Nieautoryzowana parodia Hobbita
[Od tłumacza:Wybrałam tę wariację 'Hobbita' ze względu na jej lekki styl, choć nie wątpię, że znalazłoby się z tuzin śmieszniejszych i przyzwoitszych. Alteng, Autorka, ma tendencję do używania skrótów myślowych; wiele zdań musiałam nagiąć na potrzeby polskiej gramatyki, a niektóre drastycznie zmienić lub wyrzucić. Autorka wyznała, że dzieckiem była, gdy popełniła to opowiadanie, zatem bądźmy pobłażliwi dla błędów młodości.
Dedykuję:
Rozdział Pierwszy – Zireael, której WON i zagadki robione metodą chałupniczą były dla mnie niewyczerpanym źródłem natchnienia
Rozdział Trzeci – Latinae, która lubi elfy, chociaż może niekoniecznie TAKIE
Wesołe piosenki – tłumaczom, którzy zmagali się z angielskimi rymami
Całą resztę – wszystkim, którzy chcą, by im coś zadedykować.]
ROZDZIAŁ 1: NIEOCZEKIWANE PRZYJĘCIE
W pewnej cuchnącej norze, która spokojnie mogłaby uchodzić za kanał ściekowy, żył sobie nieprawdopodobnie śmierdzący hobbit. Co to za idiotyzmy słyszę, nie wiecie, co to jest hobbit? Rany, musieli was chyba od niemowlęctwa izolować od świata! Skoro nie wiecie, to nie powinnam wam mówić, ale wtedy cała ta historia nie miałaby sensu...
Matka Natura nie jest do końca pewna, dlaczego stworzyła te istoty; chyba tylko po to, żeby były szkodnikami. A wy myśleliście, że to karaluchy są złe? Poczekajcie, aż do końca zrozumiecie, czym naprawdę jest hobbit.
Z powodu ciągłego wgniatania w ziemię, na które są narażeni, hobbici są – na szczęście – raczej mali. Zwykle ubierają się w zielenie i brązy, żeby się kamuflować przed wgniataniem i organizacjami zwalczającymi szkodniki, no i dzięki temu trudno ich dostrzec, kiedy rzucają śmieciami w przechodniów. Ich największą życiową radością są specjalne, śliczne śmietnikowe ogródki, w których uwielbiają się tarzać. Z tego powodu są dość szczupli, co jest bardzo przydatne podczas wyślizgiwania się spomiędzy palców napastnika. Ich włosy są brązowe i kręcone z powodu braku mycia. Hobbici są też niezmiernie skąpi. Przez całe życie mają tylko jedną parę butów, więc po pięćdziesięciu latach noszenia i zdzierania tej samej pary zazwyczaj kończą na bosaka. Jedyne, co pozostaje, to góra buta ściśle przywierająca do kostki.
Cóż.
Nasz niezwykle śmierdzący, źle wychowany hobbit nosił dostojne (to znaczy dostojne dla hobbitów) imię Bilbo Baggins. Bagginsowie byli bardzo starą i wyjątkowo cuchnącą rodziną. Ich nazwisko było otoczone powszechnym szacunkiem, odkąd Roughage Grummage Baggins odkrył Bagna Smoczych Bobków. Niestety zmarł on podczas odkrywania; miało to coś wspólnego z dość sporym trollem, w którego ciskał śmieciami... Powiedzmy, że Roughage kompletnie pogrążył się w swoim odkryciu. Pani Burpa Baggins i jej dwunastu krzepkich synów i czternaście córek (taka mała, hobbicka rodzina) odziedziczyli ziemię, która stała się wysypiskiem rodzinnej radości i bogactwa.
Tatuś Bilba, pan Stoolart Baggins, namówił żonę, Pilę Tuk, by przenieśli się na pierwszorzędny śmietnik pobliskiego miasta. Niestety on, jego żona i wszyscy z co najmniej pięćdziesięciorga rodzeństwa Bilba zginęli zmiażdżeni przez bardzo ostry, złowrogi, lśniący przedmiot. Bilbo zdołał wyjść z wypadku cało, ponieważ jego bracia zdecydowali się wepchnąć go w pudełko po chlebie. Zrobili to właściwie bez powodu; Bilbo był najmniejszy w całym miocie i byli po prostu ciekawi, czy się zmieści. W każdym razie, po owej tnąco–krojącej przygodzie Bilbo stał się jedynym posiadaczem nazwiska.
Owego pięknego dnia (było ciemno i deszczowo), w którym zaczyna się ta historia, przybył Gandalf Stuknięty. Gandalf nie jest osobą, którą chcielibyście spotkać w ciemnej uliczce (ani też jasno oświetlonej... ani jasno oświetlonej i zatłoczonej). Kręcą go bicze i łańcuchy – w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dorabia pracując dla Hiszpańskiej Inkwizycji. Do jego hobby należy farmacja, którą radośnie praktykuje na przyjaciołach i znajomych. Ćwiczy kuśnierstwo na żywych i wyrywających się zwierzętach. Ma też zwyczaj tracenia przyjaciół w bardzo podejrzany sposób, a później eksperymentuje z anatomią i przyklejaniem etykietek do różnych organów wewnętrznych, przy czym śmierć nie jest potrzebna do tego rodzaju działalności.
Tego pięknego dnia Gandalf siedział na stercie najlepszych śmieci Bilba i wydmuchiwał kółka ze szczególnie śmierdzącego dymu. Bilbo wylazł ze swojej norki, żeby powąchać tego nowego i niepowtarzalnego odoru. Jego oczy prześlizgnęły się po gościu; tamten zrobił to samo, przy czym każdy pomyślał o czymś innym. Gandalf szedł o zakład, że te stworzenia miały mnóstwo interesujących narządów do oblepienia etykietkami, natomiast Bilba interesował ów tytoń, etykietka czy nie etykietka.
– No tak! – powiedział Gandalf.
– No tak co? – zapyta Bilbo.
– Nadajesz się. Kompletny frajer... Właśnie takiego potrzebuję.
– Na Śródziemie, o czym ty mówisz? Do czego się nadaję? Za kogo ty się uważasz?! Zabieraj te swoje graty i wynocha z mojej sterty śmieci! Ale fajkę zostaw.
– Wystarczy! – zawołał Gandalf, wyczarowując pierścień z płomieni wokół siebie i Bilba. Gandalf zawsze się zastanawiał, jak to jest być usmażonym, ale w tej chwili nie był odpowiedni czas ani miejsce. Najpierw obowiązek, potem przyjemność. Zresztą później będzie na to mnóstwo okazji.
Tymczasem Bilbo tracił rozum. Cała kolekcja jego najbardziej spleśniałych, obrzydliwych, śmierdzących śmieci właśnie ulegała zniszczeniu!
– Proszę, proszę, mój łaskawy panie, zgaś ten ogień, Niszczysz moje ulubione gruzy! A hobbita ocenia się po wielkości jego sterty śmieci.
– Och, dobrze więc, kończę – płomień zniknął. – Ale wrócę jutro w porze podwieczorku, z większą niespodzianką niż dzisiejsza.
Błysnęło światło i Gandalf zniknął. Bilbo cicho wszedł do domku, w milczeniu wczołgał się pod łóżko i dostał małego, przyjemnego załamania nerwowego.
Następnego dnia była środa, dzień wywożenia śmieci i śmieciarka przyjeżdżała, by wysypać swoją bezcenną zawartość. Bilbo wyczołgał się spod łóżka. Czując, że mu ulżyło, przeciągnął się i poszedł na śniadanie. Tuż po tym, kiedy zjadł wszystko w zasięgu wzroku (usiłował też napocząć sąsiadów), dzwonek u drzwi zabrzęczał głośno.
