Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Gorzki smak nadziei, cz. II

Część poprzednią odnaleźć można, oczywiście, w Strefie Fikcji. By czasu oszczędzić, kliknąć można tutaj.




– I jak? – zapytał znudzony Darehad, leżąc na sofie z nosem w dzienniku. – Co załatwiłeś?
Vharet minął go bez słowa i trzasnął drzwiami do swojego pokoju. Ciemnowłosy opuścił gazetę marszcząc brwi. Podniósł się z kanapy i ruszył za towarzyszem.
– Załatwiłeś coś czy nie? – zapytał raz jeszcze, nieco zirytowany.
– Wynoś się – warknął głucho Anglik nawet na niego nie patrząc.
– Nie mam zamiaru – odparł spokojnie. – Ta sprawa dotyczy w taki samym stopniu ciebie, jak i nas! Nie chcę mieć problemów z Radą, przez twoje widzimisię!
– Co się dzieje? – w drzwiach pojawiła się, zwabiona podniesionymi głosami, Maja.
– Nic! – prychnął z rozdrażnieniem Darehad. – Vharet znów ma swoje humorki. Na początku było to nawet zabawne, ale teraz mam już tego serdecznie dość. Zachowuje się jak panna na wydaniu!
– Wynoś się stąd, dobrze radzę! – syknął blondyn spoglądając na niego spode łba.
– Bo co?! – odparował zimno Francuz, ignorując niebezpieczne błyski furii w zielonych oczach przyjaciela.
– Bo nic!
W następnej sekundzie, pod wpływem ledwo zauważalnego ruchu ręki, Darehad wyleciał z sypialni i przeleciał przez cały salon. Uderzył z impetem w ścianę, która popękała w kilku miejscach i osunął się na podłogę. Drzwi ponownie zamknęły się z trzaskiem. Brunet potrząsnął głową, próbując pozbyć się sprzed oczu wirujących, czarnych plam. Kręciło mu się w głowie, a jego szczęka i policzek pulsowały boleśnie.
– Nic ci nie jest? – zapytała oszołomiona wampirzyca, kucając przy nim.
– Nie... – mruknął, pocierając miejsce w które trafiła pięść Vhareta – ale przywalił mi aż miło...
– Co mu odbiło? – szepnęła zdumiona.
– Nie wiem – skrzywił się. – W każdym razie to z pewnością nie była melancholia.




– Trzeba coś zrobić – mruknęła Maja, wpatrując się w drzwi prowadzące do sypialni Vhareta. – Siedzi tam już trzy doby!
– W końcu wyjdzie – odparł sucho Darehad, nie odrywając się od lektury. – Będzie musiał iść coś zjeść...
Pomimo, że wciąż miał do przyjaciela uraz za to, jak go potraktował, to w gruncie rzeczy również martwił się o jego stan.
– A jak nie wyjdzie? – drążyła dalej. – Co wtedy?!
– Nie wiem! – fuknął ze złością.
Odrzucił książkę na bok i wstał. Przeczesał palcami czarne, jedwabiste włosy i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Naprawdę nie miał pojęcia, co mogli w tej sytuacji zrobić. Vharet miewał już depresyjne nastroje, ale jak dotąd nigdy nie objawiały się one agresją.
Rozmyślania przerwało mu pukanie do drzwi wejściowych. Spojrzał na Maję, marszcząc lekko brwi.
– Zapraszałaś kogoś...?
– Nie bądź idiotą – odparła zirytowana nie odkładając albumu. – Nie znam tu nikogo, nigdy nie przepadałam za Irlandią. Cholernie tu zimno.
– Jakbyś była w stanie to odczuć – mruknął pod nosem, idąc do przedpokoju.
Na progu stała niewysoka kobieta o kręconych, bordowych włosach sięgających linii szczęki. Na rękach trzymała dziecko. Przez chwilę patrzyła na niego wyczekująco swoimi chabrowymi oczami. Widząc jednak niezrozumienie wciąż malujące się na jego twarzy, przewróciła oczami.
– Certum est, quia impossible est* – z niejakim zniecierpliwieniem wyrecytowała formułkę, dzięki której młodsze wampiry były w stanie rozpoznać pobratymców.
– Ab aeterno ad infinitum** – odparł zdumiony, robiąc jej przejście.
– Zastałam Vhareta?
– Kto to? – zainteresowała się Maja, stając w przejściu.
– Derrira, byłam jego Kapłanką – odparła chłodno. – Jest, czy go nie ma? – wróciła do poprzedniego pytania, wbijając spojrzenie w Darehada.
– Jest... – odparł ostrożnie. – Ale to nie jest dobry moment na wizyty, on nie jest w najlepszym nastroju...
– Powiedz mi coś, czego nie wiem... – mruknęła bardziej do siebie niż do niego. – Gdzie?
– W pokoju – wskazała młodsza wampirzyca – ale to naprawdę...
– Zajmij się nią – Kapłanka niemal wepchnęła dziewczynkę w ramiona bruneta i bez słowa ruszyła w stronę sypialni.
– Co...? – burknął zdezorientowany, próbując oddać dzieciaka. Nim jednak zdążył to zrobić, nieznajoma bezceremonialnie wparowała do pokoju przyjaciela i zatrzasnęła za sobą drzwi. – I co ja niby mam z nią zrobić? – spojrzał z oburzeniem na Maję.
Dziewczyna jedynie zachichotała i wzruszyła ramionami.




