Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień IX, cz. 3
Dzień IX, cz. 1Dzień IX, cz. 2
[V.] Nie będę nawet ukrywał, że jestem trochę zdenerwowany. Bardzo proszę nie wieszać psów na Opatrzności za to, że opowiadań jest mało, podczas gdy naród leni się i do pisania opowiadań się nie garnie. Tyle mam do powiedzenia.
– Niech ktoś uciszy tę owcę! – Hermiona zaczynała tracić cierpliwość.
– Bee!
– Ja nie dotykam cudzej własności – poinformowała ją Ingrid. – W przeciwieństwie do niektórych. – Popatrzyła z naganą na Gryfonkę.
– Krzywdę jej zrobię – powiedziała Granger całkiem wyraźnie mimo zaciśniętych ust i beczącej owcy trzymanej w dłoniach.
– Tylko proszę, nie dziś! – jęknęła Jaella. – Ja chcę lekcje odrobić, a ta hm… osoba nie jest warta nawet jednej morderczej myśli, durna cukiernica!
– Słyszałam! – wrzasnęła Stupborn.
– Myślisz, że jak jesteś Ślizgonką, to ci to ujdzie płazem?
– Jeśli miałabym prosić kogokolwiek o pomoc w utylizacji twej jakże nieciekawej osoby, to znalazłabym chętnych wśród przedstawicieli wszystkich domów – powiedziała Jaella.
– Ty…
– Przeklinam cię. Złam nogę – przerwała jej bezceremonialnie Jaella, uśmiechając się paskudnie.
***
520 jak na zaistniałą sytuację czasoprzestrzenną było raczej luźne. Sam i Łapa zainstalowali się na tzw. „kole”. Mierzeja nie wykazywała skłonności samobójczych, czy też morderczych, co wpływało korzystnie na samopoczucie Syriusza. Na kolejnych trzech przystankach pasażerowie sprawnie przemieszczali się między wnętrzem, a zewnętrzem pojazdu. Ikarus warczał, szarpał i trzeszczał – nic nowego, jeśli chodzi o środki komunikacji zbiorowej. Kierowca traktował pasażerów jak kartofle i przed światłami hamował całkowicie niespodziewanie bez względu na kolor sygnalizacji.
Kierowca, zgodnie więc ze swoją zasadą, zobaczywszy czerwone światło, radykalnie zmniejszył prędkość pojazdu z sześćdziesięciu kilometrów na godzinę do zera, pozostawiając los pasażerów zasadzie zachowania pędu.
W tej też chwili Łapa poczuł coś dziwnego, a potem świat eksplodował fontanną białych iskier, by niespodziewanie zgasnąć.
***
Teoretycznie autobus 408 porusza się szybciej niż 520.
Praktycznie ma o dwa przystanki mniej.
Praktycznie jest też dużo wolniejszy, o czym Severus właśnie się przekonał.
***
Wszystko miało pójść zgodnie z planem, który zakładał unieszkodliwienie tego faceta, likwidację celu i spokojny powrót do domu.
4:2, czyli sprawiedliwy układ. Nie można było nic zarzucić dwóm wyrostkom zajmującym się pierwszą częścią operacji – facet leżał na podłodze autobusu nieprzytomny i nieszkodliwy, ale „Chłopcy” profilaktycznie raz po raz dbali o to, by na dość długo zapamiętał ten dzień.
Druga część planu była w tej chwili raczej niemożliwa do wykonania, a trzecia pozostawała w sferze odległych marzeń z bardzo prostej przyczyny – nikt nie uprzedził nas, że wampirek to wiedźma.
Ludzie nie zwracali uwagi na dziwną sytuację na „kole”. Znieczulica i wrodzona chęć zachowania własnej skóry w całości wpłynęły odstraszająco na spragnione sensacji babcie.
Tak więc staliśmy teraz we dwóch w nieco niewygodnych pozach: Ali opierał ostrze swojego noża na jej wyciągniętej dłoni. A ja? Ja chciałem przebić jej serce srebrnym sztyletem, ale ona wytrąciła mi go przy pomocy własnego.
– Kim wy do chollerry jesteście?! – wycedziła.