'O rany...' pomyślał Bilbo 'Gandalf nie zapomniał przyjść!'
Bezmyślnie otworzył drzwi, przez które wtoczył się bardzo stary krasnolud.
– Dwalin, sługa twój i twej nędznej rodziny.
Początkowo Bilbo był troszkę zaniepokojony, ale szybko o tym zapomniał i zaprosił krasnoluda na posiłek, który tego ranka zwędził z lodówki sąsiadów. Miał bowiem nadzieję, że ten gość przyszedł w zastępstwie Gandalfa. Hobbit właśnie usiadł, by pochłonąć pięćdziesiąte ósme śniadanie (lub, jeśli wolicie, trzeci lunch), kiedy dzwonek u drzwi zabrzęczał przeraźliwie. Bilbo zademonstrował swoją znajomość brzydkich słów. Był pewien, że tym razem dzwoni Gandalf. W rzeczywistości przed drzwiami stał kolejny krasnolud.
– Balin, służę zagładą.
Hobbit zbladł i zaprowadził krasnoluda do pokoju, w którym siedział Dwalin. Dwalin i Balin zachowywali się tak, jakby już się znali i wkrótce kłócili się zawzięcie. W rzeczywistości byli braćmi, ale to jeszcze nie powód, żeby się dobrze znać. Z drugiej strony to świetny pretekst, żeby się posprzeczać. Bilbo czuł, że zbliża się kolejne załamanie nerwowe, ale postanowił wytrzymać.
Dzwonek u drzwi zabrzęczał świdrująco.
– Ten niewdzięczny Gandalf! Powinien już dawno tu być, ale nie! musiał przysłać tych wkurzających krasnali! Mam już dość.
Bilbo otworzył drzwi, a do środka weszło dwóch następnych krasnoludów.
– Fili i Kili, do usług na twym łożu śmierci.
Bilbo właśnie sadzał ich przy stole, gdy nadpłynął wwiercający się w ucho terkot dzwonka – zupełnie jakby dzwonek był wyrywany w bardzo, bardzo bolesny sposób (w takich chwilach większość osób płci męskiej zazwyczaj krzyżuje nogi i rumieni się intrygująco). Bilbo poczuł, że znowu zbliża się załamanie nerwowe, tym bardziej, że jeden z nowo przybyłych krasnoludów wręczył mu urwany dzwonek.
– Oin, Gloin, Ori, Nori i Dori, do usług na twoim pogrzebie.
Bilbo udał, że się cieszy i zaprowadził krasnoludy do stołu. Potem w milczeniu poszedł na górę, wczołgał się pod łóżko i dostał drugiego w tym tygodniu załamania nerwowego.
– Myślę, że ten mały za dużo pracował – wybełkotał Kili z ustami pełnymi indyka.
– Zwariował! – powiedział Ori, plując kawałkami dzika i winem.
– Nigdy nie musiał wariować – zauważył Gloin, wgryzając się w kość kurczaka.
Fili wziął miotłę i stuknął nią w sufit.
– Hej tam, zamknijcie się! Niektórzy próbują tu jeść!
– Ciekawe, czy tego małego coś gnębi... – zastanowił się Dori, wgryzając się w dziwny, bliżej nieokreślony kawał mięsa, który złowrogo wił się na jego widelcu.
– W życiu bym się nie domyślił! – mruknął Nori. Zabrał swojemu krewniakowi widelec, wgniótł złowieszczy kęs mięsa w podłogę, odkleił go i wsadził między dwie kromki chleba.
– Stanowczo robi za dużo zamieszania! – gderał Dwalin.
– A czego się spodziewasz po tym gatunku?
– A niech mnie, zero szacunku dla jego gości! – stwierdził Oin. Jego kufel był już pusty, więc Oin kopnął się do piwniczki po kolejną beczułkę piwa.
Wtem rozległo się głośne pukanie do drzwi. Bilbo w milczeniu
zszedł po schodach i otworzył drzwiczki. Czterech kolejnych krasnoludów dosłownie wpadło do środka (nasłuchiwali hałasów z uszami przyklejonymi do drzwi).
– To na pewno jest zakręcona środa! – pomyślał Bilbo. Krasnoludy pozbierały się z podłogi, a trzech z nich zawołało radośnie:
– Bifur, Bofur i Bombur, do twych nędznych usług!
Bilbo powoli zaczął się wycofywać na schody, ale pojawił się Gandalf i zawrócił go na dół, nim Bilbo zdążył dostać trzeciego załamania nerwowego. Czterech krasnoludów szybko zaznajomiło się z jedzeniem. Ostatnim krasnoludem był Thorin, który, choć nie czuł się zobowiązany do przedstawiania się ani oferowania swoich usług, to na pewno nie wzgardził darmową wyżerką. Bilbo zlazł ze schodów, narzekając na wszystko, co możliwe i jeszcze parę rzeczy niemożliwych. Krasnoludy, by pogorszyć sprawę, zaczęły zbierać i zmywać talerze.
Pucuj kufel, umyj nóż,
Potem je na miejsce włóż.
Skrob łyżki, niech będą czyste!
To dla Bilba nienawistne!
Zdrap z talerzy stary tłuszcz,
Spod dywanu wymieć kurz,
Zetrzyj ścierką ślady krwi,
Niech podłoga jasno lśni!
Szoruj blat, wypierz firanki
I do sucha wytrzyj szklanki
A gdy wszystko się zamiecie,
Spuśćmy Bilba w toalecie!
To mu na wskroś duszę zrani,
Więc ostrożnie z talerzami!
Bilbo był kompletnie załamany: całą jego cudowną kolekcję brudu i pleśni trafił szlag!
Gandalf uznał, że czas wyjaśnić cel swojej wizyty.
– Nie ma sensu prosić Thorina, by wyjaśnił dlaczego zebraliśmy się w tym miejscu, bo tkwilibyśmy tu przez calutki tydzień, a to zrujnowałoby moje świetne plany...
– Czuję się głęboko urażony – burknął Thorin – Zresztą zawsze można cię zastąpić...
– Niech ci będzie. Zaczynaj.
Krasnoludy wyjęły swoje instrumenty i zaśpiewały pieśń, która wypełniła Bilba uczuciem tajemnicy (choć mogło to być spowodowane środkiem na przeczyszczenie, którego Bofur dosypał do jego kakao). Zaczynał powoli tracić ostrość widzenia (Gandalf wciąż puszczał te intrygująco śmierdzące kółka z dymu), i powoli tonął w Czarnym Morzu (co sprawiało mu zresztą wiele radości). Wtem muzyka się skończyła, machorka Gandalfa również.
– A niech to! – krzyknął Bilbo. Gandalf, rozeźlony brakiem tytoniu, posłał hobbitowi małą błyskawicę. Bilbo zemdlał. Kiedy się ocknął, wymamrotał:
– Co za uczucie!
– Zrozumiałeś coś z pieśni? – zapytał Gandalf.
– Nie bardzo. No, chyba że było tam coś o tonięciu w Czarnym Morzu.
– Cóż, to proste. Thorin i jego ludzie zostali wykopani za mówienie niecenzuralnych rzeczy o matce króla. Przenieśli się pod Samotną Górę, pojawił się smok, urządził małego grilla i wygonił Thorina i spółkę. Chcemy, żebyś wydostał od smoka złoto bez przypiekania nam tyłków.
– To wszystko?
– Zostały jeszcze zbożowe batoniki? – wtrącił Bombur.
