Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Julianne

Ostateczna potyczka


Część pierwsza

Był upalny, sierpniowy dzień. Słońce wlewało się przez szczelnie zasłonięte okna do salonu, oświetlając stare, podniszczone meble. Na jednym z foteli w kolorze zgniłej żółci, który tak pasował do tureckiego dywanu jak mucha do słonia, siedziała wysoka i gibka dziewczyna. Jasne włosy swobodnie opadały jej na opalone ramiona. Oczy miała zielone, ale teraz nie można było tego zauważyć – przymknęła je, aby uchronić się przed blaskiem słońca. W prawej ręce trzymała zielony wachlarz. Oddychała miarowo, co jakiś czas unosząc głowę.
Przez salon przeszła inna postać – tęga i korpulentna dama o trzech podbródkach. Pokręciła głową i otworzyła okno na całą szerokość. Podeszła do leżącej w fotelu dziewczyny i delikatnie dotknęła jej ramienia.
– Panno Julianne… Przyszedł list – gruba dama, najwyraźniej służąca dziewczyny, podała jej złotą kopertę.
– Dziękuję, Alma – Julianne uśmiechnęła się blado. Nie wyglądała na zdrową – miała przeraźliwie bladą twarz i mętny wzrok. – Odejdź, proszę.
Alma posłusznie opuściła salon. Julianne odłożyła kopertę na stolik. Starała się na nią nie patrzeć. Bała się, że zawiera tę wiadomość, której najbardziej się obawiała.
Sięgnęła ręką po kopertę. Lepsza jest najgorsza prawda od ciągłej niepewności. Powoli rozrywała papier. Z koperty wypadła mała karteczka. Julianne odłożyła ją na stolik. Po chwili jednak sięgnęła po nią. Nie wytrzymała już niepewności.
Karteczka była równie złocista jak koperta. List wypisano na niej tak samo jadowitozielonym atramentem jak adres. Julianne przeleciała kilka linijek wzrokiem. W oczy wstąpiły łzy, a na twarzy pojawił się uśmiech.
– Zwyciężyliśmy – szepnęła, przyciskając karteczkę do serca. – Wygraliśmy.

***
Przy łóżku wysokiego chłopca stała uzdrowicielka. Zakładała mu bandaż, kręcąc głową z powątpiewaniem. Do namiotu wnoszono coraz więcej ludzi. Większość, ledwie trzymała się przy życiu.
Chłopiec poruszył się niespokojnie. Krucze włosy, posklejane krwią opadały na poranione czoło. Z ramienia powoli sączyła się krew. Otworzył oczy. Były tak samo zielone, jak oczy Julianne.
Nazywał się Harry Potter.
Do jego łóżka przepychała się wysoka dziewczyna, z burzą kasztanowych włosów i pielęgniarskim czepkiem na głowie. Minę miała niewesołą, po policzkach ściekały łzy. Ona również była zaplamiona krwią. Podeszła do niego.
– Wygraliśmy – uśmiechnęła się blado.
– To nie jest dobre słowo, Hermiono – powiedział Harry głosem jakby z zaświatów. – Mówisz, jakbyśmy wygrali w jakiejś grze losowej, albo w quidditchu. Gdyby tak było, nie byłoby tego – wskazał ręką na rannych i konających, leżących niedaleko niego. – Zwyciężyliśmy? To prawda. Zwyciężyliśmy. Ale jakim kosztem? – spojrzał w twarz Herminy. – A Ron?
Hermiona odwróciła twarz.
– Nie żyje – wyszeptała.
Harry’ego zatkało. Coś zaczęło go dławić w gardle. Do zielonych oczu cisnęły się łzy. On przeżył. Znowu przeżył. To niemożliwe, Ron nie zginął, wmawiał sobie. Za chwilę przyjdzie tutaj, usiądzie i zacznie rozprawiać o Armatach Chudleya. To nie możliwe…

***
Julianne poprawiała turecki dywan, leżący w jej salonie. Niebo zaczęło przybierać barwę atramentu. Pojawiały się pierwsze gwiazdy. Julianne czekała na powrót Harry’ego z niepokojem.
Wojna zmienia ludzi. Na ciele, i na duszy. Najbliżsi przyjaciele odchodzą na zawsze, wszędzie pełno trupów. I sam żyjesz z myślą, że jutro możesz zginąć. Prześladują cię różne myśli. Rozpaczliwie próbujesz pocieszyć siebie i przyjaciół, którzy zostali przy życiu. W końcu nie wytrzymujesz.
Czasem, dzięki jednemu człowiekowi, cała wojna może się obrócić na twoją korzyść lub niekorzyść. Czasem, mimo, że za chwilę zostaniesz ugodzony mieczem prosto w serce, uda ci się zabić najgorszego wroga.
To się właśnie stało z Ronem. Julianne wiedziała o tym, w liście zamieszczono listę poległych. Nie było na niej Harry’ego. To pozwoliło jej odetchnąć. Cera zaczynała nabierać zdrowych kolorów. Ale ciągle prześladowała ją myśl, jak bardzo się zmienił. Jak bardzo ją zmieniła ta wojna. Czy nadal będzie mogła odnaleźć w nim dawnego Harry’ego Pottera? Czy on odnajdzie w niej dawną Julianne Potter?
Drzwi otworzyły się. Alma i trzy skrzaty domowe wprowadziły Harry’ego do pokoju. Za nimi wsunęła się Hermiona. Julianne uśmiechnęła się niewyraźnie. Niezbyt lubiła Hermionę. Zawsze wydawało jej się, że chce jej odebrać Harry’ego.

