Kot Apokalipsy, cz. III
[V.] Oto opowiadanie tak dawne, że wielu już zapewne straciło nadzieję na jego publikację. A jednak! Autorka dycha wciąż i ma się, jak się zdaje, nie najgorzej. I pisze. Cokolwiek wolno, ale jednak.Tymczasem zanim podam linki do poprzednich części, pozwolę sobie ogłościć wszem i wobec, że kolejna odsłona Warsztatów Pisarskich jest planowana wtedy, gdy liczba systemowa Proroka osiągnie cztery jedynki.
Kot Apokalipsy, cz. I
Kot Apokalipsy, cz. II
(…) a słońce krwawiące po krwistym niebie wstanie z mrocznej otchłani, gdy czas nadejdzie. Chaos zbierać żniwo niezgody zacznie. Na niebie i ziemi znaki wyraźnymi się staną. Gdy czas nadejdzie...”
Przepowiednia Apokalipsy
Fragment; IV w. Ery Kota
Autor nieznany
* * *
Artemis nie mógł zasnąć. Wciąż nawiedzały go myśli o Wybrańcu i o tym, jak go odnaleźć. Pomimo iż dawno zdecydował się na rozpoczęcie poszukiwań od młodych adeptek, które ostatnio widział, coś nie dawało mu spokoju, jakby... coś pominął. Zachodził w głowę, o czym mógł zapomnieć.
Rozważał różne możliwości. W pierwszej kolejności zajął się przepowiednią. W końcu doszedł do kilku wniosków:
Po pierwsze: musi znaleźć Wybrańca przed nowiem. I to dużo przed. W końcu nie wie, w który nów dojdzie do uwolnienia mocy, a jeśli dojdzie do tego bez jego wiedzy to misja zakończy się fiaskiem. Bardzo dużym fiaskiem. Nawet jeszcze większym, jeśli to w ogóle możliwe.
Po drugie: Wybraniec nosi koronę; to znaczy, że może mieć: znamię, tatuaż, naszywkę, kolczyki czy też inne bliżej lub dalej nieokreślone przedmioty w kształcie korony.
Po trzecie: nie ma zielonego pojęcia, co oznacza przepowiednia. Za to wiedział, że gdy już odnajdzie Wybrańca wszystkie aspekty przepowiedni staną się dla niego jasne. Teraz jednak nic nie było oczywiste.
Do innych wniosków nie doszedł. Przynajmniej nie przy przepowiedni.
W obliczu braku owocnych przemyśleń skupił swoją uwagę na tym, co zrobił i co ma zamiar dopiero zrobić. Pierwszym, o czym pomyślał był... kryształ.
– Taak... – mruknął przeciągle Artemis na samą myśl.
Kryształ zgubił, co tu kryć. Zapewniał Wyrocznię, że tak się nie stanie. Nie miał jednak wyrzutów sumienia. Nigdy ich nie miewał. Mimo wszystko sprawa kryształu nie dawała mu spokoju. Zastanawiał się, czy nie powinien spróbować go odszukać. Jednak za każdym razem, gdy o tym choć pomyślał czuł dreszcze przechodzące mu po plecach. Wciąż miał w pamięci przeciskanie się przez te okropne krzaki. Nie miał najmniejszego zamiaru tam wracać. Z drugiej jednak strony kryształ mógłby mu bardzo pomóc w tym zadaniu. Ale czy każdy potencjalny Wybraniec, byłby na tyle inteligentny, żeby dotknąć tego przeklętego amuletu? Artemis szczerze w to wątpił. Trzeba było przyznać, że kto jak kto, ale młodzi adepci i adeptki bywają czasem tak domyślni jak pantofelki lub ameby.
„Adepci, adeptki... młode to jeszcze i płoche...” myślał Artemis z przekąsem. „Ledwie szesnastka na karku, a ja... a ja swoje już w życiu widziałem. Kilka setek, nawet tysięcy lat... Ile ja się musiałem naczekać na to żeby w końcu wykonać tę ‘świętą misję’. A kiedy w końcu zrobię swoje to... umrę.” Futro zjeżyło mu się na grzbiecie. Żył już od czterech tysięcy lat i nigdy nie myślał o śmierci. Teraz, gdy tylko o tym wspomniał dotarł do niego jeden, niesamowity, niepodważalny fakt: ”Boję się śmierci”. W życiu nie bał się niczego. Zawsze podejmował ryzyko, nawet jeśli jego plany były od samego początku skazane na niepowodzenie. A teraz zaczął się bać i to bardzo. Stwierdził też jeszcze jedno - nie chce umierać. „Tyle już widziałem, tyle przeżyłem... i mam tak po prostu odejść w nicość?” Kolejny zimny dreszcz przebiegł mu po karku. I naszło go kolejne przytłaczające uczucie. Uczucie bezsilności, beznadziejnej bezsilności w obliczu niezmiennej przyszłości. „Każdy kiedyś umrze. Nie można uciec przed śmiercią. Na każdego przyjdzie czas.” Rozmyślał w milczeniu. Powietrze stało się ciężkie, a światło z sąsiedniego pokoju jakby zatraciło coś ze swojego blasku. Popatrzył na cienie tańczące po podłodze. Zasnął otulony ponurymi myślami.
