Nie, kogo masz na myśli?
– Pojawił się ostatnio jakiś alchemik, a raczej wariat, któremu się wydaje, że nim jest. Twierdzi, że stworzył kamień filozoficzny i jest nieśmiertelny. Nazywa się Flamel, czy jakoś tak.
– Biedny wariat...
Przez chwilę stali w milczeniu.
– Nie powinnaś już być w domu? – zapytał chłopak po chwili.
– Powinnam, ale nie mogłam już wytrzymać, musiałam uciec choć na chwilę.
– A, Malfoyowie przyjechali – krzyknął odkrywczo – I co, mili jak zawsze?
– Przecież ty też byłeś jedyny Black w Gryfindorze. Dobrze wiesz jak to jest. A może nie? Kim ty właściwie jesteś?
– Sean Black, lat 19, zakała rodziny i beztalencie, do usług szanownej pani.
Madeleine roześmiała się.
– Muszę już iść, mama pozwoliła mi wyjść tylko na moment.
– Odprowadzę cię – rzucił Sean.
Pożegnali się przed wejściem, dziewczyna wzięła głęboki oddech i weszła prosto w paszczę lwa, którym był obecnie jej dom. Pierwszą osobą, którą zobaczyła był Darren.
– Och, nie wiedziałem, że przyjaźnisz się z t y m Blackiem – wysyczał.
– A co w tym złego?
– Moja panno, chyba powinnaś sobie znaleźć lepsze towarzystwo. Twój, hm, przyjaciel, został prawie wykluczony z rodziny za przyjaźń ze szlamami. – Wuj Lucjan stał na schodach z pogardliwym uśmiechem. – I dlaczego nosisz to idiotyczne mugolskie ubranie? Twoi rodzice pozwalają Ci na to?
W tym momencie do izby weszła Hannah.
– O, dobrze, że już jesteś Madeleine. Pomożesz mi przy kolacji... Coś się stało? – zapytała patrząc na gniewną twarz krewnego.
– Stało się! Twoja córka nosi mugolskie suknie. A ty jej na to pozwalasz! – Głos Malfoya ciął powietrze niczym sztylet. Wzrok matki powędrował automatycznie na strój dziewczyny. Nie rozumiała o co tyle krzyku. Madeleine miała na sobie zwykłą sukienkę. Ciemnoszara, o prostym kroju, sięgała jej stóp i niczym się nie wyróżniała. Tyle, że Malfoyowie nigdy nie włożyli czegoś, co choć w najmniejszym stopniu kojarzyłoby się z niemagicznością. Cała trójka przybyła w tradycyjnych czarnych szatach.
– Lucjanie, sam rozumiesz, tego wymaga bezpieczeństwo – próbowała zbagatelizować całą sprawę – Sam zauważyłeś, że kręci się tu wielu mugoli. Nowe przepisy wymagają byśmy się nie wyróżniali, przecież wiesz.
– Nowe przepisy – prychnął Malfoy rozwścieczony. – Ukrywanie się! Tajemnica! Zakaz zabijania mugoli! Minister to wariat! To prawo nie będzie już istnieć za kilka lat. Naprawdę wyobrażacie sobie społeczeństwo czarodziejów żyjące w ukryciu?
Madeleine odetchnęła z ulgą. Wuj chyba chwilowo o niej zapomniał. Wykorzystała to i szybko uciekła do swojego pokoju. Wciąż słyszała za sobą głos wuja, przeklinającego nowego ministra magii i jego pomysły.
– Ten Dumbledore! Nigdy nie byli dobrymi czarodziejami i nigdy nimi nie będą, to rodzina charłaków! Zdziwiłbym się, gdyby któryś z nich został chociaż nauczycielem w Hogwarcie, że o wyższych stanowiskach nawet nie wspomnę!