„W pojazdach ZTM–u nie można czarować” – pomyślałem, patrząc na Aliego ze zdziwieniem. – „Jakiekolwiek zaklęcia, by zadziałać, powinny zostać wypowiedziane przez kogoś o poziomie powyżej 26”.
Ali nie odpowiedział na moje porozumiewawcze spojrzenie – stał sparaliżowany.
Dredy powoli zaczęły mi stawać dęba nie tylko z powodu owej analizy, ale spory wpływ na taki stan mojego ciała mógł mieć jej nóż na moim gardle i nagłe zniknięcie dwóch pomocników.
– Zadałam pytanie.
Sztylet zaczynał przebijać się przez moją skórę.
– ŚMIERĆ KRWIOPIJCOM – stwierdziłem, nie oczekując odzewu. – ZAWSZE I WSZĘDZIE.
– NIEPOKÓJ ICH DUSZOM, GDZIEKOLWIEK SĄ – odparła. – Kto wymyślił to durne hasło?
– Klementyna Kordecka w 1712 roku – powiedziałem bez zastanowienia.
– Nawet nie chcę wiedzieć, dlaczego Wojciechowski was przysłał. – Opuściła rękę. – Ale nie życzę sobie więcej wizyt. Wiesz, co to jest? – Pokazała niepozorny pierścionek z czarnym oczkiem.
Pomyślałem, że to niemożliwe, a ona, wykorzystując tą jedną chwilę, chwyciła rękę nieprzytomnego faceta, otworzyła awaryjne drzwi i wraz z nim zniknęła w teleporcie. W tej samej chwili Ali przewrócił się jak kłoda.
Żaden z pasażerów nie zareagował, a ja cały czas miałem przed oczami „Pierścionek z Czarną Dziurą” – własność Viktorii, nauczycielki mojego ojca, o którym to niejednokrotnie mi opowiadał.
Usiadłem na podłodze.
Ona? To niemożliwe. Przecież wyglądała jak wzorcowy wampir. Tyle że wampiry nie noszą srebra i nie mają jedynego egzemplarza „Pierścionka z Czarną Dziurą” należącego przedtem do Łowczyni.
I jak ona się teleportowała? Przecież w promieniu pięćdziesięciu metrów od McDonald’sa praktycznie magia nie działa, a ona otworzyła teleport, gdy mijaliśmy ten budynek.
***
Jak można się domyśleć, teleport nie zadziałał tak, jak powinien. Prędkość została zredukowana minimalnie, więc można uznać, że redukcja takoważ miejsca nie miała.
W przypadku Sam zadziałało któreś z licznych zaklęć ochronnych, więc wylądowała na chodniku, nie odnotowawszy większych uszkodzeń ciała.
Z Syriuszem rzecz miała się zupełnie inaczej.
Na skutek błędu teleportu jego „lądowanie” było raczej twarde i nieprzyjemne.
– Świetnie. – Słowa były nasączone maksymalną ilością jadu. – Cudownie.
Wstała i rozejrzała się w poszukiwaniu Łapy.
– Cukier!
***
Konrad siedział na biurku dyspozytorki i wpatrywał się na zmianę w ekran komputera i zawieszoną na ścianie mapę. Wyciągnął telefon i wybrał numer z listy.
– Tak?! – zabrzmiało w jego słuchawce i było niesamowicie wręcz nieuprzejme.
– Tak sobie pomyślałem…
Przerwała mu.
– Co byś powiedział na pacjenta zawieszonego w czasie?
– Zależy, jakie ma obrażenia.
– Jakbym je w pełni znała, to zabawa z czasem byłaby zbędna!
***
We wnętrzu niebieskiego cienko–cienko zaparkowanego przy McDonald’sie coś zaczęło dymić, by za chwilę eksplodować i zdenerwować właścicielkę auta.
***
408 w ślimaczym tempie mijało przystanek Zajezdnia Ostrobramska. Severus bez większego zainteresowania wpatrywał się w okno. Pogoda w dalszym ciągu nie miała zamiaru pokazać swej lepszej twarzy, więc deszcz padał ulewny, nieprzerwany i niezaprzeczalnie mokry. Spojrzenie Miszczunia przykuła pewna postać, ale szybko uznał, że to niemożliwe.
