Polecamy

Polcon 2008

Ogólnopolskie Spotkania Fanów Fantastyki

Anastazja cz. 2

...czy misja się powiedzie?

Anastazja

...po co wiedźmin przybył do Rembertowa?

Poszukiwany, poszukiwana

kto się pokusi na pisanie do Proroka?

Fantazja horrorem: J. Carroll, "Kraina Chichów"

Co może fantazja? Być horrorem?

Różowa rewolucja

Część I
Czyli bardzo długi wstęp, w czasie którego poznajemy
Kilka nowych osób i spotykamy stare


Severus Snape nie miał najmniejszych powodów by sądzić, że ten dzień będzie gorszy od innych. Może gdyby w zamierzchłych, szkolnych czasach na lekcjach wróżbiarstwa uważał, a nie czytał podręczniki czarnej magii, wiedziałby że przed każdym nieszczęściem pojawiają się znaki na niebie i ziemi i dostrzegłby metafizyczne znaczenie braku szamponu. Ale Severus Snape nie był osobą przesądną, więc brak tego środka higieny osobistej odczuł tylko na płaszczyźnie materialnej. Mówiąc po ludzku: przeraził się tym, że będzie musiał paradować po szkole z brudnymi, tłustymi i oleistymi włosami. Gdyby prowadził dziennik na pewno zauważyłby, że szampon skończył mu się jakieś dwa lata temu i od tamtego czasu mami go pustą buteleczką stojącą spokojnie i niewinnie na wannie. W swoim zwykłym, ponurym humorze poszedł na śniadanie do Wielkiej Sali Hogwartu.
– Ach, witaj Severusie… – powiedział jak zwykle radośnie dyrektor szkoły, Albus Dumbledore. Tego dnia poraził aparat mowy Mistrza Eliksirów różową szatą w czerwone kwiatuszki. Był to zresztą pewien dość znaczący postęp – wczoraj ubranie dyrektora mieniło się różem i ciemniejszym różem.
– Dzień dobry, Dyrektorze – wydukał w końcu. – Dobrze się pan czuje? Nie potrzebuje pan pomocy psychologa? – zapytał niewinnie. Dumbledore uśmiechnął się jeszcze szerzej i Snape zaczął się bać, że będzie zmuszony szukać jego czubka głowy pod stołem. Usiadł jak na szpilkach, starając się jak tylko mógł nie patrzeć na straszliwy ubiór Albusa.
– Severusie, byłbyś tak niewymownie uprzejmy i po śniadaniu zaszedłbyś do mojego gabinetu? – zapytał Dyrektor uśmiechając się złowieszczo przyjaźnie. Snape wiedział, że jeżeli Albus Dumbledore jest dla niego uprzejmy niczym skrzat domowy z Wersalu, znaczy to niezbyt przyjemną robotę do wykonania.
Śniadanie minęło zdecydowanie za szybko jak na gust Mrocznego Nauczyciela. Nawet nie wiedział kiedy znalazł się w gabinecie Albusa i odmawiał poczęstunku cytrynowymi dropsami.
– Więc mój drogi Severusie… – zaczął Dyrektor zjadając cukierk. – dawno, dawno temu, mniej więcej w lipcu, zobowiązałem się uczestniczyć w międzynarodowym programie edukacji magicznej MERLIN, czyli…
– Magiczna Edukacja i Rozrywka dla Lubiących Inne Nacje, znam to cacko. Nie mdlij mi tu oczu skrótami. Co mam zrobić z Potterem? – zapytał podejrzewając w jakim celu został zawołany przez Dumbledore’a.
– Otóż, nasz drogi Harry nie ma z tym nic wspólnego – Mistrz Eliksirów odetchnął. Najgorszy scenariusz został wyeliminowany, pomyślał. Błędnie, zresztą. – Severusie, prosiłbym cię o przyprowadzenie do szkoły uczniów z polskiej szkoły im. Anny Granickiej na Łysej Górze.
– CO?! – zapytał nie dowierzając własnym uszom. – Jacy uczniowie, jaka szkoła, jaki kraj?! – popisał się wyjątkową nieznajomością geografii Europy.
– Specjalnie wyłoniona grupa uczniów polskich – odparł spokojnie i pogodnie Dyrektor zjadając kolejnego dropsa.
– To gdzie mam na nich czekać? – zapytał z rezygnacją Severus podejrzewając że próba wyperswadowania tego pomysłu Albusowi odniesie podobny skutek jak uczenie Pottera eliksirów. Innymi słowy żaden.
– W Polsce – potwierdził najgorsze obawy Snape’a Dyrektor. – Dokładnie na Alei Twardowskiego. Powinieneś tam spotkać nową nauczycielkę OPCM – u i naszych nowych uczniów.
– Boże, to kara za wszystkie moje grzechy, prawda? Wiesz przecież, że jestem uczulony na kobiety nauczające Obrony Przed Czarną Magią…
– Wiem.
– I mnie po nią wysyłasz?
– Tak. Trzeba walczyć z lękami, Severusie.
– JA nie boję się kobiet, tylko co one mają do Czarnej Magii? Na niczym się nie znają…
– Spróbuj to powiedzieć Minewrze. Masz iść i to moje ostatnie słowo.
– Jak tam umrę, to domagam się oficjalnych przeprosin i wyrzucenia Pottera ze szkoły.
– Dobrze, tylko idź już!
– Do widzenia, Dyrektorze. I muszę powiedzieć, że róż Pana zdecydowanie pogrubia.
– Myślisz? Może powinienem nosić pomarańcz?
– Do widzenia.
***
Severus Snape stał w swojej najczarniejszej pelerynie przy wejściu na Aleję Twardowskiego. Jak na razie nikt mu nie przeszkadzał, ani też nie zauważył nikogo wyglądającego choćby w przybliżeniu na ucznia programu wymiany. Po pewnym czasie przestał nawet zwracać uwagę na dwóch chłopaków z wielkimi walizami, którzy stali nieopodal i najwyraźniej opowiadali sobie śmieszne historie. Po chwili do umysłu Mistrza Eliksirów, przeciążonego wymyślaniem szlabanów dla Pottera („może kazać mu wyszorować całą Wielką Salę bez użycia magii?”) doszło krótkie działanie Walizki + Osoby =Podróż =Program Wymiany Uczniów. Kiedy ruszył w ich stronę, jego uwagę przykuły cztery dziewczyny stojące koło nich. Jedna trzymała trzy klatki z różnorakimi zwierzętami. Podszedł do nich.
– Jestem profesor Severus Snape, czy to wy jesteście uczniami programu wymiany? – zapytał szybko.
– Tak – powiedziała najwyższa z nich uśmiechając się przyjemnie. – Anna Walentna Wymio…
Ale nie dane było jej skończyć, gdyż zwierzak w klatce wydał dziwny, niezbyt przyjazny dźwięk.
– Co to jest? – zapytał Severus pokazując niezbyt grzecznie palcem na Zwierzątko.
– Pies – powiedziała dziewczyna o rudych włosach.
– Jamnik – sprecyzowała brunetka.
– Baltazar – powiedziała radośnie Szczęśliwa Właścicielka.
– A to? – spytał nieufnie Severus pokazując następna klatkę.
– Kot – powiedziała dziewczyna o rudych włosach.
– Dachowiec – sprecyzowała brunetka.
– Kacper – powiedziała radośnie Szczęśliwa Właścicielka.
– A to? – zapytał pokazując na ostatnią klatkę.
– Sowa – powiedziała dziewczyna o rudych włosach.
– Uszatka – sprecyzowała brunetka.
– Melchior! – powiedziała radośnie Szczęśliwa Właścicielka.
Coś poruszyło się między naprawdę wielkimi walizami. Severus wskazał w tamtą stronę.
– A tam co się porusza?
– Człowiek – powiedziała dziewczyna o rudych włosach.
– Jej Chłopak – sprecyzowała brunetka wskazując na Szczęśliwą Właścicielkę.
– Ludwik Łukasz Górski – powiedziała Szczęśliwa Właścicielka jak zwykle radośnie. – A ja to Małgorzata Dark. Z TYCH Darków.
– A ja jestem Maria Drożek – odparła brunetka.
– Lena Wędrowycz. Ale wszyscy mówią mi Wiewióra – powiedziała Ruda. Severus przeprowadził procesy myślowe mające wyjaśnić o co chodzi z TYMI Darkami. Po chwili, gdy jego przepracowany umysł odmówił współpracy nad rozwiązywaniem tego problemu zapytał.
– O jakich Darków chodzi?
Dziewczynie odebrało mowę z wrażenia. Jej trzy koleżanki utraciły na chwilę panowanie nad mięśniami szczęki i te opadły im prawie do ziemi. Dwaj chłopcy spojrzeli zaskoczeni na Severusa, a Ludwik wygrzebał się spod waliz. Za plecami Snape’a rozległ się przyjemny, kobiecy głos.
– Chodzi o największy klan czarnoksiężników i wiedźm w Europie. Teraz chyba pan już coś kojarzy, prawda? – w pole widzenia Mistrza Eliksirów wszedł anioł. Długie, czarne włosy do pasa, wielkie, czarne oczy, bała cera, czerwone usta i książka pod pachą. Tym razem to Severusowi Snape’owi odebrało zdolność artykułowanej mowy. Przypominając sobie pewien słowiański obyczaj pocałował kobietę, nie, nie kobietę, boginię piękności, powabu i wszystkiego co najlepsze w rękę. Bogini Piękności, Powabu i Wszystkiego Co Najlepsze zarumieniła się lekko.
– Severuss Ssnape, misstrz elikssirów Hogwartu – przedstawił się Najmroczniejszy Z Nauczycieli przedłużając każdą głoskę „s”.
– Bernadetta Dziobek, nauczycielka Obrony Przed Czarną Magią. A to moi uczniowie – powiedziała Bogini Piękności, Powabu i Wszystkiego Co Najlepsze wskazując na dziewczyny i chłopaków stojących dookoła. Jeden z nich skrzywił się lekko.
– Pani wybaczy, ale nie sadzę, byśmy byli pani własnością osobistą. Proszę zaznaczyć, że jesteśmy własnością służbową.
– Och, ty zawsze wynajdziesz dziurę w całym, Amadeuszu – stwierdziła Anna Walentyna przekrzywiając głowę. – Gdybyś raz w życiu zrobił cos pożytecznego i wspomógł moją Orgnizację Walki Anarchiczno – Liberalnej, wszystkim byłoby lepiej…
