Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Pióro

[V.] Autorka pragnie wyrazić, że utwór ten powiązany jest z Potterem, ale aby to zauważyć, trzeba przeanalizować część szóstą. Cokolwiek miałoby to oznaczać.




Mała Gretchen była zła!
Nie, nie zła. Mama mówiła, że człowiek nigdy nie jest zły, tylko rozgniewany i smutny.
Mała Gretchen była rozgniewana i smutna!
Mała Gretchen mieszkała sobie na przedmieściach Lubeku. Rodzice, którzy niegdyś mieszkali w stolicy, zbudowali tutaj wielki, piękny dom z gigantycznym ogródkiem, w którym każdego lata kwitły ogromne słoneczniki. Oczywiście to wszystko mogło się wydawać ogromne dla jakiegoś małego dziecka, ale nie dla Gretchen! Gretchen miała już pięć lat i doskonale znała świat. Wiedziała, gdzie na osiedlu jest sklep z cukierkami, wiedziała, gdzie jest plac zabaw i wiedziała, jak dojechać na pobliski basen. Była samodzielna i wyjątkowo niezależna! Ze wszystkich dzieci na osiedlu, tylko ona nie bała się zapuszczać do wielkiej puszczy za domem i tylko ona znała wszystkie jego zakamarki!
Mała Gretchen była za mała, by zrozumieć, że tak naprawdę to nie była puszcza, tylko kilka drzew na pustej ziemi wielkości dwóch działek. Mama dziewczynki ze smutkiem stwierdzała, że przy tempie, z jakim zbudowano to osiedle, pewnie na miejsce tych drzew niedługo zostaną postawione garaże, ale póki co nie chciała smucić swojej córki tą wiadomością. Gretchen od zawsze lubiła tam chodzić. Czuła się pośród tych drzew o wiele spokojniejsza i radośniejsza. To było jej i tylko jej miejsce, zarówno do zabawy, jak i do ukrywania się, zwłaszcza wtedy, kiedy się z kimś pokłóciła. Zresztą tego dnia szła tam, by się ukryć przed mamą.
Mała Gretchen nie mogła zrozumieć, dlaczego mama pozwala Tamarze nocować u Angeli, a jej na takie wieczory nie pozwala. Tamara jest tylko dwa lata od niej starsza i rodzice jej wciąż na wszystko pozwalają! Gretchen uważała, że to bardzo niesprawiedliwe. Spytała więc mamy po raz kolejny, dlaczego ona nie może iść nocować do koleżanki. Mama podała ten sam argument co zwykle – była na to za mała. Dziewczynka się zdenerwowała, popłakała, pokrzyczała, ale nic to nie dało. Mama była nieugięta.
Mała Gretchen postanowiła uciec. Daleko! Tam gdzie nikt jej nigdy nie znajdzie! Do puszczy! Wzięła swój mały, różowy plecaczek, zapakowała do niego kocyk, trochę słodyczy, butelkę soczku i ulubioną lalkę, po czym wymknęła się z domu i wyruszyła w świat!
Mała Gretchen idąc przez ogródek żegnała po drodze wszystkie kwiaty i wszystkie drzewa, które tak kochała. Trochę się jej zrobiło żal, że je opuszcza na zawsze, ale przecież nie zrezygnuje! Minęła furtkę prowadzącą do puszczy i ruszyła przed siebie. Tylko raz spojrzała tęsknie na swój stary dom, ale nie zmieniła decyzji. Zagłębiła się między drzewa. Kiedy straciła osiedle z oczu, rozłożyła swój kocyk pod jednym z drzew, położyła na nim swoją lalę i prowiant, po czym siadła zastanawiając się co teraz będzie robić.
Mała Gretchen pomyślała: „Dobrze by było zjeść część prowiantu, żeby się nie rozpuścił w tym upale.” Siedziała na kocyku i jadła czekoladę chwaląc się w duchu za swój pomysł. Życie bez rodziców, bez głupiej siostry i bez szkoły jest bardzo fajne. Powinna uciec już wcześniej. Po posiłku, napiła się trochę soku po czym położyła się na kocyku i zaczęła obserwować chmury. Były niesamowite! Jedne przypominały kształtem piłki, inne kaczki, a jeszcze inne pieski. Tamara bardzo lubiła pieski. Czasem bawiły się razem w pieska, Gretchen wtedy chodziła na czworakach i straszyła tatę głośno szczekając. Tatuś wtedy przerażony dawał jej lizaka i pies był cały szczęśliwy. Tamara jednak od jakiegoś czasu nie chciała się w to bawić. Głupia! Nie wie, co jest najlepsze!
Mała Gretchen przewróciła się na lewy bok i spojrzała na swoją lalę. Myśli dziewczynki zaczęły coraz bardziej kręcić się wokół jej głupiej siostry.
- W sumie, ciekawe jak ona sobie poradzi... – zwróciła się do lali smutnymi oczami - Przecies tylko ja wiem gdzie tatuś trzyma ciacha. No i ja wiem gdzie jest najlepsa kryjiuwka w chowanego. No i tylko ja wiem o ktiurej przejeździa pan lodziasz. – oznajmiła lalce z niejaką dumą. – Onia sobie beziemnie nie poradzi! Mama tes! I tatuś! Potsebują mnie!”
Mała Gretchen wstała i zaczęła się pakować zamiarem powrotu. Kiedy była już gotowa, zastanowiła się przez chwilę. Przecież nie może wrócić tak po prostu! Mama może sobie pomyśleć, że jej „maleństwo” nie dałaby sobie rady! A tego nie chciała!
Mała Gretchen stała zagniewana, zastanawiając się, co zrobić. Nagle dostrzegła błysk w trawie, pod drzewem, koło którego rozbiła swój obóz. Spojrzała się w tamto miejsce i kucnęła zafascynowana znalezionym przedmiotem.
Mała Gretchen wzięła pióro do ręki i obejrzała je dokładnie. Oczywiście widziała już ptasie pióra, wujek Hans je zbierał, ale nigdy takie jak to. Było przede wszystkim bardzo duże, aż dziw, że go wcześniej nie zauważyła. Chorągiewka była ciemnoniebieska, podobna do nocnego nieba, kiedy świecą gwiazdy, z kolei dudka była złota, albo przynajmniej wyglądała na szczerze złoto. Najbardziej jednak zafascynowały dziewczynkę dziwne linie tuż nad zaostrzonym końcem pióra. Na złocie, bardzo delikatnymi liniami, był wyryty mały orzeł, podobny trochę do tego z herbu, wiszącego w klasie Gretchen. Oprócz tego była wyryta literka „R”. Dziewczynka uradowana tym dziwnym znaleziskiem krzyknęła radośnie i, z piórem w ręku, pognała do domu by pokazać go mamie.
Mała Gretchen była dzieckiem. A gniew dzieci trwa krótko.