***
– Nie musisz być taka niemiła. – Konrad pospiesznie zamknął laptopa i ruszył z kopyta w kierunku postoju karetek, potrącając licznych tego dnia pacjentów i usiłując jednocześnie ustalić miejsce pobytu jednego z kierowców.
– Nie jestem niemiła! – zabrzmiało w słuchawce. – Jestem zdenerwowana i zła! Nie dość, że ten durny element krajobrazu, będący również centrum kapitalistycznego wyzysku i niezdrowej żywności, blokuje mi zaklęcia, to nie jestem pewna, ile masz czasu, by przysłać tu to wyjące paskudztwo!
Konrad odnalazł pokój kierowców, otworzył drzwi i wskazał bezgłośnie na jednego z grających w karty mężczyzn.
– Daj mi siedem minut.
Otworzył nieoznakowane wrota prowadzące do kolejnego pomieszczenia.
– Sześć – poprawił się i wyłączył komórkę. – Jedziemy! – poinformował dwuosobowe zbiorowisko, które do tej pory spokojnie popijało kawę.
***
Jak można się było spodziewać, przekleństwo Jaelli podziałało bezbłędnie. Większość zebranych wokół Ingrid osób była całkowicie przekonana, że zrobić krzywdę swym odnóżom na prostej drodze, bez udziału dowcipów, pułapek i schodów, jest w stanie tylko Mierzeja.
– Idę po Sam – powiedziała Jaella, niespiesznie wspinając się po schodach.
– Nie ma jej – poinformowała wszystkich Hermiona.
– To idę po panią Pomfrey.
– Jej też jeszcze nie ma – stwierdziła Ginny.
***
– Glizdogon!
– Słucham, wasza złośliwość!
– Czy kawa gotowa?
– Jaka kawa?
Czarny Pan popatrzył z niezaprzeczalną złością, dezaprobatą i znudzeniem na swego marnego sługę.
– MOJA kawa – powiedział.
Peter pognał w kierunku kuchni.
***
Jak można się było spodziewać, na drodze pojazdu uprzywilejowanego wyrastały taksówki, czerwone światła i duża liczby pieszych.
– Takie są efekty twoich skrótów – powiedział Konrad, wskazując na zakorkowaną Ostrobramską, w którą nawet nie mogli skręcić.
– Wyluzuj. – Kierowca opatrzony plakietką „Waldek” zakręcił nieco bardziej w lewo i ruszył przeciwnym pasem ruchu.
Pojedyncze auta jadące z przeciwka umykały na prawo, lewo oraz zarośnięty krzakami pas zieleni.
– Mówiłem, że dojedziemy, to dojechaliśmy.
– Mówiłeś „wyluzuj”.
– Na jedno wychodzi – orzekł kierowca.
Konrad nie zamierzał się sprzeczać, szczególnie że na następnym skrzyżowaniu dość gwałtownie zmienili kierunek ruchu na poprawny, przejechali na skos trzy pasy jezdni i zatrzymali się w zatoczce autobusowej.
– Ruszać się, panowie, i ty też, Elka – rzucił Konrad, wysiadając z pojazdu wraz z odpowiednich rozmiarów torbą.
***
Marsz pogrzebowy odezwał się dość głośno.
– Tak? – spytała Sam. Telefon trzymany był między ramieniem a uchem, a wzrok właścicielki owego pytania podstawowego błądził po okolicy w poszukiwaniu migających niebieskich światełek. Z przeciwnej strony odpowiedziało jej milczenie. – Czego chcesz, Piotrek? – spytała rozpoznawszy uprzednio numer dzwoniącego. W dalszym ciągu nikt nie odpowiadał. – Zaraz się rozłączę – ostrzegła Sam, ujrzawszy w oddali karetkę.
W słuchawce dało się słyszeć jakieś trzaski i szepty, a potem odezwała się Hermiona.
– Ginny. Daj telefon… Tak… Dawaj!… Sam? Mamy problem natury medycznej.
– Jesteś na górze?
– Tak.
– To schodzisz na sam dół, pierwsze drzwi po lewo. Korytarzem prosto, potem w prawo i drugie drzwi od strony zachodniej.
