Dziewica Slytherinu 2 – Mickiewicz Kontratakuje, dzień IX, część pierwsza
[V.] Jak zwykle dużo czasu minęło od ostatniego pojawienia się Mierzei w Strefie, takoż jak zwykle kolejny dzień się nie upchnął w jednym kawałku. Będzie w trzech. Jak zwykle nikt nie będzie nic rozumiał, więc odsyłam do archiwów, gdzie są poprzednie części...Dzień VIII
Dzień VIII, cz. 2
Dzień VIII, cz. 3
Miasto było ciche i raczej spokojne o trzeciej rano. Nieliczne samochody z zawrotną prędkością przemieszczały się z jednego krańca Warszawy na drugi.
– Jesteście skończonymi bezmózgowcami – orzekł.
– Ale…
– Czy ja kazałem wam spalić ten sklep? – Przeczesał palcami swoje siwe włosy.
Dresiarze zaprzeczyli kręcąc łysymi głowami.
– To dlaczego to zrobiliście bez konsultacji z Miszą?!
***
Klara ziewnęła i sięgnęła po telefon. Wiatr był niespokojny i szarpał podmuchami jej kurtkę.
– Parszywa pogoda – stwierdziła, nie oczekując odpowiedzi. Założyła na głowę bejsbolówkę, by choć częściowo ukryć pod nią włosy. – Czy ja zawsze muszę sprzątać po tym idiocie? – pytanie skierowała do wiaty przystanku autobusowego „Okularowa”
– Jakoś nie czuję się idiotą…
– Adam, jesteś palantem. – Oczy koloru czekolady straciły ową łagodność, by stać się zimne i nieprzejednane. – I jeśli w ciągu dwudziestu czterech godzin nie doprowadzisz do porządku spraw w swoim okręgu, to zgodnie z upoważnieniem Mikołaja będę zmuszona wyegze…
– Już… Dobrze… Wiem.
***
Telefon wygrywał marsza pogrzebowego autorstwa Chopina głośno, wyraźnie i po raz trzeci. Sam ziewnęła i, wygrzebawszy się spod koca, zerknęła na budzik.
– Szósta?! – Zerwała się na równe nogi. – Zaspałam!!!
Telefon nie zamierzał najwyraźniej przejmować się brakiem czasu i chaosem, jaki zapanował w umyśle jego właścicielki.
– Czego, Piecyk? – warknęła w końcu Sam, naciskając adekwatny klawisz włączający funkcję głośnomówiącą aparatu.
– Ee… jesteś zła? – profilaktycznie spytał Michał. – Bo jeśli w tej chwili kogoś mordujesz albo robisz coś niecierpiącego zwłoki, to ja poczekam z tą sprawą, aż będziesz miała czas…
– Zaraz z ciebie zostaną zwłoki – przerwała mu Mierzeja. – Albo powiesz, o co chodzi, albo zaraz się do ciebie teleportuję!
– Ten Niemiec się gdzieś zgubił. – Piecyk powiedział to takim tonem, jakby już zastanawiał się, czy aby na pewno nie lepiej powiedzieć o całej sprawie matce.
– Jaki Niemiec? – Mierzeja wybebeszyła szafę w poszukiwaniu swojej ulubionej, niebieskiej bluzki z białą gwiazdą na plecach. – I co to znaczy, że się zgubił?
– Deagol…
– Dzwoniłeś na policję i do szpitali? – Mierzeja znalazła nieszczęsną część garderoby i rzuciła ją na łóżko, po czym postanowiła odnaleźć dżinsy.
– Nie…
– Pytałeś Pottera?
– Nie, a dlaczego?
– Pytałeś kogokolwiek?!
– Tak, Rona. To on mi kazał do ciebie zadzwonić.
– Wiesz co, Michał? – Sam odnalazła spodnie i je również rzuciła na łóżko. – Zapytaj się może tych żartownisiów, czy go po prostu nie zamknęli w szafie. – Otworzyła szufladę i wybrała odpowiednie skarpetki. – A jeśli oni nic nie wiedzą, to będziesz musiał nawiązać kontakt z władzami. Cześć. – I rozłączyła się. – Zaspałam!!!
***
Syriusz obrócił się na drugi bok i całkowicie niespodziewanie dla samego siebie wylądował na podłodze.
– Kurde cukier – zaklął, wyplątując się z koca i rozmasowywując obolałe części ciała.
– Dzieciak – dobiegło go z laboratorium Snape’a, więc nie musiał zgadywać, czyj to jadowity ton wita go o poranku. – Nawet sześciolatki nie spadają z łóżek, szczególnie piętrowych.