Ignorując swojego tłustego kuzyna, Thorin odpowiedział (i nareszcie możemy zakończyć ten rozdział):
– W pewnym sensie wszystko. Jeśli nie zrobisz tego, o co cię prosimy, będziemy mieli sporo pieczeni, a ty weźmiesz w tym spory udział.
– Zaten chyba będę musiał się zgodzić na wasz układ...
– Thorinie, oto klucz, który dał mi twój ojciec po nieudanym pokerze – rzekł Gandalf.– A tu jest mapa. Teraz możecie iść i sprawdzić, co słychać u starego Smauga.
– Jak one się dostały w twoje brudne łapska? – zawołał Thorin, zezując na klucz i mapę. – Mój ojciec ani cię nie lubił, ani ci nie ufał, więc dlaczego ci je dał?
– Mam swoje sposoby... Mała porada: nigdy nie wypytuj czarodzieja, który jest w kiepskim nastroju.
Thorin zmierzył go złym spojrzeniem, ale więcej nie poruszał tego tematu.
– Jutro zaczynamy naszą podróż, panie Baggins.
– A ty nam dasz śniadanie – uprzejmie poinformował Bilba Gandalf. – Ja zamawiam pierwszy. Chcę trzy żywe knury, cztery dobrze wysmażone jajka sępa i dwóch podpiekanych hobbitów z kilkoma kroplami cytryny.
Po Gandalfie jakoś nikt nie miał ochoty rozmawiać o jedzeniu, więc Bilbo przygotował wszystkim miejsca do spania. Sam spędził noc pod swoim łóżkiem; zaczynało tam być naprawdę przytulnie.
Przez całą noc, brzmiały mu w uszach – oprócz chrapania Thorina – okrzyki 'Jedziemy na wycieczkę!'
ROZDZIAŁ 2: PIECZONA BARANINA
Bilbo gwałtownie obudził się z przerażającego snu o sprzątaniu domu. Początkowo był nieco oszołomiony, bo budząc się dość mocno wyrżnął głową w ramę łóżka. Potem zdał sobie sprawę, że obudził się o zwykłej porze, czyli o pierwszej po południu. Powoli zczołgał się po schodach. Na dole nie było nikogo, nie licząc jego szczurzych współlokatorów. W pokoju panował potworny bałagan, a w kuchni piętrzyły się sterty nie umytych garów. Prawie każdy rondel i patelnia nosiły ślady używania.
Przez jeden przelotny moment Bilbo był szczęśliwy. Uznał, że zeszła noc była po prostu złym snem spowodowanym sporą ilością piwa, które wypił. Szybko jednak odrzucił tę teorię. Przecież nie pił żadnego piwa! Z drugiej strony wypalił całkiem sporo, a Belly Bellbottom sprzedawał raczej podejrzany, chałupniczo robiony tytoń. No cóż, bałagan wrócił, jeszcze lepszy i świetniejszy. Bilbo przerył się przez zwały śmieci, gdzie znalazł ubrania i kości sąsiadów (żadna strata).
Nagle zrozumiał, że Gandalf i jego wesoła kompania jednak byli tutaj naprawdę: na drzwiach wyryto wielkimi literami 'Tu byliśmy'.
Co dziwne, Bilbo nie poszedł na górę i nie wlazł pod łóżko. Właściwie to nawet zrobił się głodny, więc chyłkiem przemknął do spiżarni, o której krasnoludy nie miały pojęcia.
Za pięć druga zasiadał do pięćdziesiątego śniadania, gdy pojawił się Gandalf.
– Ty mały, podły, ufajdany błotem... – zaczął czarodziej.
– Dziękuję ci! – ucieszył się Bilbo, wzruszony do głębi.
– Zmienisz zdanie, jeśli za pięć minut nie ruszysz się z tego wysypiska!
Biorąc pod uwagę rozmiary śmietnikowego ogródka, zadanie nie było łatwe.
– Skoro mnie tak potrzebujecie, to dlaczegoście mnie nie obudzili przed wyjazdem? Zresztą i tak nie czuję żadnych zobowiązań wobec tych, którzy wymuszają na mnie zgodę.
– Miałeś takie piękne sny o bólu i torturach, że nie mieliśmy serca cię budzić.
– Aha.
– Albo wyruszasz, albo pokażę ci kilka sztuczek z mojej drugiej profesji – oznajmił Gandalf z kwaśnym uśmiechem, a w jego kieszeni zabrzęczało coś, co brzmiało zupełnie jak żelazne łańcuchy.
Bilbo pomknął przez śmietnikowy ogródek ze zdumiewającą prędkością. Dysząc ze zmęczenia i wdychając trujące opary przeleciał przez bagna, które – zanim dorwały się do nich hobbity – kiedyś były ślicznym lasem z przejrzystym strumyczkiem. Jego bieg zakończył się przy wymalowanej czymś czerwonym – prawdopodobnie krwią – linii. Tam czekał na niego Balin.
Bilbo, hobbit do szpiku kości, zapytał:
– Kiedy obiad?
Krasnoludy nie zwróciły na to uwagi, ale dały mu fajkę i sporo swojego specjalnego tytoniu (oni też odwiedzili sklep Belly'ego Bellbottoma).
Wędrowali przez odrażająco zaśmiecone sterty śmieci Hobbitonu.
Ich podróż była przeraźliwie powolna, głównie z powodu Gandalfa, który skuł im nogi wyżej wspomnianymi łańcuchami. Fakt, że Bombur miał talent do wpadania w doły pełne śmieci, też im nie pomagał.
Pewnej deszczowej nocy, zanim zdołali dotrzeć bezpiecznie poza granice Hobbitonu, zaatakowała ich zgraja wygłodniałych hobbitów i zrabowała im cały zapas żywności. Przygnębieni i będący na skraju permanentnego uciszenia lamentującego hobbita, zatrzymali się na polanie. Bofur zabrał się za oglądanie łańcuchów, żeby wybadać, jak mogą się uwolnić, bo miał doświadczenie w tych sprawach i świetnie posługiwał się wytrychem. Drogą losowania Balin wyciągnął najkrótszą słomkę i zgodził się stać na czatach.
Stojąc na straży, Balin wypatrzył w oddali światełko i zaalarmował pozostałych; jednogłośnie zgodzono się wysłać na zwiady bezużytecznego hobbita. Bilbo nie pamiętał, żeby kiedykolwiek głosował, ale nie miał wyjścia: krasnoludy zagroziły, że doniosą Gandalfowi o jego złym zachowaniu, a nikt nie chciał zapoznać się z jego metodami karania niegrzecznych hobbitów.
Bilbo podkradł się do światła i zobaczył trzech przerośniętych trolli, którzy rozmawiali w nieznanym hobbitowi języku.
– Mój drogi Williamie, byłeś doprawdy niezmiernie uprzejmy przygotowując nam posiłek, owcze mięso zaczyna mnie jednakowoż nużyć. Czy byłbyś tak miły i zdobył coś odmiennego na nasz posiłek?
– Wszak wiesz, mój drogi Bercie, iż niemałe trudności sprawia mi przygotowanie wymyślnych potraw, niemniej jednak usilnie będę się starał nadrobić braki. – powiedział troll zwany Williamem.
– Zaraz się porzygam – burknął trzeci troll.
– Ależ bardzo proszę, Tom. To będzie miła odmiana po jedzeniu baraniny! – powiedział Bert.
Tymczasem Bilbo podkradł się za Williama. Z trzaskiem wyłamał sobie palce i zaczął grzebać w ogromnej kieszeni trolla. Bert, który był bardzo głodny, właśnie szukał czegoś, co nie byłoby baraniną, gdy zobaczył owłosione stworzenie w kieszeni Williama.
