Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień IX, część druga
Dzień IX, cz. 1Dzień VIII
Dzień VIII, cz. 2
Dzień VIII, cz. 3
– Do mnie. – Sam wyciągnęła rękę, a opasłe tomisko i kartki natychmiast zaczęły przemieszczać się w jej kierunku. Śnieg w dalszym ciągu sypał – drobne płatki wirowały w powietrzu.
– Na mocy danych mi przywilejów – powiedział sędzia uporawszy się uprzednio ze sztuczną szczęką – oraz w świetle prawa uznaję oskarżonego za winnego zarzucanych mu czynów. Ogłoszenie wysokości kary jutro o 13.00.
– Ale mój klient jest nieprzytomny – zaprotestował adwokat Machałka.
– A czy nie o to chodziło? – Sędzia uniósł brew.
***
– Tak, proszę pani… Nie… Nie… Nie, proszę pani!
Rozmowa z matką miłośnika zwierzęcych zombie wyglądała w ten sposób od dobrych dziesięciu minut. Pani Kowalska zamierzała zapewne stłamsić rozmówcę, zmieszać go z błotem i wdeptać w podłogę (niekoniecznie w tej kolejności), ale telefon nie pozwalał na kontakt bezpośredni, więc ograniczyła się do kąśliwych uwag pod adresem Leośki okraszonych zadziwiającą ilością opisów geniuszu synalka.
– Nie interesują mnie pani pozwolenia na ożywianie zwłok w każdym wieku, bo się na tym nie znam. Informuję panią po prostu, że może pani odebrać syna po rozmowie z dyrekcją… Nie. Nie sądzę, bym pani groziła, a teraz przepraszam, mam nagły przypadek – powiedziała, patrząc w kierunku drzwi i odłożyła słuchawkę.
***
– Student, wstawaj. – Jakub ściągnął koc z Kaze. Nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. – Te… wstawaj. – Szturchnął go obutą w gumiak stopą. Poskutkowało.
– Cco…?
– Nu… już prawie południe. – Jakub odsłonił okno, ale nie przyczyniło się to do zwiększenia ilości światła w pomieszczeniu – niebo było szare, przykryte pierzyną dziwnych chmur.
– Południe?!?! – Kaze zerwał się z podłogi.
– Ano tak.
– Zaspałem!
***
Ciepły podmuch wdarł się do sali. Po nim uczyniły to następne i powietrze stało się mniej mroźne.
– Bardzo miło mi się z tobą współpracowało. – Szerszeń złożył parasol.
– Mnie również – mruknęła Sam.
– Zadziwiające – usłyszał Łapa. Spojrzał w prawo – jego sąsiadka notowała zawzięcie.
– To twoje? – Sam podała jej książkę.
Dziewczę rozejrzało się nerwowo po okolicy, zastanawiając się, dlaczego to akurat jej podręcznik został wybrany. Po bezowocnych próbach odnalezienia go w torbie Issa zaprzestała poszukiwań.
– Wyglądasz jak sopel lodu – orzekła Mierzeja.
Łapa zadzwonił w odpowiedzi zębami.
***
– Zamknij się! – poradziła Leośka. – Nie ruszysz się, dopóki nie odbiorą cię rodzice i nie interesuje mnie, że twój ojciec pracuje na trzy zmiany, a mama trzydzieści cztery godziny na dobę, babcia jest w sanatorium, a starsza siostra ma jeszcze wakacje i nie masz pojęcia, gdzie ona jest! Trzeba było myśleć!
– Jesteś nieuprzejma – zauważyła pielęgniarka. – Pacjentom należy okazywać szacunek.
– Jakby byli wychowani, tobym nie musiała sama ich wychowywać – warknęła Leo. – I…
Przerwało jej pukanie.
– Czyżby nerwowa atmosfera? – spytała pani Kais.
– Nie, skądże? – zaprzeczyła zbyt gorliwie pielęgniarka.
– Tak sobie pomyśleliśmy z panem Dumbledorem, że może przydałaby się wam pomoc.
– Nie, skądże…
– I nawet została wskazana odpowiednia osoba. – Dyrektorka przemawiała z właściwym sobie entuzjazmem. – Sądzę, że spodoba się wam współpraca z panią Poppy Pomfrey.
***
Teo zaczął wklepywać do swojego laptopa zakreślone na czerwono informacje z gazet.
***
Mirtle miała dość. Nie miała wprawdzie problemów z PO, ale nie darzyła profesora szczególną sympatią. Nauczyciel był natomiast przekonany, że ma do czynienia z nic nie rozumiejącymi uczniami z Niemiec, dlatego starał się mówić głośno i przesadnie wyraźnie. Fakt, że kazał udać się do Muzeum Wojska Polskiego i przygotować sprawozdanie z wizyty w tym obiekcie wraz z opisem przynajmniej jednej wystawy był tylko nic nie znaczącym szczegółem.
***
– To co się stało? – spytała Leo już nieco zniecierpliwiona. Pojawienie się nowej pielęgniarki spowodowało niezwykle spektakularne wyjście pierwszej pomocy medycznej do palarni nauczycielskiej, znajdującej się nieopodal. Pani Pomfrey wzruszyła ramionami i poszła do magazynu, zostawiając Leokadię sam na sam z pacjentami. Dyrektorka nie zamierzała dotrzymywać jej towarzystwa, bo pospiesznie ulotniła się.