– Anno, ty nawet nie wiesz, co znaczy Anarchiczno – Liberalnej, lub czego nie znaczy, nie odzywaj się , proszę – odparła Małgorzata Dark zmęczonym głosem.
– Aha! – wykrzyknęła Anna Walentyna pokazując na nią palcem. Zdecydowanie przydałyby się zajęcia dotyczące zachowania czarodziejów i czarownic. – Teraz trzymasz stronę Amadeusza, dwulicowa wiedźmo! A co się stało z tą praworządna Małgorzatą Dark, która założyła Front Obrony Zwierząt? Dołączyła do świty Amadeusza, Samozwańczego Mistrza Żartu i Dowcipu, Przewodniczącego Samozwańczej Grupy Żartu i Dowcipu, ot co!
Gdy Severus Snape zastanawiał się intensywnie nad ilością grup, organizacji, frontów i innych tego typu, Bernadetta przegrzebała kieszenie i znalazła starą, spleśniałą skarpetkę. Po dosyć obszernych wyjaśnieniach z jej strony, że to świstoklik (w co nikt nie chciał wierzyć) wszyscy dotknęli go i wylądowali wraz z bagażem w Anglii. Severus miał największą nadzieję, że będą od razu w Hogwarcie, jednak, O Ironio, wylądowali na pięknym, wręcz cudownym poletku.
– Czy to Hogwart? – zapytała głupio Wiewióra wyciągając z kieszeni garść orzechów. Małgorzata rozejrzała się uważnie.
– Nie, głupia, to Anglia, najprawdopodobniej jesteśmy w Kencie. – stwierdziła pewnym siebie głosem. Severus także rozejrzał się po otwartym terenie na którym wylądowali. Dla niego było to po prostu pole.
– Nie wiem czy to Anglia… – powiedział spokojnie, ale Bernadetta przerwała mu brutalnie.
– Ktoś umie robić świstokliki? Gdziekolwiek jesteśmy, nie powinniśmy tu być – zapytała z rozpaczą. Oczy Darkówny zrobiły się duże jak spodki.
– Czy my łamiemy …przepisy? – zapytała z przerażeniem. Snape nie zwracał na nią uwagi. W jego przebiegłym umyśle sformowała się Myśl. Jeżeli zrobi świstoklik, to ten Anioł, ta Bogini zwróci na niego swoją piękną uwagę. Jego zdecydowanie nadaktywny umysł przedstawił mu sceny w których Bernadetta rzuca się mu na szyję i całuje…
– Ja umiałem kiedyś robić świstokliki – powiedział szybko, myśląc, czy przy pocałunku ma być obecny Albus, czy może jednak nie.
– Ooo… to proszę – podała mu skarpetkę z szerokim uśmiechem. Severus uświadomił sobie, że zaklęcie, owszem, znał, ale Albus Dumbledore, nie on. Z lekkim zaniepokojeniem wziął w dwa palce skarpetkę i pod uważnym wzrokiem wszystkich obecnych wycelował w nią różdżkę. Zastanowił się jak wybrnąć z twarzą z sytuacji.
– Mówiłem, że kiedyś umiałem, teraz już nie pamiętam – powiedział urażonym tonem, oddając skarpetkę miłości jego życia. Nagle Małgorzata jęknęła głośno, rzuciła się na swój kufer, otworzyła go i wyciągnęła różdżkę. Wycelowała nią w skarpetę i powiedziała jakieś niezbyt zrozumiale słowa. Skarpeta zaświeciła na biało, poruszyła się lekko i zawisła niewinnie w ręce nauczycielki.
– Dobra, co zrobiłaś, Małgorzato? – zapytał Severus mrużąc oczy i przyglądając się skarpetce z wyraźną podejrzliwością. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Zrobiłam świstoklik. Było to opisane w „Zaklęciach nie dla nauczycieli i w żadnym razie nie dla uczniów”. Dość przydatna księga, szkoda że na inwentarzu ksiąg zakazanych… Ale on aktywuje się za moment, lepiej chwyćmy za skarpetę.
Bez zbędnych ceregieli wszyscy uczniowie zastosowali się do polecenia koleżanki, jednak Severus stał niezdecydowany.
– Właściwie to skąd wiemy, że nie wylądujemy w Hondurasie? – zapytał. Miny reszty towarzystwa wskazywały, że popisał się nieznajomością tematu, a w każdym razie nieznajomością Małgorzaty Dark.
– To zrobiła Gocha. – stwierdziła Maria takim tonem, jakby te słowa wyjaśniały wszystko. Reszta, łącznie z Bernadettą, przytaknęła zgodnie. Severus poczuł, że Szczęśliwa Właścicielka Psa, Kota, Sowy i Chłopaka ma dziwną, metafizyczną władzę której nie podważy nieprzewidziane lądowanie w Hondurasie. Niechętnie dotknął skarpety i poczuł znajome uczucie w okolicy pępka. Kiedy uświadomił sobie, że leci koło Bogini Jego Myśli (aka. Bernadetty) uczucie przeniosło się odrobinę niżej, do czego jednak nie przyznałby się nawet inkwizycji. Uderzenie w głowę przywróciło jego lotny umysł z powrotem na ziemię, dosłownie i w przenośni. Szybko powrócił do pozycji pionowej i rozejrzał się dookoła z zamiarem poznania krajobrazu Hondurasu, jako że nigdy nie był w tych stronach. Ku jego bezbrzeżnemu zdumieniu jego oczom nie ukazały się te jakże egzotyczne okolice, tylko całkiem swojskie Hogsmeade. Koło niego wyrosła Małgorzata przyglądająca się krajobrazowi z krytycyzmem wymalowanym na twarzy przez chyba samego Picassa.
– Miało być do samiućkiego Hogwartu… – powiedziała z zawodem. Severus Snape spojrzał na nią jak na dziwny okaz magicznego stworzenia, ale zanim zdołał swoim starym, dobrym zwyczajem dobić ją całkowicie jakimś ironicznym komentarzem, po plecach poklepał ją Ludwik.
– Nie martw się, Margolciu. Przecież nigdy nie robiłaś świstoklika i nigdy też nie byłaś w Hogwarcie. I tak nie wiem jak to zrobiłaś… – Ale do dziewczyny nic nie docierało. Wyciągnęła z kieszeni (należącej zresztą do Ludwika) chusteczkę i rozryczała się tak, że Severus zmuszony był do zatkania uszu.
– Nie dość, że łamię przepisy, buuuuuuu, to jeszcze buuu nie robię tego porządnie, buuuuu. Ja złamałam przepisy! buuuuuuuuuu – Wydmuchała hałaśliwie nos. Reszta nie wydawała się zdziwiona jej niecodziennym (dla Snape’a, dla Małgorzaty i reszty to był chleb powszedni) zachowaniem. Jednakże Wiewióra szybko zapanowała nad sytuacją stosując fortel stary jak świat.
– Jak to zrobiłaś? Przecież nie można podać współrzędnych Hogwartu? – zapytała zastanawiając się, czy zadziała. Zadziałało.
– Wizualizowałam go w (chlip) siatce astralnej, (chlip) by potem przenieść obraz niematerialny na płaszczyznę Kartezjańsko – Agryppowską. (chlip, buu, chlip) Nie jest to takie trudne, kiedy znasz prawa granickiej. (chlip,) Nie, dziękuję Amadeuszu, jedna chustka wystarczy… – powiedziała Małgorzata Dark tym razem całkiem spokojnie. – Może to nie był znowu tak wielki błąd… Choć musze poćwiczyć koniunkcję wizualno – materialną obiektów stałych.
– Aha – stwierdziła Maria wyraźnie rozumiejąc z przemowy koleżanki tyle co Severus, czyli kompletne zero. W tym jednak momencie Bernadetta przejęła prym. Najspokojniej w świecie ruszyła bez słowa w kierunku zamku, za nią pocwałował Mistrz Elikirów dopominając się o niesienie jej walizki. Następni szli wszyscy inni uczestnicy programu wymiany uczniów z Amadeuszem na czele.
***
W hollu czekał na nich nie kto inny, tylko Albus Dumbledore w swojej własnej, przytłaczająco radosnej osobie. Za nim stali Uczniowie w liczbie trzech, o dobrze wszystkim znanych imionach Harry, Hermiona, Ron. Małgorzata uspokoiła się już zupełnie i nie mogła oderwać wzroku od wystroju sali, a pod nosem mruczała coś w stylu „Czysty gotyk. Jak w książkach. To chyba jakiś piękny sen…”. Amadeusz za to zrobił użytek najpierw z rozumu, potem z kółek przy walizie i ,zasiadając na niej okrakiem, odepchnął się od ściany, nadając pęd ciału fizycznemu. Ku wielkiej uciesze ze strony jego kumpli i jego samego, a przerażeniu panny Dziobek waliza z gracją rąbnęła o ścianę. Siła bezwładu (inercji – powiedziałaby Małgorzata podnosząc wzrok znad książki ”O fizyce”) złapała go za kołnierz i w pięknym stylu walnęła nim o ścianę. Amadeusz podniósł się lekko chwiejnie i, unosząc ramiona w geście zwycięzcy, powiedział niezbyt spójnie:
– To była jazda… Już lubię tom szkołę.
– Tą – poprawiła go automatycznie Darkówna, nie odwracając wzroku od figury Welucjusza Wielkiego. Dyrektor postanowił wziąć sprawę w swoje ręce, zanim Roman Henryk postanowi rzucić się z pobliskiego okna.
– Moi drodzy… – zaczął jowialnie, rozkładając ręce – jestem Albus Dumbledore, dyrektor tej szkoły, która, jak doskonale wiecie, nazywa się Hogwart. Mieliście już przyjemność poznać naszego nauczyciela eliksirów, Severusa Snape’a – w tym miejscu Harry, Hermiona i Ron wymienili znaczące spojrzenia, poddające w wątpliwość przyjemność spotkania Mistrza Eliksirów – a to jest trójka naszych uczniów, Hermiona Granger, Ronald Weasley i Harry Potter.
Reakcje publiczności były zdecydowanie mniejsze niż zazwyczaj, choć nie obyło się od zachwytu spowodowanego poznaniem takiej sławy. Można się spodziewać, że trzy osoby rozpoznały nazwisko Potter w mig.