* * *

Mała Gretchen była zawiedziona obojętnością mamy, kiedy pokazała jej pióro. Większym entuzjazmem wykazał się tatuś, którego także zaintrygowało zdobienie na dudce. Mówił przy tym jakieś rzeczy, których dziewczynka nie rozumiała, ale to, co najważniejsze, udało jej się przechwycić. Mogła to pióro zatrzymać. Tatuś jednak ostrzegł ją, by uważała. Takie pióro jest na pewno bardzo cenne, więc szkoda by było, jeśliby się zniszczyło. Powiedział więc, że jeśli będzie się ono walać po jej pokoju, zamiast na swoim miejscu, to je zabierze. Dziewczynka przystała na ten warunek. Tatuś podarował jej nawet specjalne pudełko, by mogła je w nim trzymać.
Mała Gretchen położyła się więc po dobranocce spać, zadowolona z życia. Pięć godzin później obudziła się. Chciało jej się bardzo pić. Zaspana wstała i nie wkładając nawet kapci podeszła do okna, gdzie na parapecie stała butelka z soczkiem. Pijąc spoglądała przez okno na puszczę. Bardzo lubiła ten pokój, właśnie ze względu na widok z okna. Czasami, kiedy nie mogła spać, godzinami siedziała przy oknie i spoglądała między drzewa zastanawiając się, czy by nie wziąć kołderki i koca, i nie pójść tam spać. Tam musi być w nocy naprawdę wspaniale... leżeć na trawie i patrzeć w gwiazdy...
Mała Gretchen przyjrzała się dokładnie ciemności, jaka panowała między drzewami puszczy. Miała wrażenie, że tam coś się rusza. Kiedy była mała, myślała, że w tym lasku mieszkają wielkie magiczne zwierzęta, takie jak centaury, czy może jednorożce... Jednak teraz była duża i wiedziała, że tam nic nie ma! A jednak coś się poruszało. I to coś wyszło z lasku. Dziewczynka ze zdziwieniem stwierdziła, że był to jakiś pan. Tatuś dziewczynki zapalił na noc lampkę na ścianie domu, dzięki czemu Gretchen mogła dokładnie go zobaczyć. Przestraszyła się, nigdy nie widziała kogoś tak strasznego. Dziewczynka zauważyła, że ten pan jest zły... to znaczy rozgniewany i smutny! Chodził tam i z powrotem i chyba krzyczał. Rzucił swoje przeraźliwe spojrzenie na puszczę i w tym momencie Gretchen krzyknęła. Te kilka drzew, które tak kochała, stanęło w płomieniach. I na tym się nie skończyło! Z płonących drzew wyleciały ptaki, które na nich mieszkały. Przerażający pan wyciągnął w ich kierunku rękę, błysnęło coś zielonego i ptaki spadły nieżywe na ziemię.
Mała Gretchen krzyknęła jeszcze głośniej i skoczyła do łóżka. Po chwili do pokoju wpadł jej ojciec przerażony, co się stało. Nie było jednak porównania jego strachu ze strachem jego córki...