– Mój drogi Williamie, wygląda na to, że w twojej kieszeni siedzi zakąska! – zawołał radośnie Bert. – Myślisz, że byłbyś w stanie zrobić z niej pyszne pyszności?
– A niech mnie! – William wyciągnął hobbita z kieszeni – Przecież to śliczny, puszysty króliczek! Hej, nie byłoby chyba w porządku po prostu wziąć i zjeść tego malucha, co?
– Ukraść i ugotować te owce też nie było w porządku, prawda, Williamie? – przypomniał Bert.
– Nie moglibyście po prostu ugotować tego gnojka?! – wrzasnął Tom.
– Ależ mój drogi Tomie, mój drogi Bercie! Tamte owce warte były wysiłku. Ten tu maciupci króliczek nie wystarczyłby na jeden kęs nawet dla mnie, a co dopiero dla całej trójki. Ponadto nie znam receptury na gotowanie czegoś innego niż baranina – zakończył William z rumieńcem.
– Ale mógłby nam posłużyć jako podwieczorek. Pocięlibyśmy go na trzy części i nawet nie musielibyśmy gotować... – zasugerował Bert.
– Nie. Jestem pewien, że byłoby to dla niego bardzo bolesne, a nie mogę się zdobyć na coś równie okrutnego.
– Williamie, ty dupo wołowa – powiedział wytwornie Bert. – Zabij go.
– Och, Bercie, nie mógłbym.
– A wcześniej mogłeś. Moglibyśmy mu delikatnie wytłuc mózg.
– Nie.
Bert grzecznie rąbnął Williama w szczękę. William delikatnie odchrząknął, podał Bilba Tomowi, wstał i zaczął uprzejmie okładać pięściami Berta. Bert uśmiechnął się i serdecznie zwalił Williama z nóg. Kiedy pozałatwiali swoje sprawy, ponownie zajęli miejsca przy ognisku.
– Może ich jest więcej... – zaczął Tom.
– Mały króliczku – powiedział William do Bilba, który robił dziwne rzeczy w dłoni Toma (a których lepiej nie omawiać). – Czy jest tu więcej takich jak ty smakowitych małych kąsków?
– Tak! Tak! – zawołał Bilbo. – Więcej, niż mogę policzyć! I są ode mnie więksi i właśnie urządzają przyjęcie i świetnie się bawią bez ciebie!
– Ja nie się nie wpraszam na przyjęcia! – oburzył się William.
– Pewno, że tak! Pamiętasz tę imprezę, która była w zeszłą sobotę?
– Byłem zaproszony!
– No, tym razem się wbijesz bez zaproszenia.
– Nieprawda!
William i Bert znowu zaczęli się szarmancko bić. Kiedy jego towarzysze byli sobą zajęci, Tom taktownie trzymał Bilba z dala od ust. Nagle niezidentyfikowana noga wystrzeliła spomiędzy kłócących się i Bilbo wyleciał w powietrze. Tom zwinął się z bólu i złapał za zranioną część ciała.
W międzyczasie krasnoludy słyszały cały ten hałas i bardzo ich to zaintrygowało. Domyślili się, że Bilbo dostał się na jakieś przyjęcie i, jak znali swojego owłosionego, oślizgłego towarzysza, na pewno by ich nie zaprosił.
Znęceni perspektywą darmowego posiłku, hurmem wtoczyli się w krąg światła.
Trolle przestały walczyć i skakać z bólu. Wbiły wzrok w krasnoludów, a z ust poleciała im ślinka.
Nagle nastał brzask. Trolle subtelnie wrzasnęły. Krasnoludy, hobbit i czarodziej z twarzami rozjaśnionymi satysfakcją przyglądali się kamiennym trollom.
– Nie mogłem pozwolić, by was zjedli – powiedział Gandalf. – Trolle sa beznadziejne w gotowaniu. Smaug zrobiłby to lepiej.
– Zignoruję tę uwagę, biorąc pod uwagę, od kogo pochodzi – burknął Thorin.
– A co mogłeś zrobić? – odparował Gandalf.
Ignorując Gandalfa, Thornwald ochrząknął.
– Uważam, iż będąc krasnoludami czystej krwi, powinniśmy obecnie dokonać powiększenia liczebności naszego bogactwa, które w przyszłości będzie rewindykowane...
– On mówi – wyjaśnił Fili – żebyśmy poszli i sobie wzięli rzeczy tych trolli.
***
Znaleźli jaskinię, która pełna była różnych przedmiotów, z których nie wszystkie były legalne lub przyzwoite (na przykład plakat Berthy, kuzynki Berta). Bombur przyjrzał jej się uważnie i z zadowoleniem pokiwał głową. Niezła była. Jeśli chodzi o wartościowe przedmioty, znaleźli sporo złota, klejnotów, mieczy, świeżego mięsa i mnóstwo spasionych szczurów; na te ostatnie natychmiast rzucił się Bilbo. Była bardziej niż głodny.
Po kilku przekonująco–kopiących argumentach, krasnoludy zmusiły Bilba, by pomógł im zakopać skarby. Okazało się to być całkiem pożyteczne, przynajmniej się bardziej wybrudził. Krasnoludy spakowały jedzenie, bo lubiły darmowe posiłki.
Thorin wybrał sobie miecz. Gandalf, ze złowieszczym uśmiechem i błyskiem w oczach, zrobił to samo. Bilbo, z identycznym grymasem wybrał sobie sztylet. Pozwolić Gandalfowi wałęsać się obok ostrych, spiczastych przedmiotów nie było najmądrzejszą rzeczą, ale Gandalf był w drużynie największy i najwredniejszy, a nikt nie chciał rozstawać się ze swoimi kończynami. Nie znaczy to oczywiście, że dawanie Bilbowi miecza było bezpieczniejsze, ale nikt nie zwracał na niego uwagi: wszyscy zgarniali nadprogramowe skarby, a Bombur zwinął plakat w rulon i wetknął go do tylnej kieszeni.
Po sporym a hucznym przyjęciu Gandalf zdecydował, że czas złożyć wizytę ich staremu kumplowi, Elrondowi. Krasnoludy wydały okrzyk radości, a gdyby Bilbo nie był tak zbity z tropu, też by pewnie wiwatował.
ROZDZIAŁ 3: KRÓTKI ODPOCZYNEK
Radosna kompania nowobogackich krasnoludów, hobbita i czarodzieja przedzierała się przez najeżony zasadzkami szlak do Rivendell. Gandalf szedł na przedzie i uruchamiał wszystkie pułapki w nadziei, że pociski przerzedzą zatłoczone szeregi drużyny. Niestety, tego dnia nie miał szczęścia. Wszystkie kule, strzały, zatrute rzutki, ogniste flary i broń jądrowa chybiły.
Elfy, widząc to niepowodzenie, były kompletnie załamane. Postanowiły zaśpiewać, by poprawić sobie nastrój (co udowadnia, że elfy potrafią śpiewać o byle czym):
Czy ktoś brzydki zapach czuje?
Coś jakby fetor gnijący
Coś tu zdechło i się psuje
Odór jest ogłuszający!
O! Tfu! Fu! A fe!
Tu, w dolinie!
O! Fred, warstwę brudu masz
Która ci pokrywa twarz!
Śluz i odór już się ściele
Tego chyba już za wiele!
O! Gdy wiatr powieje
Dolina szaleje!
A fuj!
O! Nie wiemy, czy damy radę
Uciec przed wstrętnym rozkładem.