– Harry Potter? To będzie przyjemność cię uczyć – stwierdziła nauczycielka OPCM – u
– Ojej! To naprawdę Harry Potter! – powiedziała z piskiem Anna Walentyna. – Moja koleżanka, Luna, mówiła, że tu chodzisz!
– Ooo… Czytałam o tobie w „Pogromcach czarnej magii”. – stwierdziła sucho Małgorzata. – Pan to naprawdę Albus Percival Wulfric Brian Dumbledore? Boże, mogę prosić o autograf? – zapytała z nadzieją w głosie podając Dyrektorowi wieczne pióro i kartkę, a ten z przyjaznym uśmiechem złożył swój podpis. Trzej chłopcy i dwie dziewczyny z Polski patrzyli po sobie ze zdziwieniem i konsternacją.
– Otóż panna Granger i panowie Potter i Weasley byli tak uprzejmi i zrezygnowali z dwóch ostatnich dni wakacji, by przybyć tu i oprowadzić was po szkole. Zostawiam was więc w ich troskliwych rękach, a wy, Bernadetto i Severusie, potowarzyszycie mi w gabinecie.
– A mój kufer? – zapytała Bernadetta z zachwycającą Severusa rzeczowością. Dyrektor bez słowa klasnął na skrzaty, które zabrały w zaskakująco szybkim tempie walizę do gabinetu nauczycielki. Nie posiadający się z radości Mistrzunio Eliksirów nie zwracając najmniejszej uwagi na Dyrektora, wziął Bernadettę pod rękę i zaprowadził do gabinetu, jednocześnie pokazując wolną ręką wspaniałości zamku.
– A to malowidło namalował sam Kreton Podłużny. Za to okna te, pochodzące z osiemnastego wieku, zostały sprowadzone aż z Wenecji. Ta figura rzymskiego maga została zrobiona w wieku piętnastym przez Marcoangelo, syna Michała Anioła. A ten obraz…
– Przepraszam, ale wydawało mi się, że mam tu uczyć, nie kupować. – stwierdziła Bernadetta krzywiąc się nieznacznie. Severus nabrał wody w usta, co wykorzystał dyrektor nie dopuszczany wcześniej do głosu
– Ależ oczywiście, naszego Severusa trochę poniosło. Mam nadzieję, że podróż była udana?
– Dosyć. – stwierdziła nauczycielka zachwycając rozmownością. Jednak Albus nie dawał za wygraną.
– A co się nie udało?
– Wylądowaliśmy na jakimś bliżej niezidentyfikowanym polu w bliżej niezidentyfikowanym kraju. – stwierdziła Bernadetta wzruszając ramionami. – Mocną stroną naszego dyrektora jest zielarstwo, nie zaklęcia.
– To jak się tutaj dostaliście? – zapytał grzecznie Dyrektor, podtrzymując konwersację.
– Och, całe szczęście, że była z nami Małgorzata Dark, nasza najlepsza uczennica. Umie robić świstokliki.
Albusa zatkało na chwilę, ale szybko odzyskał rezon.
– Małgorzatę Dark z tych Darków? – zapytał z lekkim przestrachem. Nauczycielka OPCM – u skinęła głową.
– Dokładnie. Ale nie ma się czego obawiać, oprócz namiętnego studiowania czarnej magii niczego strasznego nie robi. No i obsesyjnie przestrzega przepisów. Uczy się regulaminu na pamięć i fanatycznie przestrzega.
– No i dobrze – odparł zadowolony Dyrektor uznając, że jednak dyrektor polskiej szkoły nie jest takim palantem, za jakiego go przez chwilę uważał (zyskałby to miano w oczach A.D, gdyby przysłał mu opętaną czarną magią bratanicę Grinewalda, ale jak się okazało M.D nie była opętana).
W tym właśnie momencie doszli wreszcie do gabinetu dyrektora. I trzeba rzetelnie przyznać, że nic ciekawego się tam nie zdarzyło.
***
Tym czasem grupa druga szła długim korytarzem w zupełnej ciszy. Zdenerwowało to w końcu Amadeusza, który zakazałby ciszy pod karą śmierci (jak na razie nie doszedł dla kogo).
– Aaaaa! – wrzasnął na cały głos ku ogromnemu zdziwieniu reszty.
– Czy coś się stało? – zapytała z akademicką ciekawością Maria, zastanawiając się co mogło spowodować taką reakcję u człowieka, który nie boi się nawet zjeść hamburgera (przecież wiadomo, że zawiera śmiertelną dawkę cholesterolu). Amadeusz uśmiechnął się łobuzersko.
– Jap – stwierdził odgłosem twierdzącym. – Było tu zdecydowanie za cicho. W każdym razie jak na Mistrza Żartu i Dowcipu.
Cała reprezentacja Polski jęknęła jednocześnie, za to Harry wydawał się zainteresowany.
– Jesteś Mistrzem Żartu i Dowcipu? – zapytał głupio.
– A i owszem. Jestem samozwańczym, zaznaczam, mistrzem w tym temacie.
– Nie pytaj o nic więcej… – ostrzegła Harry’ego półgębkiem Wiewióra, zjadając orzecha laskowego. – …bo już się nie uwolnisz od niego do stycznia.
Zanim jednak Harry swoim starym zwyczajem naraził swoje życie nie słuchając ostrzeżeń, Małgorzata pisnęła patrząc zamglonymi oczami na posąg Wladymiry Czokuckiej stojący nieopodal.
– Czy to Wladymira Czokucka? – zapytała dziwnym tonem. Hermiona ukradkowo spojrzała na tabliczkę na postumencie.
– Eee… No tak.
Małgorzata uśmiechnęła się lekko, jakby z rozrzewnieniem.
– Moja prapraprapra babcia – powiedziała cicho pokazując psu z klatki posąg. – To wielka cłonkini nasego łodu, Bajtazajku. – powiedziała do jamnika, zdecydowanie przejawiającego zainteresowanie w stopniu ujemnym. Ron i Harry wymienili wymowne spojrzenia poddające w wątpliwość posiadanie zdrowych zmysłów przez Małgorzatę. I, ku ich bezbrzeżnemu nieszczęściu, zauważył to Ludwik Łukasz Górski, będący skądinąd jej chłopakiem i ogólnie skądinąd.
– Czy wy poddajecie w wątpliwość posiadanie zdrowych zmysłów przez moją Margolcię? – trafił w sedno sprawy jak Robin Hood. Ron i Harry jeszcze raz wymienili znaczące spojrzenia. Tym jednak razem sami nie byli pewni, co miały znaczyć.
– Eee… No nie – powiedział Harry odważnie zwiewając z pola walki słownej (oczywiście niematerialnie). Hermiona postanowiła ratować sytuację.
– Oooch… Jak jest w Polsce? Czy są tam lodowce? – zapytała popisując się wybitnie wybitną nieznajomością tematu. Maria łaskawie nie odezwała się, Małgorzata przerwała na chwilę bezczelne gapienie się na Harry’ego i Rona, Amadeusz przestał wymyślać plan akcji mającej pokazać całemu Hogwartowi, że w kwestii dobrych żartów znajduje się za jaskiniowcami, Roman spojrzał na Hermionę trochę mniej bezmyślnie niż zwykle, a Wiewióra i Anna Walentyna jednocześnie wypuściły z rąk walizy.
– Polska jest krajem znajdującym się w kontynentalnej strefie klimatu umiarkowanego. Występujące tam pory roku są zróżnicowane, jednakże dzięki wpływom morza Bałtyckiego i prądom ciepłym powietrza, amplituda temperatur jest nie większa jak 30 stopni rocznie – powiedziała Małgorzata mrużąc groźnie oczy. Wiewióra pośpieszyła z tłumaczeniem z darkowskiego na zwyczajny.
– Znaczy, że nie ma.
Maria uśmiechnęła się promiennie.
– Wiecie co? Wydaje mi się, że po prostu źle zaczęliśmy. Może spróbujmy wszystko od początku. A dokładnie od momentu, kiedy dyr was przedstawił – powiedziała wskazując na Hogwartczyków. – Przedstawmy się sobie nawzajem, zapomnimy o lodowcach i … no i wiecie, ten, o, niech zapanuje pokój.
– Kto zaplanuje pokój? – zapytał, jak zwykle bardzo inteligentnie, Roman. Nikt nawet nie kłopotał się, by go uświadomić o planach Marii, tylko ważył w myślach plusy i minusy płynące z rozejmu słowno – fizycznego. Biling wypadł chyba dość dobrze dla plusów, jako że Ludwik z kwaśną miną podszedł do Harry’ego i przedstawił się grobowym tonem osoby zmuszanej do wykonywania ciężkich robót na Syberii.
– Ludwik Łukasz Górski.
– Amadeusz Aspiryna – przedstawił się Amadeusz oczekując salw śmiechu ze strony chłopaków, nie doczekawszy się ich reakcji spróbował jeszcze raz. – Aspiryna. Jak lek. Nie bawi was to? – zapytał w geście desperacji.
– Nie – powiedzieli Ron i Harry lekko zdumieni. Amadeusz westchnął żałośnie.
– Zawsze chciałem, by ludzie śmiali się z mojego nazwiska. Mógłbym dać im wtedy w mordę i do tego spełnić dobry uczynek. Broniłbym własną piersią nazwiska rodowego. Dwa w jednym, przyjemne z pożytecznym, co nie? Na pewno nie chcecie trochę się pośmiać? Może pochichotać? Chociaż uśmiechnąć się pod nosem? – zapytał z nadzieją. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
– Małgorzata Dark.
– Anna Walentyna Wymiotek
– Maria Drożek.
– Roman Henryk Rozmarek.
– Lena Wędrowycz. Ale wszyscy mówią mi Wiewióra.
– No i po części aż zbyt oficjalnej proszę teraz o ogólną uwagę. Przybyliśmy tu, zobaczyliśmy Hogwart i zwyciężymy, tylko jeszcze nie wiem w czym i jak. No to byłby mój wstęp. – powiedział Amadeusz targając swój kufer w stronę schodów. Za nim poszła Hermiona pokazując po drodze wszystkim zainteresowanym (czyli nikomu) gdzie co jest, a na końcu toczyła się cała reszta.