* * *
Marie nie mogła zasnąć. Noc była ciepła i duszna. Gwiazdy świeciły wysoko na niebie. Gdzieś zza ściany słychać było równy oddech, którejś z dziewcząt z jej roku.
Dręczyło ją znów to przeczucie. Nie wiedziała skąd się wzięło. Po prostu tkwiło gdzieś w jej podświadomości i alarmowało, że stanie się coś złego. Przyszło i nie chciało jej opuścić.
Cały czas miała w myślach rozmowę z Alexem. Jej urodziny zbliżały się wielkimi krokami, a nie była jeszcze do tego przygotowana. Bała się, że coś jej nie wyjdzie, że coś się nie uda. Była prawie pewna, że wydarzy się coś nie całkiem po jej myśli. Miała ochotę z kimś porozmawiać. Jednak, większość dziewcząt trzymała z Sylvią i nikt się nie kwapił, aby choćby przywitać się z nią. Czuła się teraz bardziej osamotniona niż zwykle. Gdyby choćby mogła spotkać się z mamą...
„Właśnie, mama” pomyślała. Jakoś nie miała nigdy lepszej okazji, aby się z nią choćby zobaczyć. Czasami mijały się przy posiłkach, ale okazji do rozmów nie było zbyt wiele. Marie się uczy, a jej mama pracuje i żadna z nich nie ma zbyt wiele czasu na przyjemności lub spotkania. „Chciałabym z nią porozmawiać” pomyślała ze smutkiem. Przez tyle lat matka była jej jedynym oparciem, a teraz mijają się obojętnie na korytarzu. „Coś się w nas skończyło” uświadomiła sobie dziewczyna. „Jej problemy nie są moimi, a moje nie są jej problemami. Kiedyś dzieliłyśmy się każdym smutkiem i każdą radością. Wszystko przeżywałyśmy wspólnie. Teraz każda z nas żyje jakby w innym świecie” rozmyślała dziewczyna.
Marie wstała i podeszła do okna. Blady blask księżyca rozświetlał ogród. Wyglądał cudownie w jego delikatnych promieniach. Po nacieszeniu wzroku tym widokiem podniosła wzrok ku horyzontowi. Tuż nad jego linią jaśniała konstelacja syreny, mona i pegaza. Oko skrzydlatego konia zamrugało do niej. Marie uśmiechnęła się do nocnego nieba, do wszystkich gwiazd i gwiazdeczek, których nie była w stanie dostrzec. I do księżyca roztaczającego mlecznobiałą poświatę.
Wróciła do łóżka i zamknęła oczy. Zasnęła otulona blaskiem gwiazd.
* * *
Dżasmina wpatrywała się w baldachim swojego łóżka. Nie mogła zasnąć, a było ku temu wiele powodów. Noc była niezwykle duszna i ciepła, nawet jak na tę porę roku. Księżniczka nasłuchiwała nocnych odgłosów. Jednak przez otwarte okno do pokoju nie napływały żadne dźwięki. Zazwyczaj w nocy dało się słyszeć cykanie świerszczy, szum wiatru tańczącego między liśćmi. Ta noc była nienaturalnie cicha, a przez to wyjątkowo nieznośna.
W głowie księżniczki wciąż rozbrzmiewały na nowo słowa maga. To, co jej powiedział napawało ją przerażeniem i strachem. Wybraniec? Ratowanie świata? Czy to nie zbyt wiele? Czy nie oczekują od niej rzeczy nieosiągalnych i stanowczo nierealnych? Bo niby jak miałaby sobie z tym poradzić? To jej matka jest mistrzynią magii, to ona zna się na tym jak nikt inny...!
Ale to o tobie mówi przepowiednia... odezwał się cichy głosik w jej głowie. To o ciebie chodzi, o nikogo innego, tylko o ciebie...
O mnie... pomyślała. Przecież to tak wiele. Do tego potrzeba nie tylko niezwykłych umiejętności magicznych, potrzebna jest też siła, która pomoże udźwignąć to brzemię przeznaczenia, które chcąc nie chcąc, kiedyś ją dopadnie.
Księżniczka pogodziła się już ze swoim losem. Jednak nadal to wszystko wydawało się być nierealne i nieprawdopodobne. Losy świata na barkach jednej osoby? Czy ktoś się nie pomylił?