Vharet leżał na łóżku z zamkniętymi oczami. Był ubrany w to samo, w czym widziała go w Sanktuarium.
– Chcesz powtórkę z rozrywki, Darehad?! Za mało ci było?! – warknął wściekle.
– Nie histeryzuj – odparła cicho, ale dobitnie. – Nigdy nie lubiłeś odstawiać szopek...
Rozchylił lekko powieki.
– Co tu robisz? Wyobraź sobie, że nie mam ochoty na wizyty towarzyskie.
Przez chwilę przyglądała mu się badawczo, bijąc się z myślami. Zagryzła lekko wargę.
– Chciałam cię prosić o pomoc – powiedziała w końcu cicho.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem i parsknął szyderczym śmiechem.
– Coś jeszcze? – fuknął. – Może podać wino, zrobić masaż? – kontynuował lodowato. – Wynoś się!
– Nie chodzi o mnie – odparowała sucho. – To Fiona potrzebuje pomocy...
– Jeszcze lepiej! – mruknął z przekąsem. – Lecę jak na skrzydłach!
Odwróciła wzrok i podeszła do okna. Na moment zapadła pełna napięcia cisza.
– Mówię poważnie – odezwała się w końcu matowo – Naprawdę może jej coś grozić.
– Czego ty, do diabła, ode mnie oczekujesz?! – żachnął się.
Odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy.
– Że jej pomożesz.
– A dlaczego niby miałbym to zrobić?! – ciągnął ze złością.
– Bo ją kochasz – odparła z prostotą.
Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. Nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Nie znał żadnej odpowiedniej riposty na to stwierdzenie.




Vharet po raz kolejny zaklął na siebie wściekle. Szlag! Jak do tego doszło?! Siedział w zdezelowanym, śmierdzącym wagonie towarowym i pchał się w miejsce, gdzie nie powinno go być. Idiota! Przetarł dłonią zmęczona twarz i przeczesał palcami platynowe włosy. Że też nie wyrzucił Derriry od razu. Wtedy by go tu nie było. A tak? Pozwolił jej wyjaśnić do końca, z czym przyszła i teraz płacił za to słoną cenę. Przecież mógł już nie wrócić z tego zapomnianego przez Boga kraju! Prychnął pod nosem. Co ci cali Polacy sobie wyobrażali?! Że co? Że zniszczą tym swoim samobójczym porywem Hitlera?! Idioci! Nawet gorsi od niego, Vhareta. Jeżeli to w ogóle było możliwe, skonstatował gorzko. Przez ten, pożal się Boże zryw, musiał się pchać w sam środek walki. A przecież i bez tego nie byłoby łatwo się tam dostać.
Otrzymał pozwolenie na tę podróż tylko dlatego, że Najwyższa Kapłanka była siostrą wampira, który przemienił całą ich trójkę. W innym wypadku nie byłoby o niczym mowy. Został wyposażony w odpowiednie dokumenty, zarówno oddziałów specjalnych, dla Mradu i Nomaj, którzy walczyli w tamtym regionie, jak i fałszywe, niemieckie, na wypadek, gdyby zatrzymywali go jacyś degeneraci.
Poluzował pas czarnego skórzanego płaszcza i rozpiął guziki. Dopiero po rozmowie z Najwyższą zrozumiał powagę sytuacji. Żadne plotki nie oddawały jej w pełni. Wbrew temu, co się sądziło, sytuacja Dzieci Kaina była naprawdę ciężka. Nie podawano tej informacji oficjalnie, bo Rada bała się ataków paniki i głupiego heroizmu. Działania Gwardii Drakuli były dokładnie planowane. Nawet jeden głupi wyskok mógł nieść zbyt duże ryzyko. Na początku tej ludzkiej wojny nikomu przez myśl nie przeszło, że może ona nieść ze sobą jakieś poważniejsze zagrożenia dla wampirów. A teraz wszystko było wywrócone do góry nogami. Na wschodzie Europy toczyła się regularna wampirza wojna przeciw degeneratom. Dlaczego, do diabła, zgodził się na tę pieprzoną eskapadę?!
Przymknął oczy i oparł ciężko głowę o ścianę, toczącego się po szynach wagonu. Odetchnął głębiej. Pomyślał, że musi przestać w końcu zadawać sobie to pytanie, bo inaczej zwariuje. Odpowiedź była w końcu tak cholernie oczywista.