Każdy płacze i szaleje
Dezynfekując się sprejem!
W dół doliny
Przez spaliny!
A fe!
Woda, pumeks i mydliny
Trzeba będzie was odkazić
By nie zatruć nam doliny
By jej smrodem nie zarazić!
Błagamy was, usłuchajcie
I czym prędzej stąd zmiatajcie
Z naszych posiadłości – won!
Inaczej dolinie zgon!
A fe!
Bilbo był bardzo wzruszony, słysząc tę pieśń, bo jeszcze nigdy w życiu nie słyszał tylu komplementów naraz. Jego radość wzrosła, gdy elfy zaczęły rzucać w niego krowimi plackami. Postanowił odwdzięczyć im się tym samym, przy czym jego celność była lepsza niż ich. W końcu elfy załamały ręce i uciekły w panice.
W Ostatnim Przyjaznym Domu, Elrond Półelf obiecał sobie, że będzie miły dla Gandalfa i jego kompanii, to może szybciej sobie pójdą. Może, przy sporej ilości szczęścia, nie będzie musiał znowu dezynfekować doliny... A później odwiedzać swojego psychoterapeuty.
Gdy krasnoludy, czarodziej i hobbit przybyli do Domu, Elrond zakrztusił się i zachłysnął powietrzem, po czym zaczął usilnie nalegać na natychmiastową kąpiel. Z kolei oni usilnie nalegali na coś zupełnie odwrotnego (zwłaszcza hobbit, który był bardzo dumny z najnowszej warstwy brudu). Usilne nalegania Elronda poparło czterdziestu pięciu uzbrojonych elfów, którzy są skuteczniejsi od zastawionych pułapek. Po godzinie mrożących krew w żyłach wrzasków i krzyków i serii wyrazów namawiających elfy do wykonywania różnych zastanawiających czynności (Elrond musiał przewertować wiele słowników, żeby znaleźć ich znaczenie), pan na Rivendell spotkał się ze względnie znośnie pachnącą grupą.
Goście rozsiedli się przy stole i jedli, jedli i jedli: w końcu dostali więcej darmowych posiłków! Mimo nadziei Elrona, że wyjadą szybciej, zostali w Rivendell przez dwa tygodnie. Dwa razy nieomal zgubili Bilba, który większość czasu spędzał na elfim śmietniku. W końcu Gandalf zdecydował, że dość już tego dobrego. Coś się na pewno święciło, bo elfy tylko się uśmiechały, gdy któryś z krasnoludów zrobił coś obrzydliwego. Nie wspominając o tym, że Gandalf miał już wyznaczony harmonogram.
Spotkali się więc z Elrondem. Biorąc pod uwagę fakt, że niechciani goście nie byli zbyt skłonni do kąpieli, a władca Rivendell nie miał już zapasowych elfów, zarówno on, jak i wielu jego poddanych założyli maski gazowe i zatyczki do nosa.
Elrond grzecznie odmówił obejrzenia plakatu zdobytego przez Bombura i przyjrzał się mieczom, które czarodziej i krasnoludy zabrali trollom.
– Te miecze zostały ukradzione przez moich przodków, więc powinny zostać tutaj! – ogłosił w końcu.
Gandalf rzucił mu długie spojrzenie, które mówiło: 'Chętnie tu zostaniemy od lata do późnej zimy!'. Elrond przełknął ślinę, a ponieważ był osobą mądrą, dodał:
– Ale wy teraz potrzebujecie ich bardziej niż ja, a poza tym te miecze zostały stworzone do wybijania goblinów. Gandalfie, twój miecz to Glamdring, Młot na Wrogów. Thorinie, twój miecz to Orkrist, Tasak na Gobliny. Ale obawiam się, że będą wam bezużyteczne...
– Wiecie co? Myślę, że tutejsze Święto Wiosny to świetna okazja, żeby się zabawić. A, i słyszałem, że dają mnóstwo darmowego jedzenia... – powiedział od niechcenia Gandalf, a krasnoludy zaczęły się niecierpliwie ślinić.
– Niech miecze służą wam wiecznie! – powiedział szybko Elrond.
– ...niestety, czekają na nas inne przyjęcia – zakończył Gandalf dostojnie.
Od strony krasnoludów dały się słyszeć jęki rozczarowania. Thorin wstał i uciszył ich gestem.
– Nie martwcie się, będzie podróż powrotna! – przypomniał, a potem odwrócił się do pobladłego króla elfów:
– Co możesz mi powiedzieć o tej mapie?
Krasnolud podał mu nieco mokrą, pachnącą stęchlizną i bardziej niż trochę oślizgłą starą mapę. Elrond wziął ją końcówkami palców, skrzywił się z niesmakiem i otworzył ostrożnie: w dolnym rogu widniały jakieś litery. Będąc uczonym w piśmie (w przeciwieństwie do większości bohaterów tej opowieści), przyjrzał im się z zaintrygowaniem, zapominając o obrzydzeniu.
– To doprawdy przedziwne... Od lat nie widziałem takich liter! A wiadomość jest jeszcze bardziej osobliwa. Tu jest napisane: "Dziwne rzeczy czają się w Kręgu K"...
Thorin i Gandalf spojrzeli po sobie, potem popatrzyli na Elronda. Pan na Rivendell skrzywił się i dodał obronnie:
– Ja tego nie napisałem! Ja to tylko przetłumaczyłem.
Czarodziej i krasnolud wbili wzrok w mapę trzymaną przez Elronda.
– Gdzie to jest napisane?
– O tutaj – Elrond wskazał na grupkę niechlujnych, brązowych znaczków.
– To nie są litery! – zawołał krasnolud. – To resztki mojego obiadu!
– Och... – powiedział Elrond, znowu spojrzał na mapę i odnalazł właściwe litery.
– To jest księżycowy alfabet, który można go odczytać tylko wtedy, gdy odpowiedni pomyleńcy spotkają się w odpowiednim dniu w odpowiednim pokoju. Tu jest napisane: 'Gdy słońce wzejdzie na niebie, gdy drozd zastuka w twą głowę, znajdziesz dziurkę od klucza'...
ROZDZIAŁ 4: GÓRĄ I DOŁEM
W noc Świętojańską elfy pożegnały serdecznie Gandalfa i jego kompanię. Dały krasnoludom mnóstwo darmowego jedzenia, domagając się w zamian, by sobie poszli i już nigdy nie wrócili do Rivendell.
Gandalf, Bilbo i krasnoludy ruszyli w stronę malowniczych Gór Mglistych. Krasnoludy i hobbit byli tak zachwyceni tą częścią podróży, że upiększali szlak na różne kolory, by ulżyć swojej radości (czy też raczej swoim żołądkom). Bombur wesoło wypisywał na zboczach wiersze o Bercie (zostawiając też swój numer telefonu). Reszta ignorowała to, by nie zaszkodzić już bardziej swoim żołądkom.
Gdy dotarli do jednej z przełęczy w najwyższych partiach gór, nadciągnęła ogromna burza. Kamienne olbrzymy postanowiły zagrać w baseball i całkiem nieźle im szło! Miotacz ciskał piłkę tysiąc stóp w bok od pałkarza, który i tak machał kijem. Piłka mijała jego stanowisko, a raz nieomal zwaliła z nóg kilku krasnoludów. Gdy jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności pałkarzowi udało się trafić w piłkę, gracze polowi upuszczali wszystko i biegali na oślep, bezustannie na siebie wpadając.
Thorin, zniesmaczony haniebną jakością gry (i faktem, że przegrał zakład z Filim i Kilim), wysłał dwóch młodych krasnoludów na poszukiwanie osłony przed grającymi.