* * *

Mała Gretchen większą część Następnego tygodnia spędziła u policyjnego psychologa. Nie buntowała się, opowiedziała o wszystkim, co zobaczyła, miała jednak wrażenie, że pani psycholog nie wzięła na poważnie tego, co powiedziała. Pani doktor stwierdziła jedynie, że widziała podpalacza, ale boi się wspominać to wydarzenie, przez co gada teraz jakiś bzdury o zielonych światłach i martwych ptakach. Tatuś dziewczynki oburzył się i oświadczył, że jego córka nigdy, ale to nigdy nie kłamała i chociaż policja jej nie wierzy, to on tak. Mała bardzo się ucieszyła słysząc te słowa i poczuła prawdziwą wdzięczność.
Mała Gretchen bardzo długo płakała, gdy zobaczyła swój ukochany zakątek zupełnie spalony. Kiedy wezwano straż pożarną, ogień zaczął się już przesuwać ku ogródkom domków. Mieszkańcy odetchnęli głęboko z ulgą widząc, jak strażacy gaszą pożar na dziesięć metrów od ich furtek. Niestety puszczy nie dało się uratować. Zostało tylko kilka zwęglonych pieńków i wysepki spalonej trawy. Rodzice próbowali co prawda dziewczynkę uspokoić, ale ona tylko wtuliła się w jeden ze spalonych pni i wciąż płakała. Kilka dni później tatuś Gretchen wrócił do domu niosąc ze sobą dużą paczkę. Tamara zaraz rzuciła się na nią, pytając, czy to dla niej. Okazało się, że to prezent dla jej siostry. Gretchen zaskoczona rozwinęła paczkę i ujrzała trzy ładne sadzonki.. Krzyknęła z radości i rzuciła się w ramiona ojca. Godzinę później patrzyła na trzy piękne, młode drzewka dumnie stojące na miejscu dawniej puszczy. Tatuś powiedział, że zanim one urosną, minie kilka lat, ale dziewczynka się tym nie przejmowała. Uznała, że może zaczekać.
Mała Gretchen była dzieckiem. A dzieci bardzo łatwo uszczęśliwić, trzeba tylko wiedzieć jak.