21 września 1944 roku; okolice Warszawy.


Wysoki blondyn w stroju oficera gestapo kroczył szybko ciemną, brukowaną ulicą. Księżyc przypominający kształtem rogalik dawał niewiele światła. Dla wampira jednak nawet to wystarczyło, by z łatwością poruszał się w gąszczu kamienic. Wszędzie wokoło niosło się głuche echo strzałów i wybuchów z pobliskiej stolicy.
Skręcił w bok. Dłoń tkwiąca w kieszeni płaszcza zacisnęła się na rączce Baalberita 79. Myśl, że oprócz tego ma jeszcze za pazuchą najnowszy model Sonneillo 666 dodawała mu otuchy. Jak na razie szło mu całkiem gładko. Po opuszczeniu pociągu tylko raz natknął się na grupę jakiś szeregowych. Żaden z nich nie był wampirem. Potem dwa razy zatrzymywała go Gwardia Drakuli. Jednak po krótkich wyjaśnieniach dawali mu spokój, a kilku Mradu udzieliło mu nawet pewnych wskazówek w jaki sposób najszybciej i najbezpieczniej trafić do celu. Potem był już spokój. Bez problemu dotarł do tej niewielkiej mieściny.
Zwolnił lekko krok i dyskretnie przyjrzał się kamienicy stojącej kilka metrów dalej. Uśmiechnął się pod nosem. Znalazł właściwy budynek. Ponownie przyśpieszył. Jego nerwy były napięte do granic niemożliwości. Aż nadto wyczuwał elorathiańską energię. Fiona musiała nie być jedyną mieszkającą tu wampirzycą. Liczył się z tym. Kwaterowali tu oficerowie niemieccy, tacy jak ten jej Alan. Zaklął w duchu. To przez tego rycerzyka walczącego o miłość i sprawiedliwość znalazła się w niebezpieczeństwie. Gdyby nie bawił się w szpiega, nie byłoby jej tutaj. Zacisnął zęby i skręcił w bramę, starając się nie myśleć o tym, że ratując ją, jednocześnie ratuje i jego. O wiele chętniej zatopiłby zęby w jego szyi.
Przeszedł przez brudne podwórze, nim jednak zdążył wejść do klatki, jak spod ziemi wyrósł przed nim mężczyzna w czarnym płaszczu, identycznym jak jego własny. Wampir, tego Vharet był pewien, zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
– Absolutum dominum*** – mruknął cicho nieznajomy, z pozoru bardziej do siebie niż do niego.
– Ad usum proprium**** – odparł blondyn, mając nadzieję, że hasła degeneratów nie zmieniły się od czasu, kiedy wykradli je szpiedzy Gwardii Drakuli.
Przez moment wampir milczał mierząc go uważnie wzrokiem. W końcu jednak odezwał się.
– To ty zostałeś przeniesiony? – zapytał. Jego głos przypominał warkot silnika zepsutego samolotu.
Vharet z kamienną miną skinął głową. Dopiero teraz dostrzegł, że twarz gestapowca przecięta jest głęboką, ukośną blizną. Musiał zostać potraktowany jakimś rytualnym sztyletem, pomyślał.
– Długo sobie nie odpoczniesz – prychnął cynicznie, po czym wyminął Anglika i odszedł.
Jasnowłosy odprowadził go wzrokiem, po czym odwrócił się na pięcie. Wszedł na klatkę schodową. Kiedy znalazł się już na trzecim, ostatnim piętrze, stanął przed bocznymi drzwiami.
