Podróż
[V.]Ano, miłych wakacji! Po raz kolejny spadły na nas niczym jastrząb, nie pytając o zgodę; i nie odejdą wcale prędko. Wytrzymajmy je.
Nie mam pojęcia, jak będzie rzecz wyglądała z aktualizacjami Strefy, albowiem w domu będę bywał rzadko. A dostęp do komputera z internetem nie wszędzie jest, o dziwo, możliwy. Nie wiem, po prostu nie wiem.
Przy okazji tego opowiadania chciałbym napiętnować osoby, które wysyłają do mnie teksty, a następnie nie dają znaku życia.
Julia musiała przypomnieć sobie wszystkie wpajane jej od dziecka techniki walk i ich zasady. To było decydujące starcie. Wiedziała, że jeśli teraz nie wygra nie tylko zginie, ale również dalej pozostanie tylko córką wojownika. Musiała wszystkim teraz udowodnić, że jest prawdziwą wojowniczką.
Wzięła głęboki oddech. Wkroczyła na arenę. Krzyki widzów, promienie wschodzącego słońca na arenie. I nagle cisza. Przenikająca przez całe ciało, paraliżująca, pochłaniająca całe otoczenie. Powoli otworzyła oczy. Teraz musiała skupić się na przeciwniku.
Mierzyli się wzajemnie wzrokiem przez długą chwilę. Próba rozpoznania umiejętności. Próba nerwów. A potem tylko okrzyk. Okrzyk gniewu. Dwa potężne ramiona nad sobą. Dwa potężne, powalające ciosy.
Julia niemal zderzyła się z ubitym podłożem. Czy to już koniec? W głowie huczał tylko okrzyk zwycięstwa jej przeciwnika. Na dłoni cały czas czuła ciężar rękojeści miecza. Nawet go nie podniosła. Nie! To nie koniec! Ma jeszcze szansę, a pewny swego przeciwnik zignoruje ją. Zacisnęła rękę na mieczu.
Poderwała się z ziemi i zaatakowała. W ciszy. Bez okrzyku. Bezszelestna. Z mięśniami napiętymi do bólu. Kilka sprawnych ruchów bronią i przeciwnik leżał bezbronny u jej stóp. Dziewczyna wiedziała, że się nie podniesie. Ogromny przeciwnik leżał pokonany przez delikatnie zbudowaną dziewczynę.
– Gratuluję, moje dziecko! – miło było usłyszeć przyjazny głos po tak wyczerpującej walce. Mag Zaron od dziecka zastępował jej rodziców. Mimo tego, że jej prawdziwy ojciec żył nie przyznawał się do dziewczyny i nie chciał jej zaakceptować. – Świetnie ci poszło. Zupełnie jakby to zaliczenie maty było zamierzone. Nie było, prawda? – Julia była tak zmęczona, że zdołała tylko kiwnąć głową. Do tego była zajęta przedzieraniem się przez tłum gratulujących jej ludzi. Chciała dotrzeć do swojego cichego pokoiku na poddaszu i zatopić się w kolejnej księdze podarowanej jej przez maga.
Jej pokoik nie był duży. Był w sam raz. Mieściło się w nim łóżko, kilka półek i malutki stoliczek z krzesełkiem do kompletu. Naprzeciwko drzwi było okienko. Dziewczyna zawsze siadała na jego parapecie i obserwowała życie w porcie, lub czytała księgi.
Czytała ich wiele. O sztukach tajemnych. O dzielnych wojownikach. O nowych, dziwnych światach. Lubiła potem marzyć o tym wszystkim, co przeczytała. Spędzała wiele czasu marząc. Może zbyt wiele.
Stworzyła swój własny świat. Świat, w którym była bezpieczna. W którym panował spokój i szczęście. W którym ludzie byli idealni. W którym Julia była spokojna, szczęśliwa i bezpieczna oraz kochana. Dziewczyna już dawno przestała wierzyć, że w realnym świecie ktoś może ją pokochać. Nikt jej nie kochał i nikt nie będzie jej kochać. Tak musiało być i już.
Teraz miała okazję, by spełnić swoje marzenia. Mag wybierał się w podróż do odległej krainy, by pomóc jej władcy w rozwiązaniu jakiegoś poważnego problemu. Problem był związany z jakimiś podziemnymi stworami, które zaczęły nachodzić mieszkańców okolic gór Mglistych.
Wieczorem Julia siedziała w oknie swojego pokoiku. Obserwowała rybaków krzątających się wokół łodzi. Wioska Sardi leżała tuż przy jeziorze Morskim. To było największe jezioro na Środkowej Platformie. Wokół niego umiejscowionych była większość jej państw.
Na inne platformy zapuszczali się nieliczni. Część mieszkańców Platformy Środkowej uważała, że ani Platforma Oceanu, ani Platforma Ognia, ani nawet Platforma Przestworzy nie istniały. Julia wierzyła w ich istnienie poza górami Mglistymi i miała nadzieję je odwiedzić. Nie mogła nawet zdawać sobie sprawy, że będzie żałowała swoich marzeń.
***
Zachody słońca nad jeziorem Morskim były piękne, ale Julia chciała zobaczyć je gdzie indziej. Choć było jej tu dobrze nie umiała wysiedzieć w jednym miejscu. Może było to dziedzictwo po matce, a może próba ucieczki od ojca. Może po prostu miała nadzieję, że gdzieś tam znajdzie lepsze miejsce dla siebie.
Tuż po wschodzie słońca dziewczyna już krzątała się w kuchni przy przygotowywaniu posiłku. Wyglądała zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia podczas walki. Wtedy miała na sobie mocne skórzane i elastyczne spodnie przylegające do ciała, również skórzaną bluzkę wzmocnioną metalowymi okuciami i mocno spięty kok. Wysokie buty dopełniały stroju.
Teraz miała na sobie zwykłą błękitną, dzienną suknie do kostek i zwykłą białą bluzkę z rękawem do łokcia. Włosy splecione w luźny warkocz zawiązany tasiemką spływały po plecach. Wyglądała jak zwykła dziewczyna. Dzisiaj chciała się tak czuć. Chciała się wyciszyć przed podróżą. Statek odpływał tego wieczora. – Widzę, że od rana nie próżnujesz. To ci się chwali. Zwłaszcza przed podróżą. – Mag Zaron wyszedł ze swego laboratorium. Nikt poza nim tam nie wchodził. Drzwi były blokowane zaklęciem.
Jej dzienna suknia doskonale pasowała do tych wszystkich drewnianych szafek pełnych naczyń, produktów spożywczych, ziół i eliksirów. Na środku kuchni stał ciężki, drewniany stół i kilka krzeseł. Na stole leżało białe płótno, a na patelni nad ogniem skwierczały świeże jajka.
Po śniadaniu Julia wybrała się z magiem do pobliskiego lasu po składniki do mikstur i wywarów. Mag chciał uzupełnić zapasy, aby starczyły na jak najdłużej. Wracając zaczął z Julia rozmowę.
– Jesteś pewna, że chcesz jechać? – Julia przytaknęła poprawiając na ramieniu torbę z ziołami. – To będzie bardzo trudna podróż. Nie wiem, co nas czeka po dotarciu na miejsce. Mówiłem ci już, że treść listu od króla Karaksa była podejrzanie mało szczegółowa. – Julia znów przytaknęła wbijając zaraz potem wzrok w ziemię. – Dam sobie radę mistrzu Zaronie. Naprawdę. Wiesz przecież, że od dawna marzę o takiej podróży. – Tym razem przytaknął mag. Oboje uśmiechnęli się do siebie.
Tym razem zachód słońca Julia oglądała z pokładu statku, którym ona i mag Zaron mieli dostać się na przeciwną stronę jeziora Morskiego. Czerwone promienie zachodzącego słońca zabawnie migotały na falującej powierzchni wody. Julia długo stała na pokładzie. Gdy zachód się skończył przyglądała się gwiazdom odbijającym się w szmaragdowej wodzie. Miała na statku spędzić następne cztery dni.
Do Sarniej Gospody w Andernie dotarli przed świtem. Dostali izbę na piętrze. Były tam dwa duże okna . Wyposażenie pokoju składało się na duże łoże, stół, dwa krzesła i Pustą skrzynie.
