Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Zielarka

ROZDZIAŁ I
– Hej!
– Cześć, małpo!
– Patrz, ta krowa już tu jest!
– Uwaga! Czarownicom wstęp wzbroniony!
– Odezwij się, wiedźmo!
– Daj spokój, ona jest nienormalna, nie odpowie ci...
Właśnie takie okrzyki towarzyszyły jej, gdy powoli stąpała po schodach prowadzących do szkoły. Setki białych kulek papieru ruszyły w jej stronę, ktoś nawet rzucił ogryzkiem. Uchyliła się zręcznie, choć było jej wszystko jedno. W końcu wiedziała, że tak będzie.
Znała to na pamięć.
– Hej, Anastazja! – usłyszała i odwróciła się powoli, mając nadzieję, że to może Justyna, że może już wyzdrowiała... Niestety, nie miała szczęścia. Stała twarzą w twarz z platynową blondynką o niebieskich oczach. Była to tylko Irma, jedna z koleżanek z klasy.
– Cześć, Morgano! – zawołała Irma na wstępie. – Kiedy lecisz na sabat? Może mi powiesz, gdzie kupujesz swoje stylowe miotły?
Anastazja przeszła obok niej, nie odpowiadając. Wiedziała, że żadna riposta nic nie zmieni. Znała te obelgi na pamięć.
Szkoda, że Justyna jest chora, pomyślała. Na szczęście dzięki lekarstwu od mamy zdrowieje już w oczach. Może niedługo wróci do szkoły... Jest jedyną osobą która na mnie nie warczy i nie obrzuca inwektywami.
Dwa lata temu Anastazja przeprowadziła się do Luszczyc ze Śląska. Myślała, że rozpocznie nowe życie i wreszcie znajdzie przyjaciół. Okazało się, że się przeliczyła. Mimo, że przeprowadziła się na drugi koniec kraju, znalazła się osoba, która znała jej przeszłość i to z najlepszego źródła – od swojej kuzynki, zamieszkałej w Luszczycach. Irma, siostra cioteczna Anki... Kiedyś Anastazja nienawidziła jej, dziś czuła dla niej tylko pogardę. Dwa lata w nowym gimnazjum wyprały ją z wszystkich uczuć. No, prawie z wszystkich. Udało się jej zdobyć przyjaciółkę, Justynę. Zawsze trzymały się razem i tylko dzięki temu udało im się przetrwać te lata. Dwójka odmieńców, czarownica i Cyganka.
Czarownica... To słowo powracało do Anastazji jak bumerang. Kiedy koledzy z klasy dowiedzieli się, że nowa interesuje się magią i zjawiskami paranormalnymi, od razu ochrzcili ją wiedźmą. Stała się obiektem drwin i wyzwisk, bo przecież wyżywanie się na innych to świetna zabawa. Tak było od początku, stało się to już zwyczajem. Dziewczyna z początku płakała, tak bardzo nienawidziła być poniżana... Potem zaczęła nienawidzić swoich oprawców, rozpieszczonych dzieciaków, dla których przemoc była formą rozrywki. Wreszcie zobojętniała i poczuła pogardę dla tych ludzi. Dla wielkich mięśniaków, których inteligencję można było porównać do inteligencji komarów i dla umalowanych drogimi kosmetykami dziewczyn z tlenionymi włosami.
Kosmetyki... Za każdym razem gdy o tym myślała ogarniał ją pusty śmiech. Wszystkie pięknotki z klasy codziennie smarowały się maściami produkowanymi przez pobliską firmę farmaceutyczną. Firmę, w której pracowała jej matka. Autorka przepisów na ponad połowę specyfików, którymi upiększały się Irma, Magda, Julia i Agata. A także reszta dziewczyn, które każdego dnia za pięć ósma robiły obławę na "czarownicę"...
Anastazji udało się ominąć chłopaka, który usiłował podłożyć jej nogę i weszła do klasy. Na pierwszej lekcji, znienawidzonej matematyce, miała mieć sprawdzian, co przyprawiało ją o jeszcze gorszy humor... Nigdy nie była za dobra w nauce, a sytuacji nie ułatwiał fakt, że koledzy i koleżanki przeszkadzali jej w lekcjach. Potrafili ukraść zeszyty, tornister, nie mówiąc już o wiecznie ginących wypracowaniach... A nauczyciele pozwalali im na to. Było zbyt wielu sabotażystów, żeby któryś mógł zostać złapany na gorącym uczynku. Winni byli wszyscy, czyli nikt, a w konsekwencji Anastazja jechała na trójach.
Nauczycielka podała jej arkusz i odeszła bez słowa. Anastazja skupiła się na zadaniach. Tak jak podejrzewała, były piekielnie trudne, ale jakoś udało jej się rozwiązać cztery na pięć. Może się uda... Może tym razem będzie cztery... Rozmyślania dziewczyny zostały przerwane przez surowy głos nauczycielki.
– Hejże! Dawaj tą ściągę!
Anastazja rozejrzała się. Nauczycielka patrzyła na nią.
– Ale ja...
– Jak już ściągasz, to rób to z głową! Kartka ci na ziemię spadła!
– To nie moja... Pisałam sama!
– Leży pod twoim krzesłem, a nie siedzisz z nikim. Daj mi ten sprawdzian. Nie zaliczam ci.
Dziewczyna spuściła głowę, czując płynące do oczu niechciane łzy. Tak się starała i nic! Znowu jedynka, na godzinie wychowawczej nauczyciel będzie się czepiał, pewnie napisze do matki... Cholerne życie!
Kolejne lekcje minęły już szybko, nie było żadnych klasówek. Anastazja spakowała tornister i czekała na dzwonek. Wiedziała, że zaraz zacznie się dalszy ciąg akcji "Czarownica". Nie miała zamiaru dawać się znowu poniżać, miała już plan. Ucieknie ze szkoły zaraz po dzwonku, albo będzie musiała zaszyć się w jakimś kącie czekając aż wszyscy wyjdą. Tak czy inaczej, musi rozminąć się z koleżankami i kolegami.
Udało się uciec parę sekund po dzwonku. Dziewczyna weszła do pobliskiego sklepu i obserwowała opuszczających szkołę kolegów. Kiedy Marek i Adrian wyszli z budynku, była już pewna, że wszyscy poszli. Z ulgą porzuciła kryjówkę i ruszyła w stronę domu.

