Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Szaleństwa panny Ginny



Była to noc tak chłodna, że nawet komuś tak wytrwałemu, jak ta mała, aczkolwiek gruboskórna istotka idąca powoli poboczem, mróz przenikał wszystkie mięśnie i chrząstki. Rudowłosa i drobnokoścista, w zgniłozielonym dresie z „House’a” po starszym bracie i ciężkich glanach paradowała hardo poboczem podrzucając w białych dłoniach torebkę o łososiowym zabarwieniu. Stąpała ku swemu mieszkaniu; dochodziła godzina trzecia nad ranem i spodziewała się miłej wymiany zdań na powitanie. Jednakże starała się o tym nie rozmyślać. Była zła, potwornie zła. O mało nie złapali jej na wymontowywaniu radia z peugeota 307 czy tam 206, naprawdę mało brakowało. Z drugiej strony, i tak miała wielkie szczęście, szczęście, którego zabrakło bliźniaczkom Patil – obydwie zostały nakryte na nieudolnej próbie przywłaszczenia sobie jakiegoś wraka motoroweru i siedziały teraz na komisariacie mugolskiej policji. Nie powiodło się im dzisiaj. Czymże jest jedno zapasowe koło, dwa radia i etui na komórkę po dwóch godzinach ciężkiej pracy? No cóż, trzeba będzie skonsultować się z Deanem, Izydą i Szameaszem, jakoś wyciągnąć Patilki.

* * *

– Ginny, co się z tobą działo?! Gdzie ty ZNOWU byłaś? – zawyła Molly.
– Jesteś cała wypaprana smarem! – zauważywszy to Artur, popadł w ojcowską zadumę.
– Oj, nieładnie, dziecko, nieładnie…– zmarszczył czoło Fred albo George.
– Zastanówmy się przez chwilę logicznie – mruknął ten drugi.– Gdzie nasza maleńka Ginny mogła być ze smarem w środku nocy? Hm…
– Eee… Na piżama – party! Tak, na piżama – party! U Luny! – wrzasnęła desperacko juniorka rodu Weaseyów, a na jej białej buzi pojawił się nieodgadniony grymas.
– Rozumiem – spojrzał Artur prosto w rozbiegane oczęta swej córeczki.– Luna nie uśnie bez najukochańszej przytulanki którą jest smar.
– Nie, ona wcale…
– Nie spieraj się z nią, tato – odezwał się milczący dotychczas Charcie. – Smoki czasami naciera się różnymi dziwnymi maziami, kiedy są chore na syndrom Dulcynei. Ale żeby smarem…? O, a może to nowy rodzaj balsamu do ciała? Ci z Soraya zawsze wymyślali dziwne środki…
– Nie! Odczepcie się! – ryknęła potężną siłą głosu maleńka Ginny. Cisnąwszy łososiową torebką w któregoś z braci pobiegła do swego pokoju, nie zważając na to, iż zostawia błotniste ślady na świeżo wypastowanym parkiecie.

* * *

Ginny trzasnęła drzwiami, zamknęła je na kłódkę, padła na swoją już – nie – czystą – pościel koloru prawie – nieskazitelna – biel i wydała z siebie obłąkańczy jęk, który już po chwili przerodził się w niekontrolowany szloch, potem w wycie. W tej chwili była najnieszczęśliwszą istotą na świecie. Z początku okradanie mugolskich środków transportu wraz z bandą Szameasza rekompensowało jej żal i tęsknotę, która rozdzierała jej klatkę piersiową. Teraz już te dziecinne zabawy nie ujarzmiały szalejącego serca, które rwało się w stronę posiadłości przy pewnej uliczce, gnane długotrwałą i nieodwzajemnioną, jednakowoż gorącą i namiętną miłością…
Rudowłosy, zapłakany bandzior płci żeńskiej pragnął właśnie odosobnienia i izolacji, co jednak okazało się nierealne w tym domu wariatów: już w kwadrans po szóstej pojawili się pierwsi psycholodzy pod postacią Freda, George’a, oraz Billa, którzy zaczęli się niekulturalnie łomotać pięściami w drzwi, a później walić w okno gnomami. Ginny nie miała najmniejszej ochoty ich wpuszczać, czego też nie uczyniła. Wiedziała, że kiedyś będą chcieli przeprowadzić z nią Bardzo Poważną Rozmowę Na Temat Wandalizmu Z Jej Udziałem, ale nie przeczuwała, że nastąpi to akurat dziś, kiedy ona odczuwała tragizm swej sytuacji w sposób boleśniejszy niż kiedykolwiek.
Przez pięć minut nic się nie działo. Bracia skończyli się dobijać, Molly przestała zawodzić. I wtedy nagle…
– Hej, maleńka – usłyszała znienawidzony przez siebie głos. Głos ten należał do pewnego tkniętego znieczulicą społeczną egocentryka zwanego Harrym Potterem. – Jesteś tam?
Ginny była zbulwersowana po pierwsze haniebnym przymiotnikiem, jakim Harry ją określił, a po drugie tym, ze w ogóle śmiał się do niej odezwać. Ona go całym sercem kochała przez cały swój pierwszy rok w Hogwarcie i połowę drugiego, a on ją tak olewał. Teraz obchodził ją tyle, co zeszłoroczny śnieg, co też mu otwarcie powiedziała.
– Mam cię gdzieś! Nawet nie wiesz, jak głęboko! – pisnęła w kierunku drzwi, po czym wstała i załączyła magnetofon, przekręcając regulator dźwięku na full.
– Ginny, proszę cię, otwórz, chcemy z tobą pogadać – usłyszała Hermionę.
– Wtedy płynę, płynę, chwytam w żagle wiatr…
– Ginny! – to Ron.
– …Jakby szczęście miało chwilę trwać…
Rozległy się szepty, które było słychać nawet przez donośną piosenkę Beaty Kozidrak, czego nie byli świadomi ani Harry, ani Hermionę, ani Ron czatujący na korytarzu. Już po chwili ponownie odezwał się Potter, lecz tym razem nie błagalnym, ale zbolałym tonem:
– Ginny, moja maleńka, kwiat…– zająknął się, lecz brnął dalej – Kwiattuszku śliczny mój, Ginny! Kocham cię i chcę się z tobą ożenić, tylko otwórz! – wrzasnął rozpaczliwie na zakończenie.
– Budzi mnie szary świt…
– Cholera, a ja się tak poświęcałem – rzekł niezbyt cicho Potter.
– Popamięta mnie, smarkula – Ron potraktował drzwi butem, ale nic to nie dało: zapobiegliwa Ginny już dawno rzuciła na nie Nonus Wykoppus.
– Najgorsze jest to, że zabrała ze sobą telefon – rozpaczał Percy, który obiecał swojej dziewczynie Penelopie, że zadzwoni.