Tej nocy Madeleine długo nie mogła zasnąć. Niepokoiło ją nagłe zainteresowanie wuja jej osobą. Do niedawna lekceważył ją, uznając, że nie dorównuje Darrenowi. Tym razem jednak najwyraźniej próbował ją sprawdzać. Jego złośliwości nie oszukały dziewczyny. Domyślała się, że czegoś od niej oczekuje. Wstała z łóżka i podeszła do okna. Popatrzyła na gwiazdy, świeciły tak jasno.
– O co chodzi? – wyszeptała. – Co mam robić?
Nagle, jedna z gwiazd zamrugała do niej, jakaś jej część oderwała się i zaczęła spadać w jej kierunku. Madeleine, przestraszona, odskoczyła od okna, ale ciekawość zwyciężyła. Przełamując nagły lęk podeszła do okna i zobaczyła drobną istotkę unoszącą się w powietrzu. Była otoczona srebrnym pyłem, miała długie włosy i ogromne, okrągłe oczy.
– Kim jesteś?
– Nie znasz mnie? Jestem Filomena, twoja opiekunka.
– Opiekunka?
– Każdy człowiek przychodząc na świat dostaje gwiazdę za opiekunkę. Mam strzec cię przed tymi, którzy chcą zmienić twoje przeznaczenie. Kiedyś bardzo nas szanowano, ale teraz... Ludzie o nas zapomnieli.
– Więc chcesz mi pomóc?
– Tak, mam odpowiedzieć na twoje pytanie.
– Czyli wiesz co knuje wuj! – wykrzyknęła dziewczyna – O co chodzi?
– Nie tak szybko – Filomena potrząsnęła głową – Wolno nam pomagać, udzielać wskazówek, ale nie mogę zdradzić ci wszystkiego. Nie można zmieniać czyjegoś losu, pamiętaj o tym.
– Więc co chcesz mi powiedzieć?
– Otwórz swe serce i rób to, co ci podpowiada. Wiem, że nie lubisz wróżbiarstwa, ale nie lekceważ wewnętrznego głosu. Kieruj się sercem, nie pozwól by inni tobą kierowali. I najważniejsza rada. Czasem trzeba się sprzeciwić, walczyć.
Filomena uniosła się w górę – Uważaj na siebie. Aha, wiedz, że czasem pomoc przychodzi z niespodziewanej strony. Nie przeocz tego co ważne. Żegnaj!
– Ale dlaczego...
Za późno, Filomena już zniknęła. Madeleine mogła co najwyżej domyślać się, co tak naprawdę chciała jej przekazać. W końcu wróciła do łóżka i zasnęła z ciężkim sercem.