*Adam Mickiewicz "Dziady" cz. III

Rozdział II

– Mamo! Wróciłam!
Cisza. Anastazja westchnęła – matka nie wróciła jeszcze z pracy. Trudno. Będzie musiała sama przygotować sobie obiad. Dziewczyna ruszyła w stronę kuchni.
Kuchnia była jej ulubionym pomieszczeniem w domu. Panowała tu specyficzna atmosfera. Matka meblując ją postawiła na tradycję – staroświeckie kredensy pamiętały chyba czasy prababci, a w kącie stał prawdziwy piec. Z sufitu zwisały pęki ziół i warkocze czosnku. Oczywiście, była też kuchenka elektryczna i zmywarka, ale nie odbierały magicznego klimatu temu miejscu. Na środku kuchni stał duży stół o nieco zniszczonym blacie, na którym leżała jakaś kartka papieru. Anastazja wzięła ją do ręki.

"Córeczko!
Wrócę dziś później, obiad masz na kuchence, podgrzej sobie. I nie idź dzisiaj nigdzie. Musimy porozmawiać.
Całuję, mama"


Dziewczyna westchnęła. Czyżby chodziło o jej ostatnie oceny? Nie, na pewno nie. A może... Serce zabiło jej szybciej. Może już...? Cóż, dowie się gdy matka wróci. Na razie trzeba zjeść obiad. Zapaliła palnik pod garnkiem z zupą i czekała, aż grochówka się zagrzeje. Po kuchni rozszedł się apetyczny zapach. Anastazja nalała sobie trochę na talerz i już miała zacząć jeść, gdy nagle zadzwonił telefon. Z brzękiem odłożyła sztućce, ruszyła w stronę aparatu i podniosła słuchawkę.
– Słucham?
– Anastazja? To ja, Justyna.
– Cześć! Jak tam zdrowie?
– Już lepiej. W przyszły tygodniu znowu idę do szkoły.
– Super!
– A co w budzie?
– To co zwykle. Aha, był sprawdzian z matmy.
– I jak ci poszło?
– Podrzucili mi ściągę i babka zabrała mi kartkę.
– Cholera. Przepraszam.
– Nie szkodzi. Też mi się chce przeklinać, gdy o tym pomyślę. Dlaczego oni nie dadzą nam spokoju?
– Nie wiem dlaczego nie dadzą spokoju tobie, ale ja jestem urodzona na ofiarę. Cyganka, która chodzi do szkoły i się uczy! Okaz godny zoo! Wiadomo przecież, że Cyganie to złodzieje i kłamcy. Jak można mnie nie potępiać?
– Justyna, nie mów tak.
– Takie są stereotypy. Ja się już z tym pogodziłam. Trzeba im udowodnić, że nie mają racji.
– W moim przypadku mają.
– Anastazja, oni nie mają o niczym pojęcia. Dokuczają ci przez tę plotkę Irmy. Nie znają prawdy.
– I ja się z tego cieszę. Wtedy spalili by mnie na stosie.
– Nie, najpierw spławili by cię w rzece.
– Justyna, ty to umiesz pocieszyć człowieka.
– Staram się.
Chwila ciszy.
– Co dzisiaj robisz?
– W tej chwili z tobą rozmawiam. A miałam jeść zupę.
– An, nie marudź. Co potem?
– Nic. Czekam na mamę, bo ma ze mną porozmawiać.
– A idziesz dziś na zabawę u Julii?