* * *

– Luno, to ja– Luna pochwyciła uchem gardłowy głos wydobywający się ze słuchawki.
– Co znowu…?
– Schorzenie Lovestory’owskie.
– Och! Naturalnie, już idę.
– Teleportuj się. Zdejmę na chwilę zaklęcie Antyteleportacji.
– Jasne. Nara.

* * *

W dwanaście sekund później jaskrawofioletowy sweterek Luny mokry był od słonych łez Nieszczęśliwej Panny Łobuz.
– Ja już nie mogę – szepnęła groteskowo Królowa Chuliganów. – Kiedy myślę o jego czarnych, lśniących włosach, robi mi się słabo.
„Mi też”, pomyślała Luna, ujrzawszy oczyma swej wyobraźni włosy ukochanego swej przyjaciółki.
– A jak sobie wyobrażę jego profil i szatę powiewającą na wietrze na tle słońca, mam ochotę rzucić się z balkonu.
Lunę zamaszysty krok i powiewająca szata Księcia Ze Snu Ginny przyprawiał o drgawki, jednakże bardziej w tym negatywnym tego słowa znaczeniu.
– Siostrzyczko – odezwał się Charlie, który, zdaje się, dopiero co stanął pod drzwiami.
Złodziejka szybko załączyła magnetofon i odprawiła Lovegood.
– Tyle słońca w całym mieście,
Nie widziałeś tego jeszcze, popatrz, o! popatrz…
– Ginny, przycisz to, nie zamierzam wrzeszczeć – zakomunikował Charlie.
– Szerokimi ulicami
Niosą szczęście zakochani, popatrz…
– Błagam, wpuść mnie. Nie obchodzą mnie wybite reflektory i zdewastowane samochody. Wyobraź sobie, że o bliźniaczkach Patil pisali w „Czarownicy”. Najpierw podrzucimy im świstoklika, potem porozmawiamy.
Ruda przystała na tę propozycję.
Uwolnili Parvati i Padmę.
– Czy coś cię gnębi, mała? – zapytał wprost Brat.
– Nic mnie nie gnębi, mały – odrzekła Siostra.
– Akurat. Ale dlaczego wyżywasz się na mugolach? Ojciec jest niepocieszony.
– To niech się nie martwi. Już mi się znudziło. Ale nie martw się, znajdę sobie coś innego.

* * *

Trzeba było przenieść się na Grimmauld Place 12. Do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa.
ON był jednym z członków Zakonu Feniksa! Podobno tym razem miał zająć jeden z pokoi przy Grimmauld Place 12. Opuści na razie tę swoją ruderę.
Gdy po raz pierwszy w tym sezonie przekroczył próg Kwatery Głównej, Ginny siedziała na schodach, które były świetnym punktem obserwacyjnym. Otworzył z werwą drzwi, energicznie wpadł do holu, uderzając obcasami o parkiet i szumiąc płaszczem. Ginny uśmiechnęła się do niego promiennie niczym słoneczko w wiosenny poranek, ale ten tylko spojrzał na nią jak na sklątkę tylnowybuchową i odszedł, roznosząc rześkie powietrze z uliczki Spinner’s End.
Makabra. Koszmar. Okropność. Zgroza. Nieszczęście. Rozpacz. Masakra. Rzeź. Tragedia.
Nieodwzajemniona miłość. Jakby tego wszystkiego było mało, gorąca, szczera miłość. W dodatku do własnego nauczyciela. Księcia eliksirów. Severusa Snape’a.

Każdego ranka rozkochana na zabój Ginny, stuknięta zaklęciem kameleona wstawała wczesnym rankiem, by odprowadzić niczego niepodejrzewającego Snape’a na śniadanie. Przy stole robiła do niego maślane oczy, na co on reagował albo krztuszeniem się, albo wcale nie reagował. Kiedy Snape dostawał od Molly rozkaz na przykład dezynsekcji któregoś z pokoi, Głośna Wielbicielka wykonywała znaczną część pracy za niego, czego albo nie zauważał, albo też tylko, co bardziej prawdopodobne, udawał, że nie zauważył.
Niestety, stała się rzecz straszna: Hermiona odkryła, co się święci. Gdy nadarzyła się pierwsza okazja, zrobiła Ginny piekielną awanturę. Najpierw powiedziała, co myśli o lokowaniu dziewczęcych uczuć w takim zrogowaciałym, przesączonym nienawiścią ignorancie, a później podjęła próbę wyperswadowania jej tej chorej aspiracji.
– Przestań, Hermino – westchnęła złowieszczo Ginny, gdy absolutnie znudziło jej zrzędzenie Hermiony . – Sama byłaś beznadziejnie zabujana najpierw w Goyle’u, a potem rumieniłaś się na widok Flitwicka. Nie myśl, że nie wiem!
Hermiona oblała się szkarłatnym rumieńcem, a także sokiem z czarnej porzeczki, który strąciła ze stolika. Dobrze że chociaż nie wie o Filchu, pomyślała.