Część II FALA ZBRODNI
W której jest więcej zamieszania, niż w szkole na przerwie


Czas mijał sobie spokojnie, jak zwykle dla niektórych za szybko, dla innych za wolno, ale nie o tym mowa. Delegacja z Polski zdołała się rozpakować bez większych ekscesów w swoim własnym domu, nazwanym bardzo kreatywnie Ci Z Polskiej Szkoły. Nikomu to nie przeszkadzało, może tylko Annie Walentynie, która bojkotowała tą nazwę zgłaszając postulat by dodać słówko „Patriotyczni” zamiast „Ci”, ale nie przeszło. W tym mniej więcej czasie Severus Snape przezywał dylemat swego życia, wynikający z braków w słownictwie.
– Droga Bernadetto, przechodziłem koło cieplarni nr 3 i zobaczyłem tam ten … – popatrzył krytycznie na dziwne zielsko trzymane w ręce. – …kwiat, i pomyślałem o tobie, bo ty też jesteś taka piękna. Nie żeby mi się podobało to zielsko, nie, ale ty mi się …eee…podobasz. Nie, do cholery, to bezsens! – wrzasnął do swojego odbicia w lustrze, które w pełni podzielało jego zdanie. Severus postanowił dać sobie trochę wytchnienia i powymyślać szlabany dla Pottera (zawsze go to uspakajało). Całkiem automatycznie wziął do ręki książkę o pięknym tytule „Czarownice są z Wenus a czarodzieje z Marsa” i otworzył na byle jakiej stronie. Zapewne los ulitował się nad biednym Mistrzem Eliksirów, albo był tak zażenowany, że postanowił go wspomóc, gdyż książeczka otworzyła się na stronie zatytułowanej „Jak okazać kobiecie, że ją kochasz”. I Severus Snape, Mistrz Eliksirów, Najmroczniejszy Z Nauczycieli, Śmierciożerca (co z tego, że były) i Ogólnie Nieprzyjemny Typek wyrwał tę stronę i rozpoczął wielki podryw. .
***
Tymczasem Anna Walentyna cierpiała w milczeniu niewysłowione męki. Jej życie straciło zupełnie sens, wszystko co znała i kochała rozpadło się w gruzy i miała katar. A to wszystko przez nową grupę (tak, kolejną) jaką utworzył ten… Amadeusz. Roman Henryk, Ludwik i do tego jeszcze Harry i Ron przyłączyli się ochoczo do Grupy Trzymającej Władzę. Z braku Malfoy’a i Gabrieli (ach, Amadeusz nie mógł przeboleć, że nie pojechała) wyżyli się na niej, zakazując na piśmie prowadzenia Organizacji Walki Anarchiczno – Liberalnej. I wrzucili do jeziora. I ogólnie zaleźli Annie Walentynie za skórę. I dlatego wertowała teraz wielkie tomiszcze o dziwnych sposobach na wrogów, znalezione u Małgorzaty w kufrze. Jej wzrok przykuła dziwna ilustracja. Szeroki uśmiech zakwitł niczym banan na jej twarzy.
– Róż… – powiedziała z demonicznym śmiechem.
***
– Dobra, mamy plan, tylko skąd wytrzaśniemy Veritaserum? – zapytał Ludwik pochylając się nad arkuszem papieru drobno zapisanym starannym pismem Amadeusza.
– Ja znam jedną osobę, która na pewno posiada tenże specyfik – mruknął Amadeusz zezując na Romana robiącego rzeźbę z gumy do żucia (używanej).
– Ja też – powiedział Harry. – Ale nie sądzę, by osoba ta nam dała.
– Małgorzata – powiedział Amadeusz.
– Snape – odparł Harry.
– Z deszczu pod rynnę – mruknął Ron grzebiąc w Fasolkach Wszystkich Smaków.
– Nie możesz poprosić swojej ukochanej dziewczyny, by dała nam ociupinkę? – zapytał Ludwika Roman. Ten pokręcił głową.
– Znasz ją, prędzej sama wypije, niż nam da. A Snape?
– Snape? Na mózg się wam rzuciło? – zapytał z troską Harry. – On jest najgorszym i najbardziej wrednym nauczycielem na Ziemi. Jak go poprosimy o Veritaserum, to wylecimy z hukiem takim, że w Hong – Kongu będzie słychać.
– No to plan upadł rozłożony na deski niczym Gołota – stwierdził Roman.
– Gołota zwiewa z ringu, nie daje się powalić na łopatki – przypomniał Amadeusz intensywnie szukając czegoś w kufrze. – Nie widzieliście może mojej wampirzej szczęki? – zapytał z desperacja w głosie. Wszyscy pokręcili przecząco głowami.
***
Małgorzata Dark podniosła wzrok znad „Atlasu Chmur” tylko po to, by zobaczyć Amadeusza, Ludwika, Harry’ego i resztę wesołej kompanii z najbardziej niewinnymi minami, na jakie było ich stać.
– Nie, nie dam wam żadnego eliksiru – warknęła powracając do lektury. Amadeusz chrząknął, by na powrót zwrócić jej uwagę. Tym razem odłożyła spokojnie księgę na bok i spojrzała na niego z mieszanina irytacji i ciekawości.
– Czego? – powiedziała bardzo grzecznie. Ludwik przejął inicjatywę.
– Margolciu, Kwiatuszku mój, Skarbeńko, chcieliśmy cię bardzo uprzejmie prosić, misiaczku mój słodki, o pożyczenie nam ociupineczki, kropeleczki, naparsteczka Veritaserum, koteczku piękniutki.
– Bussines is bussines – powiedziała w końcu – ja wam daję buteleczkę Veritaserum, a wy przynosicie mi do jutra „Xięgę Czarnej magii wg Grinewalda”. Muszę poznać literaturę pisaną przez mojego wuja.
– A niby skąd mamy to wziąć? – zapytał Harry.
– Z takiego tajemnego miejsca w szkole, zwanego biblioteką. Jestem prawie pewna, że tam to jest, tyle że w Dziale Ksiąg Zakazanych. Jutro książka – jutro Veritaserum – powiedziała powracając do fascynującej lektury o cumulusach. – Bussines is bussines. – dodała rozkoszując się wyrazistością i przekazem tych trzech słów.
***
– Nie widziałyście może moich „10001 sposobów na wrogów” – zapytała zdesperowana Małgorzata przekopując kufer. Jej dwie przyjaciółki pokręciły głowami.
– Smerfnie – mruknęła do siebie. W tym momencie do dormitorium weszła Anna Walentyna.
– Nie rzuciła ci się w oczy taka gruba książka… – rozpięła na największą możliwą szerokość kciuk i palec wskazujący – … z człowiekiem gnijącym żywcem na okładce? – zapytała ją Największa Kujonka Hogwartu. Anna Walentyna pokręciła głową, w duchu chwaląc bułgarski system kiwania i kręcenia głową. W tym momencie Wiewióra wrzasnęła.
– Nie ma mojej ślicznej, różowej bluzy w kwiatki – powiedziała żałośnie. – Szukam jej od godziny.
– Mi zginął tusz do rzęs – odparła Anna Walentyna poklepując ją po plecach.
– Mnie – poprawiła Małgorzata automatycznie. Anna Walentyna pokręciła głową.
– Nie tobie, mi.
– Jutro początek roku szkolnego – powiedziała grobowym tonem Maria oglądając podręcznik do eliksirów.
– Nie, nie przypominaj mi! – wrzasnęła Wiewióra zakrywając uszy. – To horror.
– Katastroficznie katastrofalna katastrofa – przytaknęła Maria tonem osoby, która akurat wyszła z grobu.
– Straszliwie straszne – zgodziła się Anna Walentyna.
– Super! Już jutro szkoła! – uśmiechnęła się szeroko Małgorzata. Jej koleżanki patrzyły na nią ciężko gdy odtańczyła taniec radości.
***
Severus Snape postanowił zastosować się przynajmniej odrobinkę do zaleceń książki. W tym szczytnym celu wyciągnął z dna szafy swój najlepszy, czarny strój i w tapczanie znalazł pęk krawatów. Stanął przed lustrem i z namaszczeniem zaczął wiązać jeden z nich.
– Jak myślisz, czarny, czarny, czy może czarny? – zapytał swojego odbicia. – Też mi się wydaje, że czarny.
Podśpiewując pod nosem bliżej nieokreśloną piosenkę o zachwycających słowach Pam, pam pam, tra ra ram, poszedł w podskokach do łazienki w celu zakończenia porannej toalety. Oprócz zwyczajowego braku szamponu, został zaskoczony z ręką w nocniku (no nie dosłownie) jako że znikła buteleczka jego ukochanej kwiatowej wody kolońskiej.
– Aaaaaaaaaaaaaaaaa…!
***
– Amadeusz!
– O co chodzi, Harry?
– Mam tą książkę.
– Superycznie.
– Tylko mam tyci, tyci problemik.
– Jaki, na twojej genialnej mapie, niechHuncwocibędąpozdrowieni…
– …niechHuncwocibędąpozdrowieni…
– … widać Snape’a zbliżającego się do biblioteki?
– Zgaduj dalej.
– Czy może mapa zrobiona przez O, Wielkich Huncwotów sfiksowała? NiechHuncwoibędąpozdrowieni…
– niechHuncwocibędąpozdrowieni… Nie.
– No to nie wiem.
– A ja nie wiem, czy zauważyłeś, że wszystkie książki są spięte łańcuchem. Ta jest spięta czterema.