W nocy ciągle się budziła. Dręczył ją niepokój, jakby miało się wydarzyć coś złego. Kilka razy wstawała i podchodziła do okna, ale Filomena nie pojawiła się więcej. Co miały znaczyć jej słowa? Z kim miała walczyć? Kiedy udało jej się w końcu mocno zasnąć, męczyły ją koszmary. Nie pamiętała jednak ich treści następnego dnia.
Tym razem wstała o świcie, nie chcąc narażać się rodzicom. Matka także już nie spała, uśmiechnęła się blado, gdy dziewczyna wchodziła do kuchni.
– Dobrze, że już wstałaś, szkoda marnować taki ładny dzień. O, ty też już nie śpisz Nelly? – zdziwiła się na widok pani Malfoy.
– Jakoś ostatnio nie mogę spać – odparła kobieta. – Pomyślałam, że lepiej przyjść do ciebie, niż przewracać się z boku na bok.
Madeleine nie mogła uwierzyć własnym oczom. Ciotka nie zachowywała się jak Malfoy. Była normalna, miła i jakoś nie bała się okazać słabości. Do tej pory uważała ją zawsze za alter ego wuja, teraz zrozumiała jak bardzo się myliła. Zobaczyła, że ciotka patrzy wyczekująco na jej matkę. Zrozumiała, że pewnie chce z nią porozmawiać w cztery oczy. Szybko zjadła śniadanie i wymknęła się na spacer.
Wioska zaczynała się budzić ze snu. Otwierano okiennice, pojawiały się w nich zaspane twarze, na różne sposoby próbujące stłumić ziewanie. Rzemieślnicy szli do warsztatów, gdzie ich uczniowie właśnie kończyli sprzątanie. Szczękały naczynia w kuchniach, a piekarz wystawił już na sprzedaż okrągłe bochenki chleba.
Madeleine szła powoli, żałując, że jest za wcześnie by spotkać dzieci i pobawić się z nimi. Większość z nich pewnie jeszcze spała, albo pomagała w domu.
– A jednak – pomyślała widząc przed sobą biegnącą dziewczynkę, może sześcioletnią. Pewnie biegnie do domu, zdążyła jeszcze pomyśleć. Wtem, dziewczynka potknęła się i upadła. Nic wielkiego pewnie się nie stało, ale mała leżała na ziemi i zanosiła się płaczem.
Madeleine szybko podbiegła do niej.
– Nic się nie stało? – zapytała. Dziewczynka zaczęła szlochać jeszcze bardziej, pokazując na rozdarta sukienkę i stłuczone kolano. dziewczyna zastosowała więc najskuteczniejszy środek na dziecięce krzywdy. Zaczęła mocno dmuchać na bolące miejsce i ocierać buzię dziecka z łez. Nie zdążyła jednak zrobić nic więcej, gdyż nagle ktoś mocno ją odepchnął. Madeleine szybko wstała i rozejrzała się dookoła. Zobaczyła kobietę, prawdopodobnie matkę dziewczynki. W jej oczach strach mieszał się z nienawiścią.
– Nie zaklniesz mojego dziecka, słyszysz? Nie pozwolę ci na to! – krzyknęła odrobinę piskliwym tonem.
Dziewczyna roześmiała się słysząc to absurdalne oskarżenie. Nie zdążyła jednak nic powiedzieć, bo kobieta zaczęła w nią rzucać kamieniami. Gdy jeden z nich musnął jej włosy, odwróciła się i zaczęła biec. Chciała uciec od tej kobiety, która nie zauważyła jej dobrych intencji, tylko ślepo wierzyła w plotki, które od zawsze chodziły po wiosce. Choćby nie wiadomo jak bardzo się starali ukryć swoje czarodziejskie pochodzenie, ludzie wiedzieli swoje i bali się ich.
Gdy kamienie przestały ją ścigać, Madeleine usiadła pod drzewem i zaczęła szlochać. Przestraszona mugolka sprawiła jej ból swym strachem i nietolerancją.
– Tak będzie już zawsze – pomyślała z rozpaczą. – Mogę próbować zdobyć ich przyjaźń, ale zawsze znajdzie się ktoś z kamieniem w dłoni. Jak mam żyć obok nich, jeśli nawet nie mogę się do nich zbliżyć?
Usłyszała kroki tuż za sobą. Odwróciła się szybko i zobaczyła Seana. Podszedł i usiadł z uśmiechem obok niej. Po chwili jednak spoważniał, widząc ślady jej łez. Przez kilka minut milczał, ale w końcu przerwał tę ciszę.
– To przez Malfoyów?
– Nie – potrząsnęła głową dziewczyna. – Jakaś kobieta odgoniła mnie od swojego dziecka. Chyba bała się, że zamienię je w nietoperza. – Pociągnęła nosem. – Jak mam zdobyć ich zaufanie?
Sean popatrzył na czubki swoich butów, jakby tam mógł znaleźć odpowiedź.
– Rzecz w tym, że mugole za dużo wycierpieli od czarodziejów. – Westchnął ciężko. – Gdy byłaś w szkole, jakiś kretyn zamienił dziecko w królika. Zaraz je odczarował, ale od tej pory ludzie bardzo boją się o swoje dzieci. Trudno im się dziwić.
Oboje patrzyli w milczeniu przed siebie. Sean miał rację, zbyt wiele się wydarzyło, by obie społeczności mogły się wzajemnie szanować i przyjaźnić. Ministerstwo Magii wydało nakaz ukrywania się. Nie wolno było używać czarów w obecności mugoli, ani nosić przy nich szat czarodziejów. Gdyby jakiś mugol zobaczył coś nieprzewidzianego dla jego oczu, miał zostać natychmiast poddany modyfikacji pamięci. Ministerstwo wydało nową ustawę, bo coraz częstsze stały się procesy czarownic i egzekucje. Nie byłoby problemu, bo czarodzieje stosowali różne ochronne zaklęcia, ale dotykały one zazwyczaj niewinne osoby, które płaciły najwyższą cenę za strach społeczeństwa przed magią.
– Myślisz, że to nowe prawo ma sens? – zapytała Madeleine. – No wiesz, czy da się ukryć, że istniejemy?
– Myślę, że tak. Ale to będzie zależeć od nas samych.
Dziewczyna westchnęła. Kiedyś mugole szanowali czarodziejów. Bali się ich mocy, ale często przychodzili prosić o pomoc. Jeszcze jej babka była znachorką, leczyła ludzi w okolicznych wioskach. A teraz? Zaraz spaliliby ją na stosie.
– Chyba czas wracać – głos Seana wyrwał ją z zamyślenia. Wstała, bardzo żałując, że nie może zostać pod tym drzewem na zawsze.
– Chodźmy więc.
Chłopak podniósł się i razem powlekli się w stronę wioski. Nagle Madeleine przyszła do głowy pewna myśl.