– Ale…
– Będziesz wiedziała dlaczego – wyjaśniła Mierzeja i rozłączyła się. W jej stronę ruchem jednostajnym przemieszczał się wysoki brunet dźwigający sporych rozmiarów torbę z wyraźnie namalowanym czerwonym krzyżykiem.
***
Pansy Parkinson pomogła dotrzeć Ingrid do wyznaczonych drzwi, które okazały się teleportem. Wszystko było w najlepszym porządku – tyle, że znalazły się na mugolskim oddziale ortopedii, o czym Sam nikogo nie uprzedziła.
***
– Wiesz, ile minut nam zostało? – Konrad ukląkł obok Łapy i zaczął szukać odpowiednich jego zdaniem obrażeń.
– Kilkanaście… chyba – powiedziała Mierzeja.
– Zabieramy! – poinformował resztę zespołu.
Sam wykazała minimum zainteresowania jego działaniami. Stała sztywno wyprostowana, z rękoma ukrytymi za plecami.
Sanitariusz i kierowca zapakowali Syriusza na nosze.
– Jedziesz? – Konrad znacząco wskazał wnętrze pojazdu, gdzie umieszczono Łapę.
Sam wzruszyła ramionami.
– Pokaż ręce – powiedział, tknięty typowym lekarskim przeczuciem.
– Nie.
– Pokaż. Nie bądź dzieckiem. – Chwycił Mierzeję za prawą rękę tuż powyżej łokcia.
– Auć! Zostaw! – zaprotestowała.
– Coś ty właściwie robiła? – spytał, (siłą, przemocą itp.) udostępniając sobie jej rękę.
– Nigdy nie wyskakiwałeś z szybko jadącego pojazdu? – spytała z sarkastycznie złośliwą nutą w głosie.
– Nie wygląda to aż tak źle – stwierdził, oglądając dłoń. – Widziałem gorsze przypadki. Pokaż lewą.
Mierzeja pokazała.
– To twoje? – spytał, wskazując na parasol i aktówkę.
– Tak…
– To jedziesz z nami – poinformował ją, chwytając jej rzeczy.
– Ale…
– Waldek. Pomóż wsiąść naszej księżniczce – polecił Konrad, przestając zwracać uwagę na Mierzeję.
***
– Gips? – spytała z przerażeniem Ingrid.
– A czego się spodziewałaś? – odparł tym samym sposobem podstarzały ortopeda. – Ale nie przejmuj się. Sześć tygodni i będzie jak nowa.
***
Severus Snape dotarł wreszcie do Chomiczej Piwnicy, mimo iż komunikacja miejska bardzo mu w tym przeszkadzała.
Obecnie zamknął się w swoim prywatnym laboratorium i przeglądał efekty pracy uczniów. Owych efektów był pokaźny stos, gdyż Severus najwyraźniej był w kiepskim nastroju i odreagowywał, zmuszając nieszczęsnych uczniów do pisania całkowicie niezapowiedzianych kartkówek.
Dzieło rąk uczniowskich przedstawiało się zdaniem Miszczunia miernie. Ginny Weasley udzieliła jakiejś pokrętnej odpowiedzi na równie pokrętne pytanie, więc Snape odjął jej trzy punkty. Jej koledzy i koleżanki spłodzili jeszcze bardziej bezsensowne bzdury, więc im odjął po pięć.
***
Albus Dumbledore uchylił drzwi prowadzące na korytarz. Przed chwilą był niemal pewny, że coś słyszał, ale szkoła wydawała się być wyludniona.
***
Waldek prowadził pojazd w sposób sugerujący, że bardzo zły wpływ miało na niego spotkanie z Mierzeją. Nie chodzi o samo spotkanie – gdyż było ono raczej krótkie, ale o pewną cechę właściwą ludziom pokroju Waldka. Umieszczenie dziewczęcia we wnętrzu pojazdu wydawało się czymś prostym – jak krojenie chleba. Nikt nie jest jednak zadowolony, gdy okazuje się, że bochenek jest olbrzymim ludożercą, a my uzbrojeni jesteśmy w dwie plastikowe wykałaczki.
Sam nie przejawiała skłonności do współpracy i bez problemów wskoczyła do karetki. Waldek trochę za długo obserwował pewne wyeksponowane rejony Mierzei, co mogło się zakończyć rozlewem krwi. Nie doszło do niego tylko ze względu na interwencję Konrada, który zatrzasnął drzwi.