– A skąd je mam wiedzieć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Andrea Deer. – Nie jestem lekarzem. Myślałam, że ty jesteś. Przecież ja się na tym nie znam. Mogę tylko powiedzieć, że nie zemdlała, bo ma otwarte oczy i one jej tak latają.
– Jak latają? – Stęporek zaczęła dokładnie wpatrywać się w gałki oczne Mew.
– No… tak z prawa w lewo.
– A nie z lewa w prawo? – spytał młody wielbiciel zwierzęcego zombie.
– Cicho bądź – poradziła mu Leokadia.
– I w ogóle nie mruga. Ja nic nie zrobiłam i całkiem nie wiedziałam, co mam robić, jak ona wylądowała na podłodze.
– Jesteś nowa – orzekła Leo.
– Aha.
– To standard. Tak samo jak „widzę ciemność”.
***
Analizując wybrane numery telefonów, nie można dojść do żadnych konkretnych wniosków. Analizując książkę telefoniczną, można otrzymać kilkadziesiąt ciekawych adresów. Teodor podłączył laptopa do drukarki w pokoju Leo i ta po chwili wypluła kilka stron zapisanych adresami.
Wampir uśmiechnął się.
***
– Wychodzimy.
– Dd…
– Przypominasz mrożonkę.
– T…t…tt.
***
Całkowicie przez przypadek nacisnął jakiś klawisz. Ekran rozbłysł na niebiesko, ukazując znienawidzone okno z żądaniem hasła.
– A może… – Teodor rozprostował palce, po czym wpisał najdłuższy zestaw słów, jaki przyszedł mu do głowy, zakańczając ciąg znaków jedynką.
Powitała go uśmiechnięta buźka koloru zielonego, która na szczęście szybko znikła ukazując „menu”.
– Mapa? – spytał sam siebie, klikając odpowiedni odnośnik.
***
– Hej! Samantho!
Mierzeja obejrzała się najpierw w prawo, a potem w lewo, gdyż dźwięki dotarły do niej jednocześnie z obu kierunków. Stała na schodach przed drzwiami Ministerstwa i wyglądała na całkiem z siebie zadowoloną. Na dworze padało i najwyraźniej nie miało zamiaru przestać. Łapa w dalszym ciągu się trząsł, mimo że Mierzeja potraktowała go zaklęciem rozmrażającym i osuszającym.
– A co wy tu robicie? – spytała nieuprzejmie, mając nadzieję, że nie mają do niej żadnej ważnej sprawy.
– Mam coś dla ciebie – oświadczył uradowany Konrad. – Tadam! – Podał jej papierową torebkę w pomarańczowe gwiazdki.
– Dzięki. – Sam zajrzała do środka. – Nie myślałam, że zrobisz to tak szybko.
– Po prostu we mnie nie wierzyłaś – orzekł.
– Szczerze mówiąc: tak. – Sam wyciągnęła z aktówki niewielką, czarną parasolkę i podała ją Łapie.
Syriusz zadzwonił zębami.
– Zamroziłaś go? – spytał Konrad, oglądając Blacka z zainteresowaniem właściwym badaczom wszelkiego rodzaju organizmów żywych.
– Nie.
– Nie kłam – powiedział Teo do tej pory cierpliwie czekający, aż ktoś zainteresuje się jego osobą.
– Nigdzie z tobą nie idę – stwierdziła Mierzeja profilaktycznie.
– To fascynujące. Jakim cudem on nie ma odmrożeń? – Konrad wyciągnął notatnik.
– Chciałem ci dać tylko kilka kartek, żebyś je przejrzała i zastanowiła się.
– Nad czym? – Search spojrzała nań podejrzliwie.
Drzwi Ministerstwa otworzyły się i z budynku wyszedł zadowolony Szerszeń.
– Do widzenia – rzucił i, szybko pokonawszy schody, pogwizdując, ruszył w kierunku zaparkowanego gdzieś w pobliżu auta.
– A tak właściwie… – Sam cofnęła się. – Jak wy mnie znaleźliście mimo moich zaklęć?
Teo spojrzał na tego dziwnego młodego człowieka, którego widział pierwszy raz w życiu.
Sam splotła ramiona na piersi i przestała się uśmiechać.
– Więc?
***
Snape otworzył dziennik i odczytał listę.
– Search?
– Nie ma – stwierdziła Bu zgodnie z prawdą.
– Gryffindor traci dziesięć punktów – oznajmił Miszczunio.
Harry westchnął – dwie najbliższe godziny zapowiadały się wyjątkowo nieciekawie, szczególnie że głos Snape’a ociekał olbrzymią ilością jadu.
– Za co? – spytała Mirtle.
– Do–od–po–wie–dzi! – Severus wskazał wolną przestrzeń nieopodal tablicy. – W–tej–chwi–li!
***
– Masz bardzo ładne kolczyki – stwierdził niespodziewanie Konrad, patrząc na Mierzejowe lewe ucho.
– A–ha…
Łapa spojrzał na niego nieco zdziwiony.
Niebieskie cienko–cienko przemknęło wąską parkingową uliczką, ochlapując Szerszenia, który właśnie wsiadał do swojego samochodu. Cienko–cienko zatańczyło na mokrym asfalcie i szybko ruszyło pustą ulicą.
– Zrobiłaś się blada – zauważył Teodor.
Wokół Sam zatańczyły płatki śniegu i zniknęły równie szybko, jak się pojawiły.