– A dlaczego właściwie ty też ciągle uciekasz z domu? Natykam się na Ciebie, za każdym razem, gdy uda mi się wyjść. Masz jakiś problem?
– No cóż... Powiedzmy, że rodzina ostatnio stara się mnie zmienić. No wiesz, nie podoba im się to co robiłem w Hogwarcie. teraz cały czas mnie krytykują i pouczają. Więc staram się jak najwięcej czasu spędzać poza domem, żeby na trochę o mnie zapomnieli.
Madeleine popatrzyła na przyjaciela ze współczuciem. Był w znacznie gorszej sytuacji niż ona, a potrafił ją wysłuchać i współczuć. Zrobiło jej się głupio, że wcześniej nic nie zauważyła.
– Pewnie tęsknisz za Hogwartem?
– Jakbyś zgadła, tylko tam mogłem być sobą.
– Dlaczego oni nie pozwalają nam żyć? Czemu wszyscy czegoś od nas oczekują?
– Bo należenie do rodziny zobowiązuje. No wiesz, starożytny ród Blacków... Tyle, że w sercu nie jestem Black, tylko Sean. – W głosie chłopaka słychać było rozgoryczenie.
– A ja nie jestem Avery tylko Madeleine. Po prostu Madeleine.
– No nic, jest jak jest i musimy się z tym pogodzić – Sean zakończył temat. – Hej, a ten co wyrabia?!
Dziewczyna szybko zrozumiała co ma na myśli. Przed nimi stał Darren. Trzymał w dłoni różdżkę, celując w małego chłopca. Chłopczyk na przemian podnosił się i opadał. Na jego buzi malowało się przerażenie, z oczu płynęły łzy.
– Zostaw go natychmiast – krzyknęła Madeleine.
Malfoy odwrócił się i spojrzał na nią z pogardą. Przeniósł spojrzenie na Seana i uśmiechnął się lekceważąco. Znów skierował różdżkę na chłopca, ale Sean był szybszy. Błyskawicznie wyciągnął różdżkę i otoczył go ochronną tarczą.
– Jak śmiesz – wysyczał Darren. – Wiesz kim ja jestem?
– Wiem, ale nic mnie to nie obchodzi. Znikaj stąd. – Zrobił znaczący ruch różdżką. Darren szybko ocenił swoje szanse. W końcu odwrócił i odszedł. Sean odetchnął z ulgą.
– Sprawdź czy nic mu nie jest – rzucił do dziewczyny.
Mały trząsł się ze strachu. Miał szczęście, nie odniósł żadnych obrażeń poza jednym siniakiem. Jednak nie mógł przestać płakać i był zbyt przerażony by choćby próbować uciec. Sean popatrzył na Madeleine znacząco, a ona z niechęcią skinęła głową. Choć wolałaby tego uniknąć, trzeba było rzucić na chłopca zaklęcia zapomnienia. Nie chodziło nawet o przepisy, ale o dobro dziecka. Nikt by mu nie uwierzył gdyby się poskarżył, stałby się obiektem kpin. Sean wyszeptał zaklęcie. Chłopiec przestał płakać prawie natychmiast. Teraz patrzył na nich błędnym wzrokiem, jakby nie rozumiał co się dzieje dookoła. Po chwili wstał i pobiegł do domu. Sean i Madeleine zostali sami. Chłopak popatrzył na przyjaciółkę. Z trudem hamowała łzy, jej pięści bezwiednie zaciskały się i rozluźniały. Podszedł bliżej i objął ją ramieniem.
– Nie przejmuj się, temu małemu nic nie jest. Nawet nie pamięta, co tak naprawdę się stało. Nie płacz.
– Zostaw ją natychmiast! – rozległ się krzyk. Madeleine podniosła wzrok i zobaczyła swego ojca. Próbowała coś wyjaśnić, zaprotestować, ale mężczyzna chwycił ją za ramię i zdecydowanie pociągnął za sobą. Zdążyła tylko rzucić Seanowi przepraszające spojrzenie.
Chłopak został sam. Był wściekły. Jego przyjacielski gest bardziej zaszkodził niż pomógł. Wyobrażał sobie awanturę, jaka musiała mieć miejsce w domu dziewczyny. W końcu postanowił wracać, powlókł się ze zwieszoną głową. Coś jednak zwróciło jego uwagę. Przed nim, w odległości około 10m stały cztery, dość dziwne osoby. Trójce nastolatków w nieco dziwnych szatach z emblematem Gryfindoru, towarzyszył ogromny mężczyzna o gęstej czarnej brodzie i oczach przypominających żuki. Usłyszał podniesione głosy.
– Hermiono, jak my wrócimy do szkoły? – zapytał rudy, bardzo wysoki i chudy chłopiec.
– Przecież mówię, tu musi być jakieś przejście, tylko wygląda inaczej. Profesor Binns o tym mówił. – Dziewczyna z burzą kręconych włosów rozglądała się ostrożnie dookoła.
– Hej, zostańmy tu dłużej! Tu gdzieś na pewno muszą być smoki. Kiedyś było ich więcej, nie? – Ogromny mężczyzna patrzył w niebo, najwyraźniej mając nadzieję, że zaraz nadleci walijski smok zielony. Obok stał w milczeniu drobny chłopak z blizną na czole i okrągłych okularach na nosie. Gdy zobaczył zainteresowanie Seana, szybko uciszył towarzyszy i po chwili już ich nie było.
– Dziwne – pomyślał Sean.
W domu powitały go wrogie spojrzenia, ale był do nich przyzwyczajony. Chciał iść do siebie, ale powstrzymał go chłodny głos ojca.
– Poczekaj, musimy porozmawiać.
Sean posłusznie zatrzymał się i popatrzył ojcu w oczy. Były zimne i nieprzeniknione, jak zwykle.
– Minął już rok odkąd skończyłeś szkołę, a ty nic nie robisz. Nie założyłeś własnego domu, musimy cię utrzymywać. Postanowiłem więc wziąć sprawy w swoje ręce i znalazłem ci żonę. Jutro ją poznasz.
Sean patrzył przerażony na swojego ojca. Takiej nowiny się nie spodziewał.
– Kim ona jest? – wyszeptał.
– Och, na pewno pamiętasz ją z Hogwartu. To Eliza Goyle.
Sean jęknął. Tak, pamiętał ją aż za dobrze. Eliza była jego przeciwieństwem. Należała do Slytherinu i była wymarzoną dziedziczką Blacków. Co znaczyło, że Sean nienawidził jej od samego początku.
– Ale ojcze, dlaczego właśnie ona? – próbował protestować. – Ona jest...
Nie dokończył, nagle poczuł na twarzy silny ból. Ojciec stanął nad nim, dłoń ciągle miał uniesioną.
– Nie ma ale. Jutro przyjedzie Eliza i pobierzecie się – wysyczał. – Możesz iść do siebie.
Sean odszedł w milczeniu. Jeszcze nigdy nie czuł się tak bezsilny. Ojciec nie uznawał kompromisów. Załamany usiadł na łóżku. Bezmyślnie patrzył w ścianę.