***
Hermiona usiadła na fotelu w kolorze zgniłej żółci. Nie lubiła tego pomieszczenia. Wiedziała, że nie jest mile widziana przez Julianne. Sama też jej nie lubiła. Ale usiadła. Nie miałaby sił wracać sama do pustego domu, gdzie na powitanie nie dostanie kubka gorącego kakao.
Jakby z oddali usłyszała głos Julianne:
– Ta wojna wiele namieszała.
Harry zmierzył ją morderczym wzrokiem. Julianne wzdrygnęła się.
– Nie mów o wojnie jak o karcianej grze – wycedził przez zęby. – Może i odnieśliśmy zwycięstwo, ale to nie powód, że teraz mówić o tam, jakby to był pikuś!
– Spokojnie, Harry! – krzyknęła Julianne.
– Ciebie tam nie było… Nie słyszałaś jęków konających… Nie widziałaś oślepiającego, zielonego światła, buchającego z różdżek śmierciożerców. Nie budziłaś się co dzień ze świadomością, że możesz zginąć – mówił. – Nie mów o wojnie, jak o jakiejś kłótni. ‘Nieźle namieszała’ – prychnął.
Julianne nie wiedziała, co powiedzieć. Nikt nie zauważył, kiedy Hermiona wyszła.

***
O ile poprzedniego dnia rażącego światła słonecznego nie dało się wytrzymać, o tyle tego dnia nie było tak pięknie. Niebo było zasnute ołowianymi chmurami, a od krawężników odbijały się ciężkie krople deszczu. Na twarzy Hermiony nie dało się już odróżnić kropli deszczu od łez, spływających obficie po różowych policzkach.
Znalazła się przed pustym domem. Światło nie buchało z okien. Wszystko było obce. Niby nie porozsuwane, a jednak rozsunięte. Obce. Hermiona poczuła się jak intruz, gdy weszła do własnego domu. Spojrzała w stronę ich pokoju.
Jutro dostarczą ciało. Okropne słowo… Dostarczą… Jakby ciało Rona było przedmiotem. Dostarcza się jedzenie i kanapy.
Zapaliła światło. Na środku salonu stała suknie ślubna i welon. Mieli się pobrać. Zgasiła światło. Nie mogła na to patrzeć.
– To niesprawiedliwe – szepnęła do siebie. Nie ma już nikogo. W ciągu trzech lat nieustających bitw z Voldemortem i smierciożercami, jej rodzice zginęli, Ron poległ w czasie bitwy. A ona żyje. To właśnie wydało jej się niesprawiedliwie.
Deszcz coraz mocniej zacinał…

Część druga

Harry spojrzał w przerażone oczy Julianne. Nie poznawała go. Zmienił się. A czego się spodziewała? Że wróci cały w skowronkach? Niedoczekanie. Ona się nie zmieniła. Widział to. Wciąż była tą rozrywkową Julianne. Ale na pierwszy rzut oka nie sprawiała takiego wrażenia. Na pewno sama myślała o sobie, jako o całkowicie odmiennej osobie. Ale wystarczyło spojrzeć w jej oczy. I znać ją.
Poprawiła włosy. Spojrzała na niego dziwnie.
– Zmieniłeś się – powiedziała w przestrzeń.
– Spodziewałaś się czegoś innego? – odpowiedział po chwili, wpatrując się w okno. Deszcz zacinał coraz mocniej. – Ty się wcale nie zmieniłaś.
Wstała i wyszła z pokoju. Minę miała zagniewaną. Obraziła się? Niby za co? Za to, że powiedział prawdę? Zawsze sama na to nalegała. Ale nie znosiła prawdy.

***

Biała poduszka była już cała mokra. Hermiona podniosła głowę i spojrzała w lustro.
– A więc płakałam – powiedziała, patrząc na zaczerwienione oczy i ostatnie łzy spływające po rumianych policzkach.
Odwróciła głowę od lustra, a jej kasztanowe loki zatańczyły w powietrzu. Wstała i weszła do łazienki.
– Hermiono Granger, nie wolno ci popaść w depresję – powiedziała do siebie, próbując zatrzymać łzy cisnące się do oczu. – Nie wolno ci – łzy powoli spływały po policzkach. Wytarła je i zamknęła oczy. – On wróci. Spróbuj w to uwierzyć.

***

Julianne kopnęła z całej siły w krzesło.
– AUA! – krzyknęła łapiąc się za stopę. Powiedział, że się nie zmieniła. Ale przecież nie jest już ta rozrywkową Julianne sprzed kilku lat.
Nie była.
Nie była?
Na pewno nie.
A może?
Spojrzała na portret swojej matki na ścianie. Pochrapywała miarowo.
– A jeśli ciągle jestem taka… jak dawniej?

***
Zgasił światło jednym machnięciem różdżki. Ramię bolało niemiłosiernie.
Ale nie tak, jak blizna. Paliła. Paliła żywym ogniem.
Ale przecież Voldemorta już nie ma! Nie ma prawa palić żywym ogniem!
Dotknął jej. Zabolało.
– Jak to możliwe? – zapytał sam siebie. – Nie ma już Voldemorta. Nie istnieje. Blizna nie ma prawa boleć – nie ma takiej opcji!

***
– Pięknie. Nawet chusteczek już nie mam. NIC! NIKOGO! – wrzasnęła histerycznie Hermiona.
Rzuciła poduszką. Manekin, na którym wisiała jej ślubna suknia, przewrócił się. Nie wstała. Nie podeszła. Nie podniosła manekina. Po co? I tak jeszcze dziś musi się tego pozbyć. Wyrzucić. Oddać. Zapomnieć.
Chce zapomnieć?

***
Spojrzała w lustro. Spojrzała w swoje oczy. W nich jest ukryta cała prawda.
Ona się zmieniła. Musiała się zmienić, choćby w najmniejszym stopniu. Jest inna.
A jeśli nie? Jakiś denerwujący głos mówił, że się nie zmieniła wcale.
Drugi mówił, że się zmieniła.
– Pani Potter? – trzeci głos należał do Almy.
Zmierzyła ją wściekłym spojrzeniem.
Gdyby widziała samą siebie, upewniłaby się, że jest inna osobą.