– Daj te papiery. – Sam odebrała wampirowi plik kartek. – I może przestań mi się podejrzliwie przyglądać. – Ruszyła w kierunku widocznej w oddali zielonej skody.
– Jak coś znajdziesz, to zadzwoń – rzucił za nią Teodor.
Łapa ruszył za Sam z jej parasolką nad własną głową.
Wybuchło. Ognista kula całkowicie niespodziewanie pojawiła się w miejscu zielonego samochodu. Odłamki szkła rozprysły się we wszystkich kierunkach.
***
– Gryffindor traci kolejne dziesięć punktów za arogancję koleżanki. Siadaj. – Snape był niezaprzeczalnie zły.
– A co dostałam? – spytała Mirtle.
– Chcesz dodatkowe punkty karne i szlaban?
***
Łapa dogonił Sam, co wcale nie było trudne, gdyż najwyraźniej była w szoku i stała kilkanaście metrów od buchającego płomieniami auta.
– Sam! – Potrząsnął nią, mając nadzieję, że przyniesie to oczekiwany efekt.
Nie przyniosło.
***
– To co ja mam robić? – spytała Andrea.
– Radziłabym iść na zajęcia. – Leo wyjęła notes i usiadła obok Mew.
– Ale…
– Głupia – wymamrotał dzieciak.
– Ja chyba ci zaraz krzywdę zrobię – wycedziła Leokadia.
***
– Sam! – Teodor pomachał jej ręką przed oczami. – Ile widzisz palców?
– Daj jej spokój. – Konrad wyciągnął ze swojej torby zestaw plastrów z Myszką Miki. – Hej? Jesteś tam? Ja doskonale wiem, że tam jesteś. A tak profilaktycznie ostrzegam, że zamierzam potraktować cię tym oto środkiem opatrunkowym w celu ratowania twej ślicznej buzi, więc postaraj się mnie nie uszkodzić.
– Sam?
Zielona skoda płonęła jasno.
Z oddali słychać było wycie syreny strażackiej.
***
Nie miała pojęcia, kto obwiesił tymi plakatami siedzibę całej organizacji. Podanie dokładnego planu dnia krwiopijcy i miejsc, gdzie można go spotkać, podziałało na grupę w sposób niezwykle stymulujący. Nie rozumiała tylko, dlaczego ma wrażenie, że ktoś ich podpuszcza.
***
– Ochrona z Ministerstwa. Całodobowa. I jak ja mam ją teraz zabić?
***
– On tam jest!
– Odezwałaś się – doszedł do wniosku Konrad.
– Tam jest człowiek!
– Nie masz się czym denerwować. – Teo spokojnie patrzył na buchający płomieniami pojazd. – To był po prostu trup.
– T…tty…
– To był trup. Świeży, ale jednak trup. Znam się na tym.
– Ale… to… to niemoż…
– Siadaj – powiedział Teo nieco zniecierpliwiony, machając od niechcenia ręką i wyczarowywując krzesło. – Wyglądasz, jakbyś za chwilę miała zemdleć.
– Nie zamierzam – wymamrotała niepewnie.
– Akurat. – Posadził ją na krześle.
Wycie syren było słychać już całkiem blisko.
***
– Co go ugryzło? – spytała szeptem Bu.
– Nie mam pojęcia. – Mirtle wzruszyła ramionami. – Może zabrakło mu zestawu podstawowych ofiar.
Neville przed chwilą usiadł w ławce niemiłosiernie odpytany z całej dostępnej w rozdziale teorii. Hermiona popatrzyła na niego ze współczuciem.
– Mirtle! Przestań gadać!
– Ale ja już nic nie mówię, panie profesorze.
– Do–Od–Po–Wie–Dzi! W–Tej–Chwi–Li! – wycedził Snape wbijając w nią nienawistne spojrzenie.
– Ale ja już byłam – zaprotestowała Andy.
– Nic nie szkodzi. – Miszczunio uśmiechnął się paskudnie. – Zapytam cię z następnego tematu.
– Ale tego nie omawialiśmy – Hermiona szepnęła zbyt głośno.
– Pannę Granger też tu zapraszamy. – Severus wskazał miejsce pod tablicą.
***
Jeśli ktokolwiek ma nikłe pojęcie, jakie opary towarzyszą spalaniu zwłok, ten wie, jakie opary unosiły się wokół płonącej skody. Strażacy rozwinęli węże i niespiesznie przystąpili do gaszenia płomieni.
– Sam? – Łapa popatrzył na nią z niepokojem.
– Czy… – zaczął Konrad, ale działanie Teodora przerwało mu tok myślowy.
– Pannica – wycedził wampir, bezceremonialnie przerzucając Mierzeję przez własne ramię, i niespiesznie oddalił się z miejsca zdarzenia, pogwizdując jakąś nieznaną Syriuszowi melodię.
–Hej! – Łapa zareagował dopiero, gdy Teodor zniknął ze pobliską ciężarówką. – Co robisz?
Ruszył za nim.
***
– Tak więc zamierzacie coś jeszcze powiedzieć, zanim zacznę was pytać? – Snape oparł łokcie o blat biurka. – Śmiało. Przecież nie mam możliwości ukarać was jeszcze jedną dodatkową odpowiedzią. Nie jestem przecież sadystą. Dwie odpowiedzi jednego dnia całkowicie wystarczą, prawda, Mirtle? – Wziął do ręki pióro. – Mam nadzieję, że nie powiesz niczego nieodpowiedniego, bo będę musiał ukarać cię dawno zasłużonym szlabanem z panem Filchem, a tego zapewne sobie nie życzysz, prawda?