– Zamknij się, padalcu.
– Zaspał pan, panie ochroniarzu. – Snape wyszedł ze swej jaskini i udał się w kierunku kuchni. – Jest 6.10.
– Cukier – zaklął ponownie Łapa.
– I nigdy więcej niczego nie będę gotował – dobiegł z kuchni głos Lupina. – I mam w nosie kuchenne dyżury! Nie potraficie docenić sztuki gotowania! – Coś łupnęło. – Więc ja nie zamierzam się starać!
Snape uśmiechał się słodko, wchodząc do pomieszczenia, z którego głos Lupina okraszony złością nie przestawał wypływać z zaskakującą częstotliwością.
Łapa postanowił zrezygnować ze śniadania.
***
Mirtle wygrzebała się z łóżka i ziewnęła. Niebo za oknem było stalowo szare, a krople deszczu rozpryskiwały się o parapet i szybę.
– Cudownie – mruknęła, maszerując w kierunku łazienki.
***
Łapa wybiegł z piwnicy Chomika ubrany w typowy strój mugolski adekwatny dla panującej pory roku, ale całkowicie nieodpowiedni ze względu na panujące warunki pogodowe.
– Deszcz – mruknął, pędząc w kierunku Ratusza i odgarniając zmoczone deszczem włosy.
***
– I całą akcję diabli wzięli. – Adam uderzył pięścią w blat biurka.
– Zawsze jest nadzieja. – Głos dobiegł z cienia. – Nie wszyscy dowiedzą się o odwołaniu polowania…
***
– Zaniosłem śniadanie na dół – powiedział Piotrek, wychylając się z kuchni.
Sam wzruszyła ramionami.
– Mogłabyś przynajmniej podziękować. – Brat Mierzei przybrał charakterystyczną dla siebie minę.
– Dziękuję – wycedziła Mierzeja. – A teraz, jeśli pozwolisz, to sobie pójdę do szkoły, bo jest już 6.20. – Zarzuciła plecak na lewe ramię. Z małej kieszeni dobiegły ją dźwięki Marsza Pogrzebowego. – Ki diabeł dzwoni do mnie o tej porze?
***
– Durny wampir – oświadczyła Leośka, wyciągając beztłuszczowe grzanki z tostera.
– Cały czas się pienisz?
– A jak mam się nie pienić, gdy ty niemal dajesz się zabić, a ta dziewczyna ściąga cię z powrotem metodą stosowaną przez lekarzy w krytycznych przypadkach i którą studenci poznają na piątym roku?!
– Aaa… tu cię boli. – Teo upił łyk kawy.
– Nie… Tak… Też… Jak ja cię…! – Wymaszerowała z kuchni.
– Kobiety… – westchnął Teodor, jakby to wyjaśniało przyczynę mutacji tasiemców i innych zwierząt pasożytniczych.
***
– Tak. Czekam. – Sam popatrzyła na swoją komórkę z nieskrywaną nienawiścią.
– Co jest?
– Nic. Mój kochany braciszku. – Mierzeja zdjęła plecak i powlokła się do swojego pokoju. – Po prostu znowu nie idę do szkoły.
***
Deagol obudził się. Kark miał całkiem zesztywniały i wszystkie mięśnie bolały go niemiłosiernie. Światło z trudem przebiło się przez nie mytą od wielu lat szybę.
***
– Kra! – wrzasnęło ptaszysko kołując nad przemoczonym Łapą. – Kra! Zatrzymajsięty!
– Czego?! – warknął, przebiegając przez jezdnię w niedozwolonym miejscu.
– Masz wiadomość! – Kruk wylądował Blackowi na ramieniu.
Syriusz odwiązał zwinięty kawałek pergaminu od kruczej nogi.
– A drobne? – zaskrzeczał pierzasty posłaniec. – Ten czarnowłosy dzieciak powiedział, że mi zapłacisz!
***
Severus Snape wszedł do pracowni. Klasa zamarła, oczekując nagłego ataku złości ze strony profesora.
– Weasley do odpowiedzi – warknął, ciskając dziennik na biurko. – I nie interesują mnie wasze brednie dotyczące jakiegoś tam okresu ochronnego – ostrzegł.
Ginny wzruszyła ramionami i podreptała pod tablicę.
– Jestem nieprzygotowana, panie profesorze – powiedziała po chwili.
– Nie interesuje mnie to.
***
– Nie ma jej. – Mirtle wmaszerowała do damskiej szatni.
