Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Pozarzynajmy się

Jamesowi Jonesowi z przeprosinami za popełnienie twora tak niegodnego oryginału ("Cienkiej Czerwonej Linii"). Dzięki za niezwykły miesiąc z kompanią C–jak–Charlie!

Wyspa New Georgia, 1943

Widelec połyskiwał w promieniach wschodzącego słońca. Śmierć jeszcze raz dokładnie go obejrzał, a potem odłożył na lnianą ściereczkę. Pochylił się do miski, by wyciągnąć kolejny. Pomieszał kościstą dłonią w mydlinach i stwierdził, że ten był ostatni. Zmywanie dobiegło końca. Mógł wreszcie wziąć swoją kosę i wracać do domu. Wstał, z popisową zręcznością podnosząc miskę jedną ręką i widelce wraz z ściereczką drugą. Bezgłośnie ruszył przez las.
Gdyby Śmierć zwracał jakąkolwiek uwagę na mijające dni, uznałby, że ten dzień był co najmniej najgorszym w całym jego śmierciowym bycie.

Ukryta w cieniu drzew grupka żołnierzy przyczaiła się na skraju tropikalnego lasu. Byli coraz bliżej celu, ale i droga stawała się coraz bardziej uciążliwa. Na ich trasie stanęło wzgórze, o które właśnie walczyła kompania Bravo. Niegrzecznie byłoby im przeszkadzać. Dowódca zadecydował. Do dostawy uzupełniającej kompanie w ludzi pozostała zaledwie doba. Żołnierze nie mogli sobie pozwolić na czekanie aż sytuacja na wzgórzu się uspokoi, co mogłoby trwać zbyt długo, jeśli chcieli zdążyć na transportowiec.
– Przejdziemy obok obozu kompanii B – oznajmił kapitan. – Chyba że wolicie obóz żółtków.
Żołnierze spojrzeli po sobie.
– Właśnie. – Kapitan wskazał ręką nieokreślony kierunek przed sobą. – Musimy przedrzeć się przez tę trawę.
– Tak jest – odpowiedzieli zgodnym chórem.
– No, to idziemy...
Biegli niewygodnie pochyleni w wysokiej trawie. W pewnej odległości za nimi sunęła czarna postać.

Brutalnie obudzony Doll wziął od szeregowca odbiornik.
– No, co tam? – mruknął nieprzytomnie.
– Sierżancie! – zaskrzeczał w słuchawce głos pułkownika Talla. – Masz obowiązek odbierać zgodnie z procedurą! Odbiór.
Doll nie wiedział, co odpowiedzieć. To znaczy wiedział, ale nie miał ochoty zostać zdegradowanym do kaprala.
– Mów coś!
– Zapomniał pan o "odbiór", sir – powiedział spokojnie sierżant. – Odbiór.
W odbiorniku dało się słyszeć coś na kształt trzasku, jakie wydaje z siebie łamane krzesło. A potem sapanie.
– Kompania C? Gdzie są wasi wszyscy młodsi oficerowie, sierżancie? Dlaczego muszę rozmawiać z kimś tak niekompetentnym jak ty? Odbiór.
Doll rozejrzał się po namiocie i zastanowił nad odpowiedzią. Wśród rozbebeszonych śpiworów młodszych oficerów tylko śpiwór starszego sierżanta Welsha był zamieszkany i nawet unosił się rytmicznie.
– Nie wiem, sir – odpowiedział w końcu. – Tu ich nie ma. Odbiór.
– Co to znaczy "tu"? Sprecyzuj. Odbiór.
– Nie ma ich tu w namiocie, sir.
Pułkownikowi chyba coś wypadło z ręki. Na nieszczęście dla Dolla nie był to odbiornik.
– Może są na zewnątrz? – podsunął uprzejmie Tall. – Odbiór.
Doll zawahał się.
– Może – potwierdził niepewnie.
W tym czasie Welsh zdążył się już obudzić, szybko, choć mało energicznie, przybrać pozycję uznawaną wśród żołnierzy za siedzącą i słuchać rozmowy z wyraźnym rozbawieniem. Pułkownik skrzeczał tak głośno, że prawdopodobnie słyszała go cała kompania.
– Ale ich tam nie ma, sierżancie, nie ma ich na zewnątrz. A wiesz dlaczego?
– Nie, sir. Odbiór.
Doll miał złe przeczucia.
Pułkownik z rozmachem odsunął płachtę wejściową namiotu, ukazując się obu sierżantom w pełnej krasie. Welsh zachichotał charakterystycznym dla siebie maniakalnym chichotem. Zdaniem Dolla starszy sierżant był po prostu nienormalny. Pułkownik zresztą też.
Wstali i zasalutowali. Szeregowiec, który przyniósł odbiornik, oddalił się pośpiesznie, nie czekając na pozwolenie. Wybiegając z namiotu potknął się o coś, co kiedyś było krzesłem.
– Gdzie są młodsi oficerowie? – powtórzył swoje pytanie pułkownik, tym razem kierując je do Welsha. – Coście zrobili z kapitanem?!
Welsh wzruszył ramionami. Doll był pewien, że jest on zdolny odpowiedzieć "poszli na jagody" i miał nadzieję, że tego nie zrobi.
– Dwa wasze plutony już przeszukały najbliższy teren. Będę musiał to zaginięcie zgłosić generałowi.
– Obchodzą go takie pierdoły? – zapytał Welsh Dolla, który w tej chwili miał ochotę go walnąć. – Kogo obchodzi, że kompania C zgubiła oficerów?
– Sierżancie! – wybuchnął Tall. – Nie obchodzi go, cholera jasna psia krew! Ale zrobi z was wszystkich miazgę! I nie będę już musiał was znosić. Was, cholera, wszystkich!
Doll wiedział, że starsi oficerowie z jakichś dziwnych powodów nie darzą kompanii C sympatią. Być może wiązało się to z obecnością Welsha, być może miało coś wspólnego z przesądem, że nad kompanią C–jak–Charlie ciąży klątwa. Według Dolla tą klątwą był Welsh.
– Dopóki dowództwo się nie znajdzie – ciągnął nieco spokojniej Tall – albo to, co z nich zostało, zostaje pan pełniącym obowiązki kapitana, sierżancie Welsh.
Welsh uśmiechnął się paskudnie.
– Nie – oznajmił, krzyżując ręce na piersiach. Niespodziewanie przestał się uśmiechać. Pochylił się tak, jak niegdyś, gdy nawrzeszczał na Dolla i powiedział – Zrobi pan ze mnie kapitana, sir, a osobiście pozarzynam wszystkich ze stopniem oficerskim. Z całej dywizji.
Normalnie żołnierze za takie groźby odrabiali najgorsze kary zaraz po stawieniu się przed sądem wojskowym. Tall nie skomentował. Szaleńczy błysk w oczach Welsha potwierdzał prawdziwość jego słów.
By zachować resztki godności, Tall udał, że tego nie słyszał. Odwrócił się do Dolla.
– Nie mam innego wyjścia, jak mianować ciebie kapitanem na czas poszukiwań – rzucił niechętnie i obdarzył go lodowatym spojrzeniem. Doll starał się nie uśmiechnąć.
Przestał zagryzać wargi, kiedy pułkownik już sobie poszedł. Wyszczerzył się do Welsha.
– Zbieraj śpiwory, dzieciaku – rozkazał Welsh. – Odnieś ten odbiornik do radiostacji, bo jeszcze na niego wleziemy.
Doll już otwierał usta, ale sierżant go uprzedził.
– Nie wiem, co ci po łbie chodzi, ale wyrzuć to. Kapitan, czy szeregowiec, co to za różnica? Wojna sobie sama wybiera ofiary. Rusz tyłek!
Doll był wściekły. Przechodząc obok sierżanta, miał ochotę go potrącić, ale za każdym razem jego ramię trafiało w powietrze. Z ostentacyjnym rozmachem zebrał śpiwory, zrolował je i ułożył pod składanym stołem. A potem wziął odbiornik i wyszedł z namiotu. Prawie wpadł na Welsha, który zastąpił mu drogę.
– Ja zaniosę, kapitanie – powiedział bez cienia ironii w głosie.
Doll stał jeszcze chwilę przed namiotem z otwartymi ustami.