Dżasmina poznała całą Przepowiednię Apokalipsy, która była jednym z licznych powodów jej obecnych zmartwień. Mówiła ona między innymi o tym, że Wybraniec będzie posiadał nieprawdopodobną moc. Czy to wszystko naprawdę było o niej? Czy ona naprawdę posiadała tak niezwykłą moc? Trudno było jej w to uwierzyć. Do tej pory nie wykazywała specjalnych uzdolnień poza niezwykłą biegłością w rzucaniu zaklęć, a i te nie zawsze były odpowiednio silne. Więc... czym jest ta moc?
I jeszcze to przeczucie. Dżasmina przewróciła się na lewy bok i spojrzała w okno. To przeczucie nie odstępowało jej na krok od czasu rozmowy z magiem. Było wręcz jeszcze bardziej napastliwe niż dotychczas. Nie pozwalało myśleć o rzeczach przyziemnych i mało ważnych, które odciągały uwagę od nauki, nawału zajęć i obowiązków, które pomagały przeżyć każdy kolejny dzień. To było najgorsze.
Leżała jeszcze przez dłuższą chwilę rozmyślając o wszystkich problemach, które ją nękały. Zasnęła otulona aksamitną ciszą.
* * *
Słońce jeszcze nie wzeszło i cały pokój tonął w mroku. Jednak kocie oczy Artemisa nie były tylko wdzięczną ozdobą smolisto-czarnego pyszczka. Kot widział doskonale nawet w bardzo ciemnym pomieszczeniu. Gdzieś zza pleców usłyszał równy, spokojny oddech Alexa.
Wskoczył na parapet, po czym przecisnął się przez uchylone okno. Nie był już tak zgrabny i zwinny jak za dawnych, lepszych lat, kiedy to takie akrobacje nie sprawiały mu żadnego problemu. Potrzebował aż kilku cennych minut na uwolnienie się z pułapki. Gdy tylko wyswobodził się z żelaznego okiennego uchwytu, udał się w stronę Pałacu. Artemis miał nadzieję, że znajdzie sobie odpowiednie miejsce widokowe, z którego będzie widział wszystkie adeptki. Tego dnia zamierzał przyjrzeć się kilku dziewczętom z bliska, a w szczególności przynajmniej jednej z tych, które ostatnio zwróciły jego uwagę.
Szedł wzdłuż ścieżki i co jakiś czas spoglądał za siebie, by móc podziwiać bajeczny wschód słońca. Poruszał się powoli, rozglądając się bacznie na boki. Była wczesna pora, co jednak nie oznaczało, że w ogrodzie nie będzie żywej duszy. Na jego szczęście nie spotkał nikogo, ani nie dostrzegł ciekawskich twarzy wyglądających z okien Pałacu. Nie było, więc potrzeby wskakiwania pomiędzy krzaki, które do tej pory nie dostarczyły mu przyjemnych wrażeń.
Po kilkudziesięciu minutach spaceru dotarł do celu. Usadowił się na parapecie okna, z którego ostatnim razem obserwował lekcję. Czekał dosyć długo. Powoli zaczął mu doskwierać głód, lecz trwał na swoim stanowisku. Słońce świeciło już wysoko na niebie, gdy do sali zaczęły wkraczać pierwsze adeptki.
Kasztanowłosa pojawiła się dosyć wcześnie. Artemis zauważył, że chciała poćwiczyć przed zajęciami. Zawiedziony stwierdził, że nie było w niej już tej energii, którą wyczuł poprzedniego dnia. Z niedowierzaniem uznał, że musiał się pomylić. Jednak od czasu do czasu rzucał w jej stronę pełne nadziei spojrzenie. Niestety bez rezultatu.
Po pewnym czasie do sali weszła owa szatynka, która ostatnim razem wykazała się niezwykłymi umiejętnościami. Artemis spojrzał w jej zimne oczy i pomyślał, że nie chciałby, aby to ona okazała się Wybrańcem. Wydawała się być zapatrzoną w siebie ignorantką, zajmującą się jedynie sobą i własnymi potrzebami. Niestety, była również utalentowaną czarodziejką.
Kot mruknął pod nosem formułę zaklęcia i nasłuchiwał.
* * *
Marie ćwiczyła zaklęcie przywoływania energii. Radziła sobie nie najgorzej, jednak wiedziała, że stać ją na więcej. Było tak przynajmniej poprzedniego dnia. Domyślała się, że z pewnością wpłynął na to jej stan emocjonalny. Poczuła się niezwykle dotknięta sprzeczką z Sylvią, co zapewne spowodowało tę nagłą zmianę. Teraz, gdy znała swoje możliwości, mogła spokojnie ćwiczyć, wiedząc że dziewczyna da jej spokój. Po wczorajszym popisie Marie, Sylvia zapewne nie miała ochoty jej dokuczać. Demonstrowała za to nie zwracanie na nią uwagi, co Marie stanowczo odpowiadało.