– Jak śmiesz tak się zachowywać?! Co ty sobie wyobrażasz? – Ojciec Madeleine dyszał z wściekłości. Na nic zdały się tłumaczenia, mężczyzna po prostu jej nie słuchał. W końcu uspokoił się odrobinę. Gestem nakazał ciszę.
– Mam ci coś do powiedzenia. Jak wiesz bardzo cenię wuja Lucjana i zawsze słucham jego rad. Wczoraj powiedział nam, że jego przyjaciel szuka żony dla syna. Wuj od razu pomyślał o tobie. Może go znasz, to Jim Black. Starszy brat twojego "przyjaciela". Za rok kończysz szkołę. Wtedy się pobierzecie!
Madeleine milczała zszokowana. Więc to był prawdziwy powód odwiedzin! Znała Jima bardzo dobrze. Aż za dobrze – pomyślała ponuro. Był przeciwieństwem brata. Okrutny, uwielbiał demonstrować swoją władzę. Ale on był B l a c k, co w oczach rodziny było ogromna zaletą. Co robić? W jej głowie błysnęła myśl. Filomena! Kazała jej kierować się sercem i nie poddawać się. Zebrała się na odwagę.
– Nie ojcze!
– Słucham? – Ojciec popatrzył na nią jakby się przesłyszał. – Powiedziałaś "nie"?
– Nie wyjdę za Jima!
Ojciec z całej siły uderzył ją w policzek. Zaciskając wargi i powstrzymując łzy, Madeleine pobiegła do siebie. Rzuciła się na posłanie i dopiero wtedy wybuchnęła płaczem. Nie chciała być z Jimem! Nie dlatego, że go nie kochała. I nie dlatego, że zależało jej na kimś innym. Nie, jej związek z Seanem był tylko przyjaźnią. Wiedziała zresztą, że jej rodzice nie zgodziliby się na związek z czarną owcą Blacków. Jej serce było jeszcze wolne. Nie chciało niszczyć sobie życia przez małżeństwo z kimś takim jak Jim.
Po godzinie, do jej pokoju weszły matka i Nelly Malfoy. Obie patrzyły na nią ze zrozumieniem, pełne współczucia. Przez kilka długich minut milczały, w końcu matka odezwała się.
– Córeczko, wiem, że to dla ciebie trudne. To wszystko stało się tak szybko. Ale to naprawdę dla twojego dobra. Pomyśl, będziesz się nazywać Black! Może Jim wydaje ci się odrobinę... niesympatyczny, ale na pewno polubisz go, gdy poznacie się lepiej.
Dziewczyna patrzyła na matkę zaskoczona. Nawet ona była przeciwko niej. Gdzie znajdzie sojusznika w tej nierównej walce?
– Hannah, czy mogłabym porozmawiać z twoją córką w cztery oczy? – Ciotka Nelly patrzyła na krewną pytająco. Ta, po chwili namysłu, skinęła głową. Uśmiechnęła się do córki i wyszła.
Ciotka usiadła na łóżku. Odetchnęła głęboko i nagle zaczęła mówić.
– Posłuchaj, chce ci coś opowiedzieć. Proszę, nie przerywaj mi. To dla mnie bardzo trudne. Wiem, że mnie nie lubisz. Jesteś inna niż my wszyscy, nie wiem czy to dobrze czy źle. Widzisz... kiedyś byłam do ciebie podobna. Nie miałam tego całego poczucia godności, tej manii wyższości. Wiesz, że kiedyś przyjaźniłam się ze szlamą? Byłyśmy sobie bardzo bliskie... Ale cóż, nasze drogi jakoś się rozeszły. Gdy byłam w twoim wieku, rodzice znaleźli mi "idealnego" kandydata na męża, Lucjana. Wściekałam się, płakałam, prosiłam o litość. Wszystko na nic! W końcu poddałam się. Wyszłam za mąż, zamieszkałam w pięknym domu, teraz mam syna. Brzmi pięknie, prawda? Ale nie jest! Codziennie patrzę w lustro i widzę obcą twarz. To nie jestem ja. Została tylko powłoka. Patrzę na to co robi mój maż i jestem przerażona, bo wiem, że Darren zachowuje się podobnie. Dlatego chcę ci pomóc. Nie pozwól im zniszczyć sobie życia, tak jak ja na to pozwoliłam. Na razie jesteś bezpieczna, ten rok spędzisz w szkole. Ważne, co nastąpi potem. Nie licz na cud, twój ojciec nie zmieni zdania.
– Więc co mam robić?
– Musisz znaleźć jakieś rozwiązanie, masz na to cały rok. Ja widzę tylko jedna możliwość – ucieczkę, ale nie chcę ci jej doradzać. Wiem, że kochasz rodziców i nie chcesz ich opuszczać na zawsze. Musisz coś wymyślić. Aha, jeszcze coś. Niezależnie od tego, co czujesz w tej chwili, rodzice bardzo cię kochają. Pamiętaj o tym!