Czas się zatrzymał.
Nikt tego nie odczuł poza grupką żołnierzy, których świadomość przedostała się jakoś pokrętnie do Międzyczasu. Nie mogli zmienić swojej pozycji zatrzymanej w biegu, ale zauważyli, że mogą rozmawiać, z czego skwapliwie korzystali. Zamilkli, gdy czarna postać zbliżyła się niespiesznie.
– Spodziewaliśmy się was. Śmierć prawda? – zapytał kapitan.
TAK.
– Właśnie o was mówiliśmy. Dobrze, że przyszliście wcześniej. Bardzo dobrze.
Śmierć zawahał się.
DOPRAWDY?
– Rzecz w tym – odezwał się porucznik – że my jeszcze nie jesteśmy martwi.
JESZCZE, zgodził się Śmierć.
Oficerowie spojrzeli znacząco na wiszący nad nimi pocisk artyleryjski. Dawał on cień idealnie okrągły, w promieniu którego się znajdowali.
– Macie szansę uratować niewinnych, nieświadomych czyhającego w powietrzu zła żołnierzy – poinformował uroczyście kapitan. – Wystarczy nam niezobowiązujące pół minuty.
PO CO?
– Na ucieczkę, oczywiście. Zanim pocisk lub jego odłamki nie rozniosą nas po całej wyspie.
AHA. ALE TO BYŁOBY OSZUSTWO.
– Źle zrozumieliście – uśmiechnął się kapitan. – W normalnych okolicznościach rzeczywiście byłoby to nagięcie regulaminu, ale – jak już zapewne zauważyliście – czas się zatrzymał. To jest szansa. Tak zwana deska ratunku. Wiszący pocisk.
– Nie pamiętam, kiedy ostatnio czas się zatrzymał – poparł go jeden z podporuczników. – W każdym razie nie za mojego cholernego życia. To jest znak.
– Niezaprzeczalny – dodał porucznik.
– Musicie nam tylko pomoc, nikt nawet nie zauważy – powiedział kapitan.
Śmierć znalazł się nagle bliżej oficerów.
A CO MIAŁBYM ZROBIĆ?
Kapitan dyskretnie odetchnął z ulgą.
– Żyjecie poza czasem, tak?
TAK, odpowiedział Śmierć.
– Więc chyba wystarczy, że zabierzecie nasze części, które zostały uwięzione w czasie. Będziemy mogli się ruszać i...
– Stąd nawiać – dokończył porucznik z szalonym błyskiem w oczach.
Śmierć co dzień, a dla niego ciągle z przerwami na odpoczynek lub ostrzenie kosy, przechadzał się po wzgórzach i okopach, zbierając żniwo, to jest odprowadzając z tego świata dusze żołnierzy gdzie indziej. Było ich wielu. Grupka młodszych oficerów patrzyła wyczekująco.
ZGODA.
Po chwili oficerowie zerwali się na równe nogi i pognali do najbliższego wykopu między drzewami, który wcześniej wypatrzył porucznik. Dotarłszy do zagłębienia, rzucili się na ziemię i zakryli głowy rękami. Śmierć stanął obok odliczającego głośno porucznika.
– Trzy!... Dwa!... Jeden!... Zero!...
Zamiast spodziewanego, ogłuszającego huku, rozległo się niewinne, głuche łupnięcie, jakie powstaje, gdy coś ciężkiego upada na ziemię. Odczekali jeszcze chwilę. W końcu kapitan przyklęknął i wyjrzał ostrożnie z ukrycia.
– Znowu czas szwankuje? – zapytał, poprawiając sobie hełm na głowie.
NIE, oznajmił Śmierć. TO CHYBA NIEWYPAŁ.
– Chyba na pewno – burknął porucznik rozdrażnionym tonem. – Co za głupi fart. Parszywe szczęście. Dotrzemy do plaży bez jednego zadrapania, mówię wam, panowie.
CZYŻBY? NAIWNE.
Porucznik odwrócił się do Żniwiarza.
– Założymy się? – zaproponował wojowniczo. – Jeśli przegramy, zabierzecie nas w dowolnej postaci.
Śmierć wyprężył się bardziej niż zwykle i zasalutował, posługując się kosą.
TAK JEST.
– Ale jeśli przegracie, to...
– Pozmywacie kompanijne widelce – podsunął jeden z podporuczników. – Dawno już ich nie widziałem. Przydałyby się chłopakom i...
Resztę zagłuszył potężny wybuch. Żołnierze nie zwrócili na niego uwagi, ale Śmierć tylko sobie znanym sposobem uśmiechnął się.