Dziewczyna wykonała odpowiednie ruchy rękami i wypowiedziała bezgłośnie formułę. Jasna kulka energii rozbłysła pomiędzy jej dłońmi. Poczuła falę radości rozchodzącą się powoli po całym ciele. Potrafiła tego dokonać całkowicie sama! Teraz całą siłę woli skupiła na powiększeniu promienia kuli. Energia rozbłysła jeszcze jaśniejszym światłem, a po chwili zgasła. Dziewczyna westchnęła zawiedziona, a zza pleców usłyszała otwarte chichoty Sylvii i jej przyjaciółek.
„Nie daj się wyprowadzić z równowagi, nie daj się wyprowadzić z równowagi” pomyślała dziewczyna. Spróbowała jeszcze raz. Jednak jej uwaga była rozproszona i kolejna próba zakończyła się fiaskiem, jak i poprzednia.
– Co? Nagły spadek formy? – szepnęła jadowicie Sylvia przyglądając się Marie z wyższością.
Dziewczyna postanowiła ją zignorować. Jednak nadal nie była dostatecznie skoncentrowana, aby wykonać poprawnie zaklęcie. Usłyszała jeszcze kilka kpin i docinek pod swoim adresem, jednak nie dała po sobie poznać, że cokolwiek usłyszała. Po kilku kolejnych nieudanych próbach postanowiła przerwać ćwiczenia, aż do przyjścia maga.
Na swoje szczęście nie musiała długo czekać. Mag przybył po kilku minutach. Od razu rozpoczął wykład:
– Dzisiaj przechodzimy na kolejny etap. Część z was już niebawem ukończy szesnaście lat, co jak wiecie, będzie najważniejszym dniem w waszym życiu! – zagrzmiał. Wszystkie dziewczęta spoglądały na niego wyraźnie znudzone. Marie przebiegł po plecach dreszcz, na myśl o zbliżających się urodzinach. Mag natomiast ciągnął dalej: – Od dziś zajęcia będą wyglądały nieco inaczej niż dotychczas. Opanowałyście, lepiej lub gorzej, podstawowe zaklęcia. Teraz uczyć się będziecie o panowaniu nad czterema żywiołami i czterema siłami...
Marie poczuła lekkie ukłucie w okolicach serca. Cztery siły....
Już kiedyś o nich słyszała. Światem żądzą cztery żywioły: woda, ogień, wiatr i ziemia. Oprócz nich istnieją również cztery siły zwane również niekiedy mocami. Są nimi: jasność bądź światło, ciemność, materia i oczywiście magia. Pomiędzy nimi od zawsze istniała idealna równowaga. Jeśli coś by ją zakłóciło, mogłoby to mieć nieobliczalne skutki.
– ... jest bardzo ważną rzeczą, abyście jeszcze przed szesnastymi urodzinami opanowały przynajmniej podstawy tej sztuki – ciągnął mag. Niewiele osób go słuchało. Część z dziewcząt stało wpatrując się w eter wyraźnie nad czymś rozmyślając. – Wiecie już jak można wykorzystać magię, ale ważne jest też, abyście zrozumiały jej istotę oraz to jak nad nią zapanować, bo wbrew temu, co o niej myślicie, to magia panuje nad wami, a nie wy nad nią.
Marie spojrzała na maga wyczekującą. „...to magia panuje nad wami, a nie wy nad nią.” To zdanie również brzmiało znajomo, jednak mimo wysiłku nie potrafiła sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach je usłyszała.
Inne dziewczyny stały wpatrując się z niepokojem w maga. Po raz pierwszy jego słowa nie odbiły się od ścian, tylko trafiły tam gdzie powinny. I zagnieździły się głęboko w sercach uczennic.
– Tak, więc mam nadzieję, że odpowiednio przyłożycie się do tych zajęć – podjął mag po chwili milczenia. – Mam nadzieję, że zrozumiałyście, jakie są one ważne. – Rozejrzał się po twarzach dziewcząt. Można było na nich dostrzec zdumienie, niepokój, jak również podniecenie i zadumę. – Rozpoczniemy od jednego z prostszych aspektów tej dziedziny. Zajmiemy się wodą. Woda jest niezwykle ważnym źródłem...
Marie nie słuchała już maga. Zagłębiła się we własnych myślach. To, co miały teraz przerabiać wydało jej się niezwykle intrygujące. Rozumiała też jak ważne jest to dla magii Epsilionu. Trzeba być uważnym i ostrożnym, aby nie zaburzyć harmonii. Nieumiejętne wykorzystanie, któregoś z żywiołów, bądź mocy mogłoby ją naruszyć. Do czegoś takiego nie można doprowadzić. Dlatego uczą ich tego niezbyt wcześnie, aby mieć podstawy, teorię i praktykę, ale też niezbyt późno, aby brak doświadczenia nie okazał się być zgubny. Z tego, co jednak kiedyś usłyszała, harmonię nie tak łatwo było zaburzyć. Potrzeba było do tego niezwykłych umiejętności lub mocy magicznej, której osoba je posiadająca nie potrafiła nad nimi zapanować. Była dość nikła szansa, aby do czegoś takiego doszło, ale jednak nikt nie wolał ryzykować.