Na tym jednak całe zajście się nie skończyło. Gdy tylko ruszyli, Sam całkiem głośno stwierdziła:
– A żeby cię… ty sam dobrze wiesz co… trafiło!
Waldek zastanawiał się, co to jest to „ty sam dobrze wiesz co”, ale przypomniało mu to tylko klątwy jego babci. Do tej pory pamiętał te wstrętne, okropne, brudne i wystrzępione, krwiożercze, pluszowe zające, które prześladowały go we śnie… i czasami na jawie.
***
Konrad zbadał Syriusza przy pomocy najprostszego z zaklęć medycznych.
Sam obojętnym wzrokiem wpatrywała się w ścianę pojazdu, nie zwracając uwagi na otoczenie.
***
Ingrid spokojnie przemieszczała się między oddziałem ortopedycznym a zamówioną taksówką – głównie dzięki Pansy Parkinson popychającej wózek ze stałą prędkością.
– Odegram się na niej – wycedziła Stupborn.
– Hm… co? – spytała nieprzytomnie Pansy, rozglądając się po typowo mugolskim korytarzu i starając się uniknąć bliższych spotkań z pędzącymi na swoich „bolidach” starszymi babciami.
– Mówiłam, że się na niej odegram. Słuchasz mnie?
– Tak, oczywiście. Należy się jej – zgodziła się Parkinson. – Przemądrzała flądra myśli, że zjadła wszystkie rozumy. Jak to się stało, że do tej pory nie odniosła w szkole poważniejszych obrażeń?… Ech… Gdzie tu jest sprawiedliwość? Że też taka Granger może sobie swobodnie chodzić po świecie…
– Granger?
– A nie o niej mówimy? – zdziwiła się Pansy.
–Nie!! Mówimy o tej przeklętej Sssamancie Sssearch!
– Jest dziwna jak na Ślizgonkę, ale wolałabym z nią nie zadzierać.
– A dlaczegóż to?
– Po pierwsze… – Parkinson zmarszczyła swą nieciekawą twarz, co miało zapewne sugerować wzmożone procesy myślowe. – …jest Ślizgonką. Można powiedzieć, że to ekscentryczka, ale raczej nieszkodliwa w sytuacjach pokojowych. Po drugie jest wnuczką Sama–Wiesz–Kogo…
– Profesora Snape’a?
– Nie wygłupiaj się, bo pomyślę, że wychowywałaś się na prowincji… więc – Pansy podjęła przerwany wątek – jest jego wnuczką, ale odważyła się mu przeciwstawić. Jest z nim w regularnym konflikcie i dalszym ciągu żyje. Po trzecie: doskonale sprawdza się w warunkach bojowych. Jej głos powala, a spojrzenie budzi grozę, a po czwarte… – Parkinson zobaczyła coś w oddali.
– Co? – zainteresowała się Ingrid.
– Ona tam idzie, jest wściekła i nie wygląda na pokojowo nastawioną względem kogokolwiek. – Pansy usiłowała schować się za popychanym dwuśladem.
***
– Wiedziałem, że tu wrócisz – powiedział Teodor, dziarsko maszerując obok Sam.
– To dziwne, ale ja tego nie wiedziałam. Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób wytrenowałeś swoje wewnętrzne oko, by widzieć przyszłość tak wyraźnie?
W owej wypowiedzi czaił się niczym nieosłonięty sarkazm i całkiem spora ilość złości, więc Restaud postanowił zmienić temat.
– Mam doskonały pomysł, jak zdobyć niezbędne informacje do tego durnego śledztwa. Pomożesz mi.
– Ja? – Zamrugała nieco zdziwiona. – Nie widzisz, że jestem kontuzjowana? – Pomachała mu uszkodzonymi kończynami. – A tak właściwie to czemu nie podręczysz kogoś innego? Mam dość własnych problemów! Nie potrzebuję dodatkowych atrakcji, a poza tym NIE INTERESUJE MNIE TA SPRAWA! I wiesz co? Marzę, żeby mnie wylali, żebym nigdy więcej nie musiała spotykać się z problemami innych ludzi! Nie zamierzam pomagać ani tobie, ani nikomu innemu! Najwyraźniej jestem aspołeczna, ale to chyba jedyny sposób, by mój świat wyglądał nieco lepiej. I nie myśl, że zmienię zdanie!