– Wagaruje. – Ingrid związała włosy w ciasny kok. – Ona pewnie tak zawsze…
– Nie. – Pansy ściągnęła trampka.
– Nie musicie mnie oszukiwać.
***
Krysiak w świetle dnia prezentował się dużo lepiej niż w nocy: ciemne włosy ostrzyżone w sposób sugerujący całkiem niezłe umiejętności fryzjera, nienagannie skrojony garnitur i całkiem przyjazny wyraz twarzy (jeśli ktoś jest ślepy). W tej chwili siedział przy kuchennym stole Sam.
– Herbaty? – Mierzeja wyciągnęła z szafki dwie filiżanki. – Kawy? Gorącej czekolady?
– Herbaty.
Mierzeja otworzyła metalową puszkę z napisem „Uwaga: niebezpieczeństwo. Spożycie grozi śmiercią!!!!”, wyciągnęła zeń dwie torebki herbaty ekspresowej i umieściła je w filiżankach.
– Nie zamierzam pana otruć – powiedziała, widząc spojrzenie szefa utkwione w metalowej puszce.
***
„Drogi Syriuszu,
dziś w nocy bolała mnie blizna. Wcześniej też mnie bolała, ale nie chciałem cię niepokoić. Sądzę, że Voldemort jest gdzieś blisko…
Co mam zrobić?
Harry”
– przeczytał Syriusz po raz setny. Oczywiście, był u Albusa, ale dowiedział się, że Potterowi nic nie grozi, gdy jest w szkole czy w miejscu zakwaterowania.
Bzdury – pomyślał, spoglądając na zegarek. Była 8.12.
***
Deagol robił się naprawdę zły.
– Czy mówiłem, że chcę rozmawiać z konsulem, ambasadorem czy kimkolwiek, byle móc stąd wyjść?! – wrzasnął.
Policjant zachrapał.
***
– Zgubiłem Deagola – oświadczył Piecek.
– Mała strata – orzekła Mirtle.
***
Na ścianie jednej z siedzib pewnej organizacji pojawił się pewien plakat wzbudzający dość duże zainteresowanie…
***
– Nie odebraliśmy zbiega – powiedział Krysiak między jednym łykiem herbaty a drugim. – Z nieznanych przyczyn napadły na nas wampiry i musieliśmy się ewakuować… Nie mów mi tu, że to nie twoja wina!
Sam zamrugała. Ton głosu jej szefa całkiem niespodziewanie zabrzmiał tak nieprzyjemnie jak dnia poprzedniego.
– Chce mi pan wmówić, że to ja jestem odpowiedzialna za to, że Czwórkę niemalże skonsumowano? – Spojrzenie Sam straciło ów spokój i obojętność, a pojawiła się w nim uzasadniona złość.
– Chyba nie siebie mam winić.
– To nie moja wina, że między innymi Czwórka wypruł amulet kilka chwil przed pojawieniem się zagrożenia w sektorze. Nie tylko on to zrobił, ale przynajmniej jeszcze dwóch jego kompanów, więc musiałam ich monitorować na innej płaszczyźnie jednocześnie. Ten dureń może mieć pretensję tylko i wyłącznie do siebie.
– Złożył do mnie na ciebie skargę. – Krysiak wyciągnął z aktówki jakieś papierzysko.
– Jak to miło z jego strony. – Mierzeja przyjrzała się pismu.
– Mam też oświadczenie lekarza, że zgodnie z podanymi przez nas informacjami Robert nie powinien przeżyć.
– Jego problem – burknęła Sam.
– Albo powiesz, co zrobiłaś, żeby on przeżył, albo cię zawieszę w pełnieniu obowiązków – zagroził.
– Bardzo proszę. – Mierzeja wykazała pełną obojętność. – Ja się do tego oddziału nie prosiłam.
– Powtórz.
– Nie prosiłam się do tego oddziału!
Krysiak zamyślił się.
– Chciałam zajmować się czymś nudnym, na przykład transportem, a nie włóczyć się po lesie z bandą uzbrojonych magów, a potem taplać się w wampirzej krwi!
– Dlatego nie przyjmujemy kobiet.
– To co ja jestem? – Sam zaczynała tracić cierpliwość.
– Jesteś jakimś wyjątkiem potwierdzającym regułę, a do tego o 10.00 masz się stawić na rozprawie w sprawie pewnego czołgu. – Krysiak schował papiery.
– Dziś?
***
Syriusz wbiegł do domu Sam. Pierwszym przedmiotem, jaki spotkał na swej drodze, była niewielka aktówka stojąca na podłodze.