" Droga Madeleine,
przepraszam, że zniknąłem wtedy w lecie bez pożegnania. Rodzice chcieli zmusić mnie do małżeństwa z kobietą, której nienawidzę. Nie chciałem odchodzić, ale nie było innego wyjścia.
Jestem teraz daleko od domu. Wreszcie czuję się sobą, nikt mnie tu nie ocenia. Poznałem wspaniałą kobietę. Jest mugolką, ale bardzo ją kocham. Bałem się jej reakcji na mój sekret, ale pogodziła się z tym. Musiałem jej tylko przyrzec, że nie zamienię jej w ropuchę w razie kłótni.
Tęsknię za rozmowami z Tobą. Wiem, że masz wyjść za mojego brata. Mam nadzieję, że jakoś będziesz potrafiła być z nim szczęśliwa. Napisz do mnie czasem.
Twój Sean"

Madeleine uśmiechnęła się i pogłaskała sowę o pięknych brązowych piórkach. Był grudzień, połowa roku szkolnego w Hogwarcie. Zgodnie z obietnicą ciotka załatwiła jej jeszcze rok wolności. Nadal nie wiedziała co zrobi, gdy jej nauka dobiegnie końca, ale starała się nie myśleć o przyszłości. Wierzyła, że znajdzie jakieś wyjście.