– O cholera!
– Powiedziałbym nawet o cholerna cholera. Baj, baj, veritaserum!
– O nie! Ja się nie poddam. Jak Rejtan rozedrę koszulę, żeby Polska była Polską!
– A co to ma do rzeczy?
– A czy ja wiem?
***
Bernadetta Dziobek oglądała z niemałym zainteresowaniem dziwne zielsko stojące w wazonie na stole. Bliższe oględziny czarnego bilecika przypiętego do czegoś, co za jakieś dziesięć milionów lat będzie liściem, dały jednoznaczny wynik, że Tajemniczym Wielbicielem jest Severus. Uśmiechnęła się pod nosem wyobrażając sobie jego minę, jak dowie się, że ona też go uwielbia.
Ale jak na razie zapewniła sobie rozrywkę na długie, zimowe wieczory. Niech się Severus męczy, może być zabawnie. Sięgnęła za siebie, by wziąć sok z Gumijagód, ale natrafiła na pustkę. Fiolka znikła i nie został po niej nawet dym. Bernadetta postanowiła pójść do dyrektora.
***
W gabinecie dyrektora panował tłok najczęściej spotykany na promocjach w magimarkecie. Wszyscy nauczyciele i specjalnie wydelegowana (czyt. wypchnięta za drzwi ze słowami „nie wracaj dopóki nie załatwisz”) Małgorzata przybyli by ogłosić straszną prawdę Albusowi Dumbledore’owi. Ten zaproponował paru osobom dropsa, jak zwykle radośnie i bez oznak jakichkolwiek zmartwień.
– Dyrektorze, ukradziono mi wodę kolońską – odparł grobowym tonem Snape. Albus pokiwał ze zrozumieniem głową.
– Tą o zapachu róż z nutką fiołka? – zapytał z żalem. Severus przytaknął – komu jeszcze coś zginęło?
Małgorzata podniosła rękę zgłaszając się, a wszyscy profesorowie wydali potwierdzające ich stratę pomruki.
– Mi skradziono sok z Gumijagód! – powiedziała poważnie Bernadetta – przez trzy miesiące tropiłam te potworki Gumisie i gdy wreszcie zdobyłam jedną, malutką fiolkę ktoś mi ją gwizdnął.
Małgorzata z trudem opanowała się, by nie poprawić nauczycielki.
– Nam, uczniom, skradziono tusz do rzęs, różową bluzę, lakier do paznokci, książkę „10001 sposobów na wroga”, wampirze zęby, różowe podkolanówki i maskotkę – wyliczyła.
– Mnie skradziono szkocką chusteczkę do nosa – odparła McTarnsmutacja.
– Mnie kapelusz z różami.
– Mi seaverus calvula z cieplarni nr 4
– Mie cholibka ukradli włosy jednorożca.
I lista się ciągnęłaaa, jak guma do żucia orbit. Albus wysłuchał wszystkich bardzo uważnie, ze skupieniem wymalowanym na twarzy. W końcu zwrócił się do Głównej Kujonki Hogwartu.
– A ten lakier do paznokci był…
– Różowy – dokończyła z żalem Małgorzata. – Śliczny, jasny róż.
– No to wszystko się układa w sensowną całość… – mruknął do siebie Dyrektor. – Dropsa na pocieszenie?
***
Tym czasem w jednej z wielu sal w lochach Hogwartu, Anna Walentyna knuła swój wielki Spisek. W przerwach między czytaniem, wrzucaniem składników do kociołka, a malowaniem na różowo paznokci ćwiczyła demoniczny śmiech, który w zamyśle miał powalić wszystkich na kolana. Tylko trochę jej nie wychodziło. Spojrzała przeciągle na zegar, wskazujący godzinę pierwszą w nocy. Był w takim razie pierwszy września. Skrzywiła się mimowolnie, ale zaraz zaśmiała się demonicznie. Nadchodzi czas zemsty – pomyślała robiąc krok do tyłu. Następną myślą było – Aua! Kto postawił tu ten cholerny kociołek!
Tymczasem w bibliotece dwie osoby niezmordowanie męczyły się z łańcuchem.
– Amadeusz, może po prostu pójdziemy do niej i wyjaśnimy okoliczności?
– HA! Założę się, że nie chciała nam dawać Veritaserum i w zamian dała nam niewykonalne zadanie! Ale jeszcze przekona się, co umie Grupa Trzymająca Władzę!
Zapadła chwila ciszy przerywana krótkimi „Auć” i „Ooch”.
– Amadeuszu…
– O co chodzi, znowu chcesz mnie namawiać do złego?
– Eee … Wydawało mi się, że to co robimy jest złe…
– Błąd. Lekcja pierwsza – wszystko co MY robimy, jest dobre. To o co chodzi?
– A nie moglibyśmy otworzyć kłódki zwykłą alochomorą?
– O żesz kurczak… Nie pomyślałem o tym. Która godzina?
– Pierwsza nad ranem. Złożymy jej wizytę teraz, czy potem?
– HA! Teraz. Jak my nie śpimy to co ona ma spać. Lekcja druga – jak nam jest źle, to co inni mają mieć lepiej.
***
Był piękny pierwszy września. Uczniowie tłumnie przybyli do szkoły, już odliczając dni do wakacji. Anna Walentyna nie pokazała się publicznie od wczoraj, a Harry i Amadeusz uzbrojeni w Veritaserum knuli coś baaardzo szkodliwego społecznie. Małgorzata Dark czytała w ciszy i spokoju „Xięgę czarnej magii wg Grinewalda” a Hermiona rozwodziła się nad szkodliwością czarnej magii. Severus Snape ubrany w swój najlepszy, czarny strój zabawiał Bernadettę opowieściami o wilkołakach i wampirach, ku jej ogromnemu rozbawieniu. Wszystko było w najlepszym porządku. Aż nadeszła pora kolacji.
– Gdzie żeście się włóczyli? – zapytała uprzejmie Małgorzata podnosząc wzrok znad książki by spojrzeć na Amadeusza i Harry’ego. Roman i Ron uśmiechali się głupkowato, a Ludwik westchnął ciężko, przeglądając podręcznik do transmutacji.
– Nie twoja sprawa, Małgoniu – powiedział Amadeusz specjalnie używając znienawidzonego przez nią zdrobnienia. Dziewczyna wzruszyła ramionami ukrywając a) zdenerwowanie b) irytację c) ciekawość. Dyrektor wstał, a wszystkie rozmowy ucichły jak nożem uciął.
– Moi drodzy uczniowie. Nie chce mi się zupełnie ględzić wam o przepisach, i tak większość z was je pamięta, a jak nie to należy bezzwłocznie iść do lekarza. Zamiast tego opowiem wam świetny dowcip o tym, jak knot kupował sobie różdżkę. Więc pewnego dnia Knot postanowił pójść i kupić sobie nową różdżkę. Poszedł więc do Olivandera i mówi… *
Ale uczniowie nigdy nie poznali, co powiedział Knot, gdyż McGonagal wykazała się zadziwiającym refleksem i przerwała Dyrektorowi.
– Albusie, powinieneś wygłosić przemowę, nie kawały! A tak właściwie, to zawsze chciała ci powiedzieć, że cię kocham całym sercem – zakryła sobie usta rękami uświadamiając sobie, co powiedziała na forum szkoły. Dwa siedzenia dalej Snape odbierał od Fitwicka pięć wygranych galeonów, a Harry i Amadeusz uśmiechnęli się do siebie szeroko. Małgorzata Dark skrzywiła się rozumiejąc nagle dowcip jaki zrobili.
– Dodaliście eliksir gadulstwa do Mugglene… sorry, Veritaserum i tą wybuchową mieszankę wlaliście do soku dyniowego, prawda? Tylko jak wam się to udało?
– Z małą pomocą skrzacich przyjaciół – mruknął do niej Harry uśmiechając się jak wariat. Przewróciła oczami i wyciągnęła spod siebie książkę nie spuszczając wzroku z Ludwika.
– Wiedziałeś – warknęła przez zaciśnięte usta (jest to trudna sztuka ,opanowana przez tych, którzy dużo siedzą w bibliotece i jednocześnie kłócą się z chłopakiem). Tym czasem Dyrektor uciszył uczniów.
– Ci, którzy dopuścili się tego strasznego wykroczenia nie zostaną ukarani, bo mi się żart podobał, a profesor Snape może mi podskoczyć. To na tyle.
Amadeusz nakazał ciszę reszcie Grupy Trzymającej Władzę.
– A panie profesorze Snape, czy pan mył włosy w ostatnim miesiącu? – wrzasnął na całą salę. Zanim Severus zdążył się powstrzymać wypalił
– Nie, bo jakieś dwa lata temu skończył mi się szampon. I nie zgadało się do kupienia go.
Cała Wielka Sala rozbrzmiała śmiechem. Nawet Malfoy nie zdołał zachować powagi. No, dwie osoby się nie śmiały. Jedną była Małgorzata, a drugą Hermiona.
– Debile – stwierdziła Panna – Wiem – To – Wszystko.
– Zgadzam się w 100% – mruknęła Główna Kujonka Hogwatu zatapiając się w opisie klątw zabijających.
– Panie Dyrektorze, co pan na to zaskakujące stwierdzenie prof. McGonagal? – zapytał Harry ośmielony zachowaniem Amadeusza.
– No cóż, też ją kocham i od czasu gdy ją zobaczyłem chciałem wyznać jej miłość, ale zawsze po „chciałbym ci coś powiedzieć” przerywała mi mówiąc bym zapiął koszulę bo się przeziębię. I atmosfera pryskała.