Kiedy się w niej ulokowali mag Zaron postanowił odpocząć. Julia zwinęła się w kłębek na krześle. Wsłuchiwała się w odgłosy nadchodzącego dnia. Drzemała.
W pewnym momencie obudziło ją skrzypnięcie drzwi. Jednym cichym susem dopadła drzwi i dobyła opartego za nimi miecza. Gdy tylko drzwi otworzyły się ostrze pewnie dosięgnęło gardła intruza. Mag obudzony zamieszaniem wstał szybko i zapalił świecę. Julia ostrożnie zdjęła naciągnięty głęboko na głowę intruza kaptur. Odpięła pas z mieczem dalej pewną ręką trzymając miecz na gardle intruza.
– Gratuluję wytrzymałości. – Przemówił intruz. – Milcz! Nikt nie pozwolił ci mówić. – Ostre słowa Julii zaskoczyły trochę mistrza. – Czego od nas chcesz? – zapytał mag. – Przysłał mnie król Karaks. Mam doprowadzi maga Zarona bezpiecznie do zamku. Nazywam się Waron. – Julia nadal nie opuszczała ostrza. – Po co te podchody wojowniku? Zauważyłem, że przyglądałeś się nam w gospodzie. – Mag zadawał proste pytania oczekując prostych odpowiedzi. Takich właśnie udzielał Waron. – Musiałem się upewnić, że to naprawdę ty magu. Nie wspomniałeś, że ktoś będzie ci towarzyszył. – Zaron ruchem ręki nakazał Julii opuszczenie miecza, co dziewczyna uczyniła natychmiast. Mimo tego, że ręka nie zadrżała jej ani razu ciężar miecza dawał o sobie znać bólem mięśni.
Mag Zaron zaczął rozmawiać z Waronem o stworach nawiedzających krainę, w której się znajdowali. Julia przycupnęła na brzegu łoża trzymając broń w gotowości. Jedną z zasad, jaką poznała było nie ufanie nikomu. Uważnie obserwowała Warona i zapamiętywała wszystko, co uznała za ważne.
Jednym z pierwszych pytań maga była prośba o opis stworów. Podobno były to stwory podobne trochę do ludzi, ale bardziej do zwierząt. Na ich głowie i plecach kładły się kolce, które podczas ataku podnosiły się i osłaniały tyły stworów. Intruzi bardzo szybko biegali. Ich bronią były oszczepy i prymitywne proce, z których strzelali kamieniami i szyszkami. Były wyższe od ludzi. Potrafiły bardzo szybko się schować. Zapadały się pod ziemię, a potem atakowały człowieka od tyłu. Najczęściej atakowały w nocy.
Julia uważnie słuchała wypowiedzi Warona i jednocześnie mierzyła go wzrokiem.
Był wysoki, dobrze zbudowany. Ciemne włosy przycięte na wysokości ramion wisiały luźno wokół twarzy. Mądre, ciemne oczy, co jakiś czas rozglądały się po pomieszczeniu. Często zatrzymywał wzrok na swojej broni rzuconej na koc.
Świt zastał maga i jego podopieczną w trakcie rozmowy z niespodziewanym gościem. W końcu Zaron postanowił, że powinni ruszać, gdyż czeka ich długa podróż. Do zamku były jeszcze, co najmniej dwa dni drogi. Waron wynajął dla maga powóz. Dla siebie i Julii natomiast konie. Mag podczas podróży odpytywał Warona z sytuacji w królestwie. Julia przez jakiś czas przysłuchiwała się temu. Potem doprowadziła do tego, że została trochę z tyłu. Zajęła się własnymi myślami jednocześnie obserwując otoczenie. To była kolejna zasada, jakiej jej nauczono. Zawsze być przygotowanym.
Zaczynało zmierzchać, kiedy Waron wstrzymał konia. Po chwili koń Julii zrównał się z nim. – Nie zostawaj teraz w tyle. Wprawdzie zaraz dotrzemy do miasta, ale nie chcę ryzykować spotkania z tymi stworami. – Julia wzruszyła ramionami.
Nie bała się lasu. Od dziecka wybierała się na długie, samotne wycieczki po pobliskich lasach. Czasem nie wracała nawet przez kilka dni.
Nagle w zaroślach zauważyła jakiś ruch. Potem jakiś szelest po drugiej stronie drogi. Wyraźnie było czuć czyjąś obecność. Oboje omietli okolicę wzrokiem. Konie były czymś wyraźnie zdenerwowane. Doświadczenie podpowiadało Julii, że powinna zaufać przeczuciom zwierząt, gdyż czasem wiedzą one więcej niż ludzie. Spięła konia. Waron po chwili do niej dołączył. Uczucie, że ktoś cały czas podąża ich śladem.
Dołączyli do wozu. Waron ponaglił woźnicę. Woźnica natychmiast pogonił konie wyczuwając, że coś jest nie tak. Przez chwilę wydawało się, że znów są sami, ale po chwili odgłosy i ruchy w zaroślach odezwały się ze wzmożoną siłą. Coraz wyraźniej było czuć czyjąś obecność. Była niemal namacalna. Wydawało się, że za chwilę dosięgną ich jakieś niewidzialne ramiona i już nigdy nie dotrą do gospody, choć byli tak blisko celu. Ostatkiem sił dotarli do wrót gospody i nagle... wszystko ucichło jakby nigdy nie miało miejsca.
Julia czuła jak mocno wali jej serce. Oddychała głęboko nerwowo się rozglądając. Nie tylko ona zresztą. Waron zachowywał się podobnie, ale Julia myślała teraz tylko o jednym. Była głodna, zmarznięta i zmęczona. Wszyscy troje weszli do gospody. Zamówili coś do jedzenia. Żadne z nich nie miało odwagi by się odezwać.
Karczma była mała i niewielu było w niej gości. Z czterech stołów tylko dwa były zajęte. Większość podróżnych skupiła się przed paleniskiem. Przybycie nowych gości obwieszczały skrzypiące drzwi.
W pewnym momencie przysiadł się do nich karczmarz próbując zagaić rozmowę. – Z daleka przybywacie? – zapytał. Waron spokojnie odpowiedział mu, że jadą z wybrzeża. – To pewnie nie wiecie o tym, że stwory napadające na naszą krainę podobno porwały króla. To straszne. Wyobrażam sobie jak będzie się czuł jego syn, kiedy wróci. Miał sprowadzić pomoc. Biedaczek. – Karczmarz odszedł, a cała trójka niemal skamieniała. Po chwili Waron podniósł się szybko i wybiegł na podwórze. Julia błyskawicznie go dogoniła. Zaczynał padać deszcz.
– I co teraz zrobisz? Gdzie chcesz jechać? – Złapała go za ramię. – Myślisz, że jak skarzesz się na śmierć w nocy w lesie to pomożesz tym ojcu? Pomyśl. – Te ostatnie słowa wypowiedziała szeptem. – Łatwo ci mówić. To nie twój ojciec. Muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy. – Waron wypowiadał te słowa bez przekonania. Dało to Julii nadzieję, że powstrzyma go od samobójczego wyjazdu. Nie zwolniła uścisku i mówiła dalej. – Masz rację. To nie mój ojciec. Ja nigdy nie miałam ojca, ale wiem, co to znaczy stracić matkę. Nie pomożesz ojcu zabijając się. Musisz teraz przypomnieć sobie wszystko, czego cię nauczył i wykorzystać to przeciwko wrogom. – Dziewczyna poczuła jak Waron rozluźnia mięśnie. Puściła. – Jeżeli chcesz odzyskać ojca musisz myśleć. – Odeszła nie oglądając się za siebie.
Schroniła się w gospodzie przed deszczem. Kiedy zamykała drzwi zerknęła jeszcze na podwórze. Waron oparł się ogrodzenie parkanu dla koni. Teraz dopiero zauważyła, że musi być niewiele starszy od niej. Usiadła przy ogniu i nagle zdała sobie sprawę, że jako normalna siedemnastoletnia dziewczyna powinna teraz pomagać matce w obejściu i zagadywać syna sąsiada lub cerować ubrania.
