Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Nadprezydium

Stary zegar z kukułką wskazywał jedenastą rano. Był piękny, sierpniowy poranek. Na lazurowym niebie nie było ani jednej chmurki – tylko nieomalże oślepiające słońce. Cała przyroda była jakby uśpiona.
Nadprezydent oderwał oczy od widoku za oknem i jeszcze raz spojrzał na stary zegar z kukułką. Mechaniczny ptak cztery ostatnie tony wykukał niezbyt sprawnie. Niby nic dziwnego, od dziesięciu lat był nienakręcany, ale nadprezydent spodziewał się czegoś lepszego po wyrobach firmy Engels&Sweater.
Drzwi otworzyły się; weszła sekretarka nadprezydenta, Amelia Cree.
– Przyniosłam pocztę, panie nadprezydencie.
– "Żonglera" też?
– Tak. Napije się pan kawy?
– Chętnie.
Sekretarka położyła stos gazet na biurku i wyszła po cichu. Nadprezydent posegregował pocztę: były 3 listy, 5 reklam, 2 dzienniki i 2 magazyny.
Listy były od premiera Ameryki, króla Francji i cara Danii. Nadprezydent odłożyl je na bok.
Reklamy oferowały darmowe bilety na najbliższe mistrzostwa świata w quidditchu, błyskawiczne kursy rzucania uroków i jakiś amulet. Wszystkie zostały zniszczone odpowiednim zaklęciem.
Lektura gazet i magazynu ("Proroka Codziennego", "Nowych wieści magicznych" i "Transumtacji współczesnej") zajęła nadprezydentowi półtorej godziny.
Teraz czekało go najtrudniejsze – lektura "Żonglera"; było dobrze, jeśli kończyła się na wezwaniu kilku urzędników i wysłaniu ich w jakieś zapadłe kąty Anglii. Ale bywały i takie momenty, kiedy musiał zwołać Konferencję Ekstraordynaryjną; nie było to nic przyjemnego.
Z cichym westchnieniem nadprezydent napił się kawy i otworzył spis treści. Trzy artykuły zwrócił jego uwagę; podkreślił ich tytuły czerwonym markerem, po czym zagłębił się w ich lekturze. Potem zerknął szybko na "Krótkie doniesienia" ze strony drugiej. Tam użył zielonej kredki w celu zaznaczenia dwóch zdań.
– Nie jest źle – powiedział cicho nadprezydent. – Wyśle się Bezoffa, Nonicka i Derby'ego.
Wziął z biurka srebrny dzwoneczek i zadzwonił. Na ten odgłos weszła jego sekretarka.
– Słucham?
– Niech mi pani tu przyśle Stevena Bezoffa, Gerarda Nonicka i Ernesta Derby'ego.
– Mają przyjść wszyscy razem?
– Nie, jak skończę z jednym, to wtedy wpuści pani następnego, dobrze?
– Oczywiście.
Drzwi zamknęły się. Nadprezydent wyjął z biurka ołówek oraz segregator i wyjął z niego cztery formularze. Potem wyjął z kieszeni różdżkę i dotknął nią ołówka.
– Spitzen!
Zatemperowanym gryflem wypełnił kilka rubryk. Kiedy sięgnął po różdżkę, by wymazać błąd, rozległo się pukanie i do gabinetu wszedł Steven Bezoff, wysoki, chudy mężczyzna o rzadkich brązowych włosach i czarnych oczach. Ubrany był w znoszone dżinsy i polarową koszulę.
– Siadaj, Bezoff. Napijesz się kawy?
– Jeśli mógłbym prosić...
Nadprezydent dotknął różdżką swojej filiżanki i mruknął "Der Kaffe ist schon fertig". Kawa zakołysała się i powieliła; po chwili na biurku stały dwie identyczne filiżanki, wypełnione parującą kawą.
– Właśnie czytałem "Żonglera"... – zaczął nadprezydent.
Bezoff już wiedział, o co chodzi. Znowu jakiś nieodpowiedzialny hodowca nie zadbał o właściwe zabezpieczenie płotu i znowu jakiś czarodziej widział to, czego nie powinien. Znowu trzeba będzie jechać...
– ...Thomas Parkinson z Tenterden. To już trzeci przypadek, Bezoff. Trzeci raz ktoś widział coś, czego nie powinien. Wiesz, po co cię tu wezwałem?
– Tak. Mam pojechać do tego Tenterden, znaleźć tego... Parkinsona, dowiedzieć się, co widział, a potem wyczyścić mu pamięć. Potem mam dowiedzieć się, który hodowca znowu nie zadbał o płot i nałożyć na niego karę.
– Tak. Dam ci kwit do labolatorium, żebyś dostał veritaserum. Teraz... podpisz tutaj, dobrze?
Podsunął mu formularz. Bezoff wypełnił właściwe rubryki, po czym podpisał się sowim piórem. Nadprezydent – jastrzębim.
– Prace nad projektem Sigma przejmie mój zastępca, Arnold Wetherby.
– Dobrze. Po drodze poproś Nonicka.