* * *

Cały sierpień upłynął biednej Ginny na nieudolnych próbach zwrócenia na siebie uwagi Severusa: począwszy od sporządzania jego ukochanego, agrestowego dżemu, poprzez słodkie uśmiechy, staranny makijaż i usiłowanie nawiązania dialogu, a skończywszy na tańczeniu flamenco w miejscach publicznych. W końcu dopadło ją zniechęcenie. Ten Severus to jak osioł, stwierdziła w końcu i postanowiła wykazać się od strony gastronomicznej (w końcu droga do serca mężczyzny prowadzi przez żołądek. Z drugiej strony, jeśli Snape nie ma serca?). Udało jej się ugotować coś, co miało być zupą pomidorową, ale jakimś dziwnym trafem przypominało bardziej eliksir wielosokowy niż jakąkolwiek zupę, wobec czego zarówno Snape, jak i reszta Zakonu Feniksa musieli zadowolić się tego dnia Gorącym Kubkiem Knorra.
Powoli mijał sierpień, a żadnych postępów nie było. Nic się nie zmieniło – no, może oprócz tego, że Remus dał Severusowi na urodziny zestaw szamponów i odżywek do włosów Fructis, z czego chętnie zaczął korzystać. Cisza.
Ale pewnego pięknego południa Ginny podsłuchała pewną rozmowę. Wcale nie jest dziwnym, iż nikt nie zwrócił uwagi na jej obecność po drugiej stronie cienkich drzwi, nie można przecież winić za to Dumbledore’a, a tym bardziej Snape’a: żaden z nich nie odznaczał się bowiem wybitną błyskotliwością. Gdyby jednak ten drugi z w/w był chociaż odrobinę bardziej spostrzegawczy, zauważyłby, że jego Adoratorka maniakalnie włóczy się za nim od siedmiu godzin.
– Severusie, mam z tobą do pogadania. Usiądź. – przemówił Dumbledore.
– Ależ oczywiście, Dyrektorze. Słucham – rzekł wyczekująco Snape.
– Nie miałbyś mi za złe, gdybyś dostał ode mnie roczne zwolnienie z posady?
Serce Ginny skoczyło do gardła i utknęło w przełyku.
– Czemuż to? – chciał wiedzieć Snape.
– Ponieważ chciałbym, byś udzielał się przez ten czas w czynie społecznym.
– To znaczy?
– Ktoś musi jechać do Rosji na szereg sympozjów naukowych o tematyce bliżej nieokreślonej. O ile mi wiadomo, ma to coś wspólnego z eliksirami. Pierwsze sympozjum jest… w Stalingradzie, zdaje się. Myślę, że wielkim plusem jest to, że owe sympozja zaczynają się dopiero pod koniec grudnia. Do tego czasu masz urlop. A potem pomieszkałbyś w Rosji te pięć miesięcy…
Milczenie.
– Więc? – ponaglił Dyrektor.
– Hm… Bez tej szumowiny, Pottera, bez Malfoya bajdurzącego mi za uchem, bez stresu, z ciepłym obiadkiem Molly, bez zbytecznego wysiłku psychicznego… – wyliczał Severus po cichu – ale za to sam na sam z bahankami i tym hipogryfem…a potem jeszcze ci pseudo –naukowcy w Stalingradzie…
– Severusie, czekam na odpowiedź.
– Eee – zaczął nieśmiało Snape. – A odpłatnie?
Cóż za pazerność i impertynencja, pomyślała Ginny. Ale ludzi trzeba kochać pomimo ich wad, czyż nie?
– Tak – potwierdził spokojnie Dumbledore.
– Hehe! To przesądza sprawę! – krzyknął Snape. – Yeah, babe!
– To chyba jednoznaczny wyraz aprobaty.
Rozogniony Severus z impetem wypadł z pokoju i staranował małą Ginny. Ponieważ był zadowolony, a może nawet szczęśliwy, zamiast wykrzywić się nieprzyjemnie, uniósł swą absztyfikantkę ku sufitowi, podrzucił kilka razy, zupełnie jak niemowlę, a gdy już ją odstawił, klepnął w prawe ramię. Potem wybiegł z posiadłości przy Grimmauld Place 12, zostawiając juniorkę Weasley w stanie dalekim od przygnębienia. Gdy wrócił, w pomarańczowej koszulce w groszki, seledynowych szortach z wielkimi głowami braci Kaczyńskich na tylnych kieszonkach, słomkowym kapeluszu i japonkach, Ginny zapytała bezceremonialnie:
– Wyśle pan do mnie sowę, profesorze?
– Jeśli Albus nie każe mi w czynie społecznym gotować obiadów, to tak.
Ginny z błyszczącymi oczyma poszła do swojego pokoju z mocnym postanowieniem, że prawy rękaw swojej bluzeczki odetnie, oprawi w ramkę i powiesi nad komodą.

* * *

O ile znajdowanie się pod jednym dachem ze Snape’em dodawało jej skrzydeł, o tyle przebywanie z dala od niego tych skrzydeł jej ujmowało. Trzeci tydzień jej pobytu w Hogwarcie mijał nieubłaganie, a sowy od Severusa wciąż nie było. Prawie zupełnie przestała zaglądać do szkolnych podręczników, za to każdą wolną chwilę poświęcała pisaniu miłosnych sonetów i poematów, a weekendy przeznaczała na wertowanie ksiąg o tytułach takich jak „Umrzeć z klasą – 365 wskazówek na 365 dni w roku”, „Porady dla początkujących samobójców”, „Nie po to się urodziłeś, aby zabić się byle jak”. Kiedy jednak nie nawiedzała jej wena twórcza i kiedy nie znajdywała pocieszenia w tomiskach, wpatrywała się beznamiętnie w najbliższe okno, mając nadzieję dostrzec na horyzoncie coś jasnego, skrzydlatego i niosącego w szponach kopertę.
Wreszcie trzeci tydzień dobiegł końca i Ginny naprawdę się wkurzyła. Władowała do koperty najlepszą swoją odę o motywującym tytule „Zamorduj mnie, ale nie wbijaj noże w plecy”, zaczarowała ją tak, żeby grała muzykę latynoską, pożyczyła od Rona Świstoświnkę i wysłała ukochanemu. Na odpowiedź o treści zamieszczonej poniżej nie czekała długo.
„Błagam cię, daj mi święty spokój. MAGISTER DOCENT DOKTOR HABILITOWANY i PROFESOR NADZWYCZAJNY, Severus Snape.”
Zmięła pergamin w bladych niczym u Voldemorta dłoniach, a rzuciwszy go w jaśniejący żar kominka, rzuciła się na łóżko w dormitorium dziewcząt i, łkając histerycznie, zagłębiła się w lekturze „Śmierci poety”.

* * *

Gdyby nie Hermiona, która miała oczy dookoła głowy, Ginny najprawdopodobniej nigdy nie dowiedziałaby się, że jej bardzo cichym wielbicielem jest Matteo. Mało tego: najprawdopodobniej nigdy nie dowiedziałaby się, że taki wielbiciel istnieje. Bo dla niej liczył się Severus i tylko Severus.
Podczas śniadania w któryś piątek Hermiona z zaróżowionymi lekko policzkami wskazała jej siedzącego przy stole Puchonów czarnowłosego konusa o dziwnym kształcie głowy i wybałuszonych oczach (chora tarczyca?). Każda część jego twarzy, a nawet uszów, pokryta była niezliczoną ilością piegów. Obszerna szata, spod której widać było szerokie dżinsy z krokiem w kolanach oraz adidasy z „Nike”, zakrywała jego białe, tłuściutkie ciałko.
– Widzisz tego typa? – zapytała Hermiona.
Ginny, obojętnie ciamkająca dotychczas wielki kawał boczku, niepewnie skinęła rudą główką.
– Co z nim? – nie chciała za wszelką cenę okazać zainteresowania.
– Jeszcze pytasz! Ty ostatnio w ogóle niczego nie widzisz. Otóż ten oto dziwoląg maniakalnie wałęsa się za tobą, krok w krok, w każdej wolnej chwili, robi do ciebie słodkie oczka i wzdycha irytująco będąc niedaleko ciebie. A poza tym, naprawdę trzeba być ślepym, by tego nie zauważyć, podsyła ci sowami stosy kwiatów, najczęściej lwich paszczy. Warto tu nadmienić, iż lwie paszcze według słowniczka Noemi Susmans znaczą „zwróć na mnie uwagę”.
– Och! – Ginny wytrzeszczyła oczy, napakowała sobie do otworu gębowego pasztetu z królika i z pasją zaczęła go trawić.
– Myślę, że powinnaś iść do naszego dormitorium i pozbierać to siano.
– Nie zauważyłam go.
– Bo nigdy nie spoglądasz na lewą stronę obok swojego łóżka. Gdybyś to uczyniła, zauważyłabyś piętrzące się, po części gnijące już zielsko.
– Idę.– Weasleyówna podniosła się i zrobiła niezdecydowany krok.
– Zaczekaj, idę z tobą.
– Ale ja idę mu przyłożyć.
– Ginny!
– Co?
– Jesteś okrutną sadystką. Dlaczego od razu miałabyś go prać?!
– Bo zakłóca mój spokój. Bo zaśmieca otoczenie. Bo jest brzydki. Bo ma spodnie z krokiem w kolanach. Bo ma piegi. Bo…
– Ty też masz piegi.
– Ale ja mu nie podrzucam kwiatków.