Marie otrząsnęła się z zamyślenia i posłuchała wskazówek maga. Zadanie, które miały wykonać nie wydawało się być trudne. Każda z dziewcząt otrzymała dwie szklanki, z czego jedna była wypełniona wodą. Miały przelać wodę z jednego naczynia do drugiego. Oczywiście bez użycia rąk, a korzystając z siły woli i drobnej pomocy magii.
Marie rozejrzała się po sali. Większość dziewcząt rozpoczęła już ćwiczenie. Kilka z nich było czerwone na twarzach, jakby zabrakło im powietrza. Inne wpatrywały się tępo w swoje szklanki machając bezskutecznie rękami. Sylvia natomiast, ku uciesze Marie, stała wyprostowana nad pełną szklanką, a błyszczące krople potu pojawiły się na jej skroniach.
Odwróciła się do niej plecami i skupiła się na swojej szklance. Na gładkiej tafli wody nie pojawiła się jednak nawet jedna zmarszczka. Spróbowała po raz kolejny i całą siłę woli skierowała na płyn. Uniosła powoli rękę, a cienki strumyk wody wzniósł się do góry. Zaskoczona dziewczyna otrząsnęła się, a woda wylądowała z pluskiem w naczyniu. Rozejrzała się wokół. Nikomu jeszcze nie udało się to zadanie. Sylwia powoli zaczynała tracić panowanie nad sobą i jej ręce zataczały coraz szersze kręgi.
Marie znów wróciła do swojej szklanki. Wiedziała, że tym razem wykona zadanie. Utkwiła wzrok w przezroczystym płynie. Następnie powoli uniosła rękę, a strużka wody zaczęła płynnie wznosić się ponad krawędź naczynia. Zatoczyła dłonią łuk, a woda przelała się do drugiej szklanki. Uśmiechnęła się do siebie. Nareszcie znalazła dziedzinę, w której mogła okazać się być bardzo dobra.
Mag przechodząc pomiędzy stolikami dotarł do stanowiska Marie. Nie ukrywał zdumienia, gdy zobaczył, że dziewczynie udało się wykonać ćwiczenie. Jeszcze przez kilka chwil wpatrywał się ze zdziwieniem w pełną szklankę, po czym odezwał się słabym głosem:
– Jeszcze żadna z moich uczennic nie wykonała tego zadania tak szybko. To nieprawdopodobne...
Marie uśmiechnęła się. Wiedziała, że wszystkie dziewczyny spoglądają w jej stronę. Kątem oka dostrzegła wykrzywioną w wyrazie złości twarz Sylvii, co sprawiło jej niemałą satysfakcję.
Nagle coś przyciągnęło jej uwagę. Spojrzała w okno i dostrzegła dwa zielone, szeroko otwarte ślepia. Należały one do czarnego jak sadza kota. Stworzenie napotykając jej spojrzenie czmychnęło poza krawędź ramy okiennej. Marie zastanawiała się, czy kot był realny, czy też był kolejnym przewidzeniem...
* * *
Artemis zaklął cicho pod nosem. Po raz kolejny dał się zobaczyć tej dziewczynie! Powinien być bardziej ostrożny.
Jednak coś w niej go niezwykle intrygowało. Nazywała się Marie, o ile dobrze pamiętał. Nie sprawiło jej trudności zapanowanie nad wodą. Co prawda było to proste ćwiczenie, ale jednak mało komu udaje się zrozumieć istotę panowania nad żywiołami tak szybko. To było w tej dziewczynie niezwykle osobliwe. Z normalnymi czarami radziła sobie raczej przeciętnie. Nie wykazywała żadnych nadzwyczajnych zdolności i umiejętności. Zdawała się być normalną, trochę zakompleksioną dziewczyną. Tyle udało mu się wywnioskować z posłyszanej rozmowy oraz powierzchownych wspomnień, które wydobył z jej umysłu podczas lekcji. Była zwykłą, szarą adeptką, niewyróżniającą się niczym wśród swoich koleżanek. Różniła się od nich jedynie tym, że była dość samotna.
Szatynka, która na poprzedniej lekcji wykazała się niezwykłą biegłością w rzucaniu zaklęć, dzisiaj się nie popisała. Artemis, gdy chciał rozeznać się w jej wspomnieniach natrafił na mało przyjemne rzeczy. Dziewczyna była obojętna i małostkowa. Lubiła dyskryminować słabszych i uchodzić za najważniejszą i najmądrzejszą. Artemis już od początku nie czuł do niej sympatii, a teraz pogłębiła się ona do sporych rozmiarów niechęci.
Starał się również zgłębić myśli, przynajmniej powierzchownie, innych dziewcząt. Nie znalazł jednak niczego interesującego. Artemis z rezygnacją stwierdził, że znalazł się w punkcie wyjścia. Jednak w jego główce zalśnił niewielki promyk nadziei, który postanowił od razu wykorzystać.