– Zwariowałaś? Niby po co? Zresztą skąd ty o niej wiesz jak do szkoły nie chodzisz?
– Mam swoje źródła. Fajnie, że nie idziesz, odwiedzisz mnie.
– Najpierw muszę pogadać z mamą i zapytać o pozwolenie. Nic nie obiecuję.
– A kiedy twoja mama wróci?
Trzask otwieranych drzwi.
– Właśnie wróciła. Muszę kończyć.
– Pa.
– Cześć. I wyzdrowiej szybko.
– Jak sobie życzysz.
Anastazja szybko odłożyła słuchawkę. Chciała szybko pogadać z mamą i odrobić lekcje. A potem iść do Justyny. O ile matka pozwoli.
– Cześć, córciu. Jak tam w szkole? – powitała ją uśmiechnięta mama.
– Witaj mamo. W szkole jak zwykle.
Twarz matki nie zmieniła wyrazu, choć dobrze wiedziała co dla Anastazji znaczy "jak zwykle" w szkole.
– Znowu ukradli ci zadanie?
– Nie, podłożyli ściągę.
– Wiesz, że nie musisz się tym martwić.
– Tak, wiem – odparła dziewczyna. Mama nie przykładała uwagi do jej stopni, tylko do stanu wiedzy. Mimo to Anastazja nie lubiła dostawać złych ocen – chciała być doceniona. Na akceptacji ze strony nauczycieli już jej nie zależało. – Miałyśmy porozmawiać.
– Po obiedzie.
Zjadły w ciszy i udały się do salonu. Anastazja usiadła w fotelu obok kominka, matka naprzeciw. Nie patrzyła na córkę, utkwiła wzrok gdzieś w ścianie.
– Chodzi mi o twoje ostatnie postępy w nauce...
– Nie martw się, nie obleję klasy – przerwała jej dziewczyna. – Z matematyką sobie radzę, umiem ostatni materiał, więc poprawię...
– Nie miałam na myśli szkoły. Nie będę owijać w bawełnę, przejdę do sedna sprawy. Na naszej ostatniej lekcji byłam zaskoczona. Jestem wykwalifikowanym specjalistą, a twoje pomysły... Cóż, to jest coś. I dlatego boję się... Nie wiem, czy mogę cię jeszcze czegoś nauczyć.
– Mamo, czy chcesz powiedzieć, że...
– Tak. Już czas. Zawiadomiłam Akademię, przyjmą cię. Możesz jechać.
– Kiedy?
– Jutro. – Kobieta popatrzyła wreszcie na córkę. Na twarzy jej jedynego dziecka gościła mieszanina uczuć – niezdecydowanie, lęk, radość. Ale nade wszystko jakaś zimna zaciekłość, nienawiść skuwająca oczy, gasząca ciepłe iskierki...
– Wyjedziesz jutro. Uśmiechnij się. Właśnie zostałaś pełnoprawną studentką Akademii Czarownic. Jesteś dorosła i wolna.
Wzrok Anastazji nie stał się cieplejszy, ale uśmiech rozjaśnił jej bladą twarz.
– Dziękuję mamo – wyszeptała.
– Zanim jednak wyjedziesz – głos matki stał się zimniejszy – musisz uporać się z przeszłością. Czarownica, która nie pogodzi się z tym co było, nie umie myśleć o tym co będzie. Nie potrafi żyć. Dlatego musisz pożegnać się z przeszłością. Naprawić błędy. Spłacić długi. I wyrównać rachunki.
– Nie martw się mamo. Nie zawiodę cię.