* * *

Mała Gretchen już od trzech tygodni opiekowała się swoimi sadzonkami. Nadała im nawet imiona: Philipp, Claudia i Adela. Kochała je znacznie bardziej niż wszystkie swoje lalki i inne zabawki, zawsze były u niej na pierwszym miejscu. Kiedy był upał, podlewała je, by miały co pić i okrywała parasolką, by miały cień. Modliła się do dobrego Pana Boga o deszcz dla swoich sadzonek i zawsze z niepokojem patrzyła, czy zdrowo wyglądają. Niestety, pewnego dnia jej mama oznajmiła, że będzie musiała od następnego tygodnia iść do przedszkola.
Mała Gretchen zmartwiła się tym faktem. Lubiła chodzić do przedszkola, miała tam bardzo fajne koleżanki, a ich wychowawczyni, Pani Eliza, była bardzo miła. Ale rozpoczęcie się nowego roku w przedszkolu, oznaczało, że będzie musiała się rozstać ze swoimi sadzonkami i zostawiać je bez opieki. Tatuś co prawda zapewniał, że jak tylko będzie w domu, będzie miał na nie oko, ale to dziewczynce nie wystarczało...
Mała Gretchen siedziała na schodkach przed domem i rozmyślała o tej sytuacji. Osiedle co prawda stawało się coraz większe i coraz więcej ludzi się tu przeprowadzało, ale nie znała nikogo z okolicy, kogo mogłaby poprosić o przysługę. Tutaj wszyscy byli dla niej obcy... Choćby ten pan w czarnym płaszczu, który właśnie szedł po jej ulicy...
Mała Gretchen zdumiona podniosła głowę i zaczęła się dokładnie przyglądać temu Panu. On, najwyraźniej wyczuwając spojrzenie dziewczynki, zatrzymał się i obejrzał za nią.
Mała Gretchen poczuła jak jej serce zaczyna mocniej walić. Zbladła. Pan w czarnym płaszczu przyglądał jej się ze zdziwieniem. Nagle jego spojrzenie stało się ostrzejsze i dziewczyna zaczęła sobie przypominać, co się działo przed kilkoma tygodniami. Zbladła jeszcze bardziej. To był ten podpalacz, którego widziała w nocy! Chciała uciekać do domu, ale nie mogła. Coś ją uparcie trzymało na schodkach, tak, że nie mogła nawet kiwnąć palcem. To coś kazało jej także wracać myślami do tamtego zdarzenia. Najpierw widziała płonące drzewa, potem nagle jej myśli zaczęły krążyć wokół sadzonek, które stały na miejscu puszczy. Potem myślała o spadającym na ziemię martwym ptaku. Potem o drzewie, z którego wyleciał w świetle dnia, jaki był wtedy piękny. Potem jej myśli powróciły do momentu, kiedy chciała tam zamieszkać gdy uciekła z domu. Następnie zaczęła myśleć o piórze, które tam znalazła. Widziała oczami wyobraźni to pióro bardzo dokładnie. Niemalże mogła go dotknąć...
Mała Gretchen płakała gorzkimi łzami. W pewnym momencie poczuła, że ma władzę w nogach i że może panować nad swoim ciałem. Nie zważając na nic, pobiegła do domu krzycząc. Kiedy tatuś wyszedł przed dom na prośbę córki, mężczyzny z czarnym płaszczu już nie było...