– To niesprawiedliwe – stwierdziła niepewnie Hermiona.
– A poza rażącą niesprawiedliwością z mojej strony? – Snape otworzył kałamarz.
– To sprzeczne z regulaminem – zauważyła Mirtle.
– Oczywiście. A ty, jako osoba doskonale znająca przepisy, w tej chwili wyrecytujesz mi regulamin szkolnej pracowni eliksirów. – Uśmiechnął się, ocierając stalówkę o brzeg kałamarza.
– „Uczniowie nie wchodzą do sali podczas przerwy. Wchodzą do pracowni tylko w obecności nauczyciela i zajmują stałe, ustalone miejsca. Przynoszenie własnego wyposażenia miejsca pracy jest obowiązkiem każdego ucznia. Nie należy wąchać oparów. Nie należy spożywać wyników własnych doświadczeń bez konsultacji z nauczającym. Nieudane wyniki eksperymentów należy utylizować. Wszelkie działania niezgodne z regulaminem zostaną odnotowane, a winni ukarani. Podpisano – dyr. Kais” – Potter zamknął usta.
Cała klasa patrzyła na niego wzrokiem pełnym dezaprobaty i współczucia.
– Potter, racz dołączyć do koleżanek. – Snape wyciągnął z szuflady czysty pergamin.
Harry bardzo niechętnie podniósł się z krzesła i z ociąganiem ruszył w kierunku tablicy.
***
– Hej! Gdzie ją zabierasz?! – Łapa dogonił Teodora, gdy ten zdążył już umiejscowić Sam na miejscu przeznaczonym dla pasażera, tuż obok kierowcy i zapinał pasy bezpieczeństwa.
– Zamierzam odwieźć ją do domu. – Restaud zatrzasnął prawe drzwi pojazdu i otworzył lewe. – Albo może lepiej powinienem zawieźć ją do szpitala?
– To jest porwanie – orzekł Łapa.
– Może tak. Może nie. – Teodor wzruszył ramionami. – Ale na pewno nie zostawię nieprzytomnej dziewczyny z niekompetentnym alkoholikiem udającym ochroniarza.
– Jadę razem z nią.
– Nie moim samochodem. – Teodor usiadł za kierownicą i zatrzasnął drzwi.
***
– Panna Granger… – Snape spojrzał na nią w ten charakterystyczny sposób sugerujący złe zamiary i chęć dania monstrualnego szlabanu przynajmniej do końca żywota. – …opowie nam o zbawiennym wpływie na środowisko eliksirów oczyszczających wodę.
– Ale tego nie było w podręczniku – zaprotestowała Hermiona.
– Wiem. – Severus uśmiechnął się. – Pan Potter wyrecytuje nam wszystkie składniki tego eliksiru, a panna Mirtle oświeci nas w kwestii zastosowania łapek gekona w tego typu wywarach.
– Jest to materiał przeznaczony na kurs zaawansowany na drugim semestrze na kierunku ochrona środowiska! – zaprotestowała Chomik.
– Za drzwi – polecił Snape, nawet na nią nie patrząc.
Chomik wyszła z sali, a pomruk niezadowolenia poniósł się, odbijając od ścian i urastając do dość głośnego zestawu dźwięków.
– Gryffindor traci dziesięć punktów za rozmowę na lekcji.
– Nie wiem – stwierdziła Hermiona.
– Ja też – przyznał Potter.
– Przecież w składzie tego eliksiru nie ma żadnych gekonich kończyn – stwierdziła Mirtle.
– Co? – Snape zamrugał.
– Przecież tam nie używa się nawet gekonich łusek, a co dopiero łapek. – Andy odgarnęła z czoła grzywkę.
– Gryffindor traci pięć punktów. Siadać! – warknął Snape.
Hermiona popatrzyła na Andy z czymś dziwnym we wzroku.
– Mam coś na twarzy? – Mirtle zadała owo pytanie profilaktycznie.
– Skąd ty to wiedziałaś? – szepnęła Bu.
– Chyba z jakiegoś programu edukacyjnego.
***
Deagol oparł czoło o zimny mur. Żadnego z policjantów nie było w polu widzenia. Czarnowłosy dzieciak zniknął z celi i w tej chwili Deagol naprawdę czuł się paskudnie. Dodatkowo był wściekły. Tak wściekły jak jeszcze nigdy.
***
Błądzenie w ciemności nie jest zbyt przyjemne. Zewsząd otaczał ją nieprzenikniony mrok. Postąpiła krok naprzód. Pod bosymi stopami wyczuła coś ciepłego i lepkiego. Bose stopy? Przecież miała na nogach buty! Spojrzała na swoje stopy i zobaczyła, że stoi boso w jakiejś kałuży. Dziwna ciecz miała rubinowy kolor, metaliczny zapach i zdawała się świecić.
Podniosła głowę, mając nadzieję nie zobaczyć nic więcej. Mrok nie był już tak nieprzenikniony. Cofnęła się. Idealnie naprzeciw niej stała dziwna postać. Nie była w stanie dostrzec, kto to, ze względu na długą pelerynę z kapturem.
Mężczyzna?
Kobieta?
Jedyne, czego była pewna, to to, że osoba ta trzymała w prawej ręce pochodnię oświetlając coś, co całkowicie nie spodobało się dziewczęciu brodzącemu w dziwnej kałuży, więc dziewczę wrzasnęło.