– Głupki – powiedziała Główna Kujonka Hogwartu nie odrywając się od opisu klątwy caedes filis.
– Co prawda to prawda – przyznała Panna – Wiem – To – Wszystko obserwując tarzających się ze śmiechu Śłizgonów i czerwoną McTransmutację.
– No to zanim zdradzę jakiś sekret Zakonu Feniksa, wsuwajcie. – powiedział radośnie Dumbledore. Wszyscy zabrali się za sumienne spełnianie tego rozkazu.
***
– Ale był ubaw! – zaśmiał się Amadeusz siadając w fotelu pokoju wspólnego Tych Z Polski. Małgorzata Dark prychnęła nad wyraz posiadając inne zdanie, całkowicie i w każdym punkcie odmienne od zdania kolegi.
– Nie widzę co było takie śmieszne – powiedziała głosem o temperaturze zera absolutnego. Ludwik za jej plecami dawał Amadeuszowi znaki mówiące o bezsensownością upierania się przy Głównej Kujonce Hogwartu, ale jak zwykle Samozwańczy Mistrz Żartu i Dowcipu, lub raczej Prezes ds. Dowcipu Grupy Trzymającej Władzę nic sobie z tego nie robił, albo postanowił popełnić samobójstwo w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.
– A ja widzę. Jak chcesz, to zapiszę ci to Małgoniu w pięciu punktach na papeterii w króliczki. A że ja przypadkiem łyknąłem sobie Veritaserum, powiem ci co o tobie myślę. Jesteś megalomanką zapatrzoną w czarną magię i książki, nie umiesz nawet dobrze wykorzystać tej wiedzy, którą posiadasz. Jesteś głupią debilną kujonicą, a te bajeczki o twojej rodzinie są tak samo realistyczne jak bajeczki nieustraszonych braci Grimm – wrzasnął Amadeusz na całe gardło. Ludwik ukrył twarz w dłoniach nie chcąc widzieć tego, co się zaraz zdarzy. Roman, Maria i Wiewióra szybko zajęli miejsca siedzące i wyciągnęli popcorn. Małgorzata słuchała kolegi z nieukrywaną ciekawością.
– A więc uważasz, że nie umiem używać zdobytych wiadomości? – zapytała przekrzywiając głowę jakby oglądała dziwny okaz jakiegoś zwierzęcia. – Wolisz pojedynkować się teraz, czy potem? – zapytała spokojnie.
– Teraz. – warknął przez zaciśnięte zęby. – Romuś, leć po resztę grupy Trzymającej Władzę.
– Nie wiem Amadeuszu czy pojedynek z Margolcią to dobry pomysł.… – powiedział Ludwik starając się ustrzec przyjaciela przed niechybną zgubą. Widząc jednak, że nic nie wskóra zaczął prosić o litość Małgorzatę.
– Skarbeńku, nie rozsmaruj go na ścianie, proszę. Ja wiem, że jesteś potężna, mądra i inteligentna i postaram się przyswoić te informacje Amadeuszowi…
– Ludwisiu, co się stało, to się nie odstanie. Wiewióra, Maria teraz pokażę wam jak załatwić każdego chłopaka za pomocą trzech zaklęć.
W czasie gdy dziewczyny wiwatowały przybyli Harry i Ron z małymi chorągiewkami z napisem „Amadeusz rulez”. Małgorzata spojrzała na nie krytycznie.
– „Rulez” piszę się przez „s” panowie.
– Nie zmieniaj tematu! – warknął wkurzony Amadeusz. Wiewióra i Maria wymieniły zachwycone spojrzenia i usadowiły się wygodniej. W nagłym przebłysku geniuszu Maria wzięła kartkę i koślawo wypisała na niej „M. Dark na prezydenta”. Po krótkiej konsultacji zmieniła jednak na „M. Dark na prezydenta najczarniejszy charakter w historii”, co spotkało się z aprobatą zainteresowanej. I rozpoczął się pojedynek.
Amadeusz wrzasnął Expeliarmus, jednakże Małgorzata przesunęła się trzy centymetry w lewo, tak że zaklęcie minęło ją o dosłownie cal. Sama wystrzeliła proste i pożyteczne zaklęcie humma kavula które spowodowało ni mniej, ni więcej, tylko uderzenie Amadeusza w sufit oraz przemieszczenie różdżki wyżej wymienionego do ręki dziewczyny. Wiewióra i Maria zaczęły wiwatować, a nie wisząca w górze część Grupy Trzymającej Władzę zaczęła gwizdać. Małgorzata wycelowała dokładnie w wijącego się w powietrzu przeciwnika i mruknęła kumbayah. Ku przerażeniu Amadeusza, a wielkim ubawie widzów, spodnie zleciały mu z nóg i zawisły poza jego zasięgiem. Gdy Małgorzata uniosła różdżkę, by zamordować Amadeusza (albo ściągnąć mu gatki w króliczki – w sumie to na jedno wychodziło) w drzwiach pojawiła się pani Dziobek i Severus Snape (najwidoczniej łaszący się do niej).
– Aach!!! – wrzasnęła nauczycielka. Maria pośpieszyła z wyjaśnieniami.
– Wiem, mnie też przeraził widok Amadeusza bez spodni. Obrzydliwe!
– Co się tu dzieje? – zapytał głupio Severus, rozglądając się wokoło. Roman poczuł swoją chwilę prawdy i szansę na sukces.
– Więc Małgorzata Dark psze pana, ta o, co tu stoi, powiedziała, że nie widzi nic śmiesznego w tym, no, co się stało na kolacji, a wtedy Amadi, psze pana, znaczy ten wiszący na suficie, powiedział, że jest głupia, i tak ogólnie. I wtedy ona…
– Dziękuję, panie Rozmarek – warknął Severus tracąc cierpliwość i kilka szarych komórek. Inicjatywę przejęła Główna Kujonka Hogwartu.
– Proszę Pana – powiedziała, wyraźnie zaznaczając wielkie „P” w obydwu wyrazach. – Wyraziłam moje osobiste zdanie, że zdarzenia, które miały miejsce w wielkiej Sali, nie były zabawne. Na co Amadeusz zaczął mi ubliżać. Więc prostym zaklęciem lewitacji przywołałam go do porządku. Gdy starałam się ściągnąć go na dół, nie wyszło mi zaklęcie krubay ściągające delikwenta na ziemię i zdarzył się ten nieprzyjemny incydent ze spodniami. Kiedy chciałam naprawić mą pomyłkę, Państwo przyszliście – znów zaznaczyła wielkie „P”. Severus nachylił się do Bernadetty.
– czy ona zawsze mówi, jakby właśnie czytała „Język Prawa dla Superhiperextrazainetresowanych”? – zapytał półgębkiem. Bernadetta kiwnęła lekko głową.
– dziękuję Małgorzato. Plus dziesięć punktów za wspaniałe użycie zaklęcia lewitacji. A ty Amadeuszu wstydź się! Jak można ubliżać tak mądrej, inteligentnej i wielkiej osobie jak Małgonia?
Po twarzy Głównej Kujonki Hogwartu przebiegł ledwie dostrzegalny cień, a Amadeuszowi odebrało mowę.
– To nie było tak! – wrzasnął Harry. Wiewióra i Maria skoczyły na równe nogi.
– Było, było, było, było. Harry się nie zna, proszę pani!
– Taaak? To co robi ten transparent? – zapytał przebiegle Roman wskazując na leżący na ziemi świstek papieru z napisem „M. Dark na najczarniejszy charakter w historii”. Maria wzruszyła ramionami.
– Leży – stwierdziła spokojnie. Pani Dziobek przyjrzała się uważnie Małgorzacie, niewinnie patrzącej w okno.
– Wasze zdanie, chłopcy, przeciwko zdaniu panny Dark. Wybaczcie, ale to ona dostała w zeszłym roku nagrodę za zasługi dla szkoły. Minus dwadzieścia punktów.
I wyszła. A za nią pośpieszył Snape z miną pod tytułem „Czy mogę ci wylizać buty”. Małgorzata spojrzała na wijącego się pod sufitem Amadeusza.
– Wygrałam, ,panie Gatki – W – Króliczki. – i poszła do swojego pokoju.
***
Tymczasem w czeluściach lochów Anna Walentyna obserwowała uważnie miksturę bulgoczącą w kotle.
– Zemsta – powiedziała z demonicznym śmiechem, jednocześnie oglądając swoje różowe paznokcie. – I nawet Gosia mi nie przeszkodzi.
Myliła się. I to poważnie. Tak poważnie, jak to tylko możliwe. Bo nie od parady młoda Darkówna była ulubienicą całej rodziny. Była mroczna (na tyle, na ile pozwala regulamin szkoły), demoniczna (patrz – poprzedni nawias) i naprawdę przerażająco inteligentna. I powoli przypominała sobie, co można zrobić z rzeczami, które zostały ukradzione…
***
Małgorzata Dark obudziła się z krzykiem.
– Eureka! – wrzasnęła na całe gardło, budząc swoje przyjaciółki. – Eureko, ja to wiem!
– Wydawało mi się, że to mugolski program… – mruknęła zdezorientowana Wiewióra wychodząc z łóżka. Maria wydała z siebie niezidentyfikowany odgłos. Jednakże Gosia nie słuchała; ubrała się szybko w czarny długi płaszcz i wybiegła jak błyskawica z pokoju. Koleżanki spojrzały po sobie.