***

Bezoff wszedł do swojego biura. Sięgnął po skrawek tektury, leżący na biurku i napisał na nim: "Arnold, przejmiesz Sigmę, dopóki nie wrócę. Idź z papierami do nadprezydenta (mówiłem już z nim), to podpisze ci tymczasowe kierownictwo. Bezoff". Potem szturchnął sowę, która drzemała na szczycie szafy.
– Efemeryda! Weź to i zanieś Arnoldowi Wetherby'emu.
Efemeryda dała sobie przywiązać tekturkę i pofrunęła przez otwarty lufcik. Bezoff wyjął z szafy walizkę i spakował parę najpotrzebniejszych rzeczy. Gdy skończył z pakowaniem, podszedł do mapy Wielkiej Brytanii, wiszącej na ścianie, i dotknął różdżką małego krążka, przylepionego nad Londynem, mówiąc jednocześnie: "Tenterden". Krążek przesunął się.
– Aha, land Kentu... Dość blisko.

***

Sowa doręczyła wiadomość Wetherby'emu w ciągu pięciu minut. Ten, nie zwlekając, poszedł do swojego biura po formularze i zaniósł je nadprezydentowi do podpisania. Trwało to około dziesięciu minut.
Po wyjściu z gabinetu skierował się prosto do gabinetu 32, gdzie pracowano nad projektem Sigma. Kiedyś mieściło się tam labolatorium, ale rok temu eliksirolodzy przenieśli się do gabinetu 101; nadprezydent pozwolił "przenieść" Sigmę z małej klitki o numerze 15 do obszernego lokum w 32.
Drzwi były lekko uchylone; na wysokości wzroku miały przyklejoną kartkę z dużą, grecką literą. Wetherby wszedł.
Na środku gabinetu znajdował się spory stół, przykryty w tym momencie około czterocentymetrową warstwą formularzy, pozwoleń, scenariuszy itp. dokumentów. Na tym swoistym obrusie walały się puste (w dodatku brudne) kubki po kawie, rosole wołowym z kostki i Ognistej Whisky. Poza stołem było tu kilka szaf, wypełnionych segregatorami i napojami chłodzącymi, zegar i obraz przedstawiający jezioro Balaton.
– Cześć, Arni! – odezwał się Carl Rutherford, jeden z ludzi pracujących nad Sigmą.
– Cześć, Carl. Gdzie jest reszta?
– Poszli do bufetu na małą przekąskę.
– A ty zostałeś?
– Ja nie przepadam za tym stołówkowym żarciem. Planowałem zrobić sobie jajecznicę. Zjesz ze mną?
– Chętnie.
Rutherford wyciągnął spod stołu pojemnik na jajka, pętko kiełbasy, paczkę masła i małą patelnię. Z pomocą różdżki rozbił cztery jajka, pokroił kiełbasę w kostkę i rozpuścił masło. Postawił patelnię na małej kuchence, leżącej w szerokiej szufladzie jednej z szaf. Po kilku minutach jajecznica była gotowa. Rozłożył ją na talerze, stworzone "Teller machenem" i podał Wetherby'emu widelec.
W tym momencie drzwi otworzyły się; wróciła reszta uczestników projektu. Byli to Adam Serdeck, John Polcer, Mark Wagram i Bill Cube.
– Cześć, Arni! Witaj! Jak się masz! – krzyczeli jeden przez drugiego.
– Witajcie, witajcie. Muszę wam powiedzieć coś ważnego.
– Co takiego? – zapytał Serdeck, rudy olbrzym w ciemnych okularach.
– Dostałem liścik od Bezoffa. Nadprezydent kazał mu gdzieś tam jechać, a ja mam zarządzać Sigmą.
– Znakomita wiadomość! – ucieszył się Cube. Wbrew swemu nazwisku, posiadał okrągłe, obfite kształty. – Koniec z wielogodzinnymi posiedzeniami!
– Koniec z formularzami do wypełnienia! – ucieszył się Wagram, który tego nie lubił najbardziej.
– Spokojnie, spokojnie! – krzyknął Wetherby.
– Co? – zapytał Polcer.
– Jak to co? Jajecznica mi stygnie.
– Zrobiliście sobie jajecznicę? Chłopcy, widzieliście? A Carl wysłał nas do stołówki... – z żalem stwierdził Polcer.
– Moe y ysau – zamruczał Rutherford, który właśnie przełykał spory kęs chleba. – Ale nie wszyscy wróciliście. Gdzie Fork?
– Biedny Tom chyba dostał... eee... – zaczął Serdeck.
– Czego? Zatwardzenia?
– Chyba właśnie wręcz przeciwnie...
– A co jadł?
– To co wszyscy, pizzę margeritę i po kufelku ale.
– Noo! To fyftko asne! – odezwał się Wetherby, który tymczasem zajął się swoją porcją. – Przecież on bierze eliksir magnoliowy, a po tym nie można pić ale. Nie wiedzieliście o tym?