Po chwili przysiadł się do niej mag Zaron. – Dobrze, że go powstrzymałaś. Ja bym nie zdążył. Mimo wszystko nie jestem już taki młody. Chodźmy odpocząć. – Oboje udali się do izby, w której mieli spędzić noc. Julia zerknęła jeszcze przez okno na podwórze. Waron stał tam dalej. W deszczu.
Julia chwyciła jego płaszcz i wyszła po cichu by nie obudzić mistrza. Większość gości już smacznie spała. Karczmarz uśmiechnął się pod nosem, kiedy po cichu przemykała do drzwi. – Panienko! Przeproś go ode mnie. Nie wiedziałem. – Julia uśmiechnęła się przyjaźnie i wyszła.
– Okryj się zanim zachorujesz. Karczmarz cię przeprasza. Nie wiedział. – Waron wziął płaszcz i zarzucił go niedbale na plecy. Julia odwróciła się by wrócić do środka. – Czekaj. Chciałem ci podziękować. – Julia uśmiechnęła się i spuściła wzrok. – Też byś tak postąpił na moim miejscu. – Ruszyła kilka kroków w stronę gospody. – Jak cię właściwie nazywają? – Dziewczyna nawet się nie odwróciła. Zastygła w pół kroku. – Julia. – Odpowiedź była równie prosta jak pytanie. Po prostu. Julia i nic więcej.
Tej nocy mimo tego, co zdarzyło się w lesie spała spokojnie. Miała piękny sen i chciała opowiedzieć go mistrzowi, ale gdy tylko otworzyła oczy, marzenie prysnęło jak dziecięca bańka mydlana.
Obudziła się jak zwykle o świcie. Chwilę siedziała na krześle obserwując budzące się do życia miasteczko. Zeszła na dół. W karczmie już panował gwar. Karczmarz podszedł do niej. Wskazał stół, przy którym mogła zjeść. – Towarzysz panienki kazał przekazać, że szykuje konie. – Julia z uśmiechem podziękowała. Podróżowała cały czas w dziennej sukni, jednak w tobołku była zbroja. Wprawdzie była pewna, że mag nie pozwoli jej walczyć wzięła ją ze sobą. Czuła się z nią pewniej.
W pewnym momencie dołączył do niej Zaron. Oboje zjedli coś i udali się do stajni gdzie już czekał Waron. Ruszyli w drogę do zamku.
Nikt nic nie mówił. Wszyscy nasłuchiwali. Od jednego z nowo przybyłych gości dowiedzieli się, że jeżoczłeki ( tak zaczęli nazywać najeźdźców ludzie) stały się dużo śmielsze. Podobno już kilka razy napadały na ludzi w biały dzień. Julia miała nadzieję, że nie spotkają tych krwiożerczych stworzeń.
Nagle koń Julii spłoszył się. Wszyscy troje zamarli. Coś wisiało w powietrzu. Było za cicho, stanowczo za cicho. Dziewczyna wymieniła spojrzenia z Waronem. Ręka chłopaka powoli zacisnęła się na rękojeści miecza. Julia również opuściła rękę w pobliże swojego miecza. Matka zawsze uczyła ją żeby kierowała się przeczuciami.
Ręka Julii mocno zacisnęła się na rękojeści. Dziewczyna jednym sprawnym, szybkim szarpnięciem gwałtownie wyszarpnęła miecz przytroczony do siodła. Wzięła zamach i wbiła miecz prosto pierś napastnika, który pojawił się nie wiadomo skąd. Stwór zawył żałośnie i padł martwy.
Nastała dziwna cisza by po chwili trójkę podróżnych ogłuszył potężny ryk. Brzmiało to tak jakby wszystkie trąby z całej Platformy Środkowej zebrały się w lesie i jednocześnie zaczęły trąbić. Konie zrzuciły ich z grzbietów. Julia szybko się podniosła. Na szczęście upadek nie wytrącił jej miecza z ręki.
Pomogła wstać mistrzowi. Szybkim ruchem wbiła miecz w brzuch jeżoczłeka, który zamachnął się na nich ciężką maczugą. Poczuła ciepłą stróżkę krwi spływającą po jej ręce. Przez chwilę zawahała się. Nie, nie mogła się teraz wahać! Chwila wahania równała się śmierci. Kolejny zamach rozciął następnemu stworzeniu brzuch.
Potem poszło już gładko. Każdy następny stwór padał po jednym lub dwóch ciosach miecza. Julia, co jakiś czas słyszała szczęk miecza Warona wśród kotłujących się istot. Po pewnym czasie pole walki przerzedziło się. Jeżoczłeki wycofywały się do lasu. Kilka ostatnich uciekło w popłochu.
– Wszyscy cali? – To pytanie zadane przez Warona zabrzmiało może trochę za głośno. Julia lekko kiwnęła głową, a mag Zaron zaczął mruczeć pod nosem, że jest za stary na takie rzeczy. Do zamku było niedaleko, gdyż stwory zaatakowały ich, kiedy już prawie byli na miejscu.
Kiedy wyszli na leśną polanę zobaczyli zamek wnoszący się na wzgórzu. Widok zamku przywołał Julii na myśl ilustrację z jednej z ksiąg podarowanych jej przez mistrza. Znajdowały się w niej legendy o smokach i księżniczkach ratowanych przez królewiczów w srebrnych zbrojach. Uśmiechnęła się pod nosem.
Wszyscy odwrócili się w tym samym momencie słysząc tętent koni. Po chwili z lasu wyłonił się cały oddział zbrojnej jazdy. Dowódca zeskoczył lekko z konia, skłonił się i wyjaśnił, że królowa wysłała ich na poszukiwania. – Straciła już męża, nie chce stracić syna. – mruknął mag i wsiadł na podstawionego mu konia.
***
W zamku przyjęto ich bardzo życzliwie. Julia dostała osobną komnatę. Czuła się jak księżniczka z jednej z legend. Królowa podarowała jej jedną ze swych starych sukni. Jej własna suknia nadawała się tylko na szmatę do podłogi. Była poszarpana przez pazury jeżoczłeków. Julia obmyła się z błota i zakrzepniętej krwi.
Nadeszła pora na kolację. Przed zejściem na nią Julia zdążyła jeszcze w ubraniu ukryć nóż myśliwski. Zaczęła żałować, że nie ma już swojej zwykłej sukni. Gdyby ją miała mogłaby ukryć w zgięciach materiału miecz. Piękna, błękitna sukienka od królowej na to nie pozwalała.
Sala, w której odbywała się wieczerza, była duża. Oświetlały ją zawieszone tuż nad głowami świeczniki. Stoły były ustawione w kształt podkowy zwróconej końcami w stronę drzwi.
Zajęła swoje miejsce przy stole w odpowiednim momencie. Po chwili do sali wkroczyła królowa wraz z księciem. Julia dygnęła przed nią tak jak nakazywał obyczaj. Cały czas czuła na sobie spojrzenia rycerzy, którzy przybyli na zamkową ucztę. Królowa wydała ją z okazji powrotu syna.
Julia doskonale zdawała sobie sprawę, że suknia wyjątkowo dobrze na niej leży. Była wyjątkowo dobrze dopasowana. Rycerze nie mogli skupić uwagi na opowieści maga o jego podróżach. Co chwila ich wzrok wędrował na Julią. Dziewczyna po jakimś czasie miała już tego dość. Grzecznie przeprosiła, wytłumaczyła, że czuje się bardzo zmęczona i opuściła zawiedzionych wojowników.
Mag Zaron ustalił po rozmowie z królową Annis, że najazdy są spowodowane przez chęć zemsty. Dowiedziawszy się, że król Karaks odmówił pomocy czarnoksiężnikowi Maronowi, był już pewny, że to jego sprawka.
Maron urósł w siłę podczas swych krwawych rządów. Aby go pokonać było potrzebne pióro Złotego Ptaka ukryte gdzieś na Platformie Przestworzy. Żeby się tam dostać trzeba było zdobyć mapę ukrytą gdzieś na Platformie Oceanu. Potem trzeba było oczywiście udać się na Platformę Ognia i wyzwać Marona na Pojedynek Czarów. Jako czarnoksiężnik nie mógł nie przyjąć wyzwania gdyż było to święte prawo. Jednym słowem było to bardzo skomplikowane.