***
Spod bandaża wyciekała krew. Na zgniłożółty fotel kapnęło kilka szkarłatnych kropli.
Po czole również ciekła krew. Powoli sączyła się z blizny.
Drzwi otworzyły się nagle. Do pokoju wpadła Julianne z wściekłością wymalowaną na twarzy. Spojrzała na męża.
Złapała się za czoło.
Harry spojrzał na nią.
– On wrócił…

***
Podniosła kasztanowy sweter i wtuliła w niego twarz. Ten znajomy zapach… Nigdy go już nie poczuje…
– Nie płacz – powiedziała do siebie, ocierając mokre policzki. – Musisz być silna.
Przycisnęła sweter mocniej do twarzy.
Zasnęła.

***
Zapadła cisza. Po chwili rzuciła się w jego stronę.
– Nie mógł – powiedziała ze strachem, zawiązując nowy bandaż.
Krew nadal ciekła.

***
Widział wszystko jakby przez mgłę. Głosy słyszał jakby zza szybo. Tracił świadomość.
Blizna piekła żywym ogniem.
Nie mógł wrócić. Ron go zabił. Dzięki niemu oni jeszcze żyją.
Nie mógł wrócić.
A jeśli?

***
Błądziła po wąskich korytarzach. Oddychała powoli i miarowo. Słyszała rozanielone głosy. Znalazła kilka białych piór.
Usłyszała swoje imię. Wypowiedziane przez dziwnie znajomy głos. Odwróciła się.
Zobaczyła go. Uśmiechał się jak zawsze. Patrzył na nią tym samym wzrokiem. Tym samym, którym patrzył na nią przed swoim odejściem. Podeszła do niego i wyciągnęła rękę, jakby się bała, że odleci. Że rozpłynie się w powietrzu. Próbowała go uchwycić.
Nie udało się… rozpłynął się w powietrzu…

Obudziła się.

Część trzecia

Spojrzała tępo w sufit. Był tak blisko niej. Nie zdążyła go uchwycić. Rozpłynął się w powietrzu. Nie było go.
Zamknęła oczy. Nie będzie płakać.
Musi zapomnieć.
Musi uwierzyć, że nigdy go nie było.
A jeśli nie musi?

***
Otworzył oczy. Nad nim pochylała się uzdrowicielka. Zakładała mu bandaż.
Znowu tam był? Rozejrzał się.
Nie. Leżał w wysterylizowanym pomieszczeniu. Nie widział krwi. Nie widział bólu i cierpienia. Nie widział bólu i cierpienia takiego, jak TAM. Odetchnął.
Do sali wniesiono omdlałą kobietę. Z ręki zwisał jej kasztanowy sweter w dużym ‘R’ na przedzie…
Spojrzał na nią.
Znał ten sweter.
Znał ją.
To była Hermiona Granger.

***
– Mamy szczęście, że skończyło się na czyszczeniu żołądka – do jej uszu dobiegł pierwszy z głosów.
– Ona ma szczęście – sprostował drugi. – Idiotka, wzięła kilkaset tabletek.
– Pewnie ma problemy osobiste, albo zawodowe. Nie wyglądała na zadowoloną z życia, kiedy tutaj się znalazła – pierwszy głos był pełen wyrzutu.
Otworzyła oczy. Leżała w przestronnej sali. Czuła nieprzyjemny zapach leków.
W ręce nadal trzymała sweter Rona.
Spuściła głowę.

***
– Pani Potter?
Julianne podniosła głowę i spojrzała na uzdrowicielkę.
Kiwnęła głową. Uzdrowicielka uśmiechnęła się.
– Już wszystko dobrze – powiedziała. – Krwawienie nie ustaje, ale się zmniejsza – dodała, po czym odeszła.
Julianne usiadła, ale wcale nie była przepełniona radością. Przeciwnie.
Czy nie byłoby lepiej, gdyby się nie udało?
Nie wolno jej tak myśleć.
A kto jej zabroni?
Nikt.
Lepiej by było.
Dla niej.
O wiele lepiej.

***
Zapomniene obrazy przesuwały się przed jej oczami.
Zamknęła je, by zatrzymać na dłużej ulatujące wspomnienia.
A przecież tak chciała zapomnieć.
Chciała?
Oczy były pełne łez.

***
Bandaż był cały czerwony. Blizna ciągle paliła. Ramię bolało.
Nie mógł wrócić. Jak? Na pewno nie chciał być duchem. Nie mógł wrócić.
Nie miał potomka.
A jeśli miał?
Nie miał.
A jeśli?

***
– Wszystko idzie zgodnie z planem – głos, równie zimny jak głos Voldemorta, odbił się od ścian lochu. – Już niedługo spotkam się z nim… Sam na sam…

***
Siedziała przed kominkiem i tępo wpatrywała się w ogień.
Zmienił się.
Mówił, że ona się nie zmieniła.
Myli się.
A jeśli nie?
Myli się. Zmieniła się.
Przynajmniej tak jej się wydaje.
Już nie potrafiła go zrozumieć.

***
Usiadła na łóżku. Wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w biały kubek.
Dzisiaj dostarczą ciało.
A jej przy tym nie będzie.
Będzie leżała w tym okropnie czystym łóżku, wpatrywała się w okropnie czystą ścianę i nerwowo bębnić palcami o wysterylizowany stolik.

***
Wstala z fotela i założyła płaszcz przeciwdeszczowy. Musiała poważnie z nim porozmawiać. Muszą sobie wyjasnić parę rzeczy.
Parę?
Muszą sobie wiele wyjaśnić.
Chciała z nim być.
Chyba. Nie była pewna.
Może lepiej by było, gdyby…
…gdyby zginął na wojnie?