Wybuchy w oddali nie robił już na nikim zbyt dużego wrażenia. Owszem, niektórym przypominało się nagle, że są na wojnie i pocisk, granat, czy odłamek może ich nieco lub całkiem uszkodzić, ale były to pojedyncze oraz krótkotrwałe obawy. Kilka chwil po huku zapominali, że i na ich walkę przyjdzie pora. Na razie byli w rezerwie.
Doll po kampanii na Guadalcanal nie był już tak entuzjastycznie nastawiony na wojnę. Kapral Fife robił się blady na samo wspomnienie o walce. Train co chwila czyścił swój karabin. Welshowi było wszystko jedno. A John Bell beznadziejnie wzdychał do fotografii swojej byłej żony i nic do niego nie docierało.
Na poranny apel, który tym razem wypadł w południe, kapitan zebrał całą kompanię, nie pozostawiając nikogo na warcie. Zerkał co jakiś czas na Welsha, ale ten nie robił żadnych uwag. Podczas gdy inni stali na baczność, on siedział na kłodzie i strugał patyk, podśpiewując coś pod nosem.
Doll na początku wygłosił mowę a propos zaginionego dowództwa kompanii i swojego objęcia dowodzenia. Gdzieś z tyłu rozległy się oklaski Bella.
– Dzięki, John – ciągnął Doll. – Skoro nasze poszukiwania nie dały żadnego skutku pozostaje nam tylko czekać, aż kapitan, porucznik i podporucznicy sami się znajdą. Nie ciesz się, Fife, tylko żartowałem. Swoją drogą, to trochę nieuprzejme z ich strony tak znikać bez słowa. Może ktoś coś wie na ten temat?
Kompania nie wiedziała.
"Za mdłe, niesłone, skarbie, czy to pieprzone?..." śpiewał Welsh.
– W takim razie szukamy dalej...
"Ooo, zjadłbym doprawionego klopsika albo i dwa..."
– Sierżancie, jest pan głodny? – zapytał Doll.
Welsh machnął ręką, przechodząc do refrenu: "i koniecznie dodaj czosnek, czosnek, czosnek, dodaj czosnek...".
– No to chyba możemy wracać do nicnierobienia... Gdzie jest sierżant Dale? – Doll przez cały apel szukał go wzrokiem. Bycie kapitanem Dale'a było o wiele bardziej satysfakcjonujące niż rozkazywanie Welshowi. Mentalne współzawodnictwo z Charliem Dale'em nie zostało zagrzebane na Guadalcanal, gdy obaj uzyskali stopnie podoficerskie.
"Dorzuć koniecznie kminku..."
– A ja zjadłbym coś z curry – powiedział z uśmiechem Witt, który dwa dni temu samowolnie opuścił kompanię działową. – Kapitanie, widziałem Dale'a dzisiaj rano, kiedy szedł ze swoim plutonem na poszukiwania.
– A potem?
– Ostatnim razem... – Witt zastanawiał się chwilę. – Nad strumieniem! Przybiegłem na apel, a on się trochę ociągał. Pewnie tam został.
Doll uśmiechnął się złośliwie do siebie. Od kilku godzin był kapitanem i już miał okazję ukarać Dale'a.
– Przyprowadź go, Witt – rozkazał, zacierając dłonie.
W odległej oddali potężnie huknęło. Niezrażony Witt ochoczo pobiegł nad strumień. Tymczasem kompania wróciła do swoich zajęć, a Train w pełnym oporządzeniu podszedł do kapitana.
– Zdejmij to – rzekł Doll niedbale, walcząc z narastającą ochotą strzelenia czymś w Welsha, który zapętlił się w refrenie. – Jak mi któryś jeszcze zacznie śpiewać tę durną piosenkę sierżanta, to urządzę rzeź.
– Nie lubisz czosnku, sir? – zapytał wesoło Train.
– Nie. I ściągnij ten pas. Po jaką cholerę ci teraz karabin?
– Nigdy nic nie wiadomo, sir. Fife też nosi broń. – Train wskazał na kaprala, który grał z szeregowcem od radiostacji w karty.
Doll spojrzał w tamtą stronę.
– Bo Fife to idiota. I cykor. Nie dostaniem żadnych rozkazów do walki póki dowództwo się nie znajdzie.
– Wróg może przyjść tutaj – zasugerował Train. Obdarzony pobłażliwym spojrzeniem Dolla powiedział – Nie wiadomo co się stało z oficerami, prawda? Może to wrogowie ich porwali. W nocy przyjdą i po nas.
– Uchlałeś się, czy jak? – warknął Doll. – Może i oni są popieprzeni, ale trzeba być mocno rąbniętym, żeby się pakować do obozu kompanii. Nikogo tu nie było. I nie będzie.
Train wzruszył ramionami i odszedł.
– Sierżancie! – wrzasnął kilka minut później Doll. Ale nie dane było mu wyładować złości na Welshu i jego piosence, bo przybiegł Witt.
– Kapitanie! Kapitanie! Doll! Ka...! Cholera!
Spojrzał na niego pytająco. Witt miał całe ramię zakrwawione i wyglądał na poważnie rannego. Opędził się jednak od troskliwych dłoni kapitana. Dysząc i sapiąc zrelacjonował, że Dale leży zarżnięty w strumieniu. Następnie – po kilku głębszych oddechach – sprecyzował, że Dale jest już w namiocie sanitarnym, bo sam go tam zaniósł.
Dale w pewnym sensie przypominał Dale'a. Na twardym łóżku sanitarnym leżało ciało w mundurze. Z trzech ciętych ran przebiegających przez klatkę piersiową sączyła się obficie krew. Czwarte cięcie, gardłowe, nie wyglądało zbyt poważnie po przemyciu.
– Żyje – powiedział sanitariusz, kiedy pomógł Dollowi wstać, bo ten poślizgnął się na wodnej kałuży tuż przy łóżku Charliego.
– Powiedział, kto mu to zrobił?
– Nie, kapitanie – odparł sanitariusz, ucinając kawałek bandaża. – Nic nie powiedział. Witt przyniósł go tu nieprzytomnego.
Doll pokiwał głową.
– Jak się obudzi, powiedz mu, że ma przerąbane.
Kapitan wyszedł z namiotu. Przywołał do siebie wszystkich obecnych w pobliżu podoficerów kompanii C, wśród których nagle pojawił się Witt i nikt nie miał o to pretensji. Podoficerów, którzy akurat nie byli potrzebni do poszukiwań, było w sumie czterech z czego jeden pocięty i nieprzytomny, więc bez problemu zmieścili się przy stole w namiocie oficerskim. Doll przyjrzał się im uważnie. Pierwszy z lewej siedział nieco skulony kapral Fife. Kapitan od niedawna nie lubił go i unikał rozmów z nim. Fife nieudolnie starał się nie okazywać swojego strachu, a każdy szeregowiec potrafił mu wejść na głowę i ustawić tak, jak jemu się podobało. Między nim a Welshem, ku uldze obu, zajął stołek sierżant Beck, przyjaciel kapitana. Witt stanął skromnie pod ścianką, więc Doll zajął czwarty stołek.
– Może wzmocnienie wart? – zaproponował Beck po przedstawieniu sprawy pociętego Dale'a.
– Może w ogóle ustawimy jakieś warty? – mruknął Welsh, nie odrywając lodowatego spojrzenia od Dolla.
Fife patrzył na wszystkich po kolei.
– To... my nie mamy wart? – zapytał.
Doll podrapał się w głowę. Nie mógł uwierzyć, że zrobili to wrogowie. Kto w samo południe kręciłby się przy wrogich oddziałach? Z drugiej strony podejrzewanie kogoś z kompanii przyprawiało go o dreszcze. Ktoś był winny, przecież Dale nie był aż takim idiotą, żeby samemu się pociąć i wykrwawiać w strumieniu do nieprzytomności.
– Ustawimy całodzienne warty dopóki Dale nie będzie w stanie powiedzieć nam, czy to przypadkiem nie nasi – zadecydował Doll.
Welsh prychnął.
– Ja mogę ci powiedzieć, kto go pociął, sir. Ja to zrobiłem. Słyszysz, dzieciaku? Ja. Miałem już dosyć jego parszywej buźki. – Welsh uśmiechnął się szaleńczo. – I porobię każdego, który będzie zgrywał cholernego bohatera. Wszystkich pozarzynam! Ja!
Doll zacisnął pięści pod stołem. Tymczasem Welsh wrócił do śpiewania swojej piosenki o czosnku.
– Zamknij się, cholera.
Beck chciał coś powiedzieć, ale przeszkodził mu odległy huk. Potem całkiem blisko rozległ się przeraźliwy wrzask. Spojrzeli po sobie i wybiegli z namiotu z Dollem na czele.
Kompania rozbiła swój obóz na wzgórzu, które od strony południowej miało dosyć strome, zakrzaczone zbocze. Po jego ostatnich metrach staczał się właśnie szeregowiec Mazzi, jęcząc przy tym z bólu. Zaciekawiona część kompanii wyrosła nagle koło podoficerów.
– Sanitariusz! – ryknął Doll i zbiegł na dół, omijając krzaki i tak naruszone już przez Mazziego. Welsh, Witt i Beck rzucili się za nim.
– Wy tak specjalnie, prawda?! – wrzeszczał biegnący kapitan. – Bo zostałem kapitanem, bo będzie na mnie!
Mazzi jęknął i ostatkiem sił przetoczył się na plecy. Zatrzymali się przy nim dysząc ciężko.
Doll zadarł głowę do góry.
– Sanitariusz, do cholery! – Przyklęknął przy Mazzim. – Co ty wyprawiasz?! Cholera!
– Chyba mocno się poturbował – zauważył Beck.
Mazzi chrząknął i zacisnął powieki, mamrocząc coś pod nosem.
– Połamałeś się? – zainteresował się Witt. – Wygląda jakbyś miał skręconą stopę... A może zwichnięta?... Zaraz się tobą zajmiemy.
– Gówno prawda – burknął Welsh tak, żeby Mazzi go nie usłyszał.
Doll odwiązał Mazziemu manierkę od jego pasa i dał mu się napić wody.
– Popchnął mnie, sukinsyn – wydyszał szeregowiec. – Popchnął mnie. Jak dupnęło, to mnie zepchnął.
– Kto? – zapytał Doll. – Sanitariusz!
Mazzi westchnął, próbując podźwignąć się i usiąść. Welsh pomógł mu.
– Kto to zrobił? – powtórzy Doll, widząc już zbiegającego z góry sanitariusza.
– Nie wiem – warknął. – Byłem zbyt zajęty spadaniem, żeby go o to zapytać.
– Nie widziałeś go? – zapytał Beck. – Nie widziałeś jego munduru?
Mazzi splunął przed siebie.
– Widziałem zbliżające się krzaki.
Doll zostawił szeregowca sanitariuszowi i Wittowi, który zawsze był chętny do pomocy. Samotnie okrążył wzgórze, by wspiąć się po bardziej łagodnym podejściu. W zamyśleniu podniósł z ziemi ułamaną gałąź. Nikomu, nawet przed samym sobą, by się nie przyznał, że nie miała ona służyć tylko do podpierania się. Doll nauczył się, że każda broń w obliczu zagrożenia jest dobra. Z dumą i uśmiechem wspominał swoją samotną szarżę na japoński bunkier, posługując się tylko pistoletem. Jest nietykalny, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że przeżył kampanię na Guadalcanal? Sąsiad z okopu stracił rękę – jemu nic się nie stało. Kompania C chorowała na malarię, a on nie.
Jestem po prostu farciarzem, myślał. Nawet gdyby teraz ktoś go zaatakował, Doll pewnie potknąłby się, unikając najgorszych ciosów.
– Hej, ty! – wykrzyknął ktoś, wybiegając naprzeciw Dollowi. Zaskoczony kapitan zatrzymał się. – Ty! Gdzie leziesz! Ty idio...! – Szeregowiec zamarł z niewyraźną miną. – Ka–ka–kapitanie...
Doll starał się nie roześmiać. Pamiętał, że gdy był szeregowcem obecność oficerów bardzo go onieśmielała i peszyła. A gdyby jeszcze próbował któregoś z nich nazwać idiotą, od razu strzeliłby sobie w głowę z pistoletu.
– Chyba jesteś jednym z tych nowych, co? Nazwisko, szeregowy – powiedział przyjaznym, ale i nieco wyniosłym tonem oficera.
– Hove, panie kapitanie – niemal wyszeptał szeregowiec, salutując i starając się patrzeć prosto przed siebie. – Nie poznałem pana z daleka, sir. Ja nie wiedziałem... Miałem pilnować, żeby nikt nie wlazł na te miny, więc jak zobaczyłem, że ktoś idzie, to...
Dolla opuścił dobry humor. Niepewnie spojrzał za siebie.
– Miny – powtórzył pod nosem.
– Tak jest, panie kapitanie. Całe pole minowe.
Doll przed samym sobą udał, że wcale nie robi mu się słabo. Odchrząknął i ruszył wolno w stronę obozu, szeregowiec Hove ciągnął się za nim.
– Kto wydał rozkaz umieszczenia ich tam?
– Sierżant Welsh, sir. Wczoraj w nocy. – Hove westchnął. – Służba karna – dodał ciszej.
– Taak, racja – rzucił niedbale Doll z zamiarem dokonania mordu. – Spocznij. Znaczy... Zajmij się czym tam masz się zająć. Po obiedzie ruszamy z grafikiem, możesz przekazać kompanii.
– Tak jest.
Kiedy tylko Hove oddalił się, Doll westchnął bardzo ciężko i głęboko. Naprawdę był nietykalny. Co nie zmieniało faktu, że Welsh mało go nie zabił. No, może nie tyle zabił co wykastrował – powszechnie było wiadomo, że miny nie służą zabijaniu, a kaleczeniu. Widział przecież, jak Doll odchodził, by wspiąć się na wzgórze po POLU MINOWYM.
Welsh był strasznym sierżantem. Niepoczytalnym. Nie wiadomo było, czego się po nim spodziewać i gdzie jest granica. Jeden Witt nie hamował się w odszczekiwaniu mu, ale Witt był Wittem. To trzeba przyznać. Doll uchodził za żołnierza zawadiakę, ale nigdy nie zdobył się na konflikt ze starszym stopniem. Teraz jednak przyszło mu do głowy, że bycie podwładnym Welsha było o wiele prostsze i przyjemniejsze. Welsh próbował go okaleczyć. Nie zepchnął Mazziego ze wzgórza, ale mógł zapłacić jakiemuś szeregowcowi, żeby to zrobił. Według Dolla był też całkiem zdolny pociąć Dale'a i planować zarżnięcie całej kompanii.
Doll miał go serdecznie dość.
W ostatniej chwili zmienił plany odszukania grafiku porządkowego zajęć kompanii w rezerwie i skierował się do magazynu. Dwóch żołnierzy siedziało przed namiotem. Rozmawiali z przejęciem zapewne na temat zamachów na Dale'a i Mazziego. Jednym z nich był sierżant Carrie Arbre, któremu Doll rzucił lodowate spojrzenie.
– Jak tam, Weld? – zapytał kaprala magazyniera.
– Ano jakoś leci, kapitanie. Jakoś leci.
Doll pokiwał głową w zamyśleniu, patrząc w niebo.
– Zostały nam w magazynie jeszcze kulki na mole?
Zaskoczony tym pytaniem kapral odpowiedział dopiero po chwili:
– Coś by się znalazło, sir. A dlaczego?
Doll nie zdawał sobie sprawy z tego, co widzi na niebie. Za bardzo pochłonięty był trawieniem słodkiego smaku zemsty, który rozpływał mu się po ciele z krwią.
– Zbierzcie kilka – rozkazał – i przekażcie kucharzowi. Niech je wrzuci do obiadu Welsha.
Żołnierze wymienili znaczące spojrzenia.
– Chcesz się pozbyć sierżanta, sir? – zapytał spokojnie Carrie, ale nie uzyskał odpowiedzi. – A czy nie prościej byłoby wywalić go z kompanii? Jesteś kapitanem. Sir.
Doll zmarszczył czoło, uświadamiając sobie powoli, co widzi. Głos Arbre'a dobiegał do niego jakby z daleka i z lekkim opóźnieniem.
– Wywalić?
– Tak jest, kapitanie – rzekł Weld. – Otrucie może być planem B, gdyby sierżant nie dał się usunąć.