***
Leo miała dość. Dziwny przypadek cały czas spoczywał na leżance, nie wykazując chęci współpracy, a w drzwiach gabinetu stała Mamuśka.
– Proszę nie zapomnieć o zgłoszeniu się na kontrolę za trzy dni do przychodni rejonowej. – Stęporek nawet nie musiała grać złej i zmęczonej: była bardzo zmęczona i piekielnie wściekła.
– Nie rozumiem, czemu dyrekcja nalegała, bym przyjechała…
– Pani syn stanowił zagrożenie dla siebie samego i innych uczniów. Mam nadzieję, że będzie pani lepiej pilnować swojej „pociechy”.
Cudowna Mamuśka miała już coś powiedzieć, tuląc swojego synalka w ramionach, gdy całkiem niespodziewanie ktoś zaczął krzyczeć.
***
– Jedyny plus z twojego braku przytomności – mruknął Teo – to brak objawów choroby lokomocyjnej.
Wyprzedził wlokącego się malucha.
– Poza tym nie gadasz. – Zerknął na nią. – Żyjesz? – Sprawdził jej puls, manewrując między samochodami. – Żyjesz.
Skręcił na teren szpitala i pomknął w kierunku oddziału dermatologicznego. Jeśli dobrze pamiętał, były tam wolne miejsca parkingowe.
***
– Możecie iść na przerwę – powiedział łaskawie Snape.
Uczniowie w pośpiechu opuszczali pracownię, jakby lękając się, że profesor zmieni zdanie. Klasa opustoszała.
– Ja się nie nadaję na pedagoga – stwierdził Severus.
***
– Teraz zadam ci kilka prostych pytań. – Leo usiadła na krześle obok Mew. – Ile widzisz palców?
– Trzy.
– Dwa dodać dwa?
– Cztery. Co to za głup…
– Dotknij palcem wskazującym nosa, ale najpierw zamknij oczy. Aha… Podstawowa jednostka monetarna w Egipcie?
– A skąd mam wiedzieć? – Mew popatrzyła na Leo jak na pretendentkę do złotego kaftana bezpieczeństwa.
– Niby w porządku… Hm… mhm… Pokaż oczy.
***
Teo odpiął pas i, przerzuciwszy sobie Sam przez ramię, ruszył w kierunku głównego wejścia.
– Puszczaj, podły krwiopijco.
– Królewna się ocknęła.
– Jeśli natychmiast nie zastosujesz się do mojej uprzejmej prośby, będę zmuszona posunąć się do bardziej radykalnych metod.
Wampir poczuł ostrzegawcze dźgnięcie.
– Wytnę ci nerkę, a, znając moje szczęście, mogę jej dość długo szukać. Być może droga do niej będzie wiodła przez wątrobę albo inny równie istotny organ.
– I tak mi dziękujesz?
– W tej chwili wiszę głową w dół i twoje nieznane mi bliżej kości wbijają mi się w żołądek, więc systematycznie robi mi się niedobrze.
– Przepraszam jaśnie panią. – Postawił Mierzeję na chodniku i wykonał prawidłowy ukłon.
– Nic nie szkodzi. Nie przepraszaj i nie rób tak więcej, bo będę musiała cię zwolnić. – Uśmiechnęła się.
Teodorowi coś tu wyraźnie nie pasowało. Najpierw groziła mu czymś ostrym i była zła, a potem uśmiechała się.
– Jesteś w ciąży?
– Z kim? – Z niebieskiego seata wysiadł ten ochroniarz od siedmiu boleści i natychmiast ruszył w ich stronę. Siedzący za kierownicą seata westchnął, pokręcił długowłosą głową i, zawróciwszy, pojechał w kierunku oddziału chorób wewnętrznych.
***
– Powinien być w policyjnej izbie dziecka.
Za kratą pojawiła się jakaś postać.
– To szczegół.
– A ten drugi?
– Który drugi? – Policjant spojrzał na nią wyczekująco.
– To tych drugich było więcej niż jeden?
– Było ich dwóch.
– Czy ja dobrze zrozumiałam? Czyli było ich trzech, tak? I dwóch wypuściłeś, tak?!?! – Niebezpiecznie podniosła głos. – Otwieraj tą kratę, idioto! W tej chwili!!!
***
– Twoje…
– Tak. Wiem. – Odebrała Syriuszowi teczkę. – Jesteście nienormalni – poinformowała ich po chwili namysłu.
– Nie przeczę. – Wampir wzruszył ramionami. – A teraz idziemy na izbę przyjęć.
– Nigdzie się nie wybieram. – Mierzeja zaprezentowała swe uzębienie w nieprzyzwoicie miłym uśmiechu.
– Jak to? – Łapa wyglądał na zszokowanego.
W powietrzu zaroiło się od dźwięków Marsza Pogrzebowego Chopina.
– Tak?
***
– Jesteś dziwny, Severusie. – Dumbledore rozsiadł się w fotelu. – Uczniowie skarżą się, ze zachowujesz się w sposób sugerujący złe zamiary i chęć mordu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jest to twój szczególny styl nauczania, ale nie sądzę, by tego typu zachowanie wpływało pozytywnie na wyniki twoich uczniów.
– To moje metody i uważam je za bardzo dobre i przynoszące oczekiwane rezultaty.