– Aaaa!
– Co to za „Aaaa”, Syriuszu? – Mierzeja wychyliła się ze swojego pokoju.
– Chcesz mnie zabić? – spytał zbierając swe mokre i obolałe ciało z podłogi. – Kto stawia cokolwiek na podłodze przy samych drzwiach?!
– Ja. – Sam przemaszerowała do łazienki odziana w nieprzyzwoicie krótką, zdaniem Łapy, czarną spódnicę i różową bluzkę. – To moje papiery. – Wyszła już uczesana. – Jak nadziejam, jedziesz ze mną?
– Gdzie?
***
Teodor przeglądał rozłożone na podłodze gazety i zakreślał podejrzane ogłoszenia w dziale „Kupię–Sprzedam”. Leośka otworzyła drzwi i ogarnęła wzrokiem to pobojowisko. Restaud podniósł głowę znad „Wyborczej”.
– Nie idziesz do szkoły? – spytał celując w nią mazakiem koloru zabójczego różu.
– Zaczynam dopiero o 11.30. – Przesunęła część papierzysk i usiadła na kanapie. – Mogę wiedzieć, po co ci te gazety?
– Udowadniam pewną teorię – powiedział z błyskiem w oku, co Leośce całkowicie się nie spodobało.
***
Sam założyła swoją wyjściową szatę i wmaszerowała do budynku MM. Łapa zatrzasnął drzwi zielonej skody i pobiegł za nią.
***
Snape postanowił napisać listy ze skargą do rodziców kilku uczniów i uczennic. Jedna z owych Gryfonek siedziała teraz w jego gabinecie drugi raz w tym tygodniu, a był dopiero wtorek.
– Więc co powiedziałaś do profesor Sobczyńskiej? – spytał, mając nadzieję, że nie są to słowa, o jakie ją podejrzewał.
Mylił się. Nie dość, że stworzenie uczyniło swe spojrzenie maślanym i pełnym uwielbienia, po czym wbiło je w niego, to dodatkowo postanowiło powiedzieć prawdę.
– Oświadczyłam, że metody pani profesor są przestarzałe i w żaden sposób nie można przy ich pomocy nauczyć kogokolwiek czegokolwiek ze względu na brak woli współpracy ze strony pani profesor w celu unowocześnienia owych metod.
– Następnym razem idziesz do profesor McGonagall. Nie do mnie.
***
– Masz zamiar zostać adwokatem? – spytał całkiem miły głos gdzieś z prawej.
Syriusz przyjął postawę obronną, co w wykonaniu człowieczego ciała umiejscowionego na twardej ławce przed salą rozpraw numer 12 było raczej trudnym zadaniem.
– Osobiście odradzam – dodał, siadając obok Mierzei (O nierozważny! – dop. Aurora), nie zauważając pełnego podejrzeń wzroku Łapy. – Jarosław Szerszeń, prokurator z ministerstwa – przedstawił się. – A ty pewnie jesteś moim źródłem informacji dotyczącym tej sprawy.
– Sam Search. – Wskazała na błękitny identyfikator przypięty do szaty.
– Dużo masz tych imion – zauważył, uważniej przypatrując się dokumentowi. – Samo czytanie aktu oskarżenia przeciwko tobie byłoby pasjonującym przeżyciem.
Black zmarszczył brwi. Ten dwudziestosiedmioletni prawnik całkowicie mu się nie podobał.
***
– Deagol. – Herr Kos uważnie przyjrzał się grupie.
– Nie ma. – Potter jako jedyny nierozważny postanowił otworzyć usta.
– Samantha.
– Też nie ma.
– Wir sprechen Deutsch – zauważył Herr Kos, wbijając wzrok w Harry’ego.
Potter postanowił już więcej się nie odzywać.
– Elmira.
– Ich bin da.
– Andromeda.
– Ich bin da.
– Beatrycze.
– Ich bin da.
– Draco.
– Jestem.
– Wir sprechen Deutsch! Ich habe das schon gesagt. Warum sprichst du Polnisch? Willst du eine interessante Note haben oder zu Professor Snape gehen?
– Ich bin nicht vorbereitet. – Ron podniósł rękę.
– Ich habe dich nicht gefragt. Warum sprichst du, Ron?
– Ups – szepnęła Mirtle w kierunku Chomika.