Nim zdążył zapukać, otworzyła je Fiona ubrana w bordowa garsonkę. Najwyraźniej zamierzała gdzieś wyjść. Zbladła i zmierzyła go zaskoczonym spojrzeniem. Rozejrzała się dyskretnie po korytarzu i bez słowa wciągnęła go do środka mieszkania.
– Co tu robisz?! – syknęła wzburzona, żądając wyjaśnień.
Pomimo wojennej zawieruchy, wciąż wyglądała równie pięknie, jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo tęsknił za nią przez ten cały czas. Jak bardzo był bez niej samotny i jak bardzo wściekły.
– Zabieram cię stąd – oznajmił z trudno skrywaną złością. – Twoja matka odchodzi od zmysłów.
– Ona cię przysłała? – obruszyła się.
– Tak – odparł rozeźlony. – Jak mogłaś być tak bezmyślna?! Od początku wiedziałaś, jak duże jest niebezpieczeństwo! To dlatego rzuciłaś zaklęcie na Derrirę i dziecko, tak, żeby nie mogli ruszyć się z Dublina, prawda?!
Przez chwilę wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.
– Wiesz o Latiti...? – zapytała ciszej.
– Tak, wiem!
– Ta rozmowa nie ma sensu – powiedziała po chwili milczenia.. – Niepotrzebnie przybyłeś. I tak teraz z tobą nie wyjadę. Nie mogę. Wrócę najwcześniej za dwa tygodnie.
– Jak to, nie możesz?! – żachnął się – Wracasz i koniec! Jeśli będę musiał, to zaciągnę cię do Dublina siłą!
– Nic mi nie zrobisz – stwierdził zimno. – Nie jesteś w stanie. Wrócę, o to możesz być spokojny, ale dziś nie mogę.
– Więc wrócimy jutro!
– Ja... – spauzowała. – Moja matka nie powiedziała ci, po co tu przyjechałam...? – zaczęła ostrożnie.
– Powiedziała – wycedził lodowato. – Dziś jest dwudziesty pierwszy. Zrobisz ten cholerny rytuał przemiany i jutro jedziesz ze mną!
– Powinieneś wiedzieć, że raczej nie będę w stanie... – odparła z ledwo zauważalnym uśmiechem.
– Więc sam cię zawlokę, ale jutro wyjedziesz z tego przeklętego kraju!
Nic nie odpowiedziała. Jedynie przyglądała mu się uważnie. W jej kryształowo–szarych oczach błyszczał smutek przemieszany z gorzkim zrozumieniem.
– Mieszkanie jest chronione zaklęciami. Nikt cię tu nie wyczuje, ani nie usłyszy, możesz być spokojny – wyjaśniła lekko zdławionym głosem. – Wrócimy nad ranem – zrobiła krok w stronę wyjścia, ale zagrodził jej drogę.
– Wybierasz się gdzieś? – zmarszczył brwi.
– Na rytuał. Chyba nie sądzisz, że odprawię go tu? – odparła z sarkazmem. – Nawet moje zaklęcia nie wytrzymałyby tego!
Ledwo zauważalnym ruchem ręki otworzył drzwi na oścież.
– Wychodź – wycedził z niezadowoleniem.
Spojrzała na niego spod oka, ale ruszyła na przód. Zatrzymała się dopiero na schodach. Odwróciła się i mierząc go zaskoczonym spojrzeniem.
– A ty gdzie? – mruknęła.
– Z tobą – warknął. – Nie puszczę cię samej.