* * *

Godzina 10:00, Gryffindor, dormitorium dziewcząt.
– No, gdzie masz te kwia…aaaaaaAAAAAA!
– Ej, ej, nie wrzeszczymy w miejscach publicznych.
– Co za kretyn, debil, wariat, pomyleniec, imbecyl, czubek, menel, idiota, matoł, świr!
– Co zamierzasz z tym zrobić? Radzę jak najszybciej to usunąć. Lavender ma alergię na goździki. I na żonkile.
– Hermiono, błagam, pomóż mi. Znasz się dobrze na lewitacji, więc zmuś to–to żeby przefrunęło do pokoju wspólnego Puchonów.
– Ja… Mogę, jak chcesz.

* * *

Godzina 10:07, Hufflepuff, dormitorium chłopców.
– Krzysiu, co tak cuchnie?
– Pewnie Zachariasz znowu zostawił swoje skarpetki gdzieś na wierzchu.
– Smith, znowu zostawiłeś swoje skarpetki gdzieś na wierzchu?
– Zamknij się, młotku!
– A może to woda kolońska naszego słodkiego Wojtusia?
– Menda! Menda społeczna!
– Policzyć ci ząbki, wykolejeńcu?
– Przestańcie się kłócić, niedorozwoje, i zejdźcie lepiej do pokoju wspólnego.
– O co ci chodzi, Anabelko?
– Krzysiu, spójrz na dywan.
– O, cioteczko najdroższa! Smith, chodź zobacz.
– Co to jest? A raczej CZYJE to jest?
– Już ja wiem, czyje. Matteo, pozwól tutaj na chwilkę!


* * *

Ginny narysowała wielobarwną laurkę w kształcie serca i wysłała Severusowi za pośrednictwem Errola. Umysł jej zaczął pracować w nieco szybszym tempie i powoli zapominała, jak wygląda jej Książę z Bajki. Dostrzegła wreszcie, że rzeczywiście łazi za nią Matteo. Nie dało się też nie zwrócić uwagi na wielkiego, błękitnego gluta, który zwisał z jego brody, Nie, nie wyglądał on wcale zabawnie, raczej przerażająco.
– Co ci się stało? – spytała go Ginny odwróciwszy się do niego w pewnej chwili.
On, w obliczu tak wielkiego szczęścia, jakim było przemówienie Bóstwa do zwyczajnego śmiertelnika, zapomniał powiedzieć jej, co sądzi o tych wszystkich krzywdach wyrządzonych mu przez nią i rzekł natchnionych głosem:
– Jesteś pozaziemska.
– Tak, wiem – zniecierpliwiła się Ginny – Ale co to za glut?
– Aj – zreflektował się Matteo, przywrócony na ziemię.
– Głuchoniemy?!
– Nie… Po prostu rzucili na mnie klątwę…
– Ciamajda – prychnęła Ginny i wypowiedziała proste zaklęcie Redukto Gluto. Glut stawał się coraz mniejszy, aż w końcu znikł.

* * *

– Och, jaki on jest upiorny! – fuknęła Ginny do Hermiony, czytając zawartość zielonej koperty.
– Co tym razem? – Hermiona była wyraźnie znudzona.
– Napisał: „Ginny, jak słowo daję, powiem twojej mamie. Przestań mnie nękać. Kończy mi się wolne. Mam dość własnych zmartwień na głowie”.
– Kto?! Matteo?!
– Eee, jaki tam Matteo! – żachnęła się Weasleyówna.– MAGISTER DOCENT DOKTOR HABILITOWANY i PROFESOR NADZWYCZAJNY, Severus Snape.
– Och, już myślałam, że…
– Ja umrę, Hermiono, ja umrę! – zawyła nagle Ginny.
– Poradzę ci to samo, co w przypadku Harry’ego: spróbuj się jakoś tak rozluźnić, bardziej być sobą… I wiesz co? Chociaż absolutnie nie popieram waszego niedoszłego związku, myślę, że możesz spróbować wziąć go na zazdrość.
– To znaczy?
– Przestań latać za nim z wywalonym jęzorem, jak jakiś Voldemort, i przestań się do niego odzywać. Zamilknij. Zacznij chodzić z kimś innym.
– Czyli, że a przykład z kim…?

* * *

– Hej, Ginny…– zaczął nieśmiało Matteo, dołapawszy ją na korytarzu między zielarstwem a wróżbiarstwem. Ginny spodziewała się, że ją zagadnie i tylko na to czekała.
– Taaa? – zachęciła go do kontynuacji lepkim, cukrowym głosikiem. Piegi Matteo zaczęły przemieszczać się chaotycznie. Chłopak dostrzegł to i zmieszał się.
– Ach, kolejna klątwa – rzekł. – Sam to usunę.
Wycelował swoją różdżką między własne oczy, zrobił zeza i kwiknął: Stopieganiol! Efekt był oszałamiający. Piegi zatrzymały się, ale urosły do takich rozmiarów, że po chwili nieszczęśnik wyglądał, jakby się opalał w na pół zepsutym solarium.
– Może lepiej ja… – zaczęła Ginny, ale amant jej przerwał.
– Nie!– ryknął natarczywie, ponownie wymierzył kijkiem w twarz i powiedział półgłosem szereg niekonwencjonalnych wyrazów. – Dam sobie radę!
– Czyżby?
Tym razem skutek był naprawdę żałosny. Nie tylko piegi nie stały się takie, jak powinny, ale także dziurki jego nosa zapłonęły żywym ogniem.
– Przestań wreszcie! Zostaw – pacnęła go w dłoń, gdy znów sięgał po różdżkę. – Srutututus, majtkus z drutus!
Znikły i płomienie, i dzikie piegi.
– Już wcześniej chciałem ci podziękować za tego gluta, a teraz jeszcze… – Matteo wytrzeszczył oczy jeszcze bardziej (o ile to w ogóle możliwe) i stanął jak sparaliżowany, gdyż Ginny złożyła na jego kości policzkowej mokry całus. Chłopak najpierw zachłysnął się, a potem popadłszy w euforię, dał drapaka do najbliższej toalety, aby z lubością klnąc, zanurzyć trapezowatą głowę w klozecie i podzielić się nowinkami z Jęczącą Martą.