Drużyna znalazła schron wilgotnej jaskini. Zamierzali rozpalić ognisko, ale Gandalf twierdził, że jest uczulony na takie luksusy, więc zamiast tego zapalili specjalne fajkowe ziele, które przywieziono z jakiegoś nieznanego miejsca o nazwie Kolumbia. Bilbo rozpoznał w nim drogi tytoń, który Belly Bellbottom sprzedawał w swoim sklepie, a którego nigdy nie kupował ze względu na chudość swojego portfela. Krasnoludy i czarodziej zaczęli wypuszczać ciekawe kółka z dymu, a hobbit zachwycił się nimi od pierwszego wciągnięcia. Zapadł w radosny, głęboki sen i śniło mu się, że zapadał się pod ziemię.
Obudziło go rozdzierające chrapanie krasnoludów. Usiadł, pocierając czoło.
– Po raz ostatni paliłem to świństwo!
W tym momencie ocknął się Gandalf. Jego różdżka błysnęła
oślepiająco, oświetlając czające się tuż przy nim gobliny; natychmiast rozpadły się w proch (Gandalf celował w hobbita, ale chybił). Pozostałe gobliny wzruszyły ramionami i rzuciły się na krasnoludy i bełkoczącego w oszołomieniu hobbita, który poczuł nagłą potrzebę wczołgania się pod łóżko i przeżycia kolejnego załamania nerwowego. Z niedobrym błyskiem w oczach gobliny strzeliły z bicza i zabrzęczały łańcuchami, a drużyna wkrótce znalazła się w samym środku widowiska wieczoru. Gobliny zaciągając swych gości do małej, przyjemnej dziury w ziemi, zaśpiewały uroczą, pozbawioną tonacji, nie rymującą się i zupełnie niezsynchronizowaną piosenkę:
O! Złapaliśmy paru szmatławych krasnoludów
I coś małego, co śmierdzi i jest owłosione
Ale co z tego! Nie będziemy się martwić
Jeśli tylko dadzą się ugotować!
A jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będziecie mieli
Zapewnione najlepsze miejsca na naszym stole!
Mniam, mniam!
Gdy pracujesz cały dzień i kopiesz tyłki całą noc
Życie bywa naprawdę szmatławe
Ale jak znajdziesz na progu trzynastu krasnoludów
I coś małego, co śmierdzi i jest owłosione
To masz poprawiony humor!
Mniam, mniam!
Kucharzowi się coś popierniczyło
I śniadanie było niejadalne
Ale już my sobie z nim poradzimy
Wiecie co, kochane krasnoludy?
On, wy i to małe śmierdzące i owłosione
Macie zapewnione najlepsze miejsca na naszym stole!
Mniam, mniam!
Śpiewając swoją pieśń (którą Bilbo uważał za całkiem chwytliwą, a od której krasnoludy jęczały boleśnie), gobliny wkroczyły do olbrzymiej sali, w której paliło się wielkie ognisko, a w nim płonęło coś, czego nikt z krasnoludów nie chciał komentować. Stał tam też ogromny tron, na którym siedział król goblinów z nosem zatopionym w czasopiśmie 'Piekielne Diablice', a opodal siedział zakuty w łańcuchy goblin.
– To była najgorsza i najgłupsza piosenka, którą dotąd zaśpiewaliście! – sarknął uwięziony goblin.
– A co ty wiesz o śpiewaniu i poezji? Nie umiesz nawet ugotować posiłku, który dałoby się zjeść! – odparował kapitan grupy porywaczy, który był autorem owej wybitnej pieśni.
– Wiem więcej o gotowaniu niż wy o śpiewaniu! – warknął więzień.
Jeden ze strażników szturchnął Wielkiego Goblina, dotąd pochłoniętego czytaniem (czy też raczej oglądaniem obrazków), ale ten tylko zarechotał obleśnie i przewrócił stronę, mamrocząc niewyraźnie.
Strażnik zabrał mu gazetę. Gdyby wzrok mógł zabijać, Wielki Goblin stałby się następnym posiłkiem dla całej hałastry. Strażnik podał magazyn jednemu z podwładnych, który natychmiast pogrążył się w lekturze. Pozbawiony swojej ulubionej rozrywki i nie mający nic lepszego do roboty, Wielki Goblin prychnął i przeniósł uwagę na swoich poddanych.
Na widok dwóch kłócących się goblinów zmrużył żółtawe oczy i wrzasnął:
– Dosyć tego! Łeb mnie już boli od tych waszych kłótni, a na pewno nie chcielibyście, żeby mi się humor popsuł. Co mi dzisiaj przyniosłeś, kapitanie?
– Trzynastu krasnoludów i króliczka! – zameldował z dumą kapitan.
– To miłe z twojej strony. W każdym razie lepsze niż ten bazyliszek, którego złapałeś w zeszłym tygodniu. Dwóch moich najlepszych obywateli zamienionych w kamień! Ach, biedna Helga i jej zmysłowa siostra Delga... Życie nie będzie miało tego samego smaczku co dawniej... – powiedział z zadumą król goblinów. Westchnął z żalem i znowu spojrzał na kapitana.
– Co zrobimy z trzynastoma krasnoludami i króliczkiem?
– Co zaproponujesz, mój panie.
– Dlaczego mi nie złapiesz jakichś panienek! – zirytował się nagle Wielki Goblin. – Co mi przyjdzie z tych tutaj?
– Jeśli wolno zasugerować, panie – zaczął kapitan. – Moglibyśmy z nich zrobić gulasz. Od lat nie jedliśmy królika.
– Ooo! To jest oszczerstwo! – zawołał eks–kucharz.
– A co ty o tym wiesz? Według ciebie najlepszym posiłkiem są płatki zbożowe i przypalone tosty! – wytknął mu goblin.
– Nigdy się nie zgłaszałem na kucharza! To, że mojemu ojcu udawało się zadowolić wasze obrzydliwe, niewyszukane gusta, wcale nie znaczy, że ja też zamierzam. Poza tym krasnoludów się nie gotuje. Są stare i łykowate, a hobbity są trujące.
– Zamknijcie się obaj! – ryknął jeden ze strażników.
– Dziękuję – powiedział król, łykając dwie aspiryny. – A zatem, co robiły te interesujące a apetyczne zakąski?
– Wlazły bez zaproszenia na nasz frontowy ganek – odparł kapitan.
– No dobra, ale to jeszcze nie znaczy, że chcę je mieć na obiad. A tak przy okazji, co tu robi kucharz? Kto się zajmuje gotowaniem, kiedy on jest tu zakuty?
– On nie umie gotować! – rozległo się wiele głosów naraz.
– I przyłapałem go z moją siostrą! – naskarżył goblin stojący z tyłu. Na twarzy więźnia wykwitły rumieńce.
– To dobry powód, żeby go wsadzić do garnka – zgodził się król.
– Panie – powiedział Thorin. – Nie mieliśmy zamiaru wkraczać na twój teren. Gdybyśmy wiedzieli, że pałętają się tu twoi ludzie, ominęlibyśmy to miejsce szerokim łukiem.
– Łże! To kłamczuch! Kłamczuch! – wrzasnął kapitan. – Ma ze sobą Orkrista!
– A co to jest? – zdziwił się Wielki Goblin. – jestem smakoszem, a nie historykiem.
– To Tasak na Gobliny.
– Więc to złodzieje? – zapytał Wielki Goblin. – Kradli z królewskiej kuchni? Nic dziwnego, że mój kucharz nie umie przyrządzić nic jadalnego! To istotnie poważne przestępstwo.