* * *
Alex siedział w ogrodzie. Ostatnio kwiaty i krzewy zachowywały się dosyć dziwnie. Zamiast kwitnąć i zachwycać rozłożystą skalą barw, kuliły się w sobie i więdły. Bardzo go to niepokoiło. Już od dawna czuł, że nadchodzi coś złego. Teraz, gdy rośliny zaczynały więdnąć, jedynie utwierdził się w tym przekonaniu.
Przypomniał sobie rozmowę z Marie dotyczącą nadchodzących zdarzeń. Dziewczyna wtedy zasłabła, zanim jednak to się stało powiedziała kilka dość zastanawiających zdań, które zapadły mu głęboko w pamięć. Od jakiegoś czasu dziewczyna nie wyglądała najlepiej, co go trochę martwiło. Marie była dla niego jak młodsza siostra, a może i kimś więcej...
Odpędził do siebie te napastliwe myśli. Marie była jego przyjaciółką i wolał, aby tak pozostało. Przynajmniej na razie.
Przez ostatnie dni rezydował u niego czarny kot. Było w nim coś osobliwego. Znikał na całe dnie, by znowu pojawić się wieczorem i położyć się na dywanie koło jego łóżka.
– Alex!
Chłopak odwrócił się gwałtownie.
– Marie. – W głosie chłopaka nie było słychać zdziwienia. – Już skończyłaś zajęcia?
– Tak. – Dziewczyna była niezwykle uradowana. Chłopak od razu to zauważył.
– Coś się stało?
– Owszem. – Uśmiechnęła się tajemniczo.
– Więc masz zamiar mnie wtajemniczyć? – zapytał zaciekawiony powodem tej nagłej poprawy nastroju.
– Dzisiaj na zajęciach przeszliśmy do tematu panowania nad żywiołami. Chyba zresztą sam pamiętasz jak mi o nich opowiadałeś.
– Coś sobie przypominam – przytaknął.
– Chodzi po prostu, o to że chyba odnalazłam swoją dziedzinę. – Uśmiechnęła się promiennie.
Alex spojrzał na nią niepewnie.
– Chcesz powiedzieć, że...
– Tak.
Chłopak spojrzał na nią jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu.
– Ale to jest... ty... To wspaniale! – wydusił w końcu.
Dziewczyna popatrzyła na niego z zainteresowaniem. Domyślała się, co chciał w pierwszej chwili powiedzieć.
– Prawda? – odrzekła po krótkiej chwili ciszy.
– Panowanie nad żywiołami jest niezwykle trudne... – zaczął niepewnie.
– Tak, wiem. To niesamowite – westchnęła. – Po tylu latach nareszcie znalazłam coś, w czym mogę być naprawdę świetna i to na dodatek umiejętność rzadka, którą trudno opanować!
Jej policzki zapłonęły, a oczy zamigotały jakimś niezwykłym blaskiem. Oddech miała przyspieszony i nierówny. Było w niej coś niepokojącego. W tej postawie wydawała się być jakby większa i potężniejsza. Alexowi przebiegł zimny dreszcz po plecach. Trwało to ledwie kilka sekund, po czym Marie, która zdążyła już nieco ochłonąć, odezwała się:
– Może ci w czymś pomóc? Zawracam ci głowę moimi sprawami, a nawet nie spytałam, co u ciebie.
Alex patrzył na nią tępo. Dopiero po chwili dotarł do niego sens wypowiedzianych przez dziewczynę słów.
– Ja... – Alex zastanowił się. – Sama wiesz, że tutaj nigdy nic się nie dzieje.
– A jednak chyba coś cię martwi, prawda? – zapytała widząc jego zasępiony wyraz twarzy.
– Martwi... – westchnął chłopak. – Coś dziwnego dzieje się z roślinami.
– Zauważyłam – odparła Marie zaniepokojona. – Już jakiś czas temu, ale wtedy to nie było jeszcze tak widoczne jak teraz.
– Tak – mruknął Alex.
Patrzyli przez chwilę na siebie w milczeniu.
– Na pewno ci w niczym nie pomóc? – zapytała dziewczyna niepewnie.
– Nie, naprawdę. Zresztą zaraz skończę. Dzisiaj mam jakiś gorszy dzień. – Uśmiechnął się krzywo.
Marie pokiwała głową ze zrozumieniem. Alex był pewny, że chce coś jeszcze powiedzieć.
– Właściwie to... to ja może pójdę na obiad... - zakończyła nieco kulawo. Chłopak zastanawiał się, z czego chciała mu się zwierzyć.
– Jasne – odparł nie dając po sobie niczego poznać. – Do zobaczenia.
Dziewczyna odeszła powoli w stronę Pałacu.