Rozdział III

– Podnieś wreszcie tę słuchawkę – mamrotała Anastazja. Chyba trzeci raz dzwoniła do Justyny i nikt nie odbierał telefonu. Dziewczyna zerknęła na zegarek, było już późno, nie miała za wiele czasu...
– Nareszcie – szepnęła, gdy usłyszała ciche "Halo". – Justyna? To ty?
– A kto ma być?
– Słuchaj, będę się streszczać, bo nie mam czasu...
– An, co się stało? Przyjdziesz dzisiaj?
– Nie mogę. Justyna, słuchaj ja... – Głos dziewczyny załamał się. Powinna iść, powiedzieć jej to osobiście, w cztery oczy, ale nie miała kiedy. Musiała do jutra wyrównać wszystkie rachunki. Wszystkie...
– An, jesteś jeszcze tam?
– Jestem. Słuchaj. Nie przyjdę ani dziś, ani jutro, ani nigdy. Przepraszam, że mówię ci to przez telefon, a nie osobiście, ale musimy się pożegnać. Wyjeżdżam.
– Już?
– Tak. Już. Dzięki za wszystko. Nie wiem czy jeszcze wrócę.
– An? Uważaj na siebie. Życzę ci powodzenia.
– Będzie mi potrzebne. Cześć.
Anastazja odetchnęła z ulgą. Zrobiła już prawie wszystko. Zostało tylko jedno... Najtrudniejsze.