– Ekhem... – odkaszlnął kucharz. – Orkrist to nie zwykły tasak, tylko miecz przeznaczony do robienia goblinom brzydkich rzeczy.
– A dlaczegóż ktoś chciałby nam robić brzydkie rzeczy?
– No cóż... – powiedział kucharz. – Mój prapraprapraprapraprapraprapraprapradziadek pobił najlepszego elfiego kucharza w gotowaniu, a to raczej wkurzyło elfy. Więc z zemsty wykuły te miecze, żeby nas wykończyć.
– Och... – powiedział powoli Wielki Goblin.
– Zatem, mój panie – zakończył kapitan. – Ugotujemy kucharza razem z krasnoludami i królikiem?
– Może i nie jestem najlepszym kucharzem, ale wy mówicie o kanibalizmie. Pochorujecie się... – zauważył kucharz.
– A czemu by nie? – odparował Wielki Goblin. – To powinno być lepsze od tego, co było na śniadanie...
W tym momencie błysk światła w kształcie olbrzymiego 'G' rozjaśnił jaskinię. Glamdring zalśnił srebrzyście, a Wielki Goblin padł martwy. Gandalfa pewnie bardzo by zmartwiło, gdyby wiedział, że Goblin umarł raczej na zatrucie pokarmowe, a nie przez Glamdringa. Zresztą piorun i tak chybił i zamiast w króla trafił w bibliotekę. Krasnoludy, hobbit i kucharz rzucili się do ucieczki. Kiedy odbiegli już dobry kawał drogi, Gandalf rozkuł im łańcuchy, bo ich szczęk i brzęk odbijały się echem od ścian jaskini, co bardzo działało mu na nerwy. Potem zbliżył się do goblińskiego kucharza. Ten wyszczerzył zęby i pomachał mu niewinnie.
– Czeeeść... – powiedział i zmoczył się w spodnie.
Gandalf wzruszył obojętnie ramionami i rozciął jego łańcuchy. Był pewien, że tego więźnia spotkałby niewesoły koniec w rękach swoich pobratymców, a poza tym i tak Gandalf nie miał ochoty na goblińskie mięso. Kucharz złożył głęboki ukłon i rzucił się do ucieczki.
Gobliny zaatakowały kilka (sto osiemdziesiąt siedem) razy, nim wpadły na pomysł, że przecież do krasnoludów mogą się podkraść cichcem, zamiast – tak jak dotychczas – nadciągać z gromkim, fałszującym śpiewem na ustach.
Zatem w kolejnym ataku zdołały schwytać Doriego (który, wyciągnąwszy najkrótszą trawkę, zgodził się nieść oszołomionego hobbita, ale to raczej dłuższa historia). Dori upuścił sobie Bilba na głowę (choć nie zranił sobie nic ważnego) a hobbit runął w rozpadlinę.
ROZDZIAŁ 5: ZAGADKI W CIEMNOŚCIACH
Gdy Bilbo otworzył oczy, zobaczył tylko ciemność. 'O rany, oślepłem!', pomyślał, podnosząc się na nogi. Przy okazji wypadł mu sztylet i kilka innych rzeczy, których raczej nie powinien był mieć. Sztylet błysnął przyćmionym światłem. W mdłym blasku Bilbo sprawdził, czy wszystko jest na swoim miejscu. 'A niech to szlag! Wylądowałem w jednym kawałku, a do tego nie oślepłem!' (uderzenie w głowę prawdopodobnie jakoś zadziałało na pustą przestrzeń między jego uszami).
Bilbo zaczął obmacywać podłogę jaskini, aż znalazł odcięty palec z zatkniętym pierścieniem. Podniósł go i spróbował zdjąć pierścień: palec mógłby być świetną ozdobą jego śmietnikowego ogródka. Jeśli go zasadzi, może wyrośnie z ziemi cała dłoń? Sąsiedzi pękliby z zazdrości! Po kilku nieudanych próbach ściągnięcia z palca pierścienia hobbit wzruszył ramionami i wsadził całość do kieszeni.
Bilbo ruszył dalej, aż trafił nad staw. W owym stawie żył stwór imieniem Gollum. Gollum był jednym z tych, którzy zjedzą wszystko, wszędzie i zawsze (zupełnie jak hobbity). Lubił mówić do siebie, podejmując bardzo długie i zawiłe dyskusje z samym sobą (które z reguły przegrywał). Wyglądał jak żaba i zachowywał się jak żaba, włączając w to sposób łapania much.
– Kum kum! Jas czujes cośs cos das ssięs zjeśćs! Dalejs, łapmys tos! Kum kum!
Po sporej ilości syczenia, plucia, intrygującego mamrotania i kumkowania, tym razem Gollum pokonał siebie na argumenty i ruszył na poszukiwanie nowej pozycji w jadłospisie, hobbita.
Bilbo usłyszał ten okropny hałas, ale zamiast przerazić się na śmierć, jak zrobiłby każdy z choćby odrobiną rozsądku, zawołał:
– Ojejku, chyba zostanę zjedzony! Hmm, to musi być ciekawie, być rozszarpanym na kawałeczki! – to mówiąc, podskoczył, machając dziko rękami i drąc się
– Tutaj! Tutaj jestem! Chodź i bierz mnie!
Gollum wskoczył do jeziorka i, grzbietowym godnym złotego medalu, popłynął na brzeg. Hobbit wciąż robił co mógł, usiłując zwrócić jego uwagę (włączając w to olbrzymi neon, który błyskał napisem 'Chodź i Bierz Go!'), ale gdy Gollum podpłynął bliżej i poczuł zapach Bilba, zakrztusił się, stracił rytm i zawrócił w panice.
Bilbo rzucił się na Golluma błagając, by ten go zjadł. Gollum zaczął się szamotać, usiłując wyrwać się umorusanemu hobbitowi.
– Czemus ons chces żebys tos jas gos zabiłs! – wrzasnął. – Kum! Goblinys chętnies bys gos zatłukłys i zjadłys! Kum kum!
– Ach, ale jestem tutaj, i ty też jesteś tutaj! Nie jesteś głodny? Jestem tłuściutki i mięciutki!
Gollum powąchał Bilba i rozkaszlał się.
– Fujs! – burknął. – Nies, jas nies jessts ażs taks głodnys, kum kum!
– Oj, daj spokój. Jestem cały twój, a ty na pewno nie chcesz, żeby gobliny się dorwały pierwsze. Jestem przecież doskonałą nagrodą... – powiedział Bilbo, mrugając rzęsami i płoniąc się jak nieśmiała panienka.
– Ahs, ales gobinys ssą dosskonałes w ciachanius i szatkowanius, kum kum!
– Założę się, że ty też jesteś niezły w siekaniu. I jestem pewien, że wiesz wszystko o torturach, które temu towarzyszą.
– As goblinys wiedząs wszysstkos o torturachs. Kum. Jas nies mas odpowiednichs narzędzis dos właściwychs torturs, as onis mająs. Kum kum!
– Na pewno nie chciałbyś stracić szansy zadręczenia takiego bezbronnego stworzenia jak ja. Poza tym nie masz pojęcia, ile może zdziałać zwykłe doprawienie!
Stwór wymamrotał do swojego drugiego siebie coś o małym śmierdzielu, który nabija się z bólu i tortur. Nagle nad jego głową rozbłysła żaróweczka.
– Jas mas pomyssłs. Urządzimys gręs w zagadkis. Jeślis jas wygras, jas cięs zjes. Kum. Jeślis tys wygras, jas pokażeszs cis jaks ssięs zgubićs is zosstaćs zjedzonyms przezs cośs niedobregos. Kum kum!