Część czwarta Ze specjalną dedykacją dla Weroniki.

Miło by było, gdyby w końcu zaświeciło słońce…
Chociaż na chwilę.
Żeby przez kilka sekund mógł je zobaczyć od tej strony p oraz ostatni.
To irracjonalne.
Ale ona tak właśnie myślała.
Ale jak niby ktoś martwy, leżący w trumnie, która do tego była zamknięta, i kogo dusz ajuż zapewne spoglądała na nią z góry…. Jak mógł zobaczyć słońce od tej strony.
Trumna była już w ziemi. Właśnie ją zakopywano. Hermiona zdjęła mały pierścionek z turkusem i rzuciła do grobu.

***
Julianne siedziała przed kominkiem. Powoli sączyła kawę odstawiając mały palec. Unikała wzroku męża. Harry przeciwnie – ciągle na nią patrzył. Właśnie dlatego była taka poirytowana.
– Przestań! – wrzasnęłą. Złocona filiżanka wypadla jej z rąk i z tzraskiem rozbiła się na okropnym dywanie. – Widzisz, co zrobiłeś?!
– Ja? JA?!
– Tak, ty! Ty! Odkąd wróciłes jesteś jakiś w ogóle!… I mam cię dość! Wynoś się stąd! – wrzasnęła. Szybko jednak tego pozałowała. Ale Harry już się podnosił.
– Skoro tak stawiasz sprawę – powiedział przez zęby. Przed progiem odwrócił się i dodał – Gdybyś zmieniła zdanie, wiesz, gdzie mnie szukać.
I odszedł.
Oczy Julianne wypełniły się łzami.
– Po co to powiedziałam? – pytała sama siebie.
Usiadła na fotelu.

***
Mogłaby przysiąc, że go słyszała. Powiedział, że tu wróci. Trzy słowa „Ja tu wrócę” wypełniły ją nadzieją.
Dlaczego? Przecież i tak tutaj nie wróci. Nie będzie chciał być duchem. Nie wróci w swoim ciele. NIGDY nie zobaczy go znowu.
Na tym świecie.
A więc, dlaczego te słowa dodały jej otuchy?
Poza tym, umarli nie mówią.
Nie, Hermiono, jesteś stanowczo zbyt…
Zdołowana?
Nie. Nie jest zdołowana.
Gorzej.

***
Julianne otworzyła oczy.
– Witaj – usłyszała syczący głos. Był tak podobny do głosu Sami– Wiecie– Kogo…
Ale to nie mógł być on. Przecież ten cały Ron go zabił. Nie ma już Voldemorta.
Spojrzała w kominek. Nie, to nie był on. To był mężczyzna o czarnych włosach i ciemnych oczach. Nienawistne spojrzenie przeszywało ją na wskroś.
Znała skądś tę twarz.
– Julianne, nei mów, że nmie poznajesz syna twego mistrza – uśmiechnął się zimno.
Ramię zapiekło.
– Tak – odpowiedział na pytanie ukryte w spojrzeniu kobiety. – Wzywałem cię, ale przy twoim mężu, Mroczny Znak nic nie pomagał.
– Ale… ja… przecież…
– Od nas, nie można się uwolnić.

***
– Proszę – tak dobrze znany mu głos odpowiedział na długie pukanie.
Wszedł.
Z kuchni dobiegł brzękot sztućców. Harry wszedł tam szybko.
Stała tam pani Weasley. Ku jego zaskoczeniu, nie płakała, z powodu pogrzebu syna. Stała sobie przy kuchni i gotowała kartoflankę.
– Witaj, Harry – powiedziała wesoło. Nie brzmiała to sztucznie. – Już w domu? A Ron, widzisz, jeszcze go nie ma!
– To pani nie wie… nic?
– A o cyzm mam wiedzieć? – spytała.
– Dzisiaj… kilka godzin temu… Ron został pogrzebany na cmentarzu niedaleko Grimmuald Place.
Wielka chochla spadła na podłogę.

Część piąta Dla Giny, bo przy niej mnie wena złapała.

Znowu padało.
Ciężkie krople i lekkie kropelki odbijały się od białego, kamiennego krzyża. Spływały po jej długich włosach, zatrzymywały się na zamszowej czapce. Delikatnie moczyły końcówki palców. Mieszały się ze łzami. Delikatnie opadały na trawę. Spływały z aksamitnych bratków, tulipanów. Wiatr towarzyszący deszczowi bawił się każdą gałązką stojącej niedaleko wierzby. Rozwiewał jej czarny płaszcz. Czesał włosy. zobaczyła duży zygzak na niebie – wielką, złotą błyskawicę. Skupienie energii elektrycznej. Chwilę potem usłyszała donośny grzmot.
Niebo płakało. Wcześniej nie mogła uwierzyć, że on nie żyje. Wtedy było słonecznie.
Niebo nie mogło uwierzyć.
Im ona bardziej w to wierzyła, tym bardziej pogarszała się pogoda.
Niebo płakało. Płakało razem z nią, mieszało swoje i jej łzy.
Przyklękła na mokrej trawie. Miała wyrazisty, żywy i mocny kolor. Wspaniała zieleń, jaką niegdyś oboje się zachwycali. Mały, biały krzyż służący za nagrobek, otoczony był małymi wiązaneczkami.
Poczuła dziwne ciepło na ramieniu. Odwróciła głowę. Średniej wielkości, spracowana ręka o krótkich palcach trzymała się kurczowo jej ramienia. Podniosła spojrzenie. Zobaczyła panią Weasley. Rude włosy tańczyły wokół jej twarzy, niewielkie oczy były pełne łez. Obok stał Harry. I jego włosami zabawiał się wiatr. Był spokojny i opanowany. Mogła się tylko domyślać, jak bardzo przeżywał stratę przyjaciela.
Wstała, i bez jednego słowa przytuliła twarz do szyi pani Weasley. Załkała parę razy cichutko.