Następnego dnia po rozmowie z magiem królowa nakazała rozesłać gońców. Nawet w najdalszym zakątkach Platformy Środkowej miano dowiedzie się o najeźdźcach. Każdy miał dowiedzieć się o poszukiwaniu najodważniejszych wojowników Platformy.
Zgłosiło się tylko kilku śmiałków. Potężnie zbudowany Karn z kraju wielkich lasów ze swym ogromnym toporem. Nożownik Saliwan tułający się w poszukiwaniu przygód. Mistrz miecza Elgar znany ze zwalczania wszelkich istot zagrażających ludziom.
Było ich tylko trzech. Mag tylko kiwnął głową. Ustalił, że wyruszą następnego ranka. Julia nie spała tej nocy. Przewracała się z boku na bok. Mistrz zabronił jej jechać. Musiała znaleźć sposób, żeby nie stracić szansy na spełnienie marzeń.
Dziewczyna zaczęła nasłuchiwać odgłosów lasu. Jednak nad lasem unosiła się cisza oraz gęsta mgła. Julia podniosła się i doszła do okna komnaty. Mgła miała kolor mleka. Wydawało się, że próbuje pochłonąć zamek, ale ten dzielnie jej się opierał. Julia zdała sobie sprawę, że taki efekt może wywołać jedynie magiczna mgła. W głowie zaświtał jej genialny pomysł, a mgła poczęła cofać się w las przegoniona przez pierwsze promienie wschodzącego słońca.
Po śniadaniu Julia poprosiła mistrza na stronę i podzieliła się z nim swoimi obserwacjami. – Ta mgła może wyrządzić wielką krzywdę mieszkańcom zamku. Sam opowiadałeś mi mistrzu o mgle, która może zabijać. – dodała. Zaron poprosił, aby poszła za nim. Na stole leżał dziwny podłużny pakunek. Mag pochylił się nad nim. Julia zerkała ponad jego ramieniem. Mistrz powoli odwiązał rzemyki i rozchylił płótno. – To miecz twojej matki. Podarowała jej go twoja babka, a ona otrzymała o od swojej matki. To miecz należący do strażniczek Środkowej Platformy. Twoja matka zgięła właśnie dla tego. Broniła Platformy przed Maronem. Teraz jej obowiązki przechodzą na ciebie. – Mag podniósł miecz, a ten zalśnił odbitymi promieniami słońca. Julia ujęła go delikatnie, jakby bała się, że miecz rozpadnie się na kawałeczki.
Mistrz uśmiechnął się tajemniczo. – Więc przepowiednia zaczęła się spełniać. Jedź z nimi. Będziesz im potrzebna. Nawet bardziej niż może ci się wydawać – powiedział mag i odszedł.
Julia złapała rękojeść i miecz opadł wzdłuż sukni. Dziewczyna oparła się o ścianę, jakby jej chłód miał zamrozić rozkołatane serce. Miało spełnić się jej marzenie, a spadła na nią wielka odpowiedzialność. Uświadomiła sobie, że podświadomie o tym wiedziała, ale zawsze to w sobie tłumiła. Wiedziała, że jeśli zadanie ją przerośnie to zginie nie tylko ona, ale wiele innych istot.
To nie była walka na ringu z trzy razy większym od siebie przeciwnikiem. To było coś o wiele trudniejszego. Musiała wziąć się w garść. Zaczęła sobie powtarzać, że da radę. Uda jej się i matka będzie mogła być z niej dumna.
Zacisnęła mocno dłoń na rękojeści miecza. Spojrzała w okno. Słońce było już wysoko. Wszyscy zeszli na dziedziniec, jednak Julia szybko pobiegła na górę i na dół zeszła tuż po wyjeździe pozostałych. Szybko wskoczyła na konia i popędziła za grupą. Dogoniła ich po chwili. Przy jej siodle błyszczał miecz.
***
– Nareszcie jesteś. Gdzie ty się podziewałaś? – Kochany mag. Przerwał ciszę, która zaległa na jej widok. Mężczyźni popatrzyli po sobie. Potem ich wzrok zwrócił się w stronę Zarona. – Przepraszam. – odpowiedziała Julia wstrzymując konia.
Tym razem ciszę przerwał Waron. – Musimy ruszać dalej, jeśli chcemy dotrzeć do gospody przed zmierzchem. – powiedział z naciskiem. – I tak to zostawisz? – zapytał poirytowany Saliwan. – Później się tym zajmę – odciął się książe.
Ruszyli w drogę. Waron był wyraźnie zdenerwowany, żeby nie powiedzieć wściekły. Kiedy dotarli do gospody i coś zjedli Waron poprosił maga na stronę. Wyszli na podwórze. Książe wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Julia miała wyrzuty sumienia, że jej opiekun będzie miał przez nią nieprzyjemności. Jednak Waron i mag wrócili po dość krótkim czasie z uśmiechami na twarzach. Wywołało to zaciekawienie pozostałych. Żaden z mężczyzn nic jednak nie wyjawił.
Mimo uśmiechu Waron był spięty. Wyraźnie coś go niepokoiło. Nawet, kiedy bez żadnych nieprzyjemnych incydentów dotarli do portu i wsiedli na statek Waron zachowywał się niespokojnie. Wsiedli na zwykły prom kursujący z jednej strony Jeziora Morskiego na drugą. Byli jedynymi pasażerami.
Wprawdzie dziewczyna wolała nie narzucać się wojownikowi z powodu jej samowolnego dołączenia do grupy, jednak postanowiła z nim porozmawiać. Wieczorem książe zawsze patrzył na gwiazdy. Stawał przy burcie i przestawało do niego cokolwiek docierać.
– Nad czym myślisz? – zapytała stając tuż naprzeciwko niego. Popatrzył na nią, a potem znów w morze i wzruszył ramionami. – Rzeczywiście ważny powód do rozmyślań. – Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. – Dzisiaj chyba nic z ciebie nie wyciągnę. – Już chciała odchodzić, kiedy usłyszała dziwny plusk. Odwróciła się na pięcie. Podeszła do burty. Wychyliła się i rozejrzała. Jezioro było bardzo spokojne.
W chwili, gdy się odwróciła usłyszała jak Waron wyciąga swój miecz. Odwróciła się bardzo powoli jednocześnie wyciągając swoją broń. Jej dłoń zacisnęła się na głowni miecza.
Ponad burtę wystawała potężna głowa pokryta łuską. Ogromne nozdrza szybko chwytały powietrze. Ogromne, żółte oczy z wściekłością wodziły po pokładzie. Potwór nabrał powietrza i prychnął. Pokład osnuł czarny gryzący dym.
Kiedy opadł wściekłe oczy wpatrywały się w Julię. Dziewczyna mocniej zacisnęła pięść. Miecz stał się przedłużeniem jej ręki. Wielkie nozdrza zbliżyły się na wyciągnięcie jej ręki. Smok wciągnął głęboko powietrze. Podniósł głowę i przyjrzał się uważnie dziewczynie.
Nikt na pokładzie nawet nie drgnął, kiedy potwór obnażył groźnie kły i odpłynął. Wszyscy zamarli. Julia zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Schowała miecz. Dziewczyna wiedziała, co teraz nastąpi. Spojrzała na swoją rękę.
Było dla niej jasne, dlaczego smok odpłynął. Smukły czarny smok prężył się na jej przedramieniu. Na drugim czarny kot zastygł podczas skoku. Miała te tatuaże od dziecka. Nikt nie wiedział skąd pochodziły. Podobno powstały jeszcze przed jej narodzeniem.
Julia spojrzała w księżyc. Pomysł, który zaświtał jej w głowie był trochę szalony, ale cała ta misja była szalona. Czy nie była szaleństwem podróż przez wszystkie platformy w poszukiwaniu czegoś, co mogło w ogóle nie istnieć?
– Wystawmy warty, na wszelki wypadek jakby wrócił. Po co w ogóle ten potwór tu przypłynął? – Zapadła cisza. Nikt nie odpowiadał Saliwanowi, a ten przenosił wzrok z Julii, na Elgara. Elgar otworzył usta by coś powiedzieć. Julia go ubiegła. – To było rozpoznanie. Nie martw się. Nie wróci. Zobaczył to, co chciał zobaczyć. – Powiedziała tylko tyle. To wszystkim wystarczyło. Nie było następnych pytań, nikt nie chciał kolejnych odpowiedzi.