***
Jeśli cokolwiek miało wyglądać dziwnie, to Łapa nie podejrzewałby o to sali sądowej. Wkroczenie do niej wiązało się z pewnym szokiem. Miejsce przygotowane dla sędziego wyglądało wprawdzie w ten sam charakterystyczny sposób jak w wielu innych krajach na świecie, ale jej pozostała część prezentowała się całkowicie odmiennie; i choć miejsca dla oskarżyciela i adwokata usytuowano naprzeciw siebie, nie mogło to wpłynąć na całkowitą ocenę pomieszczenia przez Łapę.
Ściany wyłożono ciemnym drewnem, u powały wisiał żyrandol z kilkoma setkami świec. Nad krzesłem sędziego Syriusz odnotował obecność godła państwowego. Najbardziej zdumiało go jednak ustawienie ław dla widowni w podkowę oraz strój woźnego – kiedyś już taki widział, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie – szerokie rękawy z rozcięciami do łokcia, czapka z piórkiem…
Sam usiadła po lewo, przy stoliku opatrzonym jakimś złocistym napisem. Podejrzany, przynajmniej zdaniem Syriusza, oskarżyciel usiadł obok i wyciągnął swoje notatki.
Łapa usiadł za nimi, by móc w razie konieczności interweniować.
– Czy wiesz, czemu oskarżenie i obronę dzieli niemal cała szerokość Sali? – spytał Szerszeń.
– Może by wyeliminować możliwość oplucia strony przeciwnej – zasugerowała Mierzeja.
– Właśnie – przytaknął. – I by w ten sposób ograniczyć do minimum ilość pojedynków na szable po skończonym procesie między prokuratorem a adwokatem.
– To ta mała.
Syriusz obrócił się.
Do sali spokojnym krokiem wmaszerował nieszczęsny czołgista ubrany w nienagannie skrojony, brązowy garnitur w jasne prążki. U jego boku dreptał łysy człowieczek niewielkiego wzrostu.
– Mam nadzieję, że dziś nie jesteś tak zestresowana i dokładnie przypomnisz sobie tamto wydarzenie, co uchroni cię od pewnych konsekwencji nieprzemyślanych decyzji – ciągnął.
– Tutene? Atque cuins exercitus? – Sam uśmiechnęła się promiennie.
– Co?
– Właśnie cię zapytała, czym dokładnie masz zamiar ją zaatakować – wyjaśnił jego adwokat.
– Czy to jest nasz przemiły oskarżony? – Szerszeń przestał przekładać notatki. – Arkadiusz Karol Machałek?
– A kto inny byłby na tyle głupi, by straszyć świadka oskarżenia na sali sądowej? – Łysy człowieczek usiadł za stołem.
– Proszę wstać! Sąd idzie – oznajmił woźny.
Ale zanim najważniejsza osoba pojawiła się na sali, do środka wbiegła dość liczna grupa studentów i rozsiadła się na ławkach. Zorientowawszy się, że wszyscy stoją, studenci podnieśli się z ociąganiem.
Sędzia okazał się starszym panem lat około osiemdziesięciu, wykonującym zawód z przyczyn nikomu nieznanych bez przechodzenia w stan spoczynku. Energiczny staruszek usiadł na fotelu i zaczął lustrować oskarżonego wzrokiem.
– Proszę usiąść – huknął woźny, aż zadygotało zielone piórko przy jego czapce.
Sędzia ubrany był w kontusz koloru zielonego i czerwony żupan – Łapa nareszcie przypomniał sobie nazwy owych części garderoby.
– Obie strony są mi znane – zaczął sędzia. – Obu panów uczyłem – dodał z dumą.
Studenci notowali z uwagą.
– Przedstawcie mi więc oskarżonego i zaczynajmy zabawę.
– Ministerstwo Magii, Wydział Transportu przeciw Arkadiuszowi Karolowi Machałkowi. – Szerszeń wstał i miał zamiar coś powiedzieć, ale staruszek kazał mu usiąść.
Na stole przed Sam pojawił się napis „Stary znowu zmienia zasady gry”.
– Czy obrona chce powołać dziś jakiegoś świadka? – Sędzia wyciągnął z szafki biurka szklankę i nalał do niej nieco wody mineralnej.
– Tak.
– No to szybciej, Franek, bo chcę zęby wyjąć, coś mnie cisną.
Protokolantka zaczęła chichotać w swoim kacie.
– Obrona powołuje pannę Samanthę Ann Michelle Samirę Salomeę Halkę Konstancję Viktorię Igę Kalistę Honoratę Alicję Łucję Małgorzatę Krystynę Mirę Minę Selenę Search na świadka – odczytał nazwany „Frankiem”.
– Sprzeciw. – Szerszeń zerwał się z ławy.