***
– O co ci chodzi? – zapytała Julianne rzeczowo. – Przecież nie ma już Czarnego Pana, nie mam być komu poddana!
– Jestem synem największego z czarnoksiężników. Czarny Pan uczynił mnie większym, niż on sam, nim poległ na polu bitwy. Teraz moje nazwisko będzie budziło postrach wśród ludzi, nawet dla mugoli będzie brzmiało jak przekleństwo!
– Czarny Pan nie miał syna – odparła Julianne wstając.
– Miał i nadal ma – odpowiedział. – A teraz posłuchaj…
– Nie będę słuchała – Julianne zatkała uszy rękoma i zamknęła oczy. – Nie wypełnię ani jednego twojego polecenia! Nie! Jestes tylko nędznym śmierciozercą, który ma jakieś urojenia!
– Przykro mi, ale się mylisz. Może cię to zadziwi, ale jestem przyrodnim bratem twojego męża. Starszym, oczywiście.
***
– Cichutko, nie płacz – panie Weasley sama z trudem powstrzymywała łzy. Głowa Hermiony wciąż była wciśnięta w jej kark. Łzy niedoszłej synowej spływały jej po obojczyku. Ona gładziła ja po miękkich włosach i pocieszała jak mogła. – Tak musiało być. Zginął w chwale boahtera, Hermiono. Zginął, ale jakby żyje – na zawsze zapisał się w naszych sercach. Profesor Binns będzie prowadził o nim nudne wykłady. Gazety piszą o nim jako o bohaterze. Zawsze chciał być bohaterem. Zawsze…
– On miał tyle planów, ambicji, aspiracji – załkała głośniej Hermiona. Podniosła głowe. Oczy miałą czerwone i zapuchnięte.
Łza kapnęła jej z nosa. Harry odruchowo wytarł nos przyjaciółki chusteczką.
– Nie płacz. To nic nie da – powiedział cicho. Sam kiedyś stracił kogoś bliskiego. Wiedział, jak bolały Hermionę pocieszenia pani Weasley. Za kilka dni spojrzy na to trzeźwo, z rozsądkiem. Za kilka tygodni rana zacznie się goić. Ale miną lata, zanim się porządnie zabliźni.
Spojrzała na niego z wdzięcznością.

***
Julianne przetrawiała słowa mężczyzny, którego głowa wystawała z jej kominka.
– Oczywiście, po Czarnym Panie mam wszystko – dodał od niechcenia. – Imiona, nazwisko… Drugie oblicze…
– I czego ode mnie oczekujesz? – zapytała.
– Szykuje się ostatni bój. Musisz mi pomóc zwabić swojego mężusia gdzieś na łono natury. Tam odbędzie się nasza ostateczna potyczka. Bój, w którym albo on zwycięży syna Czarnego Pana i jego popleczników, albo my zabijemy jego. I tę garsteczke jego kumpli – dodał po krótkim namyśle.
Usiadła na kanapie. Spojrzała w oczy drugiego Lorda Voldemorta i kiwnęła głową. Po chwili rozległ się trzask. W salonie nie było już Julianne. Zamiast niej, na poręczy fotela siedziała czarna wrona. Wokół dzioba miała białą obwódkę.

Część szósta Z dedykacją na pewnego przemiłego ADIKA.

Przez otwarte na oścież okno deszcz wdzierał się do salonu. Firanka, dawno już zerwana przez wiatr, tańczyła wesoło na środku salonu. Czarna wrona przysiadła na parapecie. Patrzyła w stary, kamienny kominek, malowany srebrno– złotą farbą. Patrzyła ze znudzeniem, jakby piękny bal czerwonych, pomarańczowych i złotych płomieni, przybierających różnorodne kształty nudził ją.
Ale patrzyła. Patrzyła ze zniecierliwieniem, jakby na coś czekała. Patrzyła też z nienawiścią, jakby to, na co czekała, było jej największym wrogiem. Patrzyła i z obrzydzeniem, jakby to, na co czekała, było oślizgłym ślimakiem. Targały nią mieszane uczucia. Byłą rozdarta na dwie połowy – pierwsza, nakazywała wierność temu, komu przyrzekała ją w białej sukni, przed pięknie przystrojonym ołtarzem. Druga, kazała jej zostać przy tym, który był synem tego, któremu słuzyła przez połowę życia, dla którego dała sobie wypalić Mroczny Znak.
W ogniu ukazała się twarz mężczyzny.
– Wyleć – nakazał wąłdczym tonem.
Okno zamknęło się z trzaskiem.

***
Wracali. Wiatr dął im w twarze, rozwiewał włosy. Kilka liści zaczepiło się we włosy Hermiony. Delikatne gałązki płaczącej wierzby zaplatały się w warkocze, kurczowo łapały za pień drzewa. Nie zwracali uwagi na lecącego nad nimi czarnego ptaka.
Nie patrzyli po sobie. Nie wymieniali porozumiewawczych spojrzeń. Nie rozmawiali. Deszcz starał się zmyć łzy z twarz przygarbionych kobiet ubranych na czarno i wyoskiego mężczyzny w brązowym płaszczu.
Hermiona ciągle płakała. Nikt nie próbował jej pocieszać. Na nic by to było.
Dobrze pamiętał chwilę, w której umarł Syriusz. Żadne pocieszenia do niego nie docierały. Każde słowo otuchy pogłębiało ranę, która jeszcze dziś była bardzo świeża. Taka rana nie zabliźnia się z dnia na dzień. Trzeba lat, żeby się zagoiła.
Ale blizna pozostanie na zawsze.