***
– To z kim ty jesteś w ciąży? – spytał szeptem Łapa.
– I widzisz, co narobiłeś? – Wskazała oskarżycielsko Teodora. – Teraz będzie mnie bez przerwy męczył i nawet jeśli zdementuję te bzdury, to i tak mi nie uwierzy.
– To jego prywatny problem, ale teraz nie będziemy się nim zajmować. Idziemy…
– Miałam zamiar wziąć udział w pozostałych zajęciach. – Sam całkiem niespodziewanie ruszyła w kierunku dalekiej bramy wjazdowej i pobliskiego jej przystanku autobusowego. – I nie zmieniłam zdania.
– Jeśli to ty, to zrobię ci nieodwracalną krzywdę – ostrzegł Restauda Syriusz.
– Masz nieświeży oddech – poinformował go wampir.
***
Słońce nie miało ochoty oglądać tej dziwnej planety, więc skryło się za chmurami i nie wychylało zza nich nosa i innych części świetlistego ciała.
Powietrze wydawało się ciężkie i wykazywało typowe właściwości charakterystyczne i zapowiadające rychłą zmianę pogody z dusznej – deszczowej w duszną – burzową.
Większość uczniów w pracowni eliksirów nie miała możliwości podziwiania strug deszczu za oknami z bardzo prostej przyczyny – pracownia eliksirów nie miała ani jednego okna, a profesor Snape zapewniał im maksymalną ilość „rozrywki”. Właśnie przygotowywali eliksir z 320 strony podręcznika. Profesor nie uprzedził uczniów, że jest to eliksir wyjątkowo niebezpieczny i niesamowicie wręcz cuchnący. Brak okien dawał teraz dotkliwie znać o sobie.
– Jeśli ktoś nie jest w stanie wykonać tak prostego zadania, to z przyjemnością postawię mu jedynkę – powiedział Severus z uśmiechem na ustach.
– To nic, że ten przepis jest na końcu podręcznika w zadaniach powtórzeniowych… – szepnęła Bu. – Przecież profesor nie uznał za stosowne najpierw przerobić z nami materiału, a dopiero potem powtarzać, tylko…
– Co to za szepty na sali? Potter, coś ci się nie podoba?
– Ale ja się wcale nie odzywałem – zaprzeczył Harry.
– Chętnie obejrzę twój eliksir, Potter.
Chomik spojrzała z naganą na Bu. Wzrok ów mówił głośno i wyraźnie: „I po co się odzywałaś?! Teraz Potter zginie!”.
Pukanie do drzwi było tylko czasowym odroczeniem wykonania wyroku na nieszczęśniku.
– Przepraszam za spóźnienie.
– A o której godzinie to się łaskawie przychodzi na zajęcia, Search? – Snape uniósł prawą brew.
– A ty musisz tak na nią krzyczeć, Severusie?
– Obowiązuje zakaz wstępu z psami, Search.
***
Deagol był zły, ale nie zamierzał w tej chwili robić niczego poza spaniem.
***
Dzwonek zadźwięczał głośno i wyraźnie.
– Na następną lekcję proszę wykonać polecenie drugie i trzecie ze strony 136 i piętnaste z 269. Do widzenia.
Uczniowie zaczęli w pośpiechu opuszczać salę.
– Search.
– Tak, panie profesorze?
– Siadaj.
Sam posłusznie usiadła. Severus zaczął krążyć nad nią jak wielkie, czarne ptaszysko.
– Po pierwsze: informuję cię, że masz szlaban, a teraz powinnaś mi dokładnie wyjaśnić, dlaczego się spóźniłaś, choć zapewniam cię, że nie wpłynie to na skrócenie długości trwania szlabanu.
– Miałam drobne problemy z dojazdem.
– Kłamiesz – stwierdził Severus. – Mogłabyś przynajmniej postarać się mówić prawdę.
– Staram się.
– Słabiuteńko. Udzielisz wyjaśnień, czy mam powiadomić twoich rodziców? I co to za plaster z mugolskimi znakami ochronnymi masz na policzku?
– Moje problemy to moja sprawa. – Sam wbiła w profesora spojrzenie o właściwościach sztyletu. – I nie życzę sobie, by ktokolwiek się w nie wtrącał.
– Co ty sobie wyobrażasz?!?!
– Wszystko, co mi się podoba! O rodzaju i terminie szlabanu proszę mnie powiadomić listownie! – Chwyciła aktówkę i wybiegła z sali.
***
– Pośpiewamy, klaso – poinformowała zebranych profesor Jaśniesroka. – Bo macie tu wystarczającą ilość chórzystów, aby przeprowadzić próbę chóru. Soprany i tenory na prawo, basy i alty na lewo. – Usiadła przy pianinie. – Więc zaczynamy. Najpierw ćwiczenia rozgrzewające.
***
Mauzol westchnął. Dwie godziny eliksirów zapowiadały się wręcz cudownie, gdyż profesor regularnie szalał. Sześć osób dostało szlaban, a Gryffindor stracił trzydzieści dwa punkty.
– Do odpowiedzi – warknął Severus, wskazując na Fasolę.
– Ale ja…
– Ja z wami normalnie nie wytrzymam. Wyciągać kartki. Zrobimy sobie powtórzeniowy sprawdzian.
Klasa jęknęła.
– Bez protestów! – zagrzmiał Snape.
***
– Te lekcje były okropne – orzekła Chomik.