– Kiedy ostatnim razem tak zrobiła… – zaczęła Maria ze strachem.
– …Wielki potwór zaatakował szkołę dziesięć minut później – dokończyła Wiewióra szukając pod łóżkiem linki hamulcowej. – A przedostatnim razem pół szkoły wyleciało w powietrze. A jeszcze wcześnie jej kuzyn ze strony brata babki wuja ciotki drugiego stopnia próbował dostać w swoje ręce najpotężniejszy przedmiot magiczny na świecie, Lustro Wiedzy – skończyła robić pętle na lince hamulcowej i spakowała do torby dynamit i butelkę spirytusu. Po namyśle dorzuciła jeszcze zapalniczkę. – Tym razem będziemy przygotowane. Te wakacje spędziłam u dziadka Wędrowycza – powiedziała z paskudnym uśmiechem.
***
– Amadeuszu…
– Czego, Roman?
– Czy różowe kłębuszki się ruszają?
– Może. Nigdy nie miałem do czynienia z kłębkiem.
– A różowe kłębuszki z wielkimi zębami?
– Raczej nie… A czemu pytasz?
– Bo jeden różowy kłębuszek z wielkimi zębami wisi nad tobą i najwyraźniej zamierza cię ugry…
– Aaaaaaaua…
– I uże po ptokach.
***
Małgorzata doszła do lochu nr 15. Po drodze mijała małe, różowe stworki i w żadnym razie nie podobało się jej to. W ogóle. Zwłaszcza, że nie wiedziała jak pozbyć się wekslingów (gdyż tak je nazwała na cześć swojego dziadka, Helmuta). Powoli weszła do lochu. Nie spotkała tam jednak Anny Walentyny, tylko wielkiego wekslinga wielkości mniej więcej małego samochodu, który bezczelnie obśliniał „10001 sposobów na wrogów”. Trzy minuty wcześniej M. Dark była po prostu zirytowana faktem, że nie będzie lekcji. Jednakże gdy zobaczyła poślinione, upaćkane i do tego poplamione różowym lakierem do paznokci wydanie ukochanej książki, jej stan uległ natychmiastowemu pogorszeniu. Była wściekła. Wkurzona. Wnerwiona. Spojrzała spode łba na obślinionego wekslinga.
– To jest ostatnia rzecz, jaką zrobiłeś w życiu, potworze. – powiedziała poważnie. Strzeliła w jego stronę jedną z najgorszych klątw zabijających, jaką znała. A trzeba przyznać, że znała dużo. Różowy stworek pisnął z bólu i przewrócił się na grzbiet, jego maleńkie nóżki przez chwilę jeszcze młóciły powietrze. Gdy znieruchomiał Małgorzata uśmiechnęła się złośliwie.
– Hasta la vista, babe – powiedziała zabierając książkę i wychodząc szybkim krokiem. Czarna peleryna powiewała za nią niczym flaga.
***
Bernadetta Dziobek siedziała z uśmiechem na biurku Severusa popijając herbatkę z królewskiego ziela. Gospodarz rozwodził się właśnie nad właściwościami mózgów nietoperzy (świetny temat na randkę), gdy w polu widzenia znalazło się TO.
– Co TO jest? – zapytała nauczycielka OPCM – u z ciekawością. Severus przyjrzał się TEMU uważnie.
– Huh, moim skromnym zdaniem TO jest mały różowy stworek z wielkimi zębiskami.
– Aha… – powiedziała Bernadetta obserwując uważnie wekslinga. – Czy mi się tylko wydaje, czy on chce cię ugryźć?
– Aaaaaaaaaaaaaaua – wrzasnął Severus, starając się rozewrzeć szczęki małego różowego potworka.
– Więc mi się nie wydaje – stwierdziła optymistycznie, przyglądając się dwudziestu podobnym istotom wchodzącym przez drzwi. – A co najzabawniejsze, zostawiłam różdżkę w biurku w Petersbu… Znaczy w pokoju.
– Ja też – mruknął Severus wchodząc na ławkę.
– POMOCYYYY – zawyli jednocześnie.
***
Amadeusz, Roman, Ludwik, Harry i Ron przyglądali się w milczeniu korytarzowi pełnemu wekslingów.
– I co teraz? – zapytał Amadeusz patrząc z rezerwą na różowego potworka zjadającego portret Gandalfa Szarego. Ron spojrzał na najlepszego przyjaciela.
– Zawsze ty, Harry, ratowałeś świat i Hogwart. Masz doświadczenie. Co mamy robić?
Harry zamyślił się.
– Możemy zacząć wrzeszczeć i miotać w nie zaklęciami – podrapał się po głowie. – Albo iść w inne tereny zamku i udawać, że nas nie ma.
– Świetny plan – pochwalił kolegę Ludwik. – Jakby ktoś się pytał, to nic nie widzieliśmy. Zero różowych potworków.
– Eee… Chłopaki? – powiedziała Maria pojawiając się z nienacka. Cała piątka podskoczyła. Ron przyglądnął jej się podejrzliwie.
– czego? – burknął przyjaźnie.
– jeżeli chodzi o zwiewanie, to widzę pewne problemy…
– Taak?
– Si, claro. Za wami jest około pięćdziesięciu stworków. Przed wami drugie tyle. Gdzie zamierzacie uciekać, jeżeli można spytać?
– Nie można – powiedział hardo Amadeusz. Wiewióra, która właśnie wyszła zza węgła, zaczęła grzebać w torbie.
– Oj, popamiętają te… te różowe potworki dzień, w którym poznały Wiewiórę Wędrowycz! – warknęła wyciągając dynamit i butelkę spirytusu. Łyknęła porządnie z gwinta i , nie bacząc na tęskne spojrzenia kolegów, spakowała alkohol z powrotem, jednocześnie wygrzebując zapałki.
– Ty chyba nie chcesz wysadzić korytarza dynamitem? – zapytała zaciekawiona Maria.
– Nie, jestem zmuszona. Chcieć nie chcę – stwierdziła inteligentnie, podpalając lont. – Caen me aep abaeth ad arse! – wrzasnęła rzucając laskę dynamitu przed siebie w grupkę wekslingów. Wszyscy opadli na ziemię. Rozległo się bardzo głośne bum i strzępy potworków opadły na podłogę jak gdyby w zwolnionym tempie. Pierwsza podniosła się Wiewióra.
– Kak ja tiebia… – nie dokończyła jednak tej wiekopomnej myśli made in Russia, gdyż spojrzała pod nogi. – O żesz kurrrr…
– Oj – stwierdził Ludwik.
– To mi przypomina Morię… – mruknęła Maria podchodząc bliżej. – Taka sama dziura. Wiecie co? Dynamit to nie był jednak najlepszy pomysł.
– Niet – odparła Wiewióra kręcąc głową.
– Nie chcę siać paniki, ale zbliżają się do nas te stwory od drugiej strony, panowie – powiedział Harry wyciągając różdżkę. – I damy – dodał szybko widząc minę Wiewióry.
– Gdzie jest ta cholerna Małgorzata jak jej potrzebujemy?! – zawył Roman. Harry przyjrzał się po raz kolejny ogromnemu lejowi pod nogami.
– Chyba mam pomysł…
***
Małgorzata szła powoli korytarzem. Czarna peleryna powiewała za nią upodabniając ją do pewnego Mistrza Eliksirów. Pod pachą trzymała książkę Grinewalda, „10001 sposobów na wrogów” i dzieło które napisała w drugiej klasie, czyli „Jak poradzić sobie z problemami? Eliksirami!”. W jej umyśle przebiegały tak skomplikowane procesy, że nie zauważyła idącej z naprzeciwka (czy też raczej uciekającej) Hermiony.
– Oooch!
– Wybacz, Hermiono. Nic ci się nie stało?
– Nie... co tam masz za książki?
– Nic ciekawego. Staram się wymyślić jakiś sposób na wekslingi.
– Na co?!
– Na wekslingi. Nazwałam je tak po moim dziadku, Helmucie.
– Aha… Czy ma jakiś sens pytanie, co ma nazwa wekslingi do imienia Helmut?
– Mniej więcej tyle, ile piernik do wiatraka. Ale to dobra nazwa. Czy byłabyś tak miła i pomogła mi pozbyć się wekslingów ze szkoły? Chciałabym mieć jutro lekcje.
W tym momencie dobiegł ich krzyk Snape’a i Dziobek. Małgorzata westchnęła przeciągle.
– Chyba powinnyśmy ich ratować.
– Nie… – stwierdziła Hermiona pewnym głosem. – Zawsze to Harry ratuje świat, nie możemy odbierać mu tej radochy. To co mam robić, Małgorzato? – spytała wchodząc do lochu nr 6.
***
Dumbledore słuchał z zaciekawieniem wywodów Minerwy na temat dziwnych, różowych stworków biegających po Hogwarcie.
– Cytrynowego dropsa? – zaproponował w końcu.
– Albusie, musimy ratować naszych uczniów! – wrzasnęła McTransmutacja. Albus pokręcił głową.
– Tym się zajmie Harry i ta bratanica Grinewalda. A ja chciałem cię spytać, czy – uklęknął przed nią. – wyjdziesz…
W tym momencie do gabinetu wparował nauczyciel zaklęć i uroków, podskakując zabawnie co trzy kroki.
– O ranyyyy, wszystko jest różowe… – wrzasnął i zemdlał. Albus z kwaśną miną wstał z kolan.
– I atmosfera prysła – powiedział ze złością.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ.