* * *

Mała Gretchen bała się spać sama, dlatego wyjątkowo pozwolono jej spać z rodzicami. Leżała z nimi w łóżku z poczuciem gwarancji, że mając przy boku mamę i tatę, nic się jej stać nie może. Mimo to nie mogła spać. Leżała wpatrując się w sufit i wsłuchując się w chrapanie tatusia... do którego później dołączył się inny dźwięk. Odgłos bardzo cichych kroków. Dziewczynka w ułamku sekundy znalazła się pod kołdrą, ale potem wrócił do niej głos rozsądku. Przecież to musiała być Tamara!
Mała Gretchen poczuła nieodpartą potrzebę zobaczenia, co jej siostra takiego robi. Wyślizgnęła się więc z łóżka i boso, na paluszkach wyszła na pusty korytarz. Ostrożnie zbliżała się do pokoju Tamary. Nagle zamarła. Hałas nie dochodził z pokoju jej siostry, tylko z jej! Drzwi były uchylone i dziewczynka zobaczyła cień na jej dywanie. Przerażona chciała pobiec do pokoju rodziców, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Same szły w kierunku pokoju. Delikatnie poszerzyła szparę w drzwiach by móc lepiej widzieć. Na samym środku pokoju stał Pan w Czarnym Płaszczu którego już widziała. Grzebał w jej biurku, najwyraźniej czegoś szukając, w świetle jakiejś bardzo dziwnej lampki. W ręku trzymał patyk, na końcu którego świeciła jasna, złota kulka. Tak się przynajmniej wydawało, w rzeczywistości niczego tam nie było. Światło po prostu wydobywało się z końca patyka, tworząc złudzenie, że jest tam kula.
Mała Gretchen patrzyła się w to urządzenie zafascynowana, nie zwracając uwagi na to, że podpalacz się do niej odwrócił. Widząc jego twarz, dziewczynka zamarła. Mężczyzna złapał ją za koszulę od piżamy i pociągnął ku sobie.
- Gdzie jest pióro! – warknął ostrym, piskliwym głosem, przysuwając patyk do jej twarzy.
Mała Gretchen nigdy w życiu tak się nie bała. Teraz z całkiem bliska widziała przekrwione do bólu oczy mężczyzny, jego białą skórę i przerażający, krótki nos, przypominający jakiegoś gada. Jego długie palce zacisnęły się na jej szyi. Wpatrywał się w nią takim wzrokiem, jakby chciał ją zamordować. Dziewczynka zapłakała, ale nie mogła nawet pisnąć.
Mała Gretchen poczuła, jak jej spodenki robią się mokre. To musiało zaskoczyć mężczyznę, bo odskoczył od niej, patrząc na swoje buty. Dziewczynka zdała sobie nagle sprawę, że znowu ma władzę w nogach, więc wstała i wybiegła na korytarz. Nie myślała o rodzicach ani o Tamarze. Myślała tylko o tym, żeby uciec, jak najdalej tylko może. Wybiegła boso do ogródka i pobiegła do furtki. Po chwili usłyszała, jak człowiek w czarnym płaszczu też wybiega z domu. Dziewczynka dotarła jednak do furtki, szybko ją otworzyła i pobiegła przed siebie. Przystanęła i rozejrzała się. Normalnie schroniłaby się w puszczy, ale jej przecież już nie było! A do sąsiadów pobiec nie mogła, nie miałaby jak się tam dostać. Dziewczynka desperacko spojrzała na swoje kochane sadzonki. Pobiegła do nich i schowała się na nimi. Z przerażeniem patrzyła, jak podpalacz mija jej furtkę i idzie do niej spokojnym krokiem. Biedna dziewczynka nie zdawała sobie sprawy z tego, że sadzonki były jeszcze za małe by ją schronić. Kiedy mężczyzna w czarnym płaszczu stanął nad nią, ona zapłakała gorzko i w rozpaczy objęła Philippa, po czym skierowała swe znienawidzone spojrzenie na oprawcę. Ten wpatrywał się w nią z pewnym rozbawieniem. Kucnął przed nią i jednym ze swoich długich palców podniósł delikatnie jej główkę.
- Gdzie jest pióro? – warknął tym samym głosem co poprzednio.
Mała Gretchen znowu poczuła, że traci władzę nad swym ciałem. Oczami wyobraźni ujrzała znalezione pióro w pudełku, na półce nad jej łóżkiem. Potem znowu ujrzała tę przerażającą twarz. Podpalacz, najwyraźniej zadowolony, wstał i wrócił do domu Gretchen. Ta chciała krzyczeć, ruszyć za nim, zatrzymać go, by nie zrobił nikomu krzywdy, ale nie mogła się zmusić nawet do puszczenia Philippa.

* * *

Mała Gretchen została znaleziona około siódmej. Była zmarznięta, głodna i wystraszona. Nie chciała nawet puścić sadzonki. Nie chciała także mówić niczego o tym, co wydarzyło się w nocy. Przez kilka następnych lat miała cotygodniowe wizyty u psychologa, była strasznie ponura i smutna, rodzice nie mogli jej poznać. Starano się jej wmówić, że cokolwiek się zdarzyło owej nocy, było to na pewno tylko strasznym snem i że musi być lunatyczką, skoro obudziła się przy swoich sadzonkach. Po dwóch latach dziewczynka nawet w to uwierzyła i zaczęła wracać do normalności.
Mała Gretchen nadal opiekowała się sadzonkami. Tylko to sprawiało jej teraz radość. Zaczęła oszczędzać i po kilku tygodniach kupiła z tatusiem dwie nowe sadzonki. Nie nazwała ich jednak. Kiedy miała jedenaście lat, w dumą patrzyła na swoje drzewa, zadowolona, że jej ukochany zakątek z dzieciństwa zaczyna wyglądać tak jak wcześniej. Kiedy miała czternaście lat, wzięła udział w proteście przeciwko ich wycinaniu. Władze osiedla postanowiły zbudować tam garaże, ale dziewczyna przyczyniła się do zebrania ponad połowy głosów przeciw tej budowli. Kierowała się głównie do rodziców małych dzieci, którzy pozwalali swoim pociechom się tam bawić. Projekt nie został przyjęty i drzewa zostały. Na tą wiadomość dziewczyna, wraz z kilkunastoma dziećmi sąsiadów, zrobiła bal na cześć drzew, właśnie na tym małym skrawku ziemi.
Mała Gretchen musiała jednak w wieku dwudziestu lat wyjechać do Berlina na studia. Czule żegnała się ze swoimi rodzicami, ze swoją siostrą, z domem w którym spędziła całe życie, ale najczulej żegnała się ze swoimi drzewami, które tak mocno kochała. Tatuś obiecał, że będzie ich pilnował.
Mała Gretchen, a właściwie teraz duża Gretchen, zabrała ze sobą wszystkie pamiątki z dzieciństwa, pozostawiając po sobie tylko te co wstydliwsze, na przykład różowe, pluszowe króliczki. Chciała ze sobą zabrać pióro, które znalazła w kiedyś w starej puszczy, ale nie mogła go znaleźć.
Pióro najwyraźniej zginęło.
Mała Gretchen, rozczarowana, pojechała bez niego.