Gdy następnego dnia dobili do brzegu i zeszli na ląd Julia rzuciła tylko, że spotkają się za dwa dni na rozdrożach w Karczmie pod Wisielcem i pobiegła w jedną z bocznych uliczek.
Skrótem dobiegła do stajni przy domu maga. Osiodłała swoją Gwiazdę Stepów i ruszyła do Czarnej Strefy.
Czarna Strefa była przeznaczona dla wyrzutków. Zsyłano tam najniebezpieczniejszych bandytów wszystkich platform. Jeśli ktoś zabłąkał się tam przypadkiem, prawie niemożliwością był powrót stamtąd. Julii cudem udało się tam przetrwać. Mag Zaron wyciągnął ją z tej Strefy Zagłady.
***
Gwiazda Stepów towarzyszyła jej od dawna. Przybłąkała się jako mały kucyk i już została. Często wyciągała Julię z tarapatów. Rozumiały się bez słów. Wystarczyło, że Julia szepnęła Gwieździe dwa słowa, a ta zaraz popędziła w odpowiednim kierunku.
Wieczorem obie dotarły do karczmy. Julia weszła tylko po to, żeby zostawić przyjaciołom wiadomość. Jeśli chciała zdarzyć na czas musiała się pospieszyć. Miała nadzieję odnaleźć kilku przyjaciół.
Jednym z nich był potężny Vert. To on zaopiekował się Julią, kiedy jako mała dziewczynka uciekła z zamku. To wtedy zamordowano jej matkę. Oczywiście nikt nic nie widział i nie wiedział na temat śmierci wojowniczki.
Początkowo sądzono, że Julia też nie żyje. Tylko mag Zaron postanowił ją znaleźć. Kiedy tylko Vert dowiedział się o poszukiwaniach maga wyruszył z dziewczynką do niego. Jednak cały czas utrzymywał kontakt z magiem i Julią. Nawet teraz Julia była do niego bardzo przywiązana.
Julia na pamięć znała drogę do ukrytej chatki, w której mieszkała razem z przyjaznym wielkoludem. Bardzo łatwo znalazła drogę, chociaż wiele się zmieniło.
Vert doglądał lasu. Czasem przyciągał z lasu połamane drzewa i sprzedawał je stolarzowi. Żył w zgodzie z lasem i nie pozwalał żerować na jego bogactwach. Julia nauczyła się od niego szacunku do natury. Dzięki niemu dziewczyna była świetną zielarką.
W lesie było ponuro. Zbierało się na burzę. Ptaki przestały śpiewać. Słuchać było tylko szum drzew. Las wydawał się wymarły.
Julia skryła się w przytulnym wnętrzu chatki Verta tuż przed największą nawałnicą. W kominku palił się ogień. Było ciepło i sucho. W powietrzu unosił się zapach ziół suszonych pod sufitem.
– Więc, co cię tu sprowadza? – zapytał Vert. Julia odwróciła się od ognia. – Chciałabym, żebyś mi pomógł. – Dziewczyna opowiedziała mu o dziwnych stworach i porwaniu króla oraz o spotkaniu ze smokiem. – Wszyscy się mnie teraz boją. Nawet mistrz mnie unika – dodała po tym ostatnim.
Oboje siedzieli w głębokich fotelach przed kominkiem. Kiedy Julia skończyła olbrzym pokiwał głową. – Tak, hm, nawet dzisiaj, jeśli smoki się tobą interesują to bardzo źle, chociaż można spotkać je prawie wszędzie. Ty od dziecka nie byłaś taka jak inne dzieci. Podejrzewam, że twoja matka podarowała ci przed swoją śmiercią pewnego rodzaju spadek. Jeszcze dokładnie nie wiem, co to jest. Powoduje on, że wszelkie istoty boją się ciebie, chociaż ja nazwałbym to raczej szacunkiem. – Vert zamyślił się. – Pomożesz mi?– zapytała Julia z nadzieją w głosie. Wielkolud uśmiechnął się i pokiwał głową. Julia również się uśmiechnęła.
Następnego dnia burza ustała. Vert spakował swoją torbę i wręczył Julii tobołek z ziołami. Ruszyli do gospodarstwa na skraju lasu.
Krika zastali podczas śniadania. Krik był młodym mężczyznom. Był dobrze zbudowany i był wspaniałym łucznikiem. Kiedy Julia zamieszkała u Verta Krik zastąpił jej starszego brata, którego nigdy nie miał.
– Trudna wyprawa mówisz – zaczął kiedy Julia po raz kolejny opowiedziała historię swojej podróży. – To brzmi ciekawie. Z chęcią będę ci towarzyszyć, bo niby czemu nie? – zaśmiał się.
Tuż po śniadaniu ruszyli w drogę.
***
– Gdzie ona tak właściwie popędziła? – zapytał Saliwan. Nikt mu nie odpowiedział. Wszyscy czekali.
Waron siedział przed kominkiem zapatrzony w ogień. Mag grzebał w swoich miksturach. Karn ostrzył swój topór. Elgar przeglądał jakąś księgę. Wszyscy milczeli, ale widać było, że są spięci. Tylko mag był spokojny. Waron spojrzał na niego wyczekująco.
Wtedy właśnie do gospody weszło troje podróżnych. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę drzwi. Razem z podróżnymi do środka wdarł się powiew lodowatego powietrza.
Julia zdjęła kaptur, który chronił ją przed wiatrem. – Mistrzu, co się dzieje? Nawet tutaj nie było tak lodowato. – Dziewczyna była wyraźnie zaniepokojona. Zaron odstawił swoją torbę i spojrzał na nowoprzybyłych. – To sprawka Marona. Stwarza tu sobie odpowiednie warunki. Jeśli na czas nie znajdziemy Złotego Pióra to platformy najpierw zamarzną, a potem zamienią się w ognistą pustynię – powiedział smutno mistrz.
Julia przysiadła na brzegu ławy. Mag obserwował ją chwilę. Zastanawiał się czy Julia pojęła jak ważną rolę będzie odgrywała w przyszłych wydarzeniach.
Pierwszy ciszę przerwał Waron. – Musimy ruszać. Siedząc tutaj marnujemy tylko czas. – Wszyscy mu przytaknęli i zaczęli się zbierać. Julia dalej siedziała na brzegu ławy. Waron położył jej rękę na ramieniu. – Chodź. Musimy ruszać. – powiedział. Julia niemrawo kiwnęła głową, ale podniosła się i podążyła za resztą.
Kiedy już wszyscy siedzieli na koniach trzeźwo zapytała – Gdzie my właściwie jedziemy? – Długą chwilę nikt się nie odzywał. W końcu mistrz zaczął. – Sądzę, że powinniśmy zacząć od Zamku Księżyca. Tam podobno jest mapa prowadząca do Złotego Pióra. – W głosie maga było słychać wahanie. Nikt zbytnio nie kwapił się by tam się znaleźć.
Sytuację uratowała Julia. – No to jedziemy. Trzeba zdobyć tę mapę – powiedziała poganiając konia. – I myślisz, że te wiedźmy ot tak ci ją dadzą? – zapytał z ironią Saliwan. – Masz inne propozycje? Bo jeśli tak to słucham – odcięła się dziewczyna. Pogoniła Gwiazdę i pojechała przodem. Po chwili przyjaciele ją dogonili.
Jeźdźcy oszczędzali konie, by nie stawać zbyt często, więc większość drogi przeszli pieszo.
Waron przez większość drogi obserwował Julię. Coś się w niej zmieniło. Może po prostu nie zwracał na nią uwagi. Jeśli wogule na tak piękną dziewczynę można nie zwracać uwagi. Może właśnie o to chodziło. Na początku okroił jej wizerunek tylko do wyglądu. Teraz zaczął zauważać, jaka jest wyjątkowa. Nie umiał jednak określić, na czym ta wyjątkowość polegała.