– Co wy tam taszczycie? – zapytał żałośnie kapitan jednego z podporuczników.
Był pewien, że przejście przez trawę zajmie im mniej czasu. Powinni się pośpieszyć, jeśli naprawdę chcą zdążyć na transportowiec i to jeszcze zanim któryś zadraśnie się własnym karabinem. Kapitan zdawał sobie sprawę, że o ich zniknięciu pewnie wie już cały pułk z pułkownikiem Tallem na czele, który, jeżeli go dorwie, rozszarpie na strzępy, a potem jego części osobno postawi przed sądem wojskowym. A jeśli powiadomi generała dywizji, to jeszcze jego prawnuki będą siedziały w pudle. Ale ani pułkownik Tall, ani generał, ani nikt inny nie mógł wiedzieć, co to znaczy dowodzić kompanią C–jak–Charlie. Więźniowie uciekają z więzień, a oficerowie kompanii C – z przeklętej kompanii C.
– Dobytek – burknął podporucznik, poprawiając sobie plecak na ramionach.
Nagle porucznik, który prowadził pochód, zatrzymał się tak gwałtownie, że oficerowie powpadali na siebie. Powodem był trzask, odbijający się echem w uszach tych, którzy go słyszeli – czyli, jak pomyślał kapitan, wszelkie stworzenia wyspy – niepodobny do dźwięków, do których przywykli żołnierze. Jeden z podporuczników zbladł niebezpiecznie, kiedy drogę przebiegła im rozpędzona skrzynia z powiewającym czarną szatą typem na sobie, który wrzeszczał coś w niezrozumiałym języku. Rozległ się ponowny trzask i dziwne zjawisko zniknęło. Blady podporucznik zemdlał.
Nikt się nie odezwał ani nie rzucił do omdlałego oficera przez pół minuty wpatrywania się w przestrzeń z głupią miną.
– C–co to było? – przerwał ciszę kapitan.
– Wyglądało jak biegnąca skrzynia z jakimś dziwnym facetem na wieku – odpowiedział podporucznik, poklepujący już swojego kolegę po policzkach trochę mocniej, niż to konieczne.
Kapitan poczerwieniał.
– Ja nie pytam CO to było, tylko co TO było! Skąd to się tu wzięło?!
– Ano – oznajmił porucznik tonem znawcy – pewnie przez jakieś przypadkowe fluktuacje w czasoprzestrzeni. – Wzruszył ramionami. – Skoro czas mógł się zatrzymać, to wszystko się już może zdarzyć.
– Koniec świata? – upewnił się poklepujący podporucznik.
Porucznik spojrzał na niego pobłażliwie.
– Koniec, czy nie koniec, musimy się zbierać, panowie – zadecydował kapitan.