– Czy mi się wydaje, czy ty masz szlaban? – Mirtle rozpoczęła wdrapywanie się na schody kładki.
– Wiedziałam, że sprawiedliwości… – zaczęła Ingrid, ale przerwał jej Syriusz.
– To kto jest…?
– Nie rozumiesz, że ten wampir powiedział to tylko po to, żeby wyprowadzić mnie z równowagi? – Sam posłała mu piorunujące spojrzenie.
– Ale…
– O co chodzi? – spytała inteligentnie Bu.
– Pewien wampir ubzdurał sobie, że jestem… nieważne – przerwała.
– Że jesteś w ciąży? – Mirtle zadała to oczekiwane przez wszystkich pytanie.
– Jesteś tak samo dziwna jak ten cukrzony krwiopijca – orzekła Mierzeja.
– Zgadłam? – zdziwiła się Mirtle.
***
Co ci wszyscy dziwni ludzie tam robią? Dlaczego idą razem z nią? Czy to jakaś zorganizowana ochrona, czy tylko znajomi?
Przemknął po kładce i zbiegł po schodach. Miał nadzieję, że nikt nie zwróci na niego uwagi.
Wyciągnął z plecaka gazetę i udawał, że czyta, jednocześnie obserwując wszystkich obecnych.
– 515! – dobiegł go entuzjastyczny okrzyk, po czym cały tłum, dopadłszy drzwi autobusu, załadował się do środka.
Złożył gazetę i ostatniej chwili udało mu się wsiąść.
***
– Czy mi się wydaje, czy wasze wiadomości można określić jako zdecydowanie niewystarczające, czyli zerowe – poinformował zebranych Severus. – I zdejmij w końcu te słuchawki, głupia dziewucho! – zagrzmiał, widząc naocznie i słysząc nausznie, że stojąca pod tablicą Fasola uruchomiła swojego walkmana. – Co to za głupie zwyczaje, żeby się ogłuszać mugolską muzyką na moich zajęciach i to w tak ważnej chwili jak odpowiedź ustna?
Część klasy parsknęła śmiechem, widząc nieco zdezorientowaną minę Fasoli, ale ów dźwięk szybko zginął rażony wzrokiem Miszczunia.
– Wszyscy Gryfoni mają szlaban – wycedził Snape.
– Ale ja wcale nie jestem głupią dziewuchą – zaprotestowała niespodziewanie Fasola.
Mauzol załamał się definitywnie.
– Do wychowawcy. – Snape wskazał drzwi.
– Pan jest moim wychowawcą.
– To do dyrektora! I racz przestać żuć tę gumę!
***
– Wysiadamy – oznajmiła Sam na przystanku „Przyczółek Grochowski”.
– Dlaczego? – Łapa z trudem opuścił pojazd w ślad za Mierzeją. – Dlaczego? – Potknął się o nierówny i wystający fragment chodnika i w ostatniej chwili odzyskał równowagę. – Hej? Sam! Dokąd idziesz?
***
Zadźwięczał dzwonek.
– Tak?
– Idioto! Gdzie jesteś? Dlaczego ona jeszcze żyje?
– A jak ma nie żyć, skoro nawet nie mogłem się do niej zbliżyć? – Przeczesał palcami fryzurę złożoną z rudych dredów. – Zapominasz, że nie jestem przeznaczony do wykonania tej jakże zaszczytnej misji.
– Pojawią się, gdyby pojawiły się problemy – odparł głos w słuchawce.
– Już się pojawiły. Zgubiłem cel.
***
Łapa szedł obok Sam schodami prowadzącymi na kładkę nad jezdnią skrzyżowania Ostrobramskiej z Aleją Stanów Zjednoczonych.
– Czymś się martwisz? – spytał, mając nadzieję, że otrzyma pełną i poprawną odpowiedź.
Mierzeja wdrapała się po schodach i, oparłszy się o poręcz, zaczęła przyglądać się przejeżdżającym dołem samochodom – niestety, nie było to zajęcie zbyt interesujące, gdyż najwyraźniej zanosiło się na korek i auta sunęły z minimalną dozwoloną prędkością dla ślimaków na autostradzie.
Deszcz niedawno przestał padać, ale niebo było ciemne, a chmury ciężkie od skrytej w nich wody.
– Czym się martwisz? – Oparł się o barierkę tuż obok niej. – Nie możesz zaprzeczyć, że się nie martwisz, bo to by było kłamstwo i…
Mierzeja spojrzała na niego z dezaprobatą, więc zamilkł, a ona wbiła spojrzenie w odległy pas zieleni między dwoma jezdniami Alei.
Powietrze cały czas było wilgotne – niemal w takim samym stopniu jak chodniki i ulice. Woda z głośnym chlupotem znikała za kratkami studzienek kanalizacyjnych.
Sam otworzyła aktówkę i wyciągnęła z niej niebieski parasol w czerwoną kratę. Łapy nie zdziwiło, że wymiary parasola i aktówki Sam w żaden sposób nie są kompatybilne.
Mierzeja otworzyła go i wręczyła Syriuszowi.
– Będzie padać? – spytał. W odpowiedzi otrzymał wzruszenie ramionami. – Jeśli to ten wyrodny pseudowychowawca jest przyczyną twojego złego humoru, to bardzo chętnie mogę go trwale uszkodzić – oznajmił, mając nadzieję, że przynajmniej w ten sposób poprawi jej nastrój.
Kilka kropel nieśmiało zabębniło w napięte płótno parasola.