***

Tom Fork wrócił po godzinie. Wciąż był nieco blady, ale – zdaniem Polcera – wyglądał dużo lepiej niż "wtedy".
– Zapomniałeś, że bierzesz magnoliówkę? – zaatakował go Wetherby.
– Bo to jest, jasny kaganek, niesprawiedliwe! Skoro w labolatorium są podobno najlepsi eliskirolodzy, to czemu nie zrobili tak, żeby magnoliówkę dało się łączyć z alkoholem?
– Bo – odpowiedział mu Wetherby, który interesował się trochę eliksirologią – magnoliówka, jako jedyny z eliksirów leczniczych, jest tworzona (między innymi) z kwiatów boruty lesistej, które, połączone z alkoholem, dają w rezultacie środek przeczyszczający.
– Ale przecież – Fork był nieustępliwy – jak na początku brałem magnoliówkę, to mogłem litrami pić Ognistą i nic mi nie było!
– Tak, ale na początku dostawałeś pewnie Magnolię15, czyli eliksir o stężeniu 15%, który można łączyć z alkoholem. Dopiero jak ona nie pomaga, to dostaje się Magnolię40, która reaguje z alkoholem. Jaki kolor ma twój eliksir?
– Żółty... a poprzednio był chyba czerwony...
– No, to wszystko się zgadza. Magnolia40 ma kolor żółty, bo dodaje się tam szafranu. Ale wystarczy już tego wykładu z eliksirologii. Bierzemy się do roboty.
Wetherby, nowy szef projektu Sigma, wskazał palcem na zdjęcie przyklejone do szafy. Przedstawiało wysokiego mężczyznę o siwych włosach, zielonych oczach, noszącego grube okulary, ubranego w tani garnitur i wymięty płaszcz.