W obozie kompanii C nikt nie słyszał żadnego trzasku. Życie i rozmowy o zamachach trwały nieprzerwanie. Doll odnalazł Welsha tuż obok namiotu oficerskiego. Sierżant siedział na swojej kłodzie zaczytany w jakąś książkę i ostrzył patyk. Co jakiś czas popijał dżin ze swojej manierki na wodę.
– Co pan robi, sierżancie? – zagadnął Doll, mając na myśli obrabiany patyk.
Welsh rzucił mu krótkie, zimne spojrzenie szalonych oczu.
– Kołek – odpowiedział, wracając do lektury.
Dollowi przypomniała się piosenka o czosnku.
– Ma pan jakąś manię na punkcie wampirów? Tu ich raczej nie ma – zachichotał kapitan.
– Są – mruknął sierżant. – Są wszędzie. Moja siostrzenica napisała książkę o wampirach.
Wziął do ręki podaną mu przez Welsha książkę i przeczytał na głos pierwsze z brzegu zdanie na założonej stronie:
– "Trzeba to kiedyś w końcu zjeść – rzekł baron Rooster de Kistabola, zarzynając swoją bogatą ciotkę". – Doll spojrzał na Welsha. Przyszło mu nagle do głowy, że szaleństwo jest zapisane w genach. – Nie widziałem w obozie nikogo z pogryzioną szyją – zauważył wesoło.
– Nie muszą gryźć.
Welsh sprawdził dokładnie ostrość swojego kołka na dłoni Dolla. Doll skrzywił się tylko. Myśl, że zaraz wywali sierżanta z kompanii uzbrajała go w nadludzką dawkę cierpliwości.
– Ma pan na myśli te rany Dale'a? – zapytał nadal żartując Doll.
– Szeregowiec Mazzi ma pocięte ramię. A tak przy okazji, niedawno był tu Tills i twierdził, że ktoś próbował go zarżnąć.
Kapitanowi zrzedła mina.
– Kto?!
Welsh wzruszył ramionami.
– Pierdoła! Nie widział. Ktoś go złapał od tyłu i przystawił nóż do gardła, a potem niespodziewanie nawiał. Tills przyszedł tu prawie spłakany. Pierdoła. Ale to chyba oczywiste, kto to zrobił.
– Kto? – powtórzył zrezygnowany Doll, spodziewając się, że zna odpowiedź.
– Ja.
– Pan... Dlaczego pan to zrobił?
Odłożył książkę na bok i wstał. Był wyższy od Dolla. Obdarzył go świdrującym spojrzeniem swoich czarnych oczu. Szaleństwo miał wypisane na każdej zmarszczce twarzy.
– Ano nie wiem – odrzekł. – Nudziło mi się. Wziąłem nóż i stwierdziłem, że mam ochotę kogoś zarżnąć.
Doll poczuł się nagle bardzo zmęczony.
– Więc dlaczego pan uciekł, sierżancie?
Ponownie wzruszył ramionami i popatrzył w niebo. Doll podążył spojrzeniem za jego wzrokiem.
– Ile my mamy księżyców? – zapytał sierżanta, zakładając ręce na piersiach.
– Jeden. Zazwyczaj.
– A czy to nie powinno jakoś wpłynąć na naszą grawitację?
Welsh roześmiał się na swój obłąkany sposób.
– Módl się, żeby nie, dzieciaku. Nie chciałbyś, żeby czajnik zleciał ci na łeb.
– Tak samo, jak nie chciałbym wleźć na minę – warknął Doll. – Czajnik?!
– Czajnik – potwierdził Welsh. – Mam ochotę na kawę. Hej, Fife! Zrób z siebie pożytek, partaczu, i przynieś mi kawy. Ale już!
Doll popatrzył współczująco na wlekącego się do kuchni polowej kaprala.
– Co się tyczy min... – zaczął, ale sierżant mu przerwał:
– Nikt cię nie uprzedził o polu minowym, co? Ano, dzieciaku, może i byłeś najlepszym szefem plutonu w kompanii, może i dobrze dowodzisz w walce. Ale jako kapitan rezerwy jesteś beznadziejny!
Niespodziewanie obrócił się na pięcie i wszedł do namiotu. Doll patrzył, jak sierżant najpierw z rozmachem rzuca na stół plik dokumentów, a potem zastyga ze złośliwym uśmiechem, opierając silne dłonie na blacie. Doll podszedł i wziął jeden z papierów do ręki. Był gęsto zabazgrany koślawym, niedbałym pismem.
– Grafik?
Welsh nie poruszył się ani nie wydał z siebie żadnego dźwięku, a mimo to w głowie Dolla pojawiła się odpowiedź twierdząca.
– Albo to odszyfrujesz – oznajmił Welsh kpiąco – albo rozpiszesz własny. I na mnie nie licz. Z grafikiem kompania powinna ruszyć po obiedzie... O! – zawołał, zerknąwszy na zegarek. – Do którego zostało ci pół godziny.
Skierował się do wyjścia.
– Miłej zabawy, dzieciaku.
Doll spiorunował go wzrokiem.
– Hahaha, okej, nawzajem – burknął głosem pozbawionym jakiegokolwiek entuzjazmu.
Kiedy został sam, spojrzał jeszcze raz na grafik. Rozejrzał się też po namiocie, jakby szukając czegoś, co mu pomoże. Pod przeciwległą do wejścia ścianką stały ułożone w piramidkę skrzynki z przyborami oficerów. Wahał się tylko przez chwilę. Oglądając się co jakiś czas na wejście do namiotu, przeszukał je dokładnie. Znalazł między innymi ozdobiony pornografią terminarzyk porucznika, zapisany tym samym koślawym pismem, eleganckie pióro, lupę biurową i skonfiskowaną butelkę whisky. Rozłożył to wszystko na stole przed sobą i wziął się do pracy.
Gdy pół godziny później zbierał się na obiad, wrzucił naruszoną butelkę z powrotem do jednej ze skrzynek.
Przed kantyną czekał na niego Welsh, a gdzieś za plecami sierżanta czaił się Carrie.
– Co na obiad? – zapytał Doll, chwiejąc się lekko.
– Ryba – prychnął Welsh i popchnął go tak, że ten upadł na plecy. – Jesteś idiotą – poinformował z góry. – Po to masz kompanię, żeby babrała się z takimi gównami jak te durne grafiki. Pierdoła, nie kapitan.
Carrie postanowił się nie wtrącać. Odczekał, aż Welsh pójdzie ustawić się w kolejce i wyciągnął rękę do Dolla, który próbował niezdarnie wstać. Carrie ugiął się pod jego ciężarem.
– Słuchaj, Doll – powiedział poufnie. – Skoro zwalnia się miejsce, to pomyślałem, że może awansowałbyś mnie na starszego sierżanta. No, ale pewnie starszym zostanie Beck, co? Wiem, że się przyjaźnicie. Ale byłbym świetnym szefem plutonu, chociaż tyle.
Doll popatrzył na niego z obrzydzeniem. Odsunął się znacząco i oparł o drewnianą podporę dachu kantyny.
– Jakie miejsce, Arbre? – wycedził. – Psiakrew! Coś ty wykombinował?
– No przecież wyrzucasz Welsha...
Cała kompania, która akurat nie była na warcie lub poszukiwaniach oficerów, wybrała dokładnie ten moment, by zamilknąć i usłyszeć te cztery słowa. Żołnierze poobracali się na ławach bądź krzesłach i spojrzeli wyczekująco na swojego kapitana. Najbardziej zainteresowany był sam Welsh, którego – wbrew pozorom – ta sytuacja bardzo bawiła. Wystąpił z kolejki i z dramatycznym stukotem wojskowych butów po drewnianej podłodze stanął tak, aby dokładnie widzieć Dolla.
Tymczasem Doll mordował wzrokiem Arbre'a, który jakby skulił się w sobie i poczerwieniał aż po cebulki włosów.
– Co ty do cholery chrzanisz? – zapytał głośno Doll w miarę możliwości spokojnym głosem. – I żebyś w końcu zapamiętał, że jestem twoim kapitanem, dostaniesz dwie kolejki wybierania i wynoszenia śmieci. Fife!
Kapral Fife poderwał się niemrawo z miejsca.
– Wpiszesz mi to w listę prac. Wszystko jasne?
– Tak jest, panie kapitanie – odpowiedzieli niezgranym chórem Fife i obrażony Carrie.
Doll rozpromienił się z pewną trudnością.
– No to smacznego.