– Siadaj – polecił Teo dziwnie stanowczo.
– ?
– Ten młodociany lekarczyk ma tu zaraz przyjść – wyjaśnił. – Więc nie krępuj się: siadaj i kontynuuj, jeśli chcesz. Na mnie to nie robi wrażenia.
***
– Chyba nie myślisz, że zgodzę się na jakiekolwiek zastępstwa?! – Severus starał się nie okazywać więcej złości niż należało.
– Przecież nie jest to dla ciebie żadnym problemem. – Dumbledore wyjrzał na chwilę zza biurka, by ponownie za nim zniknąć. – Widziałeś gdzieś te dziwne dokumenty, które mam podpisać? Nigdzie nie mogę ich znaleźć. Podobno przyszły pocztą…
– Żadnych zastępstw.
– Oj… to przecież tylko godzina wychowawcza. – Albus wysypał na blat zawartość jednej z szuflad i zaczął przeglądać powstały chaos. – Powinieneś czynnie uczestniczyć w godzinach wychowawczych. To bardzo pomaga młodzieży.
Severus zmarszczył brew.
***
– Zaczniemy od tego, że przekazałem twego ochroniarza w godne zaufania ręce, więc możesz być nastawiona optymistycznie – powiedział Konrad, otwierając drzwi i gestem zapraszając do środka.
Sam z całą obojętnością wzruszyła ramionami, ale efekt popsuły pozostałe składowe elementy kończyn chwytnych.
– Hej!?! – Konrad chyba zaczynał się niecierpliwić. – Nie rób mi takich numerów.
Teodor stojący do tej pory tuż obok Sam przez chwilę miał ochotę zapytać, o jakiego tylu numery chodziło.
– Ech… – westchnął lekarz i chwyciwszy Mierzeję za łokieć postanowił pokierować ją wprost w otwarte wrota pomieszczenia.
Powietrze stało się dziwnie oleiste i lepkie.
Teodor profilaktycznie odsunął się.
Coś zaiskrzyło.
Mierzeja zamrugała i rozejrzała się nieco nieprzytomnie.
– Nic się nie stało. Oczywiście, że nic mi się nie stało… – analizował Konrad, uprzednio puściwszy Mierzejowy łokieć, i usiadł na podłodze, czego zdecydowanie zabraniały przepisy BHP. – Jestem w jednym kawałku. – Sprawdził, czy wszystkie istotne elementy są w dalszym ciągu przymocowane do innych równie ważnych.
– Coś ty mu zrobiła? – spytał Teodor, nieufnie przyglądając się Mierzei.
– Ja…???
– To pewnie jakieś zaklęcie ochronne. – Konrad wstał nieco chwiejnie. – Prawda?
– Jakie zaklęcie? – Sam spojrzała najpierw na wampira, a potem na Konrada.
– Nie. Nie przejmuj się, to pewnie jakaś klątwa… – zaczął niepewnie.
– Jaka klątwa? – Sam cofnęła się, by w polu widzenia mieć obu nieco zdenerwowanych osobników.
– Może wejdziesz? – zasugerował Teodor, wskazując otwarte drzwi.
Powietrze ponownie stało się lepkie i smakowało rychłym nadejściem wyładowania thaumicznego.
I wtedy TO się stało.
***
Leo utknęła na 820 stronie podręcznika „Anatomii stosowanej” – tekst był nudny, beznadziejny i naszpikowany nieznanymi jej sformułowaniami, wyglądającymi niezbyt dobrze w otoczeniu takich słów jak „żołądek” czy „kolano”.
– Herbaty! – jęknęła nieszczęsna studentka, z niemałym trudem przedzierając się przez dżunglę notatek i podążając w kierunku kuchni. – Z cytryną i dwoma kostkami cukru w kostkach.
Napełniła czajnik i postawiła go na największym palniku. Zza tostera nieśmiało wychylała się okładka „Ratownictwa na co dzień i w razie przypadków świątecznych”.