***
Leciała tuż nad nimi.
Widziała ich rozpacz. Nie rozumiała jednak, za kim oni tak płakali? Za tym niedorajdą, który do niczego by w życiu nie doszedł? Dobrze, że odszedł. Nie będzie już przeszkodą dla Harry’ego w osiągnięciu szczytu kariery.
W tym momencie doszło do niej, co robi. Nie będzie żadnego szczytu kariery.
Nie będzie miał kto dojść na szczyt.
Wrona przysiadła na gałęzi i spojrzała smętnie na czarnowłosego mężczyznę.
Co ona robi? Jak mogła dać się znów opętać? W tamtej chwili po kłótni z nim, wdała się w nieczysty układ, zupełnie niepotrzebny.
Ale nie mogła się już wycofać.

***
Usiadła na fotelu przy kominku. Drżący głos pani Weasley spytał cichutko:
– Zrobić ci herbaty, kochanie?
Kiwnęła głową i zapatrzyła się w płomienie. Tańczyły wesoło w kominku. Jedyna rzecz, które zdawała się być szczęśliwa.
Pogładziła oparcie fotela. To był jego ulubiony fotel. Zawsze na nim siadał z talerzem pełnym łakoci. Pamiętała te pełne wyrzutu spojrzenia jego matki.
Nad kominkiem wisiał zegar… ów stary zegar, który wskazywał, gdzie znajdują się domownicy.
Jedna ze złotych wskazówek wskazywała „Pracę”. Czyja to wskazówka?
Freda. Tak. Gdzieś tu powinna być jego wskazówka…
– Z cytryną, Hermiono? spytała ciepłym głosem pani Weasley.
– Mhm.
Jest. Wskazuje podróż…

***
Siedziała na gałęzi i wpatrywała się w księżyc. Z czarnych oczu spłynęły łzy.
Sfrunęła na dół. Nie mogła. Nie potrafiła.
Nie było już wrony. Młoda, piękna kobieta opierała się o pień wiekowego drzewa. Po policzkach spływały łzy.
– Jestem niczym – westchnęła.
Usiadła na mokrym kamieniu. Naciągnęła kaptur na głowę. Przyciągnęła do siebie nogi i wtuliła głowę między kolana.
Nie chciała tego zrobić. W chwilach goryczy zawsze robiła coś niedorzecznego.
Coś głupiego.
Coś, czego później żałowała.
Dała się na nowo wciągnąć w to…
W to bagno. Od nich nie można odejść. Nie można się uwolnić.
Przedramię zapiekło.

***
Nie umieli jej pocieszyć. Podnieść na duchu.
Rozumiał ją. To jest jeszcze zbyt świeże.
Nigdy nie przeżyła takiej tragedii.
Nawet, kiedy zmarli jej rodzice.
Zamknie się w sobie. Nie będzie do siebie dopuszczać nikogo.

Część siódma

Musi się jakoś pozbierać. Nie ma sensu żyć w ten sposób. Musi coś ze sobą zrobić.
Wstała z krzesła. Stojący na oparciu kubek upadł na podłogę. Kawałki czerwonego fajansu rozsypały się po parkiecie.
– Reparo – powiedziała cicho. Czerwony kubek leżał na podłodze. Podniosła go. Przez chwilę klęczała na drewnianej posdzce wpatrując się w czerwone języki ognia.
Lubił ogień… Te chwile przy ognisku… Już nigdy nei będzie szczęśliwa…
– Nie wolno mi tak myśleć – skarciła się szeptem. – Może i go tu nie ma, może nei może mnie przytulić, pocałować, ale jest tu… Jest… Wierzę w to… – wyszeptała. Nie wierzyła we własne słowa.
Wstała i zaniosła czerwony kubek to kuchni.

***
Zapiekło jeszcze bardziej. Kazał jej wykonać zadanie, a ona nie potrafiła tego zrobić. Nie potrafiła oddać go w ramiona śmierci. On sobie nie poradzi. Nie sam…
Wtedy była ich cała armia…
Ale Czarny Pan też miał armię. I nieliczni zostali zabici lub zesłani do Azkabanu. Jego syn mógł reaktywować oddziały swojego ojca…
Ale… skąd pewność, ze on jest jego synem?
Czarna wrona wleciała na najwyższą gałąź drzewa.

***
Ilekroć tłumaczyła sobie, że jemu jest teraz lepiej, tym mniej w to wierzyła.
Bo jak może być mu lepiej bez nich?
Bez niej?
Jego matka mówiła – kiedyś się spotkacie…
Znowu się spotkają… Będą szczęśliwi.
Otworzyła drzwi łazienki. Spojrzała w lustro.
W oczach malowała się rozpacz. Usta drgały lekko, jakby wydobywało się z nich tysiące bezszelestnych spazmów. Włosy – niegdyś starannie ułożone i błyszczące, stały się matowe, potargane.
Na brzegu wanny leżała maszynka do golenia.
Może tym razem się uda? Może znajdą ją za późno.
Sięgnęła po nią. Przyłożyła do żył. Chciała pociągnąć, ale jakiś wewnętrzny głos powiedział stanowczo „Nie”.
– Muszę sobie z tym poradzić – pierwsza łza spłynęła po policzku. – Muszę się z tym pogodzić… Starać się żyć normalnie – druga i trzecia kapnęły na jej spódnicę. – Starać się być szczęśliwa – kilka następnych łez wytarła rękawem szaty.– Może to jeszcze jest wykonalne…

***
Herbata powoli stygła. Żółty imbryk stał pośrodku drewnianego stołu. Obok niego pani Weasley położyła czerwony talerz pełen kanapek z ogórkiem i papryką.
Wszystko wyglądało tak rodzinnie… Tak domowo…
Przysiągł sobie, że pomoże Hermionie wrócić do normalności.
Sięgnął po kanapkę.
Musi wiedzieć, że ma się do kogo zwrócić…
Blizna zapiekła. Płonęła żywym ogniem. Złapał się obiema rękami za głowę i zacisnął powieki.
On nie mógł wrócić…
Nie, na pewno nie… Nie mógł wrócić! Ron zabił go poświęcając własne życie…
Dlaczego ta blizna tak boli? Nigdy aż tak nie bolała… Nawet wtedy…
– Harry, co się stało?
Nie był zdolny odpowiedzieć.
Upadł na posadzkę.
Stracił świadomość…