***

Derby aportował się w Akkirze około dziesiątej wieczorem, tuż koło pomnika założyciela miasteczka, Edwarda Akkira. Stamtąd skierował się do małej, ciemnej uliczki. Miał tam odszukać pewnego człowieka, specjalistę w swoim fachu.
– Przeepraszam – usłyszał wypowiedziane Bierbassem słowa – nie wspomógłb –by mnie pan drobną s –sumą?
Odwrócił się. Stał za nim niewysoki mężczyzna o wyglądzie typowego menela.
– Jakby pan nie –e miał fu –untów, to e –euro tyż wezmę...
– Zaraz zobaczę – mruknął Derby i zaczął grzebać w portfelu. A nuż ten menel zna jakiegoś "specjalistę"?
– A –a ja nawet g –galeo –onem nie pogar –rdzę, choć m –mugolem j –jestem...
Ernest Derby zamarł z monetą w ręku. Skąd ten mugol wiedział o monetach czarodziejów? To tak, jakby jakiś mag wiedział o istnieniu Nadprezydium.
– Pan, widzę, nietutejszy? – zapytał menel nieco trzeźwiejszym głosem. – W takim razie nie wie pan, że my, tutaj w Akkirze, żyjemy z czarodziejami za pan brat. Zresztą nie może być inaczej, jak ich jest więcej niż mugoli.
– I nikt z Ministerstwa Magii się tym nie zainteresował?
– A dlaczego miałby się ktoś interesować? Wedle nas, to jest bardzo zdrowa sytuacja. Zero ukrywania się, maskowania i tych podobnych. Nie ukrywam, że pomaga tutaj nasze zamiłowanie do alkoholu. Oni polubili porter i wermut, a my – Ognistą Whisky. I tak sobie żyjemy...
– No dobrze... Pan zna tutaj wszystkich, w miasteczku?
– Przy moim zawodzie nie ma tak, że ja kogoś nie znam. Choćby z widzenia, ale znam.
– To dobrze, bo muszę znaleźć kogoś i powiedziano mi, że tutaj o kogoś takiego, kogo szukam, łatwo.
– Tak pan mówi? Taką rzecz panu powiedzieli, a nie wspomnieli, że czarodzieje i mugole żyją w zgodzie? Zresztą mniejsza o to... Kogo więc pan szuka?
Derby za pomocą kilku gestów pokazał, o kogo mu chodzi.
– Aaa... – mruknął menel. – No dobra, są tu i tacy. Najłatwiej o nich w barze "Wróble pod kopułą". Wstąpimy, panie...?
– Derby. Ernest Derby. Oczywiście.
– William Shropshire. Znakomicie.

***

Lokal "Wróble pod kopułą" podzielony był na dwie części. W tej pierwszej siedzieli ci, którzy zaglądali tu rzadko, i to wyłącznie w celach konsumpcyjnych. Do nich należała większa sala, gdzie stał bar, lodówka z napojami i lekko przestarzały jednoręki bandyta.
Druga sala była mniejsza, ale lepiej wyposażona. Stały w niej trzyosobowe stoliki, każdy nakryty serwetą autorstwa matki właściciela baru. Na ścianach wisiały obrazy, wykonane przez syna jednego z gości. Pod jednym z nich stał stół bilardowy, z którego korzystać mogli tylko ci, którzy siedzieli w drugiej sali. Byli to miejscowi notable, ale było także sporo biedoty, którzy mogli przebywać tutaj ze względu na przyjaźń z barmanem. Wszyscy oni lubili długie opowieści, które, snute w oparach dymu z tanich papierosów i cygar, były jeszcze jednym czynnikiem jednoczącym biedotę bogaczy, czarodziejów i mugoli.
Do tej mniejszej salki weszli Derby i Shroposhire. Menel śmiałym krokiem przeciskał się między stolikami, aż doszedł do tego, stojącego tuż przy stole bilardowym. Wszystkie trzy miejsca były zajęte – jedno przez człowieka w stroju mugolskim, a dwa przez właściceli pocerowanych szat. Shropshire klepnął tych dwóch:
– Memphis, Frank, idźcie na zaplecze po jeszcze jeden stolik.
Frank i Memphis posłusznie podnieśli się z krzeseł, dopijając jednocześnie swoje piwa. Zabrali kufle i zniknęli między stolikami.
– Witaj, Hank – Shropshire wyciągnął rękę do tego, który został na swoim miejscu. Był on dość przeciętnym mężczyzną o jasnym włosach. Na czole miał okrągłą bliznę.
– Jak się masz, Bill. Kogoś sprowadził?
– To jest pan Derby. Panie Derby, to jest Hank Presley, człowiek, którego pan szuka. Ja pójdę po coś do picia.
– Czemu pan mnie szukał? – zapytał Hank, kiedy Shropshire się oddalił.
– Szukałem człowieka, który wykonuje pański zawód. I to w sposób profesjonalny, zgodnie z życzeniem klienta.
Hank wyprostował się.
– Znalazł pan właściwego człowieka, panie Derby. Czy mógłbym poznać szczegóły?
Shropshire, widząc, jak Derby przechyla się w stronę Presleya i pokazuje mu jakąś fotografię, postanowił im nie przeszkadzać i, z trzema kuflami ale, wrócił do baru, gdzie stało kilku jego znajomych. Niech sobie rozmawiają. Może Presley odpali mu jakąś część wynagrodzenia za to, że sprowadził mu klienta?