Keisy Kasandra Elizabeth de Teilor
21.05.2006, 12:34

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

neki

Mała Gretchen jest super! Moim zdaniem częste przywoływanie tego tytułu nadało bohaterce lekkości i jeszcze więcej dziecięcego uroku. Świetne opowiadanie. Najlepsze jest to, że Mała Gretchen ma swoją wielką pasję, ja od zawsze marzyłam o znalezieniu swojej ( narazie się nie udało ).

6.04.2010, 22:06
shadow

Niezłe.

21.08.2006, 22:03
Jaskułka

Tak, też myślę, że tak byłoby najlepiej.

26.05.2006, 20:21
Vanessa Samento

Ta "Mała Gretchen" jest po prostu przesadzona. Gdyby od tej frazy zaczynała się każda część oddzielona "***" to brzmiało by to fajnie. Ale w tej sytuacji połowa zdań zaczyna się na "Mała Gretchen" i jest to nieco nużące. Ale to tylko moje prywatne zdanie.

26.05.2006, 19:16
Noemi

Opowiadanie mi się podobało, ale przeszkadzały mi te błędy w wypowiedzi Gretchen. Wiem, że to też było zamierzone, ale przecież nie mówimy i nie myślimy z błędami ortograficznymi. Samo seplenienie rozumiem, ale tych błędów nie mogę znieść. I bardzo mi się podobają imiona Gretchen i Philipp. Za to masz plusa :)

26.05.2006, 08:02
Zireael

Keisy, ja myślę, że jest jak najbardziej jasna, tylko trochę irytująca. Wiesz, mi osobiście to "mała Gretchen" nie przeszkadza, chociaż w paru miejscach po prostu nie mogłam na nie patrzeć.

25.05.2006, 21:06
Keisy

Sądziłam, iż to oczywiste że zaczynanie wszystkich akapitów od "Mała Gretchen" (z wyjątkiem drugiego i przedostatniego) jest zalążkiem kompozycyjnym. Dziękuje za komentarz, ale czyżby ta pielegnacja była niejasna?

25.05.2006, 15:31
Vanessa de Samento

Po pierwsze: niesamowicie irytują mnie wykrzykniki w narracji. Po drugie: Denerwuje mnie ciągle powtarzane "Mała Gretchen". Myślę, że skoro napisałaś, że dziewczynka ma pięć lat to każdy o tym już wie i nie ma sensu przypominać o tym na każdym kroku. Po trzecie: podobało mi się. Rzadko spotykam fanficki Potterowskie pisane z punktu widzenia mugola. Plus za opis wydarzeń z punktu widzenia dziecka. I za horkruksy też.

25.05.2006, 13:02
Jess

Gniot gniotem, ale ten gniot bardzo śmieszny. A takie zabawne opowiadania to ja ogromnie preferuje. Dzięki za linka. (czy jak się to tam odmienia)Powodzenia w dalszym pisaniu.(może nie gniotów, ale śmiesznych opowiadań)

24.05.2006, 16:42
Jess

Ups! To jednak twoje?! No więc zwracam honor. Jak już mówiłam to opowiadanie jest niczego sobie, ale nie dorasta do pięt mojemu ukochanemu Hogwartowi... Natomiast Strefe Półcienia dawałam za przykład piszącej przyjaciółce. (Musze się jednak czesem powstrzymywać ze złośliwościami)Uniżnie przepraszam na mój pierwszy, jakże októtny komentarz, powiedzmy że go nigdy nie napisałam. (trzeba się jakoś zrehabilitować, nie?) Co do Hogwartu to szkoda że go nie skończyłaś, no ale. Co za forum Dziurawego Kotła? Jakoś nie barzdo kojarze. Odpisz, prosze. ( przepraszam za błędy)

24.05.2006, 10:08