– Mam prawo wezwać świadka…
– Daj identyfikator – szepnął prokurator.
Mierzeja odpięła go pospiesznie od zapiętej szczelnie szaty i podała Szerszeniowi, a ten położył go na biurku sędziego.
– Czyli powołujesz się na ten dziwny paragraf?
– Tak.
– Aha. – Uśmiechnął się. – W takim razie czy obrona chce powołać jeszcze kogoś?
– Wzywam na świadka Arkadiusza Karola Machałka.
***
– Dziś mieliśmy mieć sprawdzian.
– Nie, panie profesorze – zaprzeczyła energicznie klasa.
– Oszukujecie mnie.
– Jest okres ochronny – zauważył Potter.
– A wam tylko okres ochronny w głowie. Okres ochronny, Potter, to może być na zwierzynę płową, a nie na uczniów, szczególnie na historii.
***
Kaze otworzył oczy.
Kac ma pewne swoje szczególne właściwości – między innymi zwala z nóg. Jemu nie pozwolił się podnieść nawet o centymetr.
***
– Więc co zamierzał pan zrobić? – spytał obrońca, mając nadzieję, że jego klient postanowi dać odpowiedź, jaką wspólnie opracowali.
– Postanowiłem otworzyć teleport.
– Czyż to nie świadczy o winie? – Szerszeń postanowił zaatakować niespodziewanie.
Syriusz siedział nieco oszołomiony – procedura dopuszczała przesłuchiwanie świadków jednocześnie przez obrońcę i oskarżyciela. Studenci nie wydawali się wcale zdziwieni, tylko notowali.
– Nie znaczy to, że mój klient to zrobił.
– Wystarczy, że chciał to zrobić!
Jak dowiedział się Łapa od jednego ze studentów, niemal każdy miał prawo zabrać głos w sprawie.
– Quando aliquid prohibetur, prohibetur et omne, per quod devenitur ad illud – stwierdziła Sam.
– Co? – oskarżony był nieco zdezorientowany.
– Gdy coś jest zakazane, zakazane jest wszystko, co do tego zmierza – przetłumaczył sędzia. – Chyba mi nie powiesz, młody człowieku, że nie uczyłeś się łaciny?
– Nie znaczy to, że mój klient to zrobił. Przecież nie można zabronić mu myślenia.
– Ale popełniono przestępstwo. Ten człowiek mógł nieumyślnie spowodować śmierć niemagicznego obywatela.
– Nullum crimen sine poena – dodała Sam. – Nullum scelus rationem habet. A to byłaby zbrodnia.
– Wielu moich kolegów robiło… – zaczął oskarżony, ale przerwał mu jego własny adwokat.
– Multi non omnes! Chyba już to tłumaczyłem.
– Niemniej miało miejsce przestępstwo. – Szerszeń wstał. – I nie było ono putativum, ale consumatum, a waść winny jest. Przyznać się powinieneś, by plama na honorze mniejsze rozmiary miała.
– Ale ja…
– Homnis est errare, insipientis in errore perseverrare. – Mierzeja uśmiechnęła się.
– Nie rozumiem. – Machałek zaczynał się denerwować.
– Właśnie nazwała cię głupcem – wyjaśnił sędzia.
– I pan jej na to pozwolił? Przecież ja mam prawo do ochrony czci i honoru! – Zerwał się z krzesła. – Żądam pojedynku i niech los rozstrzygnie o mojej niewinności!
– Jak sobie życzysz. – Sam wstała. – Czy wielmożny sędzia pozwoli?
– Szczerze mówiąc, powinienem ratować damę w opresji, ale w dobie równouprawnienia nie pozostaje mi nic innego, jak wyrazić zgodę.
Mierzeja uśmiechnęła się.
Syriusz był bliski paniki.
Studenci byli zachwyceni.
– Mors omnia iura solvit – mruknął sędzia, wyciągając nieszczęsne zęby i wrzucając je do szklanki, ale nikt go nie usłyszał.
***
Deagol przestał wrzeszczeć, bo nie odnosiło to oczekiwanego rezultatu.
***
– Od czterdziestu trzech lat nikt nie chciał pojedynkować się, by w ten sposób udowodnić swoją niewinność. – Szerszeń usiadł obok Łapy. – A od dziewięćdziesięciu siedmiu oskarżony nie żądał satysfakcji od kogoś poza woźnym i oskarżycielem.
– Mozecie zacynac – powiedział sędzia, rozsiadając się wygodnie w fotelu.