Porucznik i jeden z podporuczników wyruszyli na zwiad. Zatrzymali się kilka jardów od pierwszego namiotu i zanurkowali w trawę. Porucznik odliczył do trzech i wynurzył się z lornetką. W tym samym czasie podporucznik podczołgiwał się do obozu kompanii B.
Gdyby nie całkiem wyraźne wybuchy, terkotanie kaemów i wrzaski poległych, teren można by uznać za opuszczony. W każdym razie wschodnią część obozu pozostawiono wyludnioną.
Porucznik dał sygnał i kapitan z podporucznikami podbiegli do niego. Jeden z podporuczników stał przy pustym namiocie i wymachiwał rękami jak wiatrak.
– Czysto? – upewnił się kapitan.
Ustalili wcześniej, że stracili wystarczająco dużo czasu na cuceniu kolegi i tłumaczeniu mu, że biegające skrzynie z podejrzanymi typami na wierzchu to prawdopodobnie jedna z atrakcji turystycznych na wyspie, żeby obchodzić obóz kompanii Bravo. Zdaniem porucznika powinni byli po prostu przejść przez obozowisko jakby niby nic i od czasu do czasu kogoś pozdrowić.
– Uwaga na zabłąkane kule – przypomniał kapitan, kiedy weszli do obozu.
W pewnym momencie jeden z podporuczników przystanął nasłuchując.
– Co to za dźwięk? – zapytał i rozejrzał się tak, jakby oczekiwał czegoś nieziemskiego, wylatującego z wychodka kompani B. Doczekał się wprawdzie zwykłego grzejnika, ale za to bulgoczącego wesoło.
– Grzejnik bulgocze – poinformował wszystkich porucznik obojętnie.
– Po co komu grzejnik przed namiotem? – zastanawiał się jeden z podporuczników.
Oficerowie zgodnie wzruszyli ramionami.
– Daleko jeszcze? – chciał wiedzieć podporucznik, który przestał w końcu wymachiwać rękami.
– Minimum siedem godzin – odparł niecierpliwie kapitan. – A jak mi jeszcze raz machniesz tymi mackami przed twarzą, to ręczę, że przegramy zakład ze Żniwiarzem.
Urażony podporucznik schował ręce do kieszeni.

– Baaczność! Kwadrans odpoczynku. Potem pluton pierwszy sprząta kantynę. Dwa i trzy mają ćwiczenia. Z czwartego dwie drużyny szukają oficerów, dwie maja wartę. Spocznij i do roboty!
– TAK JEST! – zaśpiewała kompania.
Wolny czas Doll postanowił poświęcić na unikanie Welsha i rozmyślanie, czy i jego w końcu zarżnie. Welsh był nieobliczalny. Doll nie miał na niego żadnego dowodu poza tym, że starszy sierżant sam się przyznał. Ale Doll nie chciał ostatecznie zakładać, że to on. Sierżant miał specyficzne poczucie humoru.
Z braku lepszego pomysłu, co ze sobą zrobić, skierował się do namiotu sanitarnego.
– Ciebie też chciał posiekać? – zapytał Dale z nadzieją.
Siedział na łóżku, zabandażowany dokładnie i czytał jakieś pisemka.
– Panie kapitanie – upomniał go Doll chłodno.
Charlie Dale spojrzał na niego.
– Co? Zrobili ze mnie kapitana?
– Nie, ofiaro. – Doll uśmiechnął się do siebie i zrobił efektowną pauzę. – Ze mnie.
Z satysfakcją patrzył, jak twarz sierżanta pochmurnieje. Potem przyszła mu do głowy smutna myśl, że już nie ma z kim konkurować.
No i co z tego, powiedział sobie w duchu, teraz mogę się odgrywać za wszystko.
– Streszczajmy się, bo nie mam dużo czasu – oznajmił ozięble. – Muszę się zająć kompanią.
– Tak jest – wycedził Dale.
– Moje pytanie oczywiście brzmi: kto to zrobił? – Doll zaczął przechadzać się po namiocie, starając się wyglądać jak najbardziej oficersko.
Dale rozłożył bezradnie ręce.
– Chciałbym wiedzieć. Chętnie bym go zarżnął.
– A kogo jeszcze chciałbyś zarżnąć, sierżancie?
Dale rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
– Szczerze i bez konsekwencji?
Doll przyrzekł z zaciekawieniem.
– Przede wszystkim ciebie – oznajmił Dale. – No i Traina, bo zawsze mnie ogrywa w karty. To kanciarz. Welsha, dla zasady. Nowych z mojego plutonu. Są strasznie krzykliwi. I Storma za to, że zostawił z tą całą kuchnią...
– Pozarzynajmy się wszyscy – burknął Doll. – Będzie święty spokój. Kiedy wychodzisz?
– Ano po tym kwadransie. – Dale poprawił się na łóżku. – Prowadzę drugi pluton na ćwiczenia. Fife mi powiedział.
Doll wyszedł z punktu sanitarnego kilka minut przed Dale'em. Powlókł się w stronę wrzasków trzeciego plutonu, który już ćwiczył rzucanie granatów na skarpie wysuniętej najdalej w las.
– Żryj, żółty pomiocie!
– Ja celowałem w to drzewo, Tills!
– A wal się, Mazzi.
– Spieprzyłeś perspektywę – roześmiał się Witt.
– Pieprz się swoją perspektywą!
– Ja i tak rzucę dalej...
– Panie, błogosław Amerykę!
Milly Beck, szef plutonu trzeciego, stał nieco za swoimi chłopakami, zatykając uszy. Doll odciągnął go na bok.
– Nie tak sobie wyobrażałem tę kampanię – przyznał Beck. – Wiesz jak sobie radzą inne oddziały?
Doll pokręcił głową.
– Pułkownik nic nie wspominał. O transporcie ludzi powiadomi nas najpóźniej jutro. Dostarczą pewnie samych szeregowców, więc dostaniesz awans na podporucznika.
Beck pokiwał smętnie głową, ale nie udało mu się ukryć delikatnego uśmiechu.
– Już nie wiem, co gorsze – powiedział po chwili – tkwić tu ze świadomością, że za kilka dni znowu posłużymy za mięso armatnie, czy być na froncie...
Doll też nie wiedział.