W pewnym momencie podszedł do niego Krik. – Uważaj na nią. Kiedy jest nie w humorze potrafi pokazać pazurki. A trzeba przyznać, że są wyjątkowo ostre. – Krik uśmiechnął się pod nosem. – Kto nauczył ją tak walczyć? – zapytał książę. – Nikt. Sama się nauczyła. Całe dnie spędzała na turniejach, a potem powtarzała ruchy rycerzy z kijem w ręku – zaśmiał się Krik. – Wyssała walkę z mlekiem matki. Jej matka była wielką wojowniczką. – Vert dołączył do rozmowy przyspieszając kroku by dogonić młodszych. – Julia jest bardzo wyjątkowa. Kiedy poznać ją bliżej to prawdziwy anioł – dodał. – Nie macie ciekawszych tematów do rozmowy? Cały czas wszyscy rozmawiają o mnie za moimi plecami. – Dziewczyna przystanęła czekając na przyjaciół. Zaśmiała się i przekrzywiła zabawnie głowę. Była teraz podobna do przyglądającego się czemuś kota.
Uniknęli podróżowania nocą zatrzymując się w gospodzie. – Co to właściwie jest ten księżycowy zamek? – zapytał Karn odgryzając wielki kawał udźca. – Nie księżycowy zamek, tylko Zamek Księżyca. To coś w rodzaju szkoły czarodziejek. Jej dyrektorką jest Salina. Najbardziej prawa z czarownic – odpowiedziała Julia. – Czyli zamek, który trzeba omijać – dorzucił Saliwan. – Jeśli nie wyniesiesz wszystkich sreber to nic ci nie będzie – odgryzła się Julia. Przyjaciele zaczęli się śmiać. Nawet Saliwan uśmiechnął się pod nosem, choć udawał, że to go nie śmieszy.
Julia wnosiła do grupy trochę uśmiechu i dużo nadziei. Gdyby nie ona każdy z podróżników usiadłby w innym kącie i zajął sobą. Dzięki niej wszyscy trzymali się razem. To było bardzo ważne. Gdyby nie trzymali się razem nie ich misja nie miałaby szans powodzenia.
Następnego dnia wyruszyli z samego rana by nie tracić cennego czasu. Na miejscu znaleźli się po południu.
Kiedy chcieli wejść do zamku odpowiedziano im, że do środka wpuszczane są tylko kobiety. Początkowo wysłanie tam Julii wywołał żywiołowe protesty Saliwana i Warona. Każdy protestował wprawdzie z innego powodu, ale w jednym się zgadzali. Julia nie mogła iść tam sama. Julia zaśmiała się. – W takim razie nie pozostaje nic innego tylko przebranie któregoś z was za kobietę. – Karn, Elgar, mag Vert i Krik wybuchnęli śmiechem.
Po ostrej wymianie zdań dwóch mężczyzn z Julią, odbytą ku uciesze gapiów i ku chwale płci słabej, dziewczyna wreszcie ruszyła w stronę bramy. Weszła do szkoły bez większych przeszkód. Zażądała widzenia z dyrektorką szkoły. Niestety czarodziejka była bardzo zajęta.
W zamian za to zaproponowano dziewczynie spotkanie z zastępczynią dyrektorki. Była to wysoka kobieta o ostrych rysach twarzy. Jej strój był tak samo kruczoczarny jak włosy. Zastępczyni wyraźnie nie wyglądała na miłą osobę.
– Cóż to panią do nas sprowadza? – zapytała wyniośle. Julia zebrała się w sobie. – Tylko proszę nie rozwodzić się nad tematem. Mam mało czasu. – dodała wiedźma patrząc na wojowniczkę z pogardą. Julia mocno zacisnęła zęby. Była bliska wybuchu. Ta kobieta najwyraźniej uważała się za lepszą od niej. Z drugiej strony dziewczyna wiedziała, że pięściami nic tu nie załatwi. Przywołała na twarz swój najbardziej uroczy uśmiech. – Mnie i moim towarzyszom powierzono pewną bardzo ważną misję. Przybyliśmy tu słysząc, że posiadacie pewną mapę, która jest nam w tej chwili bardzo potrzebna. Wierzę, że jako czarodziejki będziecie wspaniałomyślne i pożyczycie nam ją lub chociażby pozwolicie nam ją skopiować. – Wiedźma spojrzała na nią a jeszcze większą pogardą. – W takim razie przybyliście tu na próżno. Nasze zbiory udostępniamy tylko uczennicom i nauczycielom. Żegnam panią. – rzuciła przez ramię wiedźma i odwróciła się na pięcie. – Jeżeli nie będziemy mieli tej mapy to cały świat zginie. – powiedziała coraz bardziej wściekła Julia. Nauczycielka zaśmiała się. – Nie jesteś pierwszą pannicą, którą przysłano tu po mapę. Wymyślały one lepsze wymówki. Daruj sobie zanim jeszcze możesz. – Nie zrezygnuję dopóki nie dostanę mapy. Może być pani tego pewna – wycedziła Julia. Wiedźma odwróciła się i wycelowała w dziewczynę swoją różdżkę. Julia wrosła w ziemię spodziewając się ataku. Snop iskier z trzaskiem wydobył się z różdżki, ale Julia nic nie poczuła.
Stała dokładnie w tym samym miejscu, co wcześniej. Zaklęcie jej nie dosięgło. Zanim Julia zorientowała się, co się stało w drzwiach stanęła inna nauczycielka.
– Co tu się... – urwała kobieta przeniósłszy wzrok na Julię. Stała przez chwilę wpatrzona w dziewczynę. Był średniego wzrostu. Miała na sobie zwykłą dzienną suknię. Włosy były spięte z tyłu głowy, a z czoła zwisał pojedynczy, blond lok. Była raczej w średnim wieku.
– Siadaj, dziecko. Co cię do nas sprowadza? Jesteś niesamowicie podobna do swojej matki. Niemal identyczna – dyrektorka chwyciła Julię pod ramię i zaprowadziła do swego gabinetu. Julia została siłą usadzona w fotelu naprzeciw biurka. Jeszcze raz opowiedziała o potworach i Złotym Piórze.
Kiedy tylko skończyła swoje opowiadanie Salina szkoły wysłała pod zamek jedną ze swych uczennic. Podróżni zastali na zamku suto zastawiony stół. Kiedy po kolacji zostali sami zaczęła się rozmowa.
– Co z mapą? – zapytał Krik. – Nie wiem. – odpowiedziała Julia popijając łyk z kielicha. – Zdążyłam tylko opowiedzieć, dlaczego tu jestem. Potem rozmowa przeszła na moją matkę.
– Czyli mapy nie masz? – zaczął Saliwan. Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Tak to jest jak się gdzieś wysyła kobiety – skomentował łucznik. – Na pewno ją nam dadzą – zamruczał Vert. – Inaczej by nas stąd już dawno wyrzuciły – dodał Karn. – Nie jestem pewien, czy ot tak nam ją oddadzą – zauważył Waron. Mag Zaron pokiwał tylko głową.
– Masz rację młody człowieku. – Wszyscy zwrócili się w stronę nadchodzącej Saliny. – Julia zostanie poddana Próbie Czterech Żywiołów. – Julia podniosła wzrok znad kielicha. – Dlaczego ona, a nie któryś z nas? – zapytał Waron. – Ponieważ tylko kobieta może być strażniczką mapy – odpowiedział mag. – Wiesz przecież, że ona może nie przetrzymać próby. Nie była przeszkolona magicznie. Nawet po szkoleniu jest to trudne – dodał Zaron. – Mówisz jakbyś jej nie znał. Przecież wiesz, że matka przekazała jej przed śmiercią cała swoją moc i wiedzę. – Mag kiwnął głowę. – To jedyny sposób – powiedziała powoli Julia. – Bądź gotowa jutro rano. – Salina podeszła do dziewczyny i pogładziła ją po włosach. – Uda ci się. Wierzę w to, że twoja matka ci pomoże – szepnęła.
Julia wyszła na taras głównej sali. Była ciepła, spokojna noc. Wiała delikatna bryza. Dziewczyna wzięła głęboki oddech i przymknęła oczy. Przywołała stare wspomnienia.
Przeniosła się z powrotem do tamtej nocy, kiedy zginęła jej matka. Pamiętała doskonale jak zdenerwowana matka weszła do jej pokoju i kazała jej uciekać. – Nigdy nie zapomnij córeczko, że cokolwiek się zdarzy, ja zawsze będę z tobą. Nie zapomnij. – Wtedy nie wiedziała, co to znaczy. Zrozumiała to dopiero później.