Łapa zauważył, że czołgista był początkowo zaskoczony przyjęciem rzuconej przez niego rękawicy przez dziewczynę, ale pospiesznie ukrył je za maską pozornej pewności siebie, która zaskakująco szybko stężała, gładko przylegając do prawdziwej twarzy.
Sam stanęła przed biurkiem sędziego i dygnęła w sposób przewidziany przez etykietę.
Łapa zaczął nerwowo obgryzać paznokcie.
Woźny odmierzył standardową liczbę kroków i, odsunąwszy się na bezpieczną odległość, powiedział:
– Sposób rzucania zaklęć pozostawia się do wyboru przeciwnikom, ale nie mogą być to ani zaklęcia niewybaczalne, ani uśmiercające, których zapewne znacie państwo przynajmniej kilkanaście.
Machałek wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki krótką, dębową różdżkę.
– Panie mają pierwszeństwo – stwierdził. – O ile zamierzasz zacząć, bo jakoś nie widzę w twoich rękach różdżki.
Jego adwokat zaczynał się zastanawiać, czy honorarium było naprawdę na tyle wysokie, że zrekompensuje mu ewentualne straty poniesione na ponowne wdrapanie się na ten sześćdziesiąty drugi szczebel adwokackiej drabiny.
– Może się rozmyśliłaś? – kontynuował. – Parada ostrzy!
Mierzeja wyciągnęła przed siebie prawą rękę i mknące w jej kierunku jasne smugi zatrzymały się i zawisły w powietrzu.
– Ups – powiedziała jakaś studentka siedząca obok Łapy.
– To są ostrza? – Sam uniosła brew. – Mnie to bardziej przypomina szpilki do wudu. Widziałeś w życiu, jak wygląda ostrze?
W powietrzu zmaterializował się topór i pomknął w kierunku Machałka, a ten uchylił się w ostatniej chwili.
– Nieźle, mała. Ale z tym sobie nie poradzisz. Wirujący pierścień szkieletów!
Powietrze zamigotało i sześć kościotrupów pojawiło się z nikąd. Poruszały się nadzwyczaj sprawnie jak na zwłoki, wymachując pałkami nabijanymi metalowymi kolcami.
Sam wyciągnęła z kieszeni niewielką fiolkę i pospiesznie rozsypała jej zawartość wokół siebie na podłodze.
Szkielety nie mogły się dostać do wnętrza kręgu, a tymczasem pod sufitem zebrały się ciężkie chmury burzowe.
– Jestem…
Łapa nie dosłyszał kim, gdyż postać Sam rozpłynęła się, a z chmur lunął deszcz.
Machałek rozglądał się po sali nieco zdezorientowany, mając nadzieję, że zobaczy Sam ukrytą gdzieś w cieniu.
Sędzia rozpostarł nad swą głową stary, postrzępiony parasol. Studenci w pośpiechu nakładali na siebie zaklęcia typu „sucha głowa” i „mój prywatny parasol” – rodem z poradników kobiecych.
Łapa mókł.
Powietrze rozcięła błyskawica, a potem następna i jeszcze jedna. Huk wwiercał się w uszy i bezlitośnie szarpał błonę bębenkową. Trafione szkielety rozsypywały się w popiół.
Machałek w dalszym ciągu szukał swej przeciwniczki.
– Przegrałeś. – Usłyszał za sobą żeński głos, więc się obejrzał i napotkał na swej drodze ciężką książkę pod tytułem „Zebrane podstawy prawa polskiego z krótkim omówieniem historycznym”. Tomisko było przewidziane dla drugiego roku prawa oraz podpisane „Issa; nie dotykać; UWAGA! Notatki w środku!” i przede wszystkim ciężkie.
Machałek zachwiał się i runął na zalaną wodą podłogę.
Sędzia uśmiechnął się.
Z zebranych pod powałą chmur zaczął sypać śnieg.
***
Mew usiadła pod ścianą. Język angielski upłynął dość spokojnie, co bardzo źle wróżyło najbliższej przerwie.
Andrea Deer usiadła obok.
– Nienawidzę jej – oświadczyła.
– Ja też. – Mew wyciągnęła z plecaka butelkę wody mineralnej. – Mam ochotę… – Zamrugała.
– Na co?
– Ojej…
Odkręcona butelka potoczyła się po podłodze.
***
– Myślisz, że tym mnie pokonasz?! – Machałek powoli podniósł się z podłogi.
Płatki śniegu wirowały w mroźnym powietrzu. Zalaną wodą podłogę zaskakująco szybko mróz zamienił w gładką taflę lodu.