***
Jest niczym. Tylko nędzne nic mogłoby coś takiego zrobić…
Narażała się na jego gniew… Wiedziała, że to może się skończyć tylko śmiercią… Albo ona, albo on…
Ona miała wybór. Mogła żyć bezpiecznie bez niego. Mogła też umrzeć, aby uchronić go przed nim.
Podejmowanie decyzji jest trudne. Julianne podeszła do okna i otworzyła je.
Deszcz już nie padał. Malenki wróbel siedział na drzewie. Nucił wesołą pieśń.
Bez niego żadna pieśń nie będzie już taka wesoła, radosna, pełna życia…
Tak czy inaczej, będą rozdzieleni…
Zamknęła okno i spojrzała w płomienie. tanczyły żywego oberka, to rosną,c to malejąc. Wypelniały pokój przyjemnym blaskiem i ciepłem.
Podjęła decyzję.

Część ósma Dla Snoopy

– Jakże miło cię znów widzieć, Julianne – jego usta ułożyły się w zimny uśmiech. W oczach nie było cienia śmiechu.
– Kiedy mam to zrobić? – spytała z pozorną obojętnością, przeklinając w duchu swoje tchórzostwo. Była nędznym tchórzem. Nędznym, śmierdzącym tchórzem. Nikim. Niczym.
– Jutro.
Coś zaczęło ją dławić w gardle. Już jutro.
Jutro…
Jutro!
Koniec, nie ma ucieczki, nie ma czasu na zmianę decyzji!
Zabić go… Nie, nie zabić, nie zamorduje go. Ona go wystawi na pewną śmierć.
Żałowała, ze dała się w to wszystko wciągnąć. Żałowała, że spotkała na swojej drodze Dracona Malfoya, werbującego nowych śmierciożerców. Te kilka lat szczęścia… Taki chwilowy fart, jak w kasynie. Po chwili przegrała wszystko, całe swoje życie. Nie zdążyła się nawet nacieszyć tym szczęściem.
Spróbować, czy będzie smakował lepiej za drugim razem.

***
– Harry! Obudź się! – Hermiona potrząsała ramieniem przyjaciela.
Coś złego się działo… Ta blizna znowu dawała o sobie znać. Bolała… Piekła. Paliła. Jakby ktoś przykładał mu rozgrzane do białości żelazo. Miotał się po podłodze. Stracił swiadomość. Zemdlał.
Ale on chyba… nie, to irracjonalne… Niedorzeczne… A jednak…
Zaczął mrugać. Hermiona przestala nim potrząsać. Pomogła mu wstać.
Oparł się na jej ramieniu.
– On.. wrócił…
– Ale… jak? Przecież…
– Nie wiem… Hermiono, nie wiem… – mówienie sprawialo mu trudność. – To… niemożliwe… a jednak… Jeszcze nigdy… blizna… ona nigdy tak nie…
Nie miał siły mówić. Oddychał z coraz większym trudem. Płytko. Szybko. Nierówno. Głośno.
Pani Weasley podbiegła szybko z zamoczoną w zimnej wodzie szmatką. Przyłożyła mu ją do czoła.
Ulga… Cudowne uczucie ulgi… Westchnął. Ból powoli mijał.

***
Czarna wrona zataczała coraz węższe kręgi nad Norą. Przysiadła na parapecie. Obserwowała z przerażeniem w czarnych oczkach Harry’ego.
Sfrunęła na próg.
Do drzwi pukała wysoka kobieta odziana na czarno. Trzymała się za przedramię.
Otworzyła Hermiona.
Znowu ona.
Ona była przy nim. Nie jego żona, tylko ona.
– Wejdź – powidziała ledwie słyszalnym, pelnym rozpaczy szeptem.
Weszła. Nie zdejmując czapki i butów wbiegła do kuchni. Obcasy jej butów stukały głośno. Zostawiałay ślady na czystej podłodze kuchni.
– Dobry wieczór – powiedziała spokojnie. Spojrzała na męża. Nie patrzył na nią. Utkwił wzrok w starym zegarze pani Weasley. We wskazówkę Rona. Julianne chrząknęla znacząco. – Harry?
– Słucham?
Usiadła. Błagalnie popatrzyła panie Weasley w oczy.
– Och,t ak.. Hemriono, chodź ze mną na górę, pomożesz mi – powiedziała, spoglądając z dezaprobatą w jej oczy. Pochyliła głowę.
Wyszły.
– Jutro musisz stawić się na cmentarzu w Little Hangleton około piętnastej – powiedziala ze spokojem. – Ktoś tam na ciebie czeka.
Zrobiła to. Nie mówiąc nic więcej wstała. Podeszła do drzwi. Położyła dłoń na klamce.
Obejrzała się. Spojrzała w jego ocyz.
– Chodź ze mną do domu… proszę…

Część dziewiąta Dla Ciebie.