***

Bezoff z niezadowoloną miną przedzierał się przez las.
– Donnerwetter! Przecież ta hodowla miała być gdzieś tutaj w pobliżu!
Stanął i rozejrzał się bezradnie po otaczających go drzewach. Przecież szedł zgodnie ze wskazówkami, które zanotował sobie w organizerze, kiedy był tu po raz pierwszy i tylko towarzyszył ówczesnemu ministrowi rolnictwa i hodowli, Wernerowi Jacksonowi. Wyjął z kieszeni podniszczony notatnik i znalazł odpowiednią stroniczkę. Przeczytał uważnie swoje własne słowa. Wszystko było w porządku. A hodowli nie było. Jeszcze raz przeczytał wszystko.
A potem klepnął się w czoło tak mocno, że spłoszona trzaskiem sowa obudziła się i odfrunęła. Oczywiście zapomniał o najważniejszym! Jak mógł być takim głupcem? Tak ufał swojej pamięci, że nie zanotował ostatniej wskazówki. Wszedł na najbliższe drzewo, po czym natychmiast z niego zeskoczył.
Spomiędzy drzew zaczął unosić się niłky dymek.

***

Od ostatniej wizyty Bezoffa niewiele się tu zmieniło. Jak dawniej, kilka bielonych budynków otaczało niewielkie podwórko, po którym kręciły się kury i kaczki.
Podszedł do furtki i otworzył ją zaklęciem. Pies łańcuchowy zaczął szczekać donośnie. W drzwiach domu ukazał się niski mężczyzna o przyprószonych siwizną włosach i zielonych oczach, który trzymał w ręku kapelusz.
– Dzień dobry, panie Irving! – krzyknął, pamiętając, że hodowca jest nieco głuchy.
– A dość dobry, proszę szanownego pana. Czem mogę służyć, a?
– Ja jestem z Nadprezydium. Steven Bezoff.
– Bezoff, Bezoff... pamiętam! Pan już kiedyś u nas był, a?
– Tak, kilka lat temu. I przychodzę z taką samą sprawą, jak wtedy.
– Ee... niby w sprawie moich bydlątek, a?
– Tak. Jakiś czarodziej z Tenterden widział pańskie chozosy rogate, przez czarodziejów nazywane chrapakami krętorogimi.
– Ojojoj... musiały sforsować płot, jeśli się nie mylę, a?
– Jak dawno pan był w ich zagrodzie?
– Nie dalej jak wczoraj dałem im żreć. Wszystkie nie przyszły, no ale to normalne. Wtenczas ja im zostawiam paszę i jak przyńdą, to same żrą, a?
– Ale całej zagrody pan nie obchodził?
– Ta gdzie tam! To już ni na moje nogi, tym syn się teraz zajmuje, Artur. ARTUR! – krzyknął głośno, aż kury zagdakały z dezaprobatą.
Przybiegł syn gospodarza; również był niski, ale miał czarne oczy i czarne włosy.
– Co jest, ojciec?
– Tu pan nas pytają, Artur, bo to podobno bydlątka płot wyłamały i dały w długą.
– Niby że uciekły? Matko kochana, ktoś je widział?
– No, pan mówią, że jakiścić czarodziej z Tenterden.
– O rany, my bardzo pana przepraszamy, ale ani ja, ani ojciec tak do zagrody często nie zaglądamy, coby sprawdzić, czy co nie umkło. Na żarcie nigdy razem wszystkie nie przychodzą, to i ciężko dostrzec. A wiela ich widział ten mag?
– Trzy.
– O matko! A gdzie one teraz są?
– W bezpiecznym miejscu. Ja bym radził panom sprawdzić, czy co jeszcze nie uciekło.
– Święte słowa! Artur! – szturchnął syna. – Leć wokół zagrody, czy są wszystkie! I powiedz, gdzie dziura!
– Dobra – odpowiedział Irving junior i pobiegł za budynki.
– A pan – zwrócił się Bezoff do Irvinga seniora – pan jako właściciel hodowli zapłaci grzywnę wedle kodeksu ministerstwa rolnictwa i hodowli. Oprócz tego, otrzymuje pan grzywnę za złamanie 1, 14 i 133 artykułu kodeksu tajności. A jeśli po raz trzeci sytuacja się powtórzy, odbierzemy panu dotacje i licencję. Proszę tu podpisać.
Irving posłusznie podpisał wszystkie papiery i przyniósł pieniądze. Bezoff pożegnał się i zniknął w lesie.