Był czerwiec. Sean patrzył przez okno w swoim nowym domu. Słońce dawno już wzeszło. Był szczęśliwy, po raz pierwszy w życiu. Nagle zobaczył na niebie dziwny kształt. Po chwili sowa wleciała przez okno i podała mu list.

"Drogi Seanie,
mam dla Ciebie nowinę. Wczoraj wyszłam za mąż. Ale nie za Twojego brata. Mój wybranek to Arnold Weasley. Jestem pewna, że bardzo byś go polubił.
Rodzice jeszcze nie wiedzą, myślą, że prosto ze szkoły pojechałam w odwiedziny do koleżanki. Wiem, że ta wiadomość złamie mamie serce, ale tylko w ten sposób mogłam uniknąć ślubu z Twoim bratem. Arnold pracuje w Ministerstwie. Odpowiada za dobre kontakty z mugolami i jest to zajęcie dla niego idealne. On wprost uwielbia mugoli. Ciekawi go wszystko co niemagiczne. Poznaliśmy się w tym roku w Hogsmeade. To wszystko stało się bardzo szybko, ale kochamy się. Poza tym, nie mogłam czekać, wiesz o tym najlepiej. Pozdrów ode mnie Sonię
Madeleine"

Fiametta
23.07.2006, 08:51

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

czarna-kotka

Stwórz własnych bohaterów zamiast robić kiepskie kalki tych z HP. Lucjan - Lucjusz (no proszę cię!), Darren - Draco, Nelly - Narcyza, Arnold - Artur i tak dalej... A wróżka-opiekunka Filomena dająca rady rodem z taniego horoskopu rozłożyła mnie na łopatki.