– Jak ja nie cierpię smerfów! – mruknęła Leokadia, sięgając po kolejny znienawidzony podręcznik.
***
Teodor najspokojniej w świecie pokonał w najkrótszym czasie odległość dzielącą go od podłogi.
– To niemożliwe… Nie tutaj… – wymamrotał Konrad, powoli osuwając się na powierzchnię poziomą.
Sam popatrzyła na nich nieco zdziwiona. Konrad leżał na brzuchu, a twarz zasłaniały mu włosy. Teodor wręcz przeciwnie.
– Przecież wampiry tak nie reagują – powiedziała Mierzeja do siebie i niezaprzeczalnie pustego korytarza.
Restaud otworzył ślepia, wymamrotał coś niezrozumiałego, po czym oczy uciekły mu w głąb czaszki.
– Co się dzieje??? – spytała z paniką, klękając między nimi i mając nadzieję wybadać czynnik mający wpływ na taki a nie inny bieg wypadków. Nie mogąc skorzystać z dłoni, dotknęła Konrada łokciem – nic, całkowita cisza i żadnych nieprawidłowości. – Hej! Co ci jest? – Z niepokojem przyglądała się siniejącym ustom wampira. Zerwała się z kolan i pobiegła w kierunku głównego korytarza oddziału.
***
Fred i George siedzieli w kawiarni „F.S.W. Dibblerowicz” i przez szybę obserwowali postępy ekipy sprzątającej, którą za symboliczną opłatą przysłał zarząd pasażu handlowego.
– Towar był ubezpieczony, lokal również – stwierdził ze smutkiem przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej. – Pieniądze wypłacimy na początku przyszłego tygodnia rozliczeniowego.
– A kiedy taki tydzień rozliczeniowy się zaczyna? – spytał Fred.
– W poniedziałek o 10.00.
***
Sam rozejrzała się po korytarzu głównym – też był pusty.
– O co tu chodzi? – spytała samą siebie, jednocześnie starając się sprawdzić telepatycznie, czy ktoś jest za najbliższymi zamkniętymi drzwiami. Coś było zdecydowanie nie w porządku. Rozejrzała się jeszcze raz.
– Skup się i nie panikuj – powiedziała. – Ktoś cię najwyraźniej blokuje.
Poczuła pieczenie w poparzonych palcach, zaklęcie odcinające dopływ bodźców również zostało zablokowane.
– Nie mogę blokującego wyśledzić myślą ani zaklęciem rzucanym przy pomocy różdżki – analizowała Mierzeja. – Ale jest przecież ten zestaw gestów przeznaczony do bezgłośnego… auć, kurde… a właściwie, to co mi szkodzi spróbować?
***
Severus oparł dłonie o chłodny blat biurka. W głowie mu wirowało i nie mógł się skupić. Sprawdzanie kartkówek normalnych uczniów było zajęciem nudnym, choć niekiedy śmiesznym – szczególnie przy ocenianiu bezsensownego, pseudonaukowego bełkotu Gryfonów.
– Jesteś chory? – spytał Lupin, przenosząc z jednego do drugiego kąta piwnicy jakieś nikomu nie znane podręczniki.
– To nie twoja sprawa – rzucił Snape, podnosząc głowę.
– Przepracowujesz się – ocenił Remus układając książki na półce. – Za dużo obowiązków, a za mało czasu. – Obejrzał się na Severusa. – Może powinieneś bardziej stanowczo odmawiać Albusowi. – Lupin postukał palcem wskazującym w prawe skrzydełko własnego nosa.
Severus popatrzył na niego zdziwiony.
– Idź coś z tym zrób, bo wyglądasz okropnie – poradził Remus, ponownie wskazując nos.
Severus powoli przeszedł do łazienki i zamknął drzwi na klucz.
Przestrzeń wyłożona kafelkami była tu ogromna, ale Miszczunia nie interesowało, kto i w jaki sposób to zrobił. Oparł ręce na umywalce – zapiekły go. Uważnie obejrzał dłonie.
– Może jakiś odczynnik… – zaczął się zastanawiać.
Dokładnie umył ręce i w końcu zerknął w lustro.
– Tego tylko mi brakowało do szczęścia – mruknął.