*Nie byłabym sobą, jeżeli nie powiedziałbym tego dowcipu.
Przychodzi Knot do Olivendera by kupić nową różdżkę. Próbuje wszystkie ze sklepu, ale żadna nie pasuje. W końcu Olivander prosi go, by wpadł jutro, a on w tym czasie zrobi coś specjalnego.
I przychodzi następnego dnia po różdżkę, próbuje, i jest świetna. Płaci i wychodzi. A Olivander mruczy do siebie. „ papier toaletowy jako rdzeń, sklejka zamiast drewna. Jak różdżka, taki i minister. Obydwie do d__y”
He, he, he.

Sapienthia deVille
21.01.2006, 15:23

Myślodsiewnia

Pseudonim
Twoja myśl

Mis

ZaaaaajeeeeFajneee.... Chce Więcej.. a czyta się po prostu super... Pozdro...

21.05.2009, 14:34
shadow

Boskie ;D Było tu kilka głosów, że podobne do Dziewicy, a muszę powiedzieć, że przez Dziewicę (ani jedną część!) nie byłam w stanie przebrnąć, a opowiadanie Sapienthii przeczytałam z niekłamaną przyjemnością. Zabawne aż do końca.

21.08.2006, 23:31
właścicielka swojego psa ;P

podobało mi sięęęęęę. więcej takich! a Dziewicy nigdy nie czytałam O_o

7.02.2006, 13:53
dark arts teacher (joke)

kiedy w koncu bedzie dalsza czesc , bo nie moge sie doczekac!!!!!!!!!!!!!!!!????

1.02.2006, 18:45
bright_side

Co tu dużo gadać... poprostu smerfne :)

1.02.2006, 14:19
Neith

kurcze, ja przez Ciebie nei będę mogła spać... Sapienthia deVille to było genialne... pisz jak najszybciej dalsze czesci... poprostu boskie, szczeka mi opadła, moze napisz cos o Snape i tej babce :P ze cos tam rzucila mu sie na ramiona :P ratuje no to paps :*

31.01.2006, 23:20
Ami Riddle

Nawet się parę razy zaśmiałam głośno... całkiem fajne. :) Czekam na kolejne części. :)

30.01.2006, 23:17
Cara

Mam wrażenie jak bym już to gdzieś, kiedyś czytała...

29.01.2006, 17:58
wespe

fajne.. naprawde fajne. CHCE WIECEJ !!!!!!!!!!!!!!!!!

28.01.2006, 14:42
eve

snape bohaterem romamsidła w życiu nie przeczytałam gorszego opowiadania (jeśli można tak to nazwać) gratuluję pomysłu

27.01.2006, 22:23