* * *

– Słyszałam, że chodzisz z tym całym Matteo – szepnęła do Ginny Hermiona.
– Ehe – Ginny kichnęła i podrapała czubek nosa wskazującym palcem. – Kto jeszcze wie?
– Och, wiele osób: powiedziałam Harry’emu i Ronowi, słyszeli też Dean, Seamus, Alicja i Katie, Neville, bracia Creevey, Lavender, która na sto procent oznajmiła to Parvati, a ta z kolei swojej siostrze, Padmie, wobec tego pewnie połowa Ravenclawu już wie…
– Wspaniale! – ucieszyła się dziewczynka. – Hermiona, zadbaj, by dowiedziało się przynajmniej trzy czwarte szkoły, nie wykluczając nauczycieli.
– Dlaczego? Przecież nauczyciele…
– Niedługo się przekonasz.

* * *

– Remusie, słyszałeś już najświeższe wieści od Ginny?
– Nie, nie słyszałem, Bill. Ale chętnie się z nimi zapoznam.
Siedzący pod ścianą Snape oderwał się od pasjonującej lektury „Proroka codziennego” i zatrzepotał nerwowo długimi, gęstymi rzęsami – jedyną zaletą w jego wyglądzie.
– Dumbledore pisze, żebyśmy wsparli ją duchowo, bo jest szaleńczo zakochana w kimś, kto się nazywa Matteo Golonka. Chodzą ze sobą.
– O, jak miło– uśmiechnął się pod nosem Remus.
– O! – wyrwało się Snape’owi.
– Coś nie tak, Smark… przepraszam najmocniej… Severusie?
– Wszystko gra – odrzekł Snape, ale było to wierutne łgarstwo.
„Da mi wreszcie spokój ta mała, ruda smarkula”, pomyślał i wydawało mu się, że wreszcie jest w pełni usatysfakcjonowany. Nie miał tylko pojęcia, dlaczego w nocy nie mógł zasnąć, a gdy mu się to wreszcie udało, przyśnił mu się ponury sen o pewnej odzie miłosnej wygrywającej przeraźliwe rytmy latynoskie.

* * *

Samo wyciągnięcie Mattea do Hogsmeade było niemalże nieosiągalne. Cudem udało się tego dokonać jego dziewczynie, ale wleczenie go za rękaw bluzy po wiosce stawało się dla niej nieco uciążliwe. Mimo, iż Matteo okazał się być osobą przebojową, pełną wigoru i życiowej energii, nienawidził spacerów, nienawidził Hogsmeade, nienawidził Hermiony, więc Ginny zaskakująco szybko się nim znudziła.
– No bo jak długo można wpatrywać się w te jego wyłupiaste oczy, wysłuchiwać przeżutych z premedytacją przekleństw i przebywać na wszystkich możliwych dyskotekach bez względu na ich reputację i poziom? – pytała Hermiony pewnego chmurnego sobotniego przedpołudnia.
Hermiony nie miała jak odpowiedzieć, bo zaraz też przyszedł Matteo i z niezachwianą flegmą zaczął opowiadać zdarzenia, o których Ginny nie miała ochoty słuchać. O, tak. Matteo był dla niej coraz gorszą katorgą.
Hermiona nie była wobec tego zdziwiona, gdy jej przyjaciółka zaczęła oglądać się za pewnym przystojnym, opalonym na czekoladkę Pawełkiem. Z początku nic się nie zmieniło: Matteo, pochłonięty własnym ego, nie zorientował się nawet, że coś jest nie tak. Po kilku długich tygodniach spostrzegł w końcu, że dziewczyna poświęca mu zdecydowanie mniej czasu. Jeszcze później pokapował się, że właściwie jego dziewczyna coraz mniej jest jego dziewczyną. Kilkakrotnie próbował z nią porozmawiać – bezskutecznie.

* * *

– Podobno Para Roku 2006 przeżywa kryzys emocjonalny– poinformował zainteresowanych Bill Weasley.
– Kto? Ginny i ten cały Romeo? – dopytał z grzeczności Lupin.
– Ehe – przytaknął Bill.
Czarne oczęta siedzącego na pobliskiej sofie, ukrytego za „Prorokiem” Severusa Snape’a przybrały rozmiary tarczy zegara ściennego, a szczęka rozszczepiająca zapach kiszonych ogórków opadła mu na kolana. Po chwili w jego źrenicach pojawiły się iskierki radości.

* * *

Czarę goryczy przerwała pewna scena dantejska, którą biedny Matteo ujrzał w drodze do Wielkiej Sali.
– Mlask, mlask, mlask.
Coś rudego i chudego zachichotało.
– Cmok.
Coś w kolorze bombonierki wedlowskiej pogładziło brązową dłonią włosy chudej.
– Hej!!!– ryknął w amoku Matteo.
Rude kurczowo chwyciło ramię bombonierki powodując tym samym lekką niedrożność krwi i odwróciło się ku piegusowi.
– Ty łajzo!– wykrztusił Matteo do Ginny i rzucił się na wyrób wedlowski, który okazał się być Pawełkiem. Matteo zacisnął powieki i na oślep grzmotnął piegowatą piąstką, która zamiast wylądować na zamierzonym celu– szczęce bądź też nosie Pawła trafiła profesora Slughorna. Profesor wybałuszył oczy, zachwiał się, a upadłszy potoczył się niczym wielka beczka w dół schodów. Kilka uczniów pobiegło za nim. Jakiś Gryfon zadzwonił po dźwig.
Matteo splunął Ginny pod błękitne trampki i uciekł do pokoju wspólnego Puchonów, by zagłębić się w tekście pożyczonej od eks – dziewczyny księgi pod tytułem „Zabij się – zachowaj wdzięk i powab”. Przeczytawszy krótką rozprawę o metodzie zwanej Harakiri, zagiął róg strony i pobiegł po sztylet.