Nadchodziła burza. Niebo pokryło się czarnymi chmurami, gdzieniegdzie przeplatanymi złotym blaskiem błyskawic. Jeszcze nie padało, ale było to tylko kwestią czasu. Las przed burzą był cichy. Umilkły ptasie śpiewy, a wiewiórki i inne zwierzęta ukryły się oczekując ulewy. Było duszno i parno.
Gdzieś w głębi lasu, tam, gdzie białe brzozy ustąpiły miejsca czarnym bukom i rozłożystym dębom, znajdował się mały krąg złożony z omszałych kamieni. Wysokie stare drzewa rzucały długie cienie na niewielką polankę. Pośrodku kręgu płonęło jasnym ogniem ognisko, na którym bulgotał kociołek. Obok siedziała po turecku młoda dziewczyna czytająca zniszczoną księgę. Szara ciecz w kotle zaczęła wrzeć.
Dziewczyna wstała, podeszła do ogniska i wrzuciła do mikstury garść ziół.
– Pokrzywa – wymamrotała. – Pokrzywa i krwawnik. Trzeba zamieszać trzy razy.
Po chwili ciecz zabłysła karminową poświatą.
– Jarzębina, mak i lulek – szepnęła zielarka dodając składniki. Tym razem przygotowywana mikstura zmieniła barwę na niebieską. Dziewczyna pozwoliła jej gotować się jeszcze przez chwilę. Ręka jej drżała, gdy wrzucała do kociołka ostatni składnik.
– Wilcze ziele... – Świeże liście i łodygi wpadły do naczynia i spowodowały zmianę koloru cieczy na atramentowoczarny. Zielarka przez chwilę stała nieruchomo podziwiając swoje dzieło. A potem wyjęła z kieszeni pomięte i pocięte zdjęcie. Wpatrywała się w utrwalone na nim twarze, jakby chciała je na zawsze zapamiętać, wyryć ich obraz w swojej świadomości. Po chwili wrzuciła zdjęcie do kotła. Żrąca ciecz wypaliła w nim dziurki, które z każdą chwilą stawały się większe, aż wreszcie fotografia znikła. Dziewczyna wyciągnęła przed siebie rękę i otworzyła pięść. Przeźroczysty kryształ zamigotał w blasku tańczących płomieni. Cienie rzucane przez drzewa i odblask ognia utworzyły z twarzy czarownicy złowrogą maskę, wykrzywioną w grymasie radości.
– Wstań, duchu! – wykrzyknęła. – Wstań i bądź mi posłuszny! Niech ziemia i niebo zadrżą widząc moją potęgę!
Przez chwilę zapanowała nienaturalna cisza, tak jakby las skulił się ze zgrozy. Z kociołka uniosła się zielona para, było jej coraz więcej i więcej, aż nagle zamieniła się w małą trąbę powietrzną. Tornado wzbijało się w górę, aż połączyło się z granatowosinym sklepieniem chmur. Błysnęło. Oślepiająco jasny piorun uderzył w kryształ trzymany przez zielarkę. Kamień zamigotał tęczą barw.
Anastazja założyła sobie kryształ na szyję. Z zachmurzonego nieba lunął deszcz, gasząc ogień i zmywając ślady.


– To miejsce jest przeklęte.
Antoni Hrozny, funkcjonariusz policji, nie skomentował. Miejsce nie mogło być przeklęte, zresztą on nie wierzył w takie bzdurne przesądy.
– To tutaj ich znaleziono? – zapytał.
– Tak – odpowiedział staruszek. – W tym pokoju. Moja wnuczka, Juleczka... Urządziła przyjęcie urodzinowe. Dzieci bawiły się normalnie, wie pan, nikt ich nie pilnował, bo któż mógłby choćby przez chwilę słuchać tej muzyki, którą dzisiejsza młodzież się ogłusza?
– Co się dokładnie stało?
– Około dziesiątej stwierdziłem, że jest trochę za cicho. Muzyka dalej grała, ale nie było słychać głosów, wie pan jak dzieciaki zawsze wrzeszczą. Wszedłem do pokoju i wtedy ich zobaczyłem. Dzieci leżały nieprzytomne na ziemi. Zadzwoniłem po karetkę.
– Nie zauważył pan niczego nienaturalnego? No wie pan, jakichś podejrzanych substancji?
Staruszek uważnie popatrzył na policjanta.
– Ci z pogotowia też o to pytali. Czy wy coś wiecie?
Tak, pomyślał policjant. Wiemy. Banda bachorów naszprycowała się jakimś narkotykiem i leży nieprzytomna w szpitalu. Dzieci są w śpiączce i prawdopodobnie już się nie obudzą. A ja mam znaleźć tego, kto sprzedał im działki. To musi być jakiś domorosły diller, bo w krwi dzieciaków znaleziono śladowe ilości pospolitych ziół... I nic więcej. Ale jak ja mam powiedzieć to temu dziadkowi, który nawet nie rozumie co się stało z jego wnuczką?
– Nic jeszcze nie wiemy. Ale to standardowe pytanie w takich przypadkach.
– Powiem panu to samu co tym z pogotowia: nic nie widziałem. Choć gdyby się zastanowić... Wydawało mi się, że czuję dziwny zapach... Jakby ziół...
– Cóż, dziękuję panu... Jeśli czegoś będziemy pewni to dam panu znać.
– Dobrze.
O ile uda nam się czegoś dowiedzieć, bo na razie nic na to nie wskazuje, dodał w myślach pan Hrozny wychodząc z pokoju. A ja mam jeszcze sprawę tej dziewczyny, która uciekła z domu po kłótni z matką... Urwanie głowy.