* * *
Marie wracała ścieżką w stronę Pałacu. Nadal nie potrafiła uwierzyć we własne szczęście, jednak pierwsze uniesienie powoli ustępowało. Wzięła głęboki oddech i rozejrzała się po ogrodzie. Nogi same ją poniosły do jej ulubionego miejsca. Stała przed wspaniałą, kamienną fontanną ozdobioną licznymi rzeźbami i reliefami przedstawiającą nimfy i wróżki kwiatów. Usiadła na skraju basenu i zanurzyła dłoń w zimnej wodzie. Nie poczuła ulgi, na którą liczyła, a którą zawsze otrzymywała. Napełniła ją kolejna fala niepewności i zwątpienia. Przeczucie znów ogarnęło ją całą swą mocą.
Wyciągnęła powoli rękę z wody. Brylantowe krople powoli opadały do zbiornika niczym łzy. Marie patrzyła na nie zastanawiając się intensywnie nad wszystkimi wydarzeniami kilku ostatnich dni.
Czuła się dużo silniejsza wiedząc, że jednak w czymś jest naprawdę dobra, że może być. Nie chodziło tu już o odegranie się na Sylvii bądź innych dziewczynach, a samą świadomość, że jednak jest coś, z czym sobie radzi.
Uśmiechnęła się nieznacznie do swojego zniekształconego odbicia w wodzie. Mimo tylu szczęśliwych wydarzeń nie potrafiła się cieszyć. Wciąż miała przed oczami te przerażające obrazy, a w klatce piersiowej czuła nieprzyjemny ucisk. Słońce jakby straciło coś ze swojego dawnego blasku, chmury kłębiły się niczym wrząca woda. Rośliny więdły, owady ucichły, nie było słychać śpiewu ptaków – jedynie smętne szumienie drzew poruszanych ledwie wyczuwalnym wiatrem i pluski fontanny. Ogród po prostu umierał.
Dziewczyna rozejrzała się niepewnie wokół siebie. Zazwyczaj soczysta zieleń wręcz oślepiała, lecz nie tym razem. Liście dumnych kartys opadły ku ziemi, drenje skuliły drobne listki, jakby w obawie, że dotrze do nich zbyt duża ilość słonecznych promieni, a zazwyczaj wściekle czerwone gwindy wyblakły. Feeria barw, którą na co dzień prezentowały pałacowe ogrody zniknęła niczym sen uciekający przed pierwszymi oznakami poranka.
Marie siedziała pogrążona w ponurych myślach.
* * *
Artemis podążał wzdłuż ścieżki. Zaklął cicho pod nosem, ponieważ jego kolejny niezwykle błyskotliwy plan spalił na panewce. Szedł za brązowowłosą dziewczyną, jednak zgubił jej trop już za drugim zakrętem. Nie mogąc sobie wybaczyć tego kolejnego niepowodzenia mruczał pod nosem formułkę dobrze znanego zaklęcia. Niestety magiczne zlokalizowanie dziewczyny również mu się nie udało. Następna katastrofa do kolekcji. Szurał łapkami po wybrukowanej ścieżce, wydając bliżej nieokreślone dźwięki.
Po przejściu kilku kolejnych kroków zobaczył przed sobą malowniczą fontannę. I, ku największemu kota zdumieniu, na jej krawędzi siedziała najmniej spodziewana osoba, którą okazała się sprawczyni całego zamieszania – brunetka o szmaragdowych oczach.
Artemis stał przez kilka sekund zaskoczony tym jakże fortunnym zbiegiem okoliczności i wpatrywał się otępiały w dziewczynę. Opamiętał się jednak i wskoczył pod najbliższą kępę berduz. Rośliny te miały rozłożyste liście, pod którymi mógł łatwo się schować.
Dziewczyna siedział w bezruchu przez kilka dobrych minut. W końcu jednak wstała i ruszyła, ku zgrozie Artemisa, ścieżką porośniętą po obu stronach tsujami, z którymi kot miał już okazję bliżej się zapoznać.
Klnąc na wszystko w promieniu kilku mil, wskoczył między tsuje. Na szczęście dziewczyna szła powoli, więc przeciskał się przez krzewy na tyle ostrożnie, aby jakaś gałązka nie utkwiła mu w oku.
* * *
Marie zatrzymała się i rozchyliła kilka gałęzi tsuj. Wydawało jej się, że było pomiędzy nimi coś, czego stanowczo być nie powinno.
Na ziemi pomiędzy krzewami leżał przepiękny kryształ na czarnej wstążce. Dziewczyna przez chwilę podziwiała to jak słoneczne promienie odbijały się od jego gładkiej oszlifowanej powierzchni. Tęczowe błyski cieszyły oko i jej duszę. Po raz pierwszy od wielu dni poczuła prawdziwy spokój.