* * *

– Słyszeliście już? – zapytał Percy Weasley, śledząc drobne literki na drugiej stronie „Proroka Codziennego”.
– Co takiego? – zainteresowała się Molly.
– Uwaga, czytam:
„HARAKIRI W HOGWARCIE
Dwa dni temu na terenie Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart jeden z uczniów popełnił próbę samobójczą metodą harakiri. Harakiri jest popularyzowanym do niedawna w Japonii sposobem honorowej śmierci. Polega on na rozpruciu sobie brzucha nożem.
Chłopca, którym był niejaki Matteo Golonka dzięki natychmiastowej reakcji kolegi został odratowany i w stanie ciężkim przebywa obecnie w Szpitalu Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga. Podejrzewa się, że Golonka chciał pozbawić się życia z powodu koleżanki o inicjałach G. W. (c.d. na str. 12)”
– Kto by pomyślał – mruknęła Molly, do reszty pochłonięta wyławianiem włosa z zupy.
Ślina Severusa pociekła na lśniącą podłogę.
„Może jednak wyślę sowę…?”

* * *

Hermiona cieszyła się szczęściem Ginny, Ron był potwornie wściekły na nie obydwie, Harry był trochę smutny z niejasnych przyczyn, a Matteo został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, gdyż każda próba wypuszczenia go z powrotem do szkoły kończyła się usiłowaniem kolejnych samobójstw coraz to wymyślniejszymi sposobami.
Spacery z Pawełkiem po szkolnych błoniach i uliczkach Hogsmeade były szczytem dziewczęcych marzeń, a głośnie pocałunki przyciągające nienawistne spojrzenia barmana pod Świńskim Łbem powodem zazdrości ze strony osób pokroju Romildy Vane. Jednym słowem Ginny czuła się w pełni usatysfakcjonowana życiem i nawet przez myśl jej nie przeszło, by rozwodzić się nad minionymi zauroczeniami, w tym Severusem Snape.

* * *

„Muszę wysłać…”
– Mała upolowała kolejną zdobycz – jęknął Bill.
Tonks spojrzała spode łba na pakującego się pospiesznie Severusa.
„To mnie weźmie za idiotę”
– Hej, Seve…
„Już cię ma za idiotę”
– E! Ziemia do S…
Snape chwycił połataną, niedomkniętą walizę koloru róż majtkowy i wybiegł z pokoju.
– Czy on aby na pewno dobrze się czuje?
– Śmiem wątpić.

* * *

Luna Lovegood była potwornie rozeźlona na Ginny.
– Zmieniasz ich jak rękawiczki!
– To dopiero czwarty w całym moim życiu…
– Czego chcesz więcej?! Chodzisz z niemalże najprzystojniejszym chłopakiem ze swojej klasy.
– On mnie irytuje.
– Ciekawe.
– Nigdy nie wiem, czy żartuje, czy mówi poważnie.
– To go o to pytaj.
– Mówi wszystko odwrotnie, niż myśli.
– Aż taka jesteś dobra w legilimencji?
– On się kocha w Valerii Kinderbaum. Wiesz, to ta zdemoralizowana do szpiku kości Niemka z trzeciej klasy.
– A co, mówił ci?
– Nie, ale to widać.
– Po czym?
– Wzdycha do niej i wodzi za nią maślanymi oczkami. Chce wzbudzić w niej zazdrość.
– Farmazony!
– Poważnie.
– E, tam.

* * *

Pociąg Intercity, wagon drugi, przedział czwarty.
– Przepraszam, czy przedział numer cztery?
Snape spojrzał niechętnie na kluchowatą, aczkolwiek wysoką, wysportowaną i ładną kobietę o pociągłej, rumianej buzi i długich, brunatnych lokach z trawiastozielonymi pasemkami, która wypowiedziała te słowa.
– No – padła wyczerpująca odpowiedź.
Kobieta uśmiechnęła się rozbrajająco do niego, jako, że był oprócz niej jedyną osobą w całym przedziale. Rozejrzał się wokół, szukając ratunku, a nie znalazłszy go, obrzucił zdegustowanym wzrokiem jej czysty, pachnący proszkiem do prania, lazurowy dres i ogromne, czekoladowe oczy.
– Cześć – kobieta ukazała światu perłowe zęby. – Jestem Melpomena Erato Gregoria, ale nikt nie posługuje się wszystkimi trzema imionami, tylko pierwszym. Tak, Melpomena. A pan?
Zza zaciśniętej żuchwy Snape’a wydobył się niezidentyfikowany oddźwięk.
– Że co?
– Szszszuz… – wysilił się Książę Eliksirów.
– Fajnie, ale nic nie kumam.
–Severus.
– Miło mi – Melpomena uścisnęła pulchną łapką kościstą, szarą dłoń Snape’a.
„A mi nie” – pomyślał ze zgrozą Snape.

* * *

– Ta chimera mnie rzuciła – załkała w czerwoną chustkę Ginny.
– Która chimera? – dopytywał głupawo Harry.
– Paweł! – krzyknęła Ginny.
– Biedactwo – Hermiona pogładziła rude włosy przyjaciółki.
– Kto biedactwo? Ona czy on? – chciał wiedzieć Potter.
– Myślę, że Snape – powiedział obojętnie Ronald, żując bez emocji Snickersa.
– Hermiono, ty szujo!– warknęła Ginny. – A prosiłam, żebyś nikomu…
– Daj spokój. To i tak przeterminowane, nie?
– No, w gruncie rzeczy…
Harry konspiracyjnie westchnął, przewrócił oczyma i dyplomatycznie powrócił do przepisywania od Hermiony skrupulatnej notatki na temat działalności gospodarczej Ślamazara Slytherina.