– Nie – powiedział cicho. Nie spojrzał na nią. Nie spytał o owo spotkanie. Nic go nie interesowało. Jakby była powietrzem. Albo nic nie znaczącym elementem kuchennego krajobrazu.
Powstrzymując łzy nacisnęła klamką.
– Nie wrócę, bo ty tego nie chcesz – wyszeptał.
Zdębiała. Ona nie chciała żeby wrócił? Ona?
Przecież ona go kocha. Nie może bez niego żyć.
Wobec tego dlaczego wysyła go na pewną śmierć? Dlaczego to robi? Przecież ta bezsensowna utarczka to nie jest żaden powód…

***
Usiadła na łóżku. Nie myślała o niczym. Patrzyła tępo w przeciwległą ścianę.
Pokój Rona.
Westchnęła. Jeszcze kilka minut temu rozpłakałaby się. Teraz rozumiała, że to nic nie daje. Tylko wzmaga ból. On by nie chciał, żeby zmarnowała resztę życia na rozpaczanie.
Nie chciałby.
– Hermiono? – pani Weasley położyła rękę na jej lewym ramieniu. Prawą ręką złapała za pulchne palce swojej niedoszłej teściowej.
– Wszystko dobrze – szepnęła. Dotyk matki Rona był kojący, matczyny. Poczuła dziwny spokój. Spokój, jakiego nie zaznała od kilku lat. Od początku wojny, aż do teraz. Nieśmiały uśmiech zagościł na jej twarzy.

***
Wrona rozpostarła czarne jak noc skrzydła i odleciała. Po dziobie spływały jej łzy.
Tchórz. Bała się powiedzieć stanowczo „nie”. Zabiła go.
Nie zabiłam go, nie ja, powtarzała.
Wylądowała na złoconej balustradzie balkonu. Spojrzała w bladą twarz księżyca.
Brzydziła się sobą. Brzydziła się. Była nikim.
Każdy by tak zrobił na jej miejscu. Każdy zwykły człowiek…
Ona by tak nie zrobiła. Nie ta Granger… Byłaby dumna aż do końca.
Odziana na czarno kobieta weszła do pokoju. Zamknęła balkon.
Płomienie tańczyły wesoło w kominku. Trzask palonego drewna zdawał się być skocznym oberkiem.
Dla Julianne brzmiał jak walc pogrzebowy.
Podeszła bliżej paleniska. Na kominku stało ich ślubne zdjęcie. Machali wesoło zza złotych ram, śmiali się. Obok przyjaciele Harry’ego, Ron i Hemriona. Szczęśliwi, roześmiani, mrugali zaczepnie. Gdzieś w kącie dostrzegła swoją siostrę Gabrielle. Razem z Ginny Weasley obrzucali ich ryżem.
Spod rękawa sukni ślubnej Julianne wystawał Mroczny Znak.

***
– Pójść z tobą? – spytała z troską. Spojrzał na nią z wdzięcznością. Chciałby. Ale musi iść sam.
– Pójdę sam – powiedział cicho. Od kilku dni wszystko mówił po cichu. Każdy gest sprawiał mu trudność. Każdy ruch był prawie niewykonalny.
– Może jednak pójdę – nalegała.
– Nie.
Wyszedł. Stanęła przy oknie i obserwowała go. Zdeportował się z cichym pyknięciem. Westchnęła.

***
Czarna wrona już tam była. Z niepokojem wyglądała jego przybycia.
Ciche pyknecie. Pojawił się. Rozejrzał się powoli.
Teraz… Ostatnia szansa…
Drugie pyknięcie.
Rozejrzała się z narastającym przerażeniem.
Spojrzała w dół.
Było już za późno.

***
– Oto jak umrze Złote Dziecko – wysyczał syn Czarnego Pana. – Bezbronny. Bez przyjaciół. Przyjaźń ze szlamami nie wyszła ci na dobre, co, Potter?
– Kim jesteś? – spytał szeptem. Poczuł ból w okolicach blizny.
– Jestem jego synem. Tego, którego pokonałeś. Przysiągłem zemstę – podszedł bliżej.
Stał. Zapomniał o tym, że ma różdżkę.
Już po nim. Już po nim…
Starała się nie patrzeć.

***
Uniósł różdżkę.
– Avada…
Czarna wrona wytrąciła mu ją z ręki. Zaatakowała go. Zaczęła dziobać jego twarz, starała się wydłubać mu oczy pazurami, zadrapać.
Odgonił ją. Złapał za różdżkę. Wrona przemieniła się w kobietę.
Ponownie uniósł różdżkę.
– Nie! – krzyknęła z przerażeniem. Zaczęła biec w ich kierunku.
– Avada Kedavra!

***
Błysk zielonego światła, świst. Coś upadło na ziemię. On nadal żył.
Na ziemi, obok jego stóp, leżała Julianne. Martwa.
W chwili, gdy syn Voldemorta rzucał śmiertelne zaklęcie, Julianne wbiegła między nich. Strumień zielonego światła ugodził ją prosto w pierś.
Stał. Stał i wpatrywał się w kamienną twarz żony. Nie mógł uwierzyć, że on…
Nie…
Najpierw Ron, teraz…
Nie...
NIE!

***
– Głupia dziewczyna… Ale teraz nic cię nie uratuje – wysyczał. – Avada Kedavra!
Strumień zielonego światła ugodził go w pierś.
Nie upadł.
Serce nie przestało bić.
Krew krążyła nadal.
Oddychał.
Światło odbiło się od niego i trafiło w Lorda.

***
Uklęknął przy niej. Podniósł jej bezwładną głowę i ułożył na swoich kolanach.
Łza kapnęła na jej blady, ale ciepły jeszcze policzek.

Koniec.

Salamandra
15.02.2006, 16:36

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

rybka88niunia

:( koniec?:( tak szybko... to było piękne. Tak lekko sie czytalo i czuło się to co czują bohaterowie. Doskonałe:)

11.02.2008, 23:47
JvgonduGEDJyga

ICHk0X hi jonsf!

24.06.2007, 19:25
<Name>

<Text>

15.06.2007, 05:23
<Name>

<Text>

14.06.2007, 13:26
None

MToik

10.06.2007, 13:59
None

MToik

10.06.2007, 13:58
None

MToik

10.06.2007, 13:58
None

I try it

10.06.2007, 13:58
None

MToik

10.06.2007, 13:57
None

I try it

10.06.2007, 13:57