W sercu mrocznego parku stał okazały pałacyk. Mimo że ucierpiał nieco przez trwającą wojnę, wciąż pełen był klasy i majestatu. Liście na drzewach szeleściły poruszane podmuchami wiatru, kiedy szli w kierunku rezydencji.
– Co to za budynek? – zapytał, kiedy znaleźli się już w wieżyczce na pierwszym piętrze. Miał nadzieję, że nie będzie żadnych dodatkowych problemów.
– Rodowa rezydencja Alana – odparła cicho.
– Na którą jesteście umówieni? – usiadł na parapecie przyglądając się jej przygotowaniom.
Oderwała się na moment od pracy i spojrzała na zegarek.
– Powinien być lada moment.
Wyjęła pudełko zapałek i kolejno zapaliła wszystkie świece. Wstała i spojrzała z zadowoleniem na wyrysowany pentagram otoczony skomplikowanymi znakami runicznymi. Po kilku chwilach ciszy rozległ się warkot silnika samochodowego, podjeżdżającego pod wejście. Wampirzyca uśmiechnęła się do siebie i zaczęła zbiegać po kręconych schodach prowadzących na dół. Vharet zamknął na moment oczy, starając się nie poddać furii. Nie trwało to jednak długo. W następnym momencie uderzyła w niego elorathiańska energia. I bynajmniej nie była to energia kobiety. Zaklął wściekle. Wiedział już, że jego nadzieja na brak kłopotów była płonna. Natychmiast poderwał się miejsca i biegiem ruszył w stronę schodów.
– Fiona! – ryknął.
W jego prawej dłoni błysnął Baalberit, lewa pomknęła za pazuchę płaszcza po Sonneilla. Zeskoczył z ostatnich stopni i wypadł zza rogu ściany. Nacisnął na cyngiel broni i wystrzelił na oślep. Wampir w szarym mundurze padł na ziemię z roztrzaskaną czaszką, która po chwili zaczęła dymić. Tkanka rozpuszczała się powoli. Makabryczny widok nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Wciąż pędził naprzód. Dźwięk strzelaniny dochodzący gdzieś z dołu absorbował całą jego uwagę.
W końcu w zasięgu wzroku Vhareta pojawiły się szerokie, marmurowe schody prowadzące do hollu. Nie zastanawiając się dłużej, przeskoczył przez barierkę. Sekundy zdawały się trwać całą wieczność. Obrazy przesuwały się przed jego oczami w zwolnionym tempie.
Fiona jednym ruchem ręki rozszarpała aortę jakiegoś młodego Niemca, który ją zaatakował. Szkarłatna posoka trysnęła z tętnicy prosto na jej twarz. Nie zdążyła spostrzec, że z bocznego korytarza wyskoczył kolejny wampir z przygotowaną do strzału bronią. Była ona wycelowana prosto w jej plecy. Usta Vhareta otworzyły się w niemym krzyku. Natychmiast złożył się do strzału.
Rozległ się podwójny huk wystrzału. Kobieta dopiero wtedy zrozumiała, co się dzieje. Nie miała już jednak szans na unik. Jej źrenice rozszerzyła mieszanina zaskoczenia i strachu. W momencie, kiedy kula miała już przeszyć ją na wylot, tuż przed nią, pojawił się nagle szatyn w szarym uniformie. Nim na jego mundurze wykwitły pierwsze szkarłatne plamy, zdołała jeszcze dostrzec ciepłe spojrzenie i smutny uśmiech błąkający się w kącikach jego ust.
W momencie, kiedy buty jasnowłosego wampira uderzyły o posadzkę, degenerat, który chwilę wcześniej celował w Fionę, zwalił się martwy na ziemię. Jednak żadne z dwojga kochanków już tego nie słyszało. Broczący krwią mężczyzna osunął się martwy na posadzkę. Mimo to miedzianowłosa, którą własnym ciałem zasłonił ją przed niechybną śmiercią, wciąż nie wypuszczała go z objęć.
Vharet dopiero po chwili zdołał ruszyć w stronę zrozpaczonej wampirzycy, która klęczała w kałuży krwi, tuląc w ramionach martwe ciało ukochanego. Przykucnął przy niej, próbując ją przytulić. Odepchnęła go. Upadł do tyłu wciąż obserwując wszystko ze zmarszczonymi brwiami. Nie wiedział, co mógłby zrobić. Czuł się całkowicie bezsilny w obliczu tej sytuacji. Nigdy jeszcze nie widział jej w takim stanie. Nigdy przez całe pięćset lat ich wspólnego życia. Był cholernie wdzięczny temu człowiekowi, że stanął między nią a kulą. Jednak w żadnym wypadku nie było mu go żal. Absolutnie nie. Jeszcze chwilę temu on sam gotów był rozszarpać go gołymi rękami. To czy był martwy czy nie, niczego nie zmieniało. Tylko o nią się martwił. Nie zasłużyła na to, by cierpieć.
Zamknął na chwilę oczy. W jego uszach wciąż dźwięczał jedynie jej szloch. Kiedy ponownie rozchylił powieki, jego wzrok mimowolnie padł na zmasakrowanego wampira. Broń, z której strzelał, oblepiona była szkarłatno–brunatną substancją w którą powoli się przemieniał. Pistolet nie należał do wampirzych, zauważył. Był najzwyklejszym, ludzkim modelem. Najwyraźniej i degeneratom kończy się broń, pomyślał otępiały. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że zwykła broń oznaczała także zwykłe naboje, a więc... Zmarszczył brwi pojmując tragizm tej sytuacji. Gdyby mężczyzna nie zasłonił jej sobą, oboje nadal by żyli.