Nie dość, że robiło się coraz ciemniej, to jeszcze las zdawał się być gęstszy z każdym kolejnym jardem.
– Mamy coś do jedzenia? – zapytał porucznik.
Słaniali się na nogach. Byli wykończeni, głodni i świadomi tego, że z ostatnio wyliczonych siedmiu godzin zostało jeszcze pięć.
– Zamknijcie się z tym jedzeniem – warknął kapitan. – Pytacie o to już czwarty raz. Kto miał wziąć kanapki?
– Pan, sir – odpowiedział posłusznie jeden z podporuczników, który ciągnął swój plecak za sobą.
– Tak – potwierdził kapitan wcale nie zbity z tropu. – A kto miał obowiązek mi o tym przypomnieć?
Podporucznicy spojrzeli znacząco na zastępcę dowódcy.
– Gały precz! – pogroził im pięścią porucznik.
Oficerowie maszerowali dwójkami przez tropikalny las, torując sobie drogę bagnetami. Stąpali ostrożnie i cicho, ale burczenie ich brzuchów obudziłoby umarłego. Co jakiś czas ten z tyłu obrywał w twarz gałęzią puszczoną przez tego przed nim.
– A niech mi się który zadrapie, to pozarzynam – ostrzegł kapitan, który razem z porucznikiem prowadził pochód dezerterów.
Odgłos przeładowania karabinu sprawił, że zamarli i odruchowo rzucili się na ziemię. Pierwsza seria przeleciała im nad głowami, dokładnie w miejsce, w którym przed sekundą stali. Oficerowie podnieśli umazane błotnistą ziemią twarze na kapitana, który gestami wydawał rozkazy. Zrzucili z pleców bagaże i przeładowali swoje karabiny. Porucznik przetoczył się w kępę krzaków na prawo i przyklęknął, gotowy do strzału. Przez chwilę słyszał w uszach tylko swój chrapliwy oddech i czuł pulsującą krew na skroniach. Kątem oka widział, jak czterej podporucznicy czołgają się do przodu zygzakami.
Porucznik wyjął bezgłośnie granat z tylniej kieszeni spodni. Wyciągnął zawleczkę i z dzikim wrzaskiem rzucił go w las. Na ten sygnał podporucznicy zerwali się na nogi i pognali przed siebie, strzelając, dopóki nie skończyły im się magazynki. Wtedy znowu padli na ziemię.
Drugą serię wrogowie uzupełnili o kilka granatów. Kapitan w porę kopnął jeden precz.
Podporucznicy poczekali do trzeciej serii. Gdy tylko ustała, znów rzucili się do przodu. Między drzewami był niewielki obóz japoński. Porucznik wyskoczył z krzaków i zaczął szarżować bagnetem na Japończyków. Widział przerażenie w ich skośnych oczach. Ale dostrzegał też nienawiści i rządzę mordu. Jedną ręką wyciągnął pistolet i strzelał z biodra. Drugą wbijał ostrze w wrogów. Podporucznicy wrzucali granaty do okopów i szałasów. Kapitan ubezpieczał ich z pewnej odległości, zabijając tych, których oficerowie nie zauważyli w ferworze walki.
Po kilku minutach, ciągnących się w nieskończoność, kiedy już podporucznicy sprawdzali, czy Japończycy nie mieli przy sobie czegoś cennego, porucznik w dzikim szale dźgał zmasakrowane ciało.
– Dosyć – powiedział do niego stanowczym tonem kapitan.
Porucznik spojrzał na niego. Błoto na twarzy i mundurze zmieszało się z krwią.
– Możemy go zjeść – wymamrotał przez zaciśnięte zęby.
– Już dosyć. – Kapitan położył mu rękę na ramieniu i odciągnął od zwłok.
W tym samym czasie jeden z podporuczników zauważył brak kolegi.
– Psiakrew! – ryknął i dopadł rozciągniętego przy szałasie podporucznika. – Peel, cholera!
Oficerowie przykucnęli przy rannym. Podporucznik Peel oddychał ciężko i z wyraźnym trudem. Przełykając ślinę, przymknął powieki.
Porucznik rozdarł mu koszulę, ukazując wszystkim czerwoną dziurę w piersi żołnierza.
– Umieram – wykrztusił Peel.
Nie mogli zaprzeczyć.
– Powiedzcie generałowi, że jest starym skurwysynem. Niech mnie pocałuje w dupę. Taaak, niech tu przyjdzie i pocałuje mnie w... – urwał, zanosząc się kaszlem. – Byliśmy już tak blisko celu.
Porucznik odszedł i, tak, żeby Peel tego nie widział, wykopał za szałasem dół. Potem kapitan pomógł mu zbić prymitywny krzyż z gałęzi. Pochowali podporucznika Peela kilka minut później, upewniwszy się, że nie żyje, bo – jak powiedział porucznik – nie ma nic gorszego, jak obudzić się we własnym grobie. A potem dodał, że w zasadzie oni robią to niemal codziennie, zasypiając w okopach podczas nocnych nalotów. Kapitan wygłosił krótką mowę, jeden z podporuczników zawiesił na krzyżu hełm i umazane krwią blaszki Peela.
Bez słowa wrócili się po plecaki i ruszyli dalej.
Śmierć wszystko obserwował. Zeskoczył z gałęzi i troskliwie pogłaskał kościstym palcem rączkę swojej kosy.