Położyła się, ale całą noc nie spała. Jeszcze przed świtem zeszła do głównej sali. Dopiero teraz dziewczyna zdała sobie sprawę, jak wielkie było to pomieszczenie. Dwa rzędy kolumn podpierających strop dzieliły salę na trzy podłużne części. U stropu wisiały potężne świeczniki oświetlające każdy zakątek komnaty. Tuż po wschodzie słońca do wnętrza wpadły pierwsze promienie.
Nadszedł czas na próbę. Na środku sali czarodziejki usypały z magicznego proszku magiczny krąg. Magiczne znaki i zaklęcia oplatały go dwoma rzędami. Krąg pozostawiono nie dokończony.
Julia weszła ostrożnie do środka. Stanęła na środku, wzięła głęboki oddech i kiwnęła lekko głową. – Wszyscy teraz wyjdźcie. Nikt nie może jej przeszkadzać – oznajmiła Salina wypychając wszystkich z sali. – Na pewno jesteś gotowa? – zapytała jeszcze raz czarodziejka. Julia przymknęła oczy, wzięła jeszcze jeden głęboki wdech i znów kiwnęła głową. – Pamiętaj, że w ciebie wierzymy – dorzuciła czarodziejka zamykając okrąg.
Julia poczuła wzmagający się wiatr. Stawał się on coraz ostrzejszy, gorętszy i nieprzyjemny. Wilgotne, gorące ziarenka piasku z ogromną siłą wbijały się w jej skórę. Łzy popłynęły jej z oczu. Wydawało jej się, że nie wytrzyma. Zachwiała się niebezpiecznie pod naporem wiatru. Zacisnęła pięści. Wytrzymała na arenie, wytrzymała w Czarnej Strefie i poradziła sobie ze zwierzoczłekami, poradzi sobie i wytrzyma również teraz. Od niej zależał los całego świata. Wszystkich stworzeń, które znała i tych, których nie znała.
Rozbił się o nią kolejny podmuch wiatru. Nogi ugięły się pod nią. Skóra paliła ją okrutnie. Czyżby się przeliczyła? Czyżby była za słaba? Czyżby zawiodła? W głowie zahuczały jej słowa Saliny. Były jednak niewyraźne. Przebijały się przez wiatr. "Pamiętaj, że w ciebie wierzymy."
Julia wyraźnie usłyszała to zdanie, ale nie wypowiadała go Salina. To był inny głos. Znała go, ale nie mogła przypomnieć sobie skąd. Z burzy wyłoniła się kobieta odziana w długą pelerynę z kapturem głęboko naciągniętym na głowę. Po chwili zniknęła w wirze piachu.
Wszystko ucichło. Piach opadł, deszcz ucichł, chmury zniknęły. Julia rozejrzała się wokół. Zbliżał się do niej mężczyzna. Był przystojny. Nie wyglądał na rycerza. Spod narzuconej niedbale granatowej peleryny wyglądała biała luźny kaftan.
– Po cóż tak się męczysz? Myślisz, że spotka cię za to jakaś nagroda? Nawet nie będzie ich stać by ci podziękować. – Mężczyzna skłonił się przystając przed nią. – Wybacz pani, że się nie przedstawiłem. Jestem lord Maron. – Dziewczyna spojrzała podejrzliwie na maga, o którym słyszała tak wiele złego. – Czy coś się stało? – zapytał mag. – Nie zależy mi na nagrodzie – powiedziała po chwili Julia. – Czego ode mnie chcesz? – zapytała. – Och, niczego. Czego mógłbym chcieć? – mag odwrócił się do niej plecami. – Więc rozumiesz, że nie mogę zrezygnować – powiedziała z naciskiem dziewczyna.
Gdy skończyła wypowiadać te słowa, znów rozpętała się burza. Mag zniknął, a w Powietrzu rozległ się jego głos dochodzący jakby zewsząd. – Jesteś tak samo głupia jak twoja matka i tak jak ona nie pokonasz mnie. – Wiatr zaczął uderzać jeszcze silniej niż przedtem. Julia ze wszystkich sił próbowała utrzymać równowagę. Wiatr był tak silny, że niemal unosił dziewczynę z ziemi.
Z wiatru znów wyłoniła się postać kobiety w ciemnej pelerynie. Podeszła powoli do Julii i złapała ją mocno za ręce nie pozwalając by kolejny silny powiew porwał ją.
– Musisz być silna córeczko. Od ciebie zależy jak będzie wyglądał świat. – Julia ze łzami w oczach spojrzała prosto w twarz swojej matki. – Nie możesz się teraz poddać. Uwierz w siebie. – Obraz kobiety zaczął się rozmywać. Julia zacisnęła mocno pięści. Ze wszystkich sił opierała się porywistemu wiatrowi.
Uświadomiła sobie, że ma zobowiązania, które musi wypełnić za wszelką cenę. Nawet, jeśli tą cenną byłaby śmierć. Była to winna matce.
***
Wszyscy milczeli. Nikt nie śmiał zakłócić ciszy. Oczekiwanie było obecne w każdym zakątku gabinetu Saliny. Krik jako jedyny nie mógł spokojnie usiedzieć na miejscu. Chodził w kółko po komnacie, albo biegł pod drzwi głównej sali. Wracał po chwili i znów zaczynał wędrówkę po gabinecie.
Tylko Waron był nieobecny. Nikt nie umiał go znaleźć, choć szukano go po całym zamku. Poszukiwania przerwano tuż przed rozpoczęciem ceremonii. Później wszyscy byli zbyt niespokojni o Julię by przejmować się jeszcze młodym księciem.
Waron zaszył się w najodleglejszym zakątku ogrodów zamku. Siedział tam odkąd zobaczył Julię na tarasie. Wtedy zrozumiał, że przestał panować nad sytuacją. Oczywiście, jeżeli kiedykolwiek nad nią panował.
Czy tylko o to chodziło? Przeszkadzało my to, że nie panuje nad sytuacją czy coś zupełnie innego? Na przykład to, że Julia musi radzić sobie z tą piekielną próbą sama. I to, że ta dziewczyna tak się naraża. Bezinteresownie. Nie z powodu sławy czy pieniędzy. Tak po prostu.
I nagle Waron przypomniał sobie słowa Verta. " To prawdziwy anioł." Waron zaczął zdawać sobie sprawę, że to była prawda. Prawda, o której mało kto wiedział, bo Julia nie dopuszczała do siebie wielu. Starannie wybierała przyjaciół, a jednocześnie nie skreślała ludzi po jednym spojrzeniu na nich. Bardzo szybko potrafiła rozszyfrować każdego człowieka. Może dlatego, że spotkała ich w swoim życiu tak wielu.
Waron postanowił dołączyć do pozostałych. Przemyślenia dały tylko tyle, że pojawiło się dzięki nim jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi. Kiedy wracał zauważył, że niebo było zachmurzone i zbierało się na burzę. Wiał coraz silniejszy wiatr. Zdziwiło go to trochę, bo Vert powiedział im wczoraj, że zanosi się na ładny dzionek. Jego prognozy podobno zawsze się sprawdzały.
Dochodził już wieczór i koniec próby. Wszyscy zebrali się pod wrotami wielkiej sali. Czarodziejki mamrotały w grupkach jakieś zaklęcia. Salina wysłała jedną z uczennic do skrzydła szpitalnego, by przyprowadziła uzdrowicielkę. Ta zjawiła się po chwili z kilkoma uczennicami.
Napięcie rosło. Teraz już nie tylko Krik nie mógł wysiedzieć na miejscu. Dołączyli do niego Vert i Waron. Nawet Saliwan zaczynał się niepokoić, choć skrzętnie to ukrywał.
Oczekujący usłyszeli silny podmuch wiatru rozbijający się o mury zamku. W tym samym momencie Salina postanowiła, że nadszedł koniec próby.
Wszyscy w ciszy weszli do środka. W miejscu kręgu wirował słup mgły. Czarodziejki otoczyły go kręgiem łapiąc się za ręce i zaczęły wypowiadać zaklęcia.