Włosy Łapy uprzednio mokre przypominały teraz lodowe strąki.
– Ty już nie masz szans – stwierdził jeden ze studentów szczękając zębami.
– To fascynujące – orzekł Szerszeń.
Łapa nie zareagował, tylko dzwonił zębami – głośno i zaskakująco wyraźnie.
– Głupia smarkula nie będzie mnie poniżać – oświadczył niczego nieświadomy czołgista i najprawdopodobniej zamierzał coś jeszcze zrobić, ale ciężkie tomisko ugodziło go z dużą prędkością w sam środek czoła. Machałek przewrócił się nie tylko na skutek uderzenia, ale również ze względu na obecność lodu.
Studenci zaczęli bić brawo. Zapisane kartki z notatkami Issy jeszcze przez chwilę unosiły się w powietrzu wraz z płatkami śniegu.
Machałek nie poruszył się.
Sędzia uśmiechnął się z sobie tylko znanych powodów.
***
Leośka miała nadzieję, że ten dzień będzie spokojny, ale niestety dzionek był innego zdania i przyłożył jej nie tylko zaskakująco dużą ilością poturbowanych przez różne zaklęcia i rzadkie magiczne zwierzęta nieostrożnych uczniów, ale też wiadomością o zbliżających się z zawrotną prędkością egzaminach z „Ratownictwa i Pierwszej Pomocy”. Ową nieciekawą informację znalazła na stronie internetowej uczelni – była wielka, czerwona i rzucała się w oczy ze swoimi ostrymi pazurami.
– Ała! – wrzasnął dzieciak lat być może czternastu, choć Leokadia nie miała pewności, gdyż osobnik nosił ową charakterystyczną grzywkę sięgającą niemal do podbródka.
– Cicho bądź! – warknęła Leokadia, malując na skórze nieszczęśnika fioletowe wzroki przy pomocy gencjany. – Ja nie kazałam ci przyprowadzać do szkoły krowołaka!
– To cielakołak – powiedział nastolatek, próbując uniknąć kontaktu między nasączonym odkażającym środkiem wacikiem, a własnym podrapanym ramieniem. Leo namalowała mu więc pięknego kleksa w okolicy obojczyka.
– Wiesz, ile mnie to obchodzi? – Unieruchomiła mu rękę i nareszcie pomalowała kończynę jak należy. – Narażałeś się na niebezpieczeństwo, a nawet śmierć! O tężcu nie wspominając!
Wyciągnęła z szuflady strzykawkę i fiolkę z czymś zielonym.
– Co to? – spytał pechowiec ze strachem i nawet odgarnął grzywkę, by lepiej zobaczyć, czym to ta młoda pomoc medyczna ma zamiar go dręczyć. – Ale ten cielakołak jest w naszej rodzinie od pokoleń – stwierdził w akcie desperacji.
Leośka popatrzyła na swego pacjenta i wyjęła z szafki drugą fiolkę.
– To znaczy od dwóch tygodni!!! Nie znoszę zastrzyków!!!
– Czyli zostałeś poturbowany przez rozkładające się zwłoki i to do tego jeszcze świeże!!! I naraziłeś na niebezpieczeństwo innych uczniów!!! Dopilnuję, aby twoja matka dowiedziała się o twoim nieodpowiedzialnym zachowaniu!!! – Leo rozpakowała strzykawkę i wyciągnęła z biurka jednorazową igłę.
– Moja mama wie.
– Tak? – Leo uniosła brew.
– Tak. Przecież sama go ożywiła.

Mierzeja
9.04.2006, 12:07
Myślodsiewnia
Tomek
A kim jest K???
23.04.2006, 22:59
K
Pozdrowienia dla Tomka od K
18.04.2006, 18:16
Pila
Czy tocotu pisze jest ciekawe niechce mi sie czytać
18.04.2006, 18:15
V.
Tracę fason, no.
12.04.2006, 18:36
Aibhill Dreamstoher
Ostatnio często ci się pomyłki zdarzają, Val...
12.04.2006, 16:19
MACIEK
kiedy nastepna czesc!!!!!Nie moge sie doczekac!!!!!
12.04.2006, 15:42
V.
No pacz, faktycznie! Ale heca!
12.04.2006, 15:18
Krips
cieszmy się że nie napisał 8 jako IIIIIIII :P
12.04.2006, 14:27
Andromeda
Val, numer osiem pisze się VIII, a nie XIII.
12.04.2006, 09:54
Aeldis
Gdzie tu widzisz żrącą się redakcję? Jest tak, jak zwykle:)
11.04.2006, 16:07