Statek płynący do Irlandii kołysał się lekko na falach. Siedzący pod ścianą blondyn przyglądał się ze smutkiem zwiniętej na łóżku, miedzianowłosej wampirzycy. Wciąż spazmatycznie zaciskała dłonie na brezentowej torbie, w której znajdowała się urna z prochami mężczyzny. Spod jej zamkniętych powiek nie wypływały już łzy. Od tamtej nocy nie odezwała się ani słowem. Wciąż tylko milczała patrząc gdzieś w dal pustym, bezdennym wzrokiem. Zamknął na moment oczy. Nie powiedział jej o swoim odkryciu z pistoletem. Nie chciał widzieć jej reakcji. Obawiał się, że to mogłoby być dla niej zbyt wiele.
Przejechał dłonią po zszarzałej, zmęczonej twarzy. Kiedy widział jej cierpienie, miał wyrzuty sumienia, że jest tak egoistycznym sukinsynem. Jeśli jednak miał być ze sobą zupełnie szczery, to był zadowolony z obrotu sytuacji. Dawała mu ona choć cień nadziei na to, że zdoła ją jeszcze odzyskać. Teraz nie było już żadnego Alana, który stałby mu na drodze. Spojrzał na nią ponownie zaciskając zęby. Ta nadzieja miała jednak niezwykle gorzki smak.


Koniec.



Gorące podziękowania dla mojej kochanej Ariel, która podjęła się betowania tego opowiadanka – dziękuję, słonko :)

1. *Jest pewne, ponieważ jest niemożliwe (łac.)
2. **Od wieczności do nieskończoności (łac.)
3. ***Nieograniczona władza (łac.)
4. ****Do użytku własnego (łac.)

Seiferin
26.02.2006, 21:16

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

julka

Aha, dobre opowiadanie :) Lubię nieokreślone zakończenia, takie jak to. (Domyślam się, że napisała je ta sama Seiferin, którą spotkałam już kiedyś w otchłani myloga? Pozdrawiam tym cieplej! :)

9.03.2006, 16:53
oLa :P

Zireael....ja pamietam jak Ci ktos raz wyznal, ze jestes bezczelna :P kojarz teraz....podpowiedz to "R" ;D ;P

9.03.2006, 14:19
Zireael

A mój! Bezczelna, zresztą, byłam zawsze i nie chcę się tej cechy pozbywać, notabene.

8.03.2006, 00:16
kfjatuszek

Twój? Bezczelna się robisz, Jaskółko...

6.03.2006, 10:50
Seiferin

Lady, "zawsze"? No czuję się wprost podbudowana ;) A nawiasem mówiąc, to uznaję je za swoje najbardziej dopracowane "dzieło" - tym bardziej cieszę się, że się podoba :)

5.03.2006, 23:23
Zireael

Kfjatuszku! 'Argh' to mój tekst!

5.03.2006, 21:55
Lady Lacigam

Świetne!!Zawsze podobały mi się opowiadania Seiferin ale to jest wprost genialne!!Val bardzo dobrze że podzieliłeś,jest o wiele lepsze!

5.03.2006, 11:30
Alex

Bardzo fajne ..:) :) Aha..nie wszystkie opowiadania ktore sa dlugie sa denne ..wezmy na to np. "Dziewice.."

3.03.2006, 16:33
Maawi

Powiem więcej, b. dobre.

1.03.2006, 18:09
kfjatuszek

Przecinka zabrakło w pewnym momencie, argh.

28.02.2006, 15:55