Nie dokończyły czarów. Szyby wysokich okien sali rozprysły się na miliony kawałeczków obsypując zebranych i wpuszczając do środka bardzo silny podmuch lodowatego powietrza.
Powiew rozwiał powoli rozwiał mgłę. Wyglądało to tak jakby, mgła próbowała opleść się wokół czegoś zawieszonego wewnątrz kręgu. Coś unosiło się nad ziemią. W miarę jak mgła przerzedzała się pod wpływem wiatru coraz wyraźniej można było odróżnić opadającą powoli na posadzkę dziewczynę.
***
Wiatr, który do tej pory wiał ze stała siłą, wzmógł się gwałtownie rozwiewając resztki mgły, które otulały Julię. Wycieńczona próbą wojowniczka upadła gwałtownie na lodowatą posadzkę.
Ocknęła się z transu pod wpływem zimna, bólu wywołanego uderzeniem i wycia wiatru. Potrząsnęła głową strząsając resztki odrętwiania, lecz ten niewielki ruch wywołał potężny ból. Syknęła i z wysiłkiem podniosła się na kolana.
Kiedy tylko wycieńczona podniosła z ziemi potężny podmuch wiatru przyszpilił ją swoimi lodowatymi pazurami do ściany. Dziewczyna jęknęła. Natychmiast przypomniała sobie groźby, które przez cały czas huczały jej razem z wyciem wiatru w głowie i uleciały wraz z przebudzeniem.
Tak bardzo chciała teraz mieć swój miecz. Sama nie zdawała sobie sprawy, dlaczego całą swoją uwagę skupiła na wyobrażeniu sobie ego lodowatej rękojeści w swojej ręce. Zacisnęła mocno powieki i przestała myśleć o czymkolwiek innym.
W pewnym momencie usłyszała metaliczny dźwięk, który mimo wiatru rozszedł się echem po ogromnej sali. Dziewczyna otworzyła oczy. Wszystko ucichło i wojowniczka z mieczem w ręku osunęła się powoli na ugięte kolana. Wyprostowała się podpierając się mieczem. Wzięła głęboki oddech i przygotowała się na kolejne uderzenie wiatru.
W samą porę, gdyż po chwili wiatr znów uderzył. Dziewczyna niebezpiecznie się zachwiała. Ledwo udało jej się utrzymać równowagę. Pod naciskiem kolejnego porywu dziewczyna uniosła się nad ziemię i wiatr rzucił nią o ścianę.
Osunęła się na ziemię. Uderzenie przetrąciło jej lewe ramię. Ból był nie do zniesienia. Dziewczyna zacisnęła zęby i podniosła się. Oparta o ścianę czekała na kolejne uderzenie.
Nie wiedziała czy walka z wiatrem ma jakikolwiek sens. Przy następnym ataku odruchowo przecięła powietrze.
Wiatr zawył żałośnie. Julia zobaczyła kształt ukazujący się przed nią. Półprzezroczysta chmura rozwarła z rykiem swą paszczę. Wielkie oczodoły zionęły przerażającą pustką. Całe pomieszczenie było wypełnione lepką mgłą.
Bestia owinęła dziewczynę jedną z macek, które z niej wystrzelił i znów rzuciła nią o ścianę. Na szczęście nie wytrąciło to wojowniczce miecza. Bestia znów rzuciła się na nią. Szeroko rozwierając paszczę próbowała połknąć dziewczynę. Julia ostatkiem sił podniosła miecz i wbiła jego ostrze w podniebienie napastnika.
Istota gwałtownie i z krzykiem odskoczyła od swej ofiary. Julii zdawał się, że z bestii uchodzi powietrze. Mgła ostatni raz uniosła się, ale szybko opadła i rozpierzchła się po zakamarkach.
Dziewczyna obserwowała to resztkami sił utrzymując się na nogach. Powoli wzdłuż ściany osunęła się na zimną posadzkę. Nie miała już siły. Powieki ciężkie jak ołów zasłoniły oczy. Na wojowniczkę spłynęło przyjemne odrętwienie i ciepło.
Znów poczuła pod sobą zimną posadzkę Wielkiej Sali. Otworzyła powoli oczy. Oślepiło ją światło. Po chwili zaczęła odróżniać kształty. Pierwszą rzeczą, którą był drewniany strop. Powoli zaczęły docierać do niej odgłosy otoczenia.
***
– Nie masz prawa, Maronie – krzyknęła Salina. Występując krok na przód. Natychmiast została odrzucona od granicy wyznaczonej przez złego maga. – Wiesz dobrze, że to ci się nie uda – syknął wściekle Zaron. – Ta dziewczyna jest dużo silniejsza od wszystkich pozostałych – dodał. Maron zaśmiał się. – Nie przetrwała próby. Bestia ja pokonał. Widzisz przecież – powiedział wskazując na środek kręgu.
Spojrzenia wszystkich zwróciły się w tamtą stronę. Julia stała na środku kręgu ze spuszczoną głową i mieczem w rękach. – Mnie nie jest tak łatwo pokonać magu – powiedziała spokojnie dziewczyna. Powoli podniosła wysoko czoło. – Bo widzisz magu, kiedy ze mną walczysz, walczysz z tymi wszystkimi, którzy są przeciw tobie – w jej spojrzeniu było coś co wszystkich zmroziło.
– Zginiesz będąc przeciw mnie. Jesteś sama – powiedział równie spokojnie Maron. Odszedł parę kroków. – Więc czemu teraz uciekasz, magu? – rzuciła Julia. – Wygrać z tobą teraz byłoby zbyt prosto.
Mag zniknął, a Julia poczuła jak kolana jej miękną. Choć cała walka była iluzja, Maron postarał się by rany były prawdziwe. Dziewczyna nie miała już siły się podnieść. Ramię rozsadzał potężny ból. Nie umiała się ruszać. Wszystkie mięśnie były napięte do granic wytrzymałości. Powoli traciła kontakt ze swoją świadomością. Traciła przytomność.
Jenny Black
25.06.2006, 10:53
Myślodsiewnia
skoro ja daje komentarz, to znak że i zaraz skomentuje te opowiadanie Vanessa;] dziś nie płynę pod prąd. pomysł fajny, zalatuje nieco Eragonem, Tolkienem i baśniami o trzech braciach, ale w końcu istnieje coś takiego jak "kocioł opowieści" i można z tego korzystać.ciężko sie czyta, ale to dlatego, że mało czytelny jest zapis, np. dialogów, za mało nowych akapitów, ale to pewnie ze względu na obszernośc tekstu. tak samo jednak jak milwa odbieram główną bohaterkę - mało oryginalna, zbyt idealna, a poza tym nienawidze, kiedy bohaterki sa piekne, bo to mnie dołuje. dobrze rokuje;]
28.06.2006, 09:23Oj panie Valaraukar! Powróciły dawne czasy kiedy to opowiadanie komentowało najwyżej kilka osób. Może to i budujące dla przyszłych pisarzy, ale jak na mój gust trzeba było nie narzekać. Chociaż...
27.06.2006, 14:15Pomysł może być, ale jego wykonanie już nie. Akcja jest za szybka, a styl banalny. Bohaterka jest zbyt idealna, aby można ją był polubić.
26.06.2006, 19:04Ciekawe, i to nawet bardzo. Zgadzam się z Iguankom, brakuje kilku spajających opowiadanie zdań. Ale mimo to bardzo mi się podobało : twój styl pisania, pomysł, jego przedstawienie i cała reszta. Te braki psują troche całkowity efekt, ale nie jest to jakiś straszny błąd. Gratuluje i czekam na dalszy ciąg opowieści. Powodzenia ;)
26.06.2006, 16:32Jest pomysł. Dobry pomysł. I to wszystko. Czy przypadkiem to nie było przepisywane z jakiegoś brudnopisu, który dostał się w paszczę wygłodniałego owczarka? Bardzo dużo brakuje. Przecinków, akapitów, a miejscami mam wrażenie, że nawet całych zdań, fragmentów. Musiałam się naprawdę wysilać, żeby wszystko zrozumieć. Panuje w tym tekście istny chaos. Ciężko się to odbiera. Naprawdę. Ja proponuję znaleźć dobrą betę, choć wydaje się mi, że nawet to nie starczy. Styl rokuje dobrze, ale... całość nie.
25.06.2006, 12:35