Pomieszczenie zakołysało się niebezpiecznie.
***
– Jak to było…? – Sam usiłowała sobie przypomnieć lekcję, na której nie uważała. Cały rytuał miał związek z siłami natury i pozwalał podobno obejść najbardziej skomplikowane problemy magiczne. – Ciepło ziemi i zmienność nieba oraz wiatr… – Sam usiadła na podłodze i zawiesiła dłonie kilka centymetrów nad nią. Zamknęła oczy i obróciła dłonie wnętrzem do góry. Oktarynowe iskierki pojawiły się na czubkach palców, więc powoli zbliżyła je do siebie.
Świetliste punkty zaczęły zrazu niespiesznie, a potem coraz szybciej przeskakiwać między dłońmi Sam. Przygryzła wargę i złączyła je – oktarynowa pajęczyna zniknęła.
– Mam nadzieję, że ci smakowało – wycedziła Mierzeja w kierunku nieznanego adresata.
Czuła się fatalnie. Powoli wstała i oparła się plecami o ścianę. Kręciło jej się w głowie – raz szybciej, raz wolniej. Świat powoli odbarwiał się, by ostatecznie stać się zbiorem szarych plam.
– Cudownie – powiedziała sama do siebie, po czym ponownie wylądowała na podłodze. Coś kapnęło na wyczyszczoną, gładką powierzchnię. – Znowu?
Gdzieś w oddali trzasnęły drzwi. Odgłos kroków najpierw powoli oddalał się, a potem bardzo szybko zbliżał.
Gdzieś blisko – za jednymi z drzwi głównego korytarza właścicielka niebieskiego cienko–cienko usiłowała ugasić pożar własnej torebki.
Dla Sam świat zgasł z cichym pyknięciem.
***
Gdzieś w jednym z warszawskich biurowców.
– Czy wy potraficie wszystko spaprać?
Dwaj stojący przed swoim bossem czarodzieje woleli nie odpowiadać – odpowiedź mogła być groźniejsza niż klątwa, którą rzucili przed kilkoma minutami.
***
Jakub zaprzestał spożywania trunków – nie żeby nie miał na nie ochoty, ale coś podpowiadało mu, że może być potrzebna pewna jasność umysłu.
Kaze chrapał w najlepsze z głową na blacie stołu.
– Ech… ta młodzież…
***
Mew nie wyglądała najlepiej. Nikt nie był więc zaskoczony, gdy padła nosem wprost w talerz – tuż obok marchewki z groszkiem.

Mierzeja
25.04.2006, 20:20
Myślodsiewnia
Ja nie wiem, co ze mną nie tak, ale po prostu nie jestem w stanie przebrnąć przez ani jedną część Dziewicy. To była kolejna heroiczna (i bezskuteczna) próba, bo tak sobie myślę, że coś musi być w tym, że wszyscy się nią zachwycają... Taki jest wniosek, że to ja muszę być inna.
21.08.2006, 22:09kochanym Severusku chciałam powiedzieć
3.05.2006, 10:42Mnie nic ylko pobchodzi tylko proszę o kolejne krótkometrażowe COŚ o moim kochanym !!!!!!!!!!!!!!!
3.05.2006, 10:41Nierozumiemy jak Dziewica może byź taka lubiana. Nie jest zła, ale przypomina spagetti mojej sfustrowanej ciotki. I nie tylko my jesteśmy tego zdania
1.05.2006, 18:49Popieram. Osobiście lubię niedługie opowiadanka z np. Snape'em w roli głównej.
1.05.2006, 13:13Beznadziejna, badziewna tandeta. Czy igdy nie publikujecie czegoś normalnego?
1.05.2006, 13:12eee... Tak się skromnie zapytam: co się dzieje? Czyżby prorok w końcu się stoczył na samo dno :D?
30.04.2006, 16:46KoRZystaj z pomysłów, ale nie twórz tasiemców... Sprzeczność?
27.04.2006, 13:25Całkiem wciągające.Ładnie dobierasz słowa i masz kocioł pomysłów. Kożystaj z niego intensywniej!Nie twórz tasiemców!
27.04.2006, 13:07Mierzeja jak zwykle świetna:)
26.04.2006, 13:44