* * *

– Niebywałe! – zawołała z zadowoleniem Melpomena, przeglądając notatki Snape’a dotyczące veritaserum i innych tego typu bzdur. – Niesamowite!
– He – wypsnęło się Snape’owi.
– Więc jedziesz na sympozja naukowe do Stalingradu. Och, naprawdę, widać, że mieszanie mikstur to twoje życiowe powołanie.
Snape nie odezwał się. Milczenie jest złotem. Trudno był mu się w tej chwili ujawnić nawet przed samym sobą, że uwarzenie czegokolwiek innego niż prymitywny eliksir miłości, którego cudem udało się mu nauczyć w siódmej klasie, jest dla niego niewykonalne. Nawet zwyczajna zupa pomidorowa przekracza jego kompetencje.
– Sam to wszystko opisałeś? – zaatakowała ponownie Melpomena.
– Wzbkczsss – burknął Książę Eliksirów. Nie mógł przecież powiedzieć, ot, tak po prostu, że wszystko przepisał słowo w słowo z wypracowań jednej z uczennic, szlamy Granger, która, aż wstyd przyznać, naprawdę znała się na rzeczy o wiele bardziej, niż on sam.
– Aha – Melpomena przyjrzała mu się badawczo.
–I tak… A ty dokąd się udajesz? – zadał pytanie Severus, by skierować rozmowę na inne tory.
– W Buczaczu mam szkolenie z historii magii. Jest wielce prawdopodobne, że zastąpię w przyszłym roku profesora Binnsa…

* * *

Czas leczy rany – także i w przypadku Ginny powiedzenie to okazało się jak najbardziej trafne. Miłość do Pawła poszło w zapomnienie, choć jego była dziewczyna uwielbiała regenerować swój humor, ciskając w Pawła i Valerię Kinderbaum najróżniejsze, nietuzinkowe klątwy własnego autorstwa lub też zapożyczone. Toteż Pawełek i Valeria biegali po korytarzach Hogwartu pozbawieni nosów i uszu albo też z nadprogramowymi członkami czy też naznaczeni plagą mrówek. Czasem z zielonymi piktogramami na całym ciele spędzali weekendy w skrzydle szpitalnym pod ścisłym nadzorem pani Pomfrey. Najbardziej Weasleyówna lubiła doprawiać im ogony: począwszy od bobrowych, a skończywszy na zajęczych.
Jak widać powyżej, Ginny nie była zbytnio załamana rozstaniem i rozglądała się za nową ofiarą.

* * *

– Ale spotkamy się jeszcze, prawda? – Snape nie krył żałości.
– No jasne! Szukaj mnie koło czternastej w tę sobotę w barze „Lamus”, Buczacz nie jest daleko od Stalingradu… To znaczy jest, i to bardzo, ale od czego jest teleportacja? Potrafisz się przecież teleportować – Melpomena cmoknęła subtelnie zielonkawe czoło Snape’a, po czym deportowała się z dworca głównego.
Snape był opłakany. Od Stalingradu do Buczacza były setki tysięcy kilometrów. Na domiar złego, nie wiedzieć czemu, Dumbledore zabronił mu się teleportować. Wymysł starucha. Ale nie może przekroczyć jego zakazu.
To co robić?! Musi spotkać się z Melpomeną, musi, musi, musi!

* * *

Po kilkudziesięciu sesjach wykładowczych, jakie miały miejsce w ciągu tylko tych pięciu dni, Severus czuł się niedotleniony, wyczerpany psychicznie a także załamany nerwowo. Jednym słowem jego samopoczucie spadło dużo poniżej normy, było wręcz beznadziejne.
Żył tylko i wyłącznie myślami o sobocie. Zdesperowany, nie wiedząc, jak dostać się do Buczacza, ukradł na poczekaniu jakiegoś świstoklika.
Nieoczekiwanie świstoklik okazał się strzałem w dziesiątkę. Chociaż zaprogramowanie go tak, by wylądował przynajmniej w okolicach Buczacza, pochłonęło wszystkie wolne wieczory i większość świtów, po wielu trudach i zmaganiach Severusowi udało się dobrnąć do celu.

* * *

– Och, Severusie! Nawet nie wiesz, jak bardzo… – zaczęła Melpomena i zarumieniła się gwałtownie. Snape pewnie też by się zarumienił, gdyby nie to, że nie pozwalała mu na to karnacja. Jęknął więc tylko w duchu i spuścił wzrok.
– Miło mi cię widzieć – Melpomena ponownie powzięła próbę rozpoczęcia dialogu, lecz tym razem bardzo urzędowym tonem.
– Mi tszszsz – Snape, by rozładować napięcie, stworzył na ustach grymas, coś pomiędzy przejawem cierpienia a żałosnym, wymuszonym uśmiechem. I tak był z tego dumny – w końcu to jego debiut.
Melpomena, widząc jego wielką, heroiczną ofiarę przestała czuć się skrępowana.
– To co robimy? – zapytała.
Severus, który nie miał żadnego innego pomysłu jak tylko bar mleczny, biorąc pod uwagę zaniżone dotacje ze strony Dumbledore’a, zaczął rozważać kwestię ucieczki.
– Może ty coś zaproponuj? – całą siłą woli powstrzymał się, by na dodać „Ale coś taniego”.
– Chodźmy na spacer – czarownica zdawała się czytać w jego myślach.
– No to prowadź.

* * *

„Co ja wyprawiam?!”, zreflektował się Snape’owi po raz pierwszy powróciła światłość zamroczonego umysłu.
Dobre pytanie. Co wyprawiał? Szedł pod rękę z tłuściutką sportsmenką, rozprawiał z nią o prawdopodobieństwie ataku terrorystycznego na Hogwart i napawał się urokami natury. Strypa płynęła flegmatycznie pod mostem, wiatr grał żałobnego marsza. Szli powoli w milczeniu. Snape rzucił okiem na zegarek. Dochodziła piąta. Wpadł na genialny pomysł natychmiastowego odegrania groteskowego przedstawienia pod tytułem „O raju, już prawie piąta, trzeba wracać”. Wyszarpnął swą rękę z uścisku towarzyszki, ale nim zrobił cokolwiek więcej, uprzedziła go, atakując nieprzyjemnym środkiem.
– Severusie – rzekła pełnym natchnienia, uduchowionym głosem i spojrzała mu prosto w oczy.
– Co?! – osaczony Książę Eliksirów nadaremnie próbował uwolnić się spod morderczego spojrzenia.
– Severusie… Czy ty mnie kochasz?
Snape’a zupełnie zatkało. Miał dziwny zwyczaj uważać, że istnieje pewien wielce długi odcinek czasu, po którym dopiero można zadać to i tak absurdalne pytanie. Ponieważ jednak kobieta niecierpliwie wyczekiwała odpowiedzi, by zyskać na czasie, uciekł się do swojej standardowej wypowiedzi mającej symbolizować neutralność:
– Bwnczczs – wymamrotał.
– Severusie – poirytowana Melpomena dla lepszego efektu zrobiła bardzo długą pauzę, której Snape oczekiwał. – Severusie – pauza –premia. – Severusie! – jeszcze jedna pauza.
Przez chwilę Zakochany Severus chciał odpowiedzieć „Jasne”, lecz z głębi jego duszy wyrwał się dawny, sfrustrowany, odizolowany od społeczeństwa samotnik i hardo zakomunikował:
– Nie możemy być razem.
Cierpiętnica wydała pełen bólu skowyt, spoliczkowała go, by sobie ulżyć i pobiegła wzdłuż drogi. Po chwili znikła za wierzbą.
Snape wyjął z kieszeni pomięty, pomarańczowy świstek i przeczytał:

Melpomena Herzliger
Kommunismus Strasse 19/ 9
9752 Mistelbach

Przytargał karteczkę niezliczenie wiele razy, strzępy wsadził do jamy ustnej, zmasakrował państwowymi zębami, po czym z obrzydzeniem wypluł na chodnik, ściągając na siebie nieprzychylne spojrzenia emerytek.