2.08.2007, 17:18
Jess

Bardzo ciekawy pomysł, fabuła i wogule. Ale sposób w jaki zostało to napisane budzi wiele zastrzeżeń. Należałoby nad tym popracować i koniecznie pisać dale, oby coraz lepiej. Powodzenia. ;)

31.07.2006, 22:17
Arcanus

Nie, tylko nie pobrać! Toż to przecież tandetne romansidło do kwadratu + Hollywood w najgorszym wydaniu! Już lepiej niech zostanie tak jak jest.

28.07.2006, 18:33
Meggie

Zapomniałam dodać w tamtej myśli: powinna być tam akcja i dynamika i naprawdę mocno to rozwiń( mogą być przygody w szkole), a będzie to opowieść godna książki, czy coś tam podobnego. Aha i zawsze do usług, jeżeli chodzi o zrecenzjowanie opowiadania.

28.07.2006, 12:51
Meggie

Te opowiadanie jest fajne i myślę, że można je rozwinąć. Jest jednak parę rzeczy, które mi się nie podobają. Pierwszą rzeczą są Malfoyowie, którzy mają identyczny charakter jak ci z Pottera, to jeszcze mają podobne imiona. Od razu przychodzą na myśl Draco, Lucjusz i Narcyza. Według mnie mogą mieć imi9ona na taką samą literę, ale nie aż tak podobne. Z Harrym, Ronem i Hermioną podróżującym w czasie jest dobry, ale powinien on nastąpić trochę póżniej( o ile chcesz to rozwinąć). A Sean i Madeleine powinni się pobrać. Mimo tych rad, które ci tu napisałam, to opowiadanie jest super!!!

28.07.2006, 12:45
LL

Nie czytałem opowiadania, ale obrazek jest świetnie dobrany do tytułu. Rozbawił mnie ogromnie. Dobranoc.

27.07.2006, 23:41
Luelle

Sympatyczne opowiadanko, choć w większości zgadzam się z przedmówcami. Mam nadzieję, ze będziesz pisać dalej i życzę Ci w tym powodzenia :)

26.07.2006, 21:18
Arcanus

Podoba mi się pomysł. Wykonanie szczerze mówiąc trochę gorzej, ale rokuje nadzieję na przyszłośc, jeśli mogę tak powiedzieć. Fabuła opowiadania okropnie tendencyjna i przewidywalna. Że podam kilka przykładów: Sean i Madaleine w tym samym czasie dowiadują się, że mają wziąć ślub z niekochanymi osobami; historie obu postaci nie dość, że kończą sie tak samo to jeszcze jest to przesłodzony happy end (ble...); Malfoyowie (no, może z wyjątkiem pani Malfoy)są dokładną kopią "współczesnych" Malfoyów. Nie podobał mi się (jak i moim przedmówcom) pomysł z Harry'm (sam w sobie nie najgorszy, ale tutaj "ni przypiął, ni przyłatał"). Podoba mi się natomiast to jak prowadzisz opowieść i nadajesz jej kształt.

26.07.2006, 12:54
Mirithiar

Podsumowując: pomysł dobry, aczkolwiek nie wybuchowy. Styl pozostawia sporo do życzenia. Akcja za słabo rozwinięta. Problem miłości, nienawiści, czystości krwi i rodzinnych, odwiecznych waśni /jakie by nie były/ zasługuje na poważniejsze potraktowanie. Mam wrażenie, że mimo chęci trochę to "zbyłaś".

25.07.2006, 20:29
Mirithiar

Cóż... Ja mam taką zasadę - szukac tego, co ktoś chciał przekazać. Coś tu widzę. niewyraźnie, ale sie przebija. Pracuj nad warsztatem. Co mnie raziło - ta 4 z przyszłości, imiona przodkow zaczynające sie na taką samą literę, jak tych 'teraźniejszych'. Całkiem udanym pomysłem jest przedstawienie magicznego świata przed wprowadzeniem zmian w prawie. styl troszke kuleje, ale tu potrzeba ćwiczeń i powinno być lepiej. Powodzenia.

25.07.2006, 20:26