Stała i wpatrywała się jak urzeczona w grę barw. Gdy już się dostatecznie nacieszyła tym widokiem schyliła się, aby podnieść tajemnicze znalezisko. Niestety kryształ leżał zbyt daleko, aby mogła go dosięgnąć. Wychylała się jak najdalej jak tylko mogła. Niestety bez rezultatu. Spróbowała, więc prostego zaklęcia przywołującego. Nic się nie stało. Na wytłumaczenie tego Marie znalazła dwa różne od siebie powody. Kryształ mógł być silnym obiektem magicznym, więc zwykła magia na niego nie działała. Jednak bardziej prawdopodobne było to, że nie użyła zaklęcia odpowiednio, bo niby skąd w środku ogrodu znalazłby się silny magiczny artefakt?
Wyprostowała się powoli i odgarnęła włosy z czoła. Rzuciła jeszcze jedno tęskne spojrzenie na kryształ i oddaliła się szybkim krokiem w stronę Pałacu. Obiecała sobie, że jeszcze po niego wróci.
Słońce powoli zachodziło.
* * *
Artemis stał jak zaczarowany. Oczy powiększyły mu się do rozmiarów talerzy, a usta miał lekko uchylone z wrażenia. Tysiące myśli przemykało teraz przez jego głowę, setki idei eksplodowało w jego umyśle. Wciąż był zbyt zaszokowany, aby ruszyć się z miejsca.
Gdy tylko dziewczyna się zatrzymała był nieomal pewny, że go dostrzegła. Spanikowany nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Jednak widząc, że odchyliła kępę oddaloną od niego o kilka łokci uspokoił się i poszukał powodu tego zachowania.
Ledwo zdusił krzyk, gdy zobaczył leżący na ziemi kryształ. Wrócił do punktu wyjścia. Dosłownie.
Kiedy tylko dziewczyna pochyliła się, aby dosięgnąć kryształu, nagle oślepił go refleks słońca odbity od srebrnego łańcuszka. Gdy łańcuszek zmienił ustawienie o kilka stopni, Artemis nie widział już nic poza nim. Przed jego oczami znalazła się korona.
... będzie nosić koronę...
- Znalazłem cię... znalazłem... – powiedział pokonując odrętwienie szczęki.
Uśmiechnął się mimo szoku i puścił się biegiem przez ogród. Nagle świat wydał mu się dużo piękniejszy niż kiedykolwiek.

Filipinkaa
25.03.2006, 13:48
Myślodsiewnia
Heh, ja akurat pamiętam poprzednie części... zawsze pamiętam, jak coś jest o kotach :) Uwielbiam Artemisa [nie uśmiercaj mi go tam!], i Marie [jest podobna do mnie, z charakteru i wyglądu trochę też ;) ]. Cieszę się, że Marie znalazła dziedzinę, w której jest mocna. A tak nie do tej części: podobała mi się ta humorystyczna wstawka, jak to Alex się wywrócił, tylko nie wiem, w której części to było. Więcej takich!
28.04.2006, 19:03Superrrrrrrrr!!!!!!!!!
18.04.2006, 12:13Superrrrrrrrr!!!!!!!!!
18.04.2006, 12:13Och! Jestem oczarowany. Masz genialny styl, wszystko czyta się jednym tchem. Oby tak dalej!
8.04.2006, 17:02Bardzo mi sie podoba - może dlatego, że lubię koty, zaczarowane kamienie, tajemnicze zamki i pałace oraz bajkę 'Alladyn', która kojarzy mi się z księżniczką Dżasminą i latającymi dywanami; a może po prostu te opowiadanie jest tak fajnie napisane:)
6.04.2006, 11:31No to może wreszcie i ja coś napiszę. Czy wy naprawdę musicie kłócić się pod MOIM opowiadaniem i straszyć potencjalnych komentatorów??? Proszę! A jeśli chodzi o tempo pisania, to będzie jakie będzie, bo wszystko zależy od wielu czynników, a w tym jednego głównego - szkoły. Postaram się napisać to szybciej i jakoś nie zatracić na wartości. Równocześnie oznajmiam, że już zaczęłam pisanie kolejnej części, która prawdopodobnie może okazać się ostatnią (choć, kto wie czy nie skończy się na V częściach ;-). W każdym razie, dziękuję za miłe komentarze i wracam do pisania :-)
29.03.2006, 19:52Krisp, jakbyś nie zauważył, to jest myśliodsiewnia, więc każdy może wyrazić tu swoje poglądy. Jak ci coś nie pasuje to nie musisz się tutaj pokazywać.
29.03.2006, 12:54Jak nie znasz "sprawy", to po cholerę wtrącasz swoje nędzne zwietrzeliny?
28.03.2006, 20:09Krips, a ile Ty masz lat, że Ci już tak mózg wywietrzał?
28.03.2006, 19:23Val. pragnę napomniec iż Ty być cynik. No nic, młody żeś chłopczyk, może troszkę jeszcze olejku zbierzesz do główki, zanim zdławi Cie środowisko...
27.03.2006, 19:27