***

Hank Presley kilka razy upewnił się, czy stoi we właściwym miejscu. Nie chciał sfuszerować tak ważnego zlecenia. Patrząc na drzwi, z których miała wyjść jego ofiara, rozmyślał o tym, co powiedział mu Ernest Derby.
Pracownik Nadprezydium opowiedział mu to, co czego Presley domyślał się od kilkunastu lat: wszystkie niezwykłe istoty, w których istnienie nie wierzyli czarodzieje, takie jak heliopaty, nargle i ględatki niepospolite, istniały naprawdę. Istniał także specjalny urząd, który zajmował się ukrywaniem tego faktu przed niewtajemniczonymi. "Tak jak Ministerstwo Magii jest po to, by mugole nie wiedzieli jednorożcach, tak Nadprezydium jest po to, by czarodzieje nie wiedzieli o heliopatach i chrapakach". Nigdy jednak nie dawało się ukryć się wszystkiego w stu procentach; takie przypadki wyławiał "Żongler", a niekiedy nawet "Prorok". Z tym, że "Żongler" brał to na poważnie, a "Prorok" i inne gazety – nie. Niezależnie od ich stosunku do "przypadków", Nadprezydium uważnie obserwowało całą prasę na Wyspach Brytyjskich.
Drzwi otworzyły się. Wyszedł z nich wysoki mężczyzna o siwych włosach, zielonych oczach, noszący grube okulary i ubrany w tani garnitur i wymięty płaszcz. Wyjął z kieszeni różdżkę i oświetlał nią sobię drogę wśród nocy.
Presley sprawdził, czy sprzęt, którego zamierzał użyć, jest na właściwym miejscu. A potem podszedł do mężczyzny, który był jego celem.
– Pan Leon Lovegood, jak sądzę?

Adam A. Klimowski
10.03.2006, 18:47

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Krzywołap

Eh, Mal, ty się wszystkiego czepiać musisz.

19.03.2006, 00:46
Mal

współtworzenie opowiadań mija się z celem. Jak można rozwinąc skrzydła, uwikłac fabułę, nakreslić postaci kiedy dziesięć innych osób narzuca Ci swoje wizje? :|

17.03.2006, 19:26
Adria

Mi sie osobiscie podoba. Mal, nie czepiaj sie, ze Klimowski powazne opowiadania pisze. Ile mozna czytac historii w stylu Idola HOgwartu, oka Smoka? mi sie podoba, oby tak dalej!!! czy

17.03.2006, 14:31
Córka Syriusza

...hmm...jak na pierwszą część czegoś dłuższego całkiem całkiem...ale jako całość dziwne i takie nijakie...

13.03.2006, 16:11
Vanessa Samento

Hmm... Ciekawy pomysł. Ja tam zawsze wierzyłam w chrapaki krętorogie :D

12.03.2006, 16:00
Mal

główką prostopadłe do powierzchni murowanej :P z prędkością biegu :)

12.03.2006, 11:37
V.

Co to znaczy "strzelić koziołka w ścianę"?

12.03.2006, 08:25
Mal

oj strzel koziołka w ścianę to moze połapiesz moje przesłanie :P

11.03.2006, 21:07
Adam A. Klimowski

Proszę, proszę... na starość człowiek dorobił się własnego klimatu :) A na poważnie, to o co Wam chodziło z "tematem" i "klimatem"?

11.03.2006, 18:28
Mal

Adam spróbuj może napisac coś lekkiego i frywolnego? Bo jak dotąd to poruszasz zawsze "tematy". A może czas napisac coś tylko i wyłącznie dla samego tekstu? Bez przesłania i ciążącego brzemia...

11.03.2006, 18:17