– Znowu? – Łapa skierował w kierunku nieboskłonu owo pełne wyrzutu pytanie.
Coraz więcej deszczowych kropel rozpryskiwało się na chodnikach i jezdniach i oczywiście na parasolu również.
– Nie myśl o tym – powiedział niespodziewanie Syriusz.
– A skąd ty wiesz, o czym ja myślę? – Nawet nie oderwała wzroku od trawy gdzieś w oddali.
– Nie myśl o tym, że mogłaś być w środku. To nie ma najmniejszego sensu. Szczerze mówiąc, mnie też to trochę przeraża, ale najważniejsze, że byliśmy gdzie indziej. I nie przejmuj się. – Objął ją ramieniem, spodziewając się gwałtownych protestów i próby oderwania kończyny od reszty jego ciała, ale nic takiego się nie stało.
– Ryczeć mi się chce – poinformowała go Sam tonem sugerującym rychłe zbliżanie się potoku łez.
– Głupiaś.
– Chyba tak.
***
Snape miał dość tej klasy. Nikt z nich nie umiał teorii choćby w zakresie jak najbardziej podstawowym. O praktyce nie miał zamiaru wspominać.
– Kto widział tak niezgrabnych Ślizgonów? – pytał sam siebie, patrząc na efekty pracy, a raczej tylko przejścia Fasoli przez pracownię w kierunku tablicy. Jedna szafa miała wyłamane drzwi; zawartość rozsypała się, zbiła lub bardzo szybko uciekła i, ukrywszy się w ciemnych kątach, teraz z zainteresowaniem obserwowała poczynania zarówno klasy, jak i profesora.
Dodatkowo zestaw szkła laboratoryjnego potłukł się doszczętnie, a jedna z ksiąg z zaklęciami stojących na półce wypuściła pędy, zajęła się niebieskim ogniem, po czym eksplodowała z głośnym hukiem.
Tego było już za wiele.
– Wszyscy won – wycedził całkiem niepedagogicznie Severus. – Na następną lekcję wszyscy bez wyjątku mają umieć teorię z rozdziału I, II, III i V.
– A co z czwartym? – spytał Mauzol niespodziewanie dla samego siebie.
– Nie życzę sobie głupich pytań. – Snape utkwił w nim spojrzenie swych ocząt. – Zalecam również jako pracę domową wykonanie eliksiru ze strony 139, punkt 1. Nie muszę chyba ostrzegać, że każdy zostanie dogłębnie przepytany, a jego praca domowa wypróbowana na kimś bliskim waszemu sercu, a teraz, jak już powiedziałem… – Uśmiechnął się paskudnie. – WON!
***
– Cel zlokalizowany.
– Tylko go nie spłosz – powiedział głos i wśród licznych trzasków zamilkł definitywnie.
***
Snape zapakował nieszczęsne kartkówki jakiejś klasy do torby i opuścił budynek w całkiem niezłym humorze. Udało mu się zdążyć na 408.
***
– Wystarczająco się nastałaś? – spytał Łapa.
– Chyba tak. – Sam nie wykazywała zainteresowania usuwaniem ręki Blacka ze swojego ramienia i dała się poprowadzić w kierunku przystanku Przyczółek Grochowski 04.
– Nie powinnaś się tak przejmować. Trup to trup.
– Czy ty zdajesz sobie sprawę, że mogliśmy być w środku?
– Ale nas nie było.
– Co nie zmienia faktu, że mogliśmy być w środku.
– Nie było faktu, bo byliśmy na zewnątrz. – Łapa wzruszył ramionami. – Nie możesz wiedzieć, co się stanie za chwilę. I w tej chwili przestań mi się tu zadręczać. Patrz. 520.
CDN wkrótce.
Mierzeja
14.04.2006, 12:26
Myślodsiewnia
Krips a jakże :) A tam zapewne wszędobylska Aibhill?
25.04.2006, 18:49Silmira? Jaka Silmira???? <wzrusza ramionami> Ja po prostu wyraziłam moje (jakże prawdziwe) zdanie.
25.04.2006, 17:07Nie!! Drogi/droga A nie jestem Bans!! Proszę mnie tak nie obrażać! Ta strona to raczej nigdy nie powstanie a przynajmniej mam taką nadzieję bo kto by chciał czytać takiego szmatławca??
24.04.2006, 22:54Silmira, Krips i Banshee, tak? A jak tam wasza strona, działa już? ;)
24.04.2006, 19:41Najgorszy? No może i tak... Ale można by mieć nadzieję, że nawet i Wasz najgorszy okres trzyma poziom... A tu nie tylko źródełko suche, ale i wydaje się być już tylko łuną...
24.04.2006, 18:47S pochodzi pewnie z prekambru?? Oj Ty doskonale wiesz co to wymieranie!
24.04.2006, 00:07Przełom kwietnia i maja zawsze jest najgorszy, ale obiecuję, że już niedługo będzie aktualizacja.
23.04.2006, 17:05Złotko, skoro uważasz że Prorok to dno to po kiego tu wchodzisz? Sama sobie przeczysz.
23.04.2006, 15:42Ja tam zawsze mówiłam, że prorok to dno i już od dawna zaczął wymierać jak dinozaury.
23.04.2006, 15:39W ogóle ostatnio Prorok trochę tak jakby przymiera(?) A może się mylę. Teraz trudny okres egzaminów itp., więc to pewnie dlatego.
23.04.2006, 12:00