W obozie kompanii C było już całkiem ciemno. Doll wracał z wychodka. Wyminął siedzących przy ognisku szeregowców i nagle znalazł się poza zasięgiem jego światła. Tylko przebijający się przez gałęzie drzew mroczny blask księżyca zarysowywał niewyraźne kształty na drodze kapitana.
Doll wydał z siebie zduszony, niemal bezgłośny wrzask, kiedy ktoś złapał go z tyłu zimną ręką za kark. Czuł przysuwające się do gardła ostrze noża. Zareagował bardziej odruchem obronnym, niż zamierzoną taktyką. Kopnął na oślep. Za drugim razem udało mu się trafić piętą w piszczel podrzynacza. Usłyszał soczyste przekleństwo. Uścisk na karku zelżał i Doll wyszarpnął się.
– Welsh, do cholery jasnej!
Blask księżyca nie przeoczył złowrogo wyszczerzonych zębów sierżanta.
– Czego się włóczysz po ciemku, dzieciaku?
– To jednak pan! – krzyknął Doll, czując, jak robi mu się zimno. – Chciał mnie pan teraz zarżnąć! Pan jest skończony wariat! Zgnije pan w pudle!
– Uspokój się. Uspokój się, mówię!
Doll wziął kilka głębokich oddechów.
– Do namiotu – rozkazał bezbarwnym głosem Welsh.
Nie mógł zdobyć się na sprzeciw. Był dziwnie roztrzęsiony. Wbrew sobie wszedł do namiotu oficerskiego i opadł na krzesło, które przedtem wymacał nogą. Starszy sierżant zapalił świecę.
– Przecież mówiłem ci, że to ja – przypomniał kapitanowi.
– Dlaczego pan to robi, do diabła?!
– Dla zabawy.
Doll spojrzał na jego rozbawioną twarz. Nigdy nikomu by nie przyznał, a już na pewno nie sobie, że w tym momencie naprawdę bał się sierżanta. W oczach Welsha był błysk, który nie dawał Dollowi spokoju.
– Pan żartuje – oświadczył przekonanym głosem zanim ugryzł się w język.
Welsh pociągnął łyk ze swojej manierki.
– Być może – odpowiedział bez pośpiechu.
– Co pan robił w ciemności z tym nożem? – zapytał Doll, wyciągając z kieszeni papierosa i zapalając go od świecy.
Sierżant usiadł na przeciwko niego i uśmiechnął się całkiem przyjaźnie.
– Planowałem nastraszyć Tillsa – powiedział z niezaprzeczalną szczerością. – Widziałem, jak rzucił się na Dale'a z nożem. I to on zepchnął Mazziego.
Doll zastanowił się.
– Przecież sam pan mówił, sierżancie, że ktoś chciał jego zarżnąć.
– Ano – zachichotał szaleńczo Welsh – raz już udało mi się go nastraszyć.
Doll mimowolnie i trochę blado uśmiechnął się.
– Trzeba go surowo ukarać – zauważył, zastanawiając się, czy w grę wchodzi sąd wojskowy.
Sierżant prychnął.
– Już z nim rozmawiałem, więcej nie będzie zarzynał. A wiesz, dzieciaku, czemu to robił? – Doll zaprzeczył. – Halucynacje po ataku malarii. Widział ich jako żółtków. – Welsh zaśmiał się szaleńczo. – Jakie szczęście... jakie szczęście, że nie miał przy sobie gnata! Hahaha! Dostał osobisty przydział atabryny na tydzień.
Doll pomyślał, że to rzeczywiście wielkie szczęście.
– No, ale po jaką cholerę chciał go pan jeszcze raz nastraszyć?
– Nudziło mi się.

– Plaża! – ryknął jeden z podporuczników.
Poza tym nikt nie wyraził zadowolenia na widok dawnej wioski, w której dowództwo dywizji urządziło sobie bazę. Oficerowie kompanii C ponuro obserwowali sunącą ku nim postać.
TRANSPORTOWIEC ZARAZ TU BĘDZIE, zaczął Śmierć. Głos w uszach żołnierzy zabrzmiał triumfująco. JUŻ CZAS, dodał, wyciągając kosę w ich stronę.
Kapitan i podporucznicy zwiesili ponuro i z rezygnacją głowy. Tylko porucznik zachował zimny spokój.
– Chwileczkę – powiedział. – Nie idziemy z wami.
PRZEGRALIŚCIE ZAKŁAD. BYŁA UMOWA, przypomniał mu Śmierć.
– Nie przegraliśmy – oświadczył twardo porucznik. – Żaden z nas nie jest zadrapany.
JEDEN Z WAS NIE ŻYJE.
Porucznik pokręcił głową.
– Nie mówiłem nic o śmierci. Mówiłem tylko o zadrapaniach, prawda?
Oficerowie przytaknęli zgodnie. Śmierć wahał się przez chwilę, ale był bezsilny – nie mógł nie zgodzić się z porucznikiem.
TAK, powiedział w końcu, odsuwając kosę.
Zasalutowali mu, kiedy odchodził prawdopodobnie w stronę obozu kompanii C.
– Czeka was jakiś order – wyksztusił kapitan z podziwem do swojego zastępcy. – Nie wiem jeszcze jaki, ale jakiś na pewno!

Szeregowiec od radiostacji wpadł do namiotu. Zasalutował niedbale zadyszany i podał Dollowi odbiornik.
– Pułkownik Tall! – wydusił słabym głosem. – Pilne!
Welsh odprawił go i przy okazji wyjrzał ostrożnie z namiotu. Doll przezornie zajrzał pod stół.
– Odbiór, pułkowniku – powiedział kapitan. – Jak tam na froncie?
– Postępy – zaskrzeczał Tall zniecierpliwionym tonem. – Ilu ludzi potrzebujecie? Odbiór!
Welsh pokazał Dollowi na palcach.
– Sześciu. Odbiór.
– Będą jutro rano. Około południa kompania C wyrusza na północ. Zdobywacie japońską bazę. – Pułkownik wyraźnie splunął gdzieś na ziemię. – Odbiór.
– Tak jest – odpowiedział posłusznie Doll.
– I jeszcze jedno, chłopcze. Znaleźli się wasi oficerowie, jeden nie żyje. Dezerterzy. Z następnym transportem rannych wracają do Stanów. Odbiór i koniec.
Doll odłożył odbiornik na stół i wyciągnął śpiwory.

Był zły.
Zapowiadała się długa noc, podczas której miał nie wrócić do domu i nie odpocząć przed kolejnym żniwem dnia następnego.
Śmierć zakradł się do kuchni polowej i odnalazł skrzynkę z widelcami. Wyglądała na nieużywaną od dawna. Poszperał jeszcze wśród klamotów kucharzy i wyciągnął wielką miskę wojskową. Wlał w nią płynu, stojącego mu pod ręką, wrzucił widelce, przerzucił sobie przez ramię znalezioną na kuchni ścierkę i poszedł nad strumień.
Woda szumiała o wiele głośnie niż w dzień i mieniła się bardziej na srebrno. Ale Śmierć nie zwracał na to uwagi. Ułożył swoją kosę troskliwie na brzegu i nabrał wody do miski. Usiadł na wystającym korzeniu tropikalnego drzewa, wolno zamieszał kościstym palcem w mydlinach i wyciągnął pierwszy widelec. Podniósł go sobie do pustych oczodołów i dokładnie przetarł szmatką. Przyjrzał się swemu dziełu.
Widelec odbijał blask księżyca. Wszystkich trzech.

Dolores Maliette
29.05.2006, 20:09

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Dolores

dzięki! :)

29.07.2006, 13:52
zu$

Jo ty wiesz, ż emi się podobało. "Śmierć" rządzi!!!!

28.07.2006, 12:00
masia

Jo, widze, ze Twoje pojedynkowe opowiadanie zawitalo az tutaj:) Już Ci mowilam, ze swietne...:)

4.06.2006, 19:19
Jess

Na ten temat to ja bym polemizowała. Coś mi się zdaje że nie masz racji. ;)

1.06.2006, 08:38
...

Równie "fascynójąca" jak Twoja, Jess...

31.05.2006, 21:09
Jess

Cóż za fascynójąca wypowiedż. a jaka mądra i pouczająca.

31.05.2006, 19:59
MKJUJGKMJM

HJ,KGHJMH,KUJFJKHFNJKBTGASGHCV DXBM,,SDNB,N SCHYSJNMDSVM ,VHZB M ,MAVSNJGVDS,MFHC

31.05.2006, 18:27
Jess

"Jestem na tak" - ciekawe czemu skojarzyło mi się od razu z Idolem?

31.05.2006, 16:31
Iguanka.

No. Coś oryginalnego. O bitkach, krwi i żółtkach. I, co najważniejsze, o Śmierci. Jestem na tak. :]

31.05.2006, 15:47
Zireael

Ja też nie narzekam, no skądżebym śmiała... :)

29.05.2006, 23:15