Anastazja stała przed starym zamkiem, powoli obracającym się w ruinę. Uważnym wzrokiem zlustrowała rozsypujące się wieże, chwasty rosnące w pęknięciach murów i zionące ciemnością okna. Zimny nocny wiatr rozwiewał jej włosy. Dziewczyna ścisnęła w dłoni kryształ.
"Wypuść nas, błagam..." – Usłyszała w myślach mieszaninę cichych, zrozpaczonych głosów. – "Dlaczego nam to robisz? Dlaczego? Ile czasu nas będziesz więzić? Dlaczego..."
Zostaniecie tu na zawsze, pomyślała. Każdy musi ponieść swoją karę.
"Nie! Błagam! Nie!Bła..."
Czarownica otworzyła dłoń. Głosy ucichły jak ucięte nożem. Anastazja podeszła do masywnych drzwi i trzy razy załomotała kołatką. Echo uderzeń rozniosło się po całej okolicy i umilkło. Przez chwilę nic się nie działo, a potem wrota otworzyły się ze zgrzytem.
– Wejdź! – Usłyszała dziewczyna. – Czekaliśmy na ciebie.

KONIEC.

Vanessa Tissana de Samento
2.04.2006, 14:39

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

shadow

No! I to mi się podobało! I dobrej długości (!). Miałaś dobry pomysł i umiałaś go zrealizować. Brawa dla Vanessy!

21.08.2006, 22:27
Maawi

Pomysł bardzo dobry, całość - interesująca. Ale wydaje mi się, że opowiadanie zostało potraktowane zbyt "skrótowo". Gdyby je chociaż odrobinkę rozbudować, byłoby lepsze. Tak czy inaczej - gratuluję wyobraźni :)

17.05.2006, 13:57
Kalina

Sytuacja z klasy głównej bohaterki bardzo przypomina moją. Tylko powód jest inny- chodzę inaczej, więc należy mnie wyśmiewać.

21.04.2006, 19:41
Gormalem Szary

Trochę krótkie. Ale pomysł bardzo fajny. Podobało mi się. Brawo.

19.04.2006, 17:44
julka

Emocji mi w tym brakuje. I jest za krótkie, bym zdążyła poznać bohterkę. Jaka jest?

15.04.2006, 16:12
Mig ;-)

Nie była to powieść w stylu "Potter i spółka kontra Voldemort i śmierciożercy". Na szczęście ;-) Pomysł dobry (oryginalny, i tak trzymać ;-)) nieco krótkie, ale może być. Szkoda, że nie będzie dalszych części. A może jednak będą?... Vanesso, daj się skusić! Pozdro ;-)

11.04.2006, 20:01
Vanessa Samento

Dalszych części nie będzie,bo po pierwsze nie mam pomysłu, a po drugie nie chcę zrobić z bohaterki Mary Sue a z opowiadania telenoweli :D Dziękujęza komentarze.

6.04.2006, 12:33
Liadsa

Hmmm...Cóż widać wyraźnie twój styl. Nie pytam czemu takie krótkie bo znam odpowiedź. Jednak może jeszcze jedna malutka, króciutka część. -Liadsa zrobiła wyjątkowo niewinną minę - Nikomu nie zaszkodzi. - Jeuj oczy przypominały oczy wystraszonej sarny. No dobra jak dla mnie jest dobre, nawet bardzo dobre. JAK DLA MNIE. Ale wydaje mi się ... - głos Liadsy stał się ledwo dosłyszalny - Wydaje mi się, że stać cię na więcej.

6.04.2006, 12:05
Araminta

Hm... Fajne opowiadanie. Nie za długie, lekko i przyjemnie się czyta. Może i nie powaliło mnie na kolana, ale widać że miałaś pomysł i coż... potrafisz pisać:)Czy będzie może kontynuacja?

4.04.2006, 22:17
Krips

Ktoś się od czegoś uchyla? :>

4.04.2006, 22:03