* * *

Ginny absolutnie przestali absorbować wszelcy osobnicy płci męskiej. Zaczęła się za to spotykać z niejaką Dejanirą Channel, czystej krwi Puchonką z tego samego roku co Ginny. No cóż. Przynajmniej miały pewność, że po takiej antyreklamie nawet najgłupszy chłopiec nie będzie chciał cedzić z żadną z nich.
Bracia przestali publicznie przyznawać się do niej, Hermiona porzuciła działalność w WESZ i zasiała propagandę popierającą szerzenie lesbijstwa (sama zaczęła chodzić z Rusłaną Dakotov). Harry postanowił nie odzywać się do żadnej istoty ludzkiej, która nie jest płci męskiej, profesor Slughorn wykluczył ją z Klubu Ślimaka, a madame Rosmerta odebrała jej kartę stałego klienta Trzech Mioteł upoważniającą do zniżek.

* * *

Bill Weasley charknął dziko i zakrztusił się kawą.
– Czy wiecie, że Ginny… – rozejrzał się po kuchni, a nie dostrzegłszy ani atomu zaciekawienia, zabuczał pod nosem: – A, no tak. Severus pojechał, nie ma kto słuchać.

* * *

Snape pękł. Nie wytrzymał presji własnej psychiki. Dwudziestego siódmego lutego bladym świtem wykluczył się z dalszych sesji (tym razem miały one być w Krasnodarze) i jak najszybciej złapał świstoklika do Hogsmeade (co go podkusiło, żeby do Rosji jechać tym potwornym pociągiem?!).

* * *

Godzina 07:03, Hogwart, gabinet Dyrektora.
Łup, łup, łup.
– Kto tam, do diaska, o tej porze?!
– Ja.
– Severus!?
– No.
Albus natychmiast wyskoczył z łóżka, nakrył liliową koszulkę nocną beżowym szlafrokiem, wsunął papucie i otworzył wrota.
– Co ty tu robisz?!– zdumiał się Dyrektor.
– Stoję, nie widzisz– wyrzęził spocony, zdyszany Książę Eliksirów.
– Co ci jest?
– Z samego Hogsmeade szedłem na nogach, i to naokoło, bo Śmierciożercy znowu strajkują, wiesz, niskie pensje i tak dalej. Drugie pół drogi biegłem, bo gonił mnie jakiś wariat z piłą motorową twierdząc, że powinienem teraz być w Szpitalu Powołania Cesarza Franciszka Ferdynanda II i opiekować się chorą żoną.
– Severusie! Naprawdę nie wiedziałem, że ty…
– Nie wyprowadzaj mnie z równowagi.
– No, dobra. Ale dlaczego wróciłeś? Wiesz, że będę musiał ci to potrącić z wypłaty. A następne trzy miesiące będziesz żył o konserwach z Biedronki.
– Nawet mnie nie strasz.
– Po co przyszedłeś?
– Żeby się przywitać.
– To wracaj do Kwatery Głównej.
I Severus wyszedł.

* * *

Nic więcej się nie wydarzyło, pomijając fakt, że Książę Eliksirów obsesyjnie starał się przyspieszyć swój powrót do Hogwartu, a, co ważniejsze, zaczął stał się nałogowym alkoholikiem, aż w końcu pewnego pięknego poranka wylądował w izbie wytrzeźwień.
A gdzieś tam, w dalekim Buczaczu niejaka Melpomena Erato Gregoria zaczęła ćpać, później handlować haszyszem i grzybkami halucynkami. Któregoś dnia, wiedziona głodem narkotykowym, okradła sklep monopolowy, a zanim ją złapali, rzuciła się w odmęty Strypy.
Udało się ją odratować, ale do dziś jest w szoku i dzieli pokój z Matteo Golonką. Dobrze, że Snape o tym nie wie, bo na świecie ubyłoby jednego nauczyciela eliksirów, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu w jego gabinecie, na środku biurka spoczywała wielka księga „Seppuku na niepogodę”.

Agrypine Sirrah
28.05.2006, 17:02

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Badlura.

Strajkujący śmierciożercy, członkowie Zakonu, który na obiad mieli zupki Knora i Snape żywiący się konserwami z Biedronki. xDDD

10.07.2009, 14:47
ło

Fikcja to fikcja

30.09.2006, 21:02
Loony

acha

22.09.2006, 14:38
AS

BO TO MIAŁO BYĆ PRZYSTUKNIĘTE

27.08.2006, 16:51
shadow

Przepraszam za gramatykę...

18.08.2006, 23:26
shadow

OMG, wyluzujcie z tą Biedronką i kubkami Knorra. Przecież to wszystko jest do śmiechu!(!!) Opowiadanie lekkie i zabawne. Co z tego, że odrobinę badziewiaste (z szacunkiem dla Autorki ;) Naprawdę, nie wiem, co innym nie pasuje w tym, że nie próbowałaś napisać Kolejny Rok w Hogwarcie lub Wielkiego Romansu Harry'ego i Ginny i/lub Hermiony. Czy też wielkiej literatury. Fanficki takie jak te też mają prawo bytu. A mi się podobało. O.

18.08.2006, 23:24
Loony

to nie głupie jest ej ale troche przystuknięte

14.08.2006, 09:56
AS

Dzięki Hermiono13!!!

20.06.2006, 11:36
Hermiona13

To jest cool!!!!!!!!!!!!!!!!!! I mam głęboko to że Snape nie zachowuje się jak Snape no bo to nie jest Harry Potter Rowling!!!!! Gratulacje Agrypino!!!!!!

13.06.2006, 14:26
cytrynowydrops

no to zgoda. git;]a tam do Snape`a:rzucić go w diabły i czytam, bo to jest śmieszne. ale skoro już wybitnie niekanoniczne to wystarczy tylko życzyć Agrypine(lol Nata)aby lepiej się na przyszłośc wpisała w gusta większej rzeszy ludności(czyt. plebsu;];p). I NIECH NIKT NIE BIERZE TEGO DO SIEBIE!!!;d Amen.

9.06.2006, 22:05