– Och, brzmi świetnie, czemu nie.
– Jas zadajes pierwsząs zagadkęs. Kum. Bardzos trudnąs zagadkęs! Kum! Pomyślis dobrzes. Nos tos ssłuchas: czyms tys jesteśs? Kum?
– Hobbitem. Czym TY jesteś?
– Os kurczęs! Jas zapomniałs!
– Wygrałem! Wygrałem! – zawołał Bilbo, podskakując radośnie.
– Niechs tos drzwis! Jas przegrałs! – westchnął Gollum, nieudolnie usiłując wyglądać na przybitego.
– No dobrze, a teraz pokaż mi, jak się zgubić... Ej, czekaj! Ja chcę, żebyś to TY mnie zjadł!
– Umowas byłas, żes jaks tys wygrasz, tos tys ssięs gubiszs!
– No dobra, dobra.
– Jas idzies dos domus is przyniesies cośs. Jas zarazs wrócis! Kum.
Gollum rzucił się szczupakiem do wody. Szybko przepłynął jezioro, by w domu poszukać klamerki do bielizny. Im szybciej się pozbędzie śmierdzącego hobbita, tym szybciej będzie mógł odkazić to miejsce.
Bilbo czekał, czekał i czekał. Po jakimś czasie znudziło mu się czekanie i zaczął się bawić drobiazgami, które miał w kieszeni: wyciągnął zużytą i poplamioną chusteczkę (którą natychmiast zjadł), masło orzechowe i kanapkę z szynką (które natychmiast zjadł), rozmiękły, spleśniały batonik (który natychmiast zjadł), klucze do domu należące do goblińskiego kucharza (które natychmiast zjadł), portfel Freda (w którym przeliczył pieniądze i natychmiast je zjadł), kółko na serwetki ze stołu Elronda (które natychmiast zjadł i beknął głośno), parę robaków, Moe i Joe, które robiły nieprzyzwoite rzeczy (też je zjadł), brudne trampki (które zjadł) oraz palec z zatkniętym pierścieniem.
Bilbo zawahał się przed zjedzeniem go i szarpnął pierścień, bo jeśli czegoś naprawdę nie lubił, to mieszania posiłków. Tym razem pierścionek zszedł łatwo. Bilbo nałożył go na własny palec i stał się niewidzialny. Potem wetknął odcięty palec do ust i zjadł go.
Tymczasem Gollum szukał klamerki do bielizny. Szukał i szukał i szukał. Przy okazji odkrył, że pierścionek, który znalazł w paczce chrupek swojej poprzedniej ofiary, zaginął. Bardzo go to rozsierdziło. Spojrzał na plakat oszałamiającej trollicy Berthy i wydął wargi. To jej chciał dać pierścień! Rzucił się do jeziora i z powrotem popłynął do hobbita (oczywiście nie zapomniał o klamerce).
Hobbita nie było.
– Tos wsstrętnes małes passkudztwoss mas mójs pierścieńs! Kup kum! Jas musis znaleźćs tgos złodziejas! Kum kum!
Nie mógł wyczuć hobbita z powodu klamerki do bielizny zatkniętej na nos. Rzucił się do tunelu, tym samym nieświadomie pokazując Bilbu wyjście.
Bilbo podążał cicho za Gollumem do momentu, kiedy ten się zatrzymał. Bilbo potknął się o niego i wyrżnął głową o skałę. Kiedy się ocknął po kilku chwilach, znów był nienormalnym sobą.
Spojrzał na leżącego na środku korytarza Golluma i nie rozpoznał dziwnego stwora z klamerką od bielizny na nosie, który zawzięcie kłócił się z samym sobą, czy zdjęcie klamerki i znalezienie ofiary na węch nie jest zbyt ryzykowne.
Bilbo zrobił to, co podpowiedział mu hobbicki instynkt: z rozmachem kopnął Golluma w tyłek. Gollum podskoczył na dwadzieścia stóp w górę, piszcząc przeraźliwie i ściskając zranioną część ciała. Przez jakiś czas przynajmniej nie musiał martwić się o Berthę.
Bilbo ruszył dalej ścieżką, aż trafił na kilku goblinów, którzy strzegli drzwi wyjściowych. Wkroczył w środek grupy, zdjął pierścień, zawołał 'Tra la la la!' i wypiął na nich zadek.
Gobliny rzuciły się na hobbita, ale ten natychmiast zniknął (podobnie jak obiad goblinów, który zresztą i tak nie był najlepszy: rozmokłe płatki zbożowe i przypalone tosty). Gobliny, pomimo usilnych poszukiwań, nie znalazły ani hobbita, ani obiadu, mimo że korytarzem ciągnął się specyficzny odór szlamu zmieszanego z rozmiękłymi płatkami zbożowymi.
Alteng, tłum. Kfjatuszek
30.06.2006, 11:00
Myślodsiewnia
trohe nudne.......................
8.11.2011, 15:46Przyznaję się od razu: nie przeczytałam wszystkiego. Właściwie to tylko pierwszy rozdział. Całość sprawia wrażenie, jakby Autorka pisała z książką w ręku, przepisując treść w sposób "zabawny" i dodając równie dowcipne dialogi. Ogółem rzecz biorąc: niewypał.
18.08.2006, 22:38Po pierwsze dzięki za dedykacyję. Milusie. Po drugie - nie przeczytałam jeszcze całości (dobra, poznałam najwyżej cztery pierwsze linijki, ale muszę się zapoznać z resztą, co na pewno zrobię). Po trzecie - kfjatuszku drogi, tylko nie bierz tego do siebie. Bo widzisz, ja jestem na nie, jeśli chodzi o umieszczanie cudzych utworów w naszej Strefie Fikcji. Strefa powinna być miejscem, gdzie spoczywają i są molestowane tylko dzieła rodzime. Po czwarte - jak tak sobie luknęłam wszerz i wzdłuż, to chyba fajnie to przetłumaczyłaś. Szczególnie Golluma (kum kum). :) Ja to przeczytam i zobaczę co jest grane. <ściska> <śpiewa> Lecz to niiiiic, nie maaartw sięęę! <kończy>.
9.07.2006, 12:50Tak, chodzi mi mniej więcej o to samo co Luelle
7.07.2006, 10:04To jest nudne... Vanesso, zgłaszam sprzeciw. Gdy czytałam prawdziwego hobbita, o mało się nie popłakałam, bo to prawie tak samo nudne jak Robinson Cruzoe. A ta pseudo- parodia tak samo. Może fajne, ale nie dla mnie.
7.07.2006, 10:02www.kryminaly.glt.pl!!! fan fiction, tych krórzy uwielbiaja kryminały!
5.07.2006, 11:42Luelle - Popieram. Dla mnie to nie było śmieszne. Miałam wrażenie, jakby autorka na siłę próbowała przedrzeźniać Tolkiena.
4.07.2006, 01:04Jeśli ktoś zna dobrze "Hobbita" (tak jak ja), bo czytał go już kilka razy (tak jak ja)to (tak jak ja)zaśmieje się przynajmniej kilka razy podczas czytania. Może nie jest to literatura wysokich lotów, ale zawsze miły sposób na spędzenie czasu ;D Gratuluję Kfjatuszkowi bardzo dobrego tłumaczenia.
1.07.2006, 14:32Czemu nie? Śmiechowe i leciutkie. Nie jakas tam wielka sztuka. Po prostu jest. Ha!
1.07.2006, 12:40Nudnawe